Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.
Table of contents
Strona tytułowaInformacje o książceCzęść I Leon1. Anatomia zakochania2. Historia Zofii i Józefa3. Razem4. Artur
Urszula Ledzewicz
Aby przebaczyć
Bez przebaczenia
życie jest
błędnym kołem
zemsty i nienawiści
Roberto Assaglioli
Obudzisz się, i nie otwierając oczu, wyciągniesz na boki ręce. Stara wersalka podarowana wam przez rodziców wyda się nagle obszernym łożem, a normalny o tej porze hałas uliczny będzie brzmiał zupełnie jak szum morza.
„Chyba jeszcze śnię”, pomyślisz szybko. „A tu już czas wstać, nakarmić Aleksa, Leon na pewno”…
Wreszcie otworzysz oczy i co tak naprawdę było snem, okaże się rzeczywistością. Za oknami jest wiosna w New Hampshire, a ten szum to ocean na twej ukochanej plaży przy willi, w której mieszkasz. Aleksa nie trzeba karmić, on jest już dorosły, a Leon… Leona nie ma… Leon nie…
Zejdziesz szybko po schodach. Przejdziesz obok Eryka, tego od kilkunastu lat ukochanego i wspaniałego męża, jakby był jakąś niepotrzebną figurką stojącą tu, w salonie. Aleks, który przystanął obok z kubkiem kawy, obruszy się na ten widok.
– Zostaw – Eryk uspokoi go ręką. – To jeden z tych dni, jeden z tych naprawdę złych dni…
Wyrwiesz filiżankę z kawą z rąk sztucznie uśmiechającej się gosposi Jenny i nerwowym ruchem otworzysz drzwi na taras.
Chłodny wiatr od oceanu orzeźwi cię i przywróci do rzeczywistości.
„Tak, to New Hampshire, nie Polska. Moje tamto życie skończyło się jak zamknięty rozdział w książce” pomyślisz, trochę banalnie. „Jak przedstawienie, po którym marionetki skrzętnie pochowano do pudełka”.
Zejdziesz po drewnianym molo, aby – jak to robisz każdego ranka – przespacerować się po plaży.
„Dlaczego tak się zachowuję?”, pomyślisz niezadowolona, zupełnie jakbyś obserwowała czy oceniała kogoś innego. Będzie to znowu jedna z tych chwil, w których czujesz, jakby jakiś zły czarownik porywał twoje ciało i odgrywał nim zaplanowane przez siebie sceny. A może wręcz przeciwnie, to są właśnie te krótkie chwile, w których jesteś sobą, a wszystko inne to tylko tania gra dostatniego amerykańskiego życia, przylepionych uśmiechów i pustych rozmów?
Nonsens, przecież pokochałaś to życie tutaj, jak kocha się cichą przystań, do której zawinęło się po sztormach i burzach. Znalazłaś tu spokój i bezpieczeństwo, miłość i ukojenie, więc dlaczego…?
Może dlatego, że bez względu na to, jak się oszukujesz, to co zostawiłaś za sobą nie jest zamkniętym rozdziałem, jest dramatem, który przerwałaś, zatrzymałaś w pół akcji, uciekając ze sceny… Ale figurki tam pozostały, ciche i zamarłe, czekają na dogranie ostatniego aktu…
– Marta! – zawoła Eryk, wychylając się z tarasu.
Nie odpowiesz, nieruchomo wpatrując się w morze…
Podejdzie do ciebie plażą zatroskany Aleks.
„Leon” pomyślisz, patrząc na jego niebieskie oczy i opadającą na czoło blond czuprynę. Student medycyny, przyszły lekarz tak jak ojciec. Jak wiele razy oszukujesz się, myśląc o nim jako o Leonie. Przyłapujesz się na tym, ale jak dziecko, które nie słucha rodziców nawet przed sobą nie przyznajesz się do tego. Może to jakoś leczy ból po Leonie, może pomaga… Czasem wydaje ci się, że twoje życie określone jest całkowicie przez granice waszej znajomości, że twoje serce zabiło pierwszy raz na jego widok, a ostatni raz wraz z jego sercem. Reszta to po prostu czas na wspomnienia…
„Tamtej Marty już nie ma, tak jak nie ma już małego Aleksa…”, pomyślisz. „Tylko te sny, te ciągłe sny… W tych snach jest z nami Leon, a przecież Leona już nie ma. Czy dlatego nie mogę zapomnieć, bo nigdy nie przebaczyłam? Tym, którzy zabrali mi tamto życie, zniszczyli tamten świat? Czy kiedykolwiek potrafię przebaczyć? Czy w ogóle powinnam?”.
Te zamarłe figurki czekają, abyś wróciła i odegrała ostatni akt, ale ty nie wiesz, jak to zrobić, przerwał się napisany już przez życie scenariusz a zakończenie po prostu przerasta ciebie… chciałabyś wrócić do początku, może rzeczy potoczyłyby się inaczej… wiesz, że to niemożliwe, ale wiesz też, że nie zaznasz spokoju dopóki nie odwrócisz tej ostatniej strony…
Część I
Leon
1. Anatomia zakochania
To już nie szum morza w New Hampshire, to szeleszczą jesienne liście pod Twoimi stopami. Jest jesień, Twoje rodzinne szare miasto i Ty, młoda, osiemnastoletnia szczęśliwa studentka. Pamiętasz? Ta radość pierwszych tygodni studiów na wymarzonej biologii. I ten dzień, jak każdy inny a jednocześnie tak niezwykły, tak niezapomniany… Dzień, w którym zobaczyłaś Leona. Przez te wszystkie lata jakże często myślałaś o tej chwili, jak o chwili, w której zaczęło się Twoje życie…
Liście, kasztany, słońce, szare budynki, nadjeżdżający autobus, wszystko nagle zlało się w jedną całość i przybrało jedno imię – Leon, tak nazywali go stojący na przystanku koledzy.
Rosły, jasnowłosy, górował nad tą gromadą i jak czarownik tłumaczył im jakieś niezrozumiałe dla reszty czekających na autobus medyczne fakty, mocno gestykulując. Sterczące wokół głowy kosmyki włosów tworzyły swoistą aureolę, nadając mu wygląd świętego. Święty, czarownik, kimkolwiek był, Twoje oczy, Marto, nie widziały już nikogo innego…
– Proszę bilety do kontroli – usłyszałaś nagle nad sobą.
Czar prysł, byłaś w autobusie. Jak to się stało? Co się dzieje? Oczywiście zapomniałaś kupić biletu! Panika, tłok w autobusie, nagle jakiś znajomy kształt dziwnym trafem znajduje się w Twojej dłoni…
Kątem oka dostrzegasz jasnowłosego chłopaka wysiadającego z autobusu. Zaczyna padać deszcz…
Co to wszystko znaczy? Co się ze mną dzieje? To zakochanie, Marto, to cudowne, młodzieńcze zakochanie.
Liście, park, autobus, bilet, każdą najdrobniejszą chwilę tego jesiennego dnia będziesz analizować po latach jak magiczne elementy tej zaczarowanej drogi, która zaprowadziła Cię do Leona…
Szelest liści zastępuje znowu szum morza, ale Ty nie słyszysz ani fali uderzających o brzeg, nie czujesz wiatru, ani nie widzisz świateł zapalanych w oknach wilii…
Z nosem przy szybie autobusu patrzysz za znikającym w deszczu chłopakiem. Krople deszczu bębnią o dach autobusu jak podkład muzyczny do Twych rozbieganych myśli.
„Ja muszę go odnaleźć, Boże, czy ja zdołam go odnaleźć, Leon, Leon, wiem, że nazywa się Leon, Leon, Leon”…
Leonowi została jeszcze długa droga do domu, ale mimo deszczu zdecydował się przemierzyć ją pieszo. Była już godzina szczytu i wszystkie autobusy wypełnione były po brzegi, a poza tym czuł, że potrzebuje czasu, aby uporządkować myśli. Pochłonięty nimi nawet nie zauważył, kiedy dotarł do domu całkiem przemoczony.
– Wreszcie jesteś. Obiad już całkiem wystygł – matka Leona, Alina, przywitała go z ciepłym wyrzutem. – Dlaczego jesteś taki przemoczony?
– Przepraszam mamo, uciekł mi autobus – wyjaśnił Leon. Wziął ręcznik z łazienki i, wycierając się, pocałował matkę serdecznie w policzek.
Leon bardzo kochał matkę. Czasem myślał, że cała jego energia życiowa pochodziła od niej. Alina, nauczycielka polskiego w jednej ze szkół średnich, lubiana przez uczniów, była drobną kobietą z zadziwiająco długimi blond włosami. Plotła je w warkocz, który owijała wokół głowy, co nadawało jej młody, prawie dziewczęcy wygląd. Tylko zmarszczki wokół szarych oczu o szczerym wyrazie i lekko pochylona sylwetka świadczyły o wieku.
Życie nigdy nie było dla Aliny łaskawe. Nastolatka w momencie wybuchu wojny musiała szybko dojrzeć. Rodzice byli zwykłymi robotnikami, ale świat Aliny wyglądał zupełnie inaczej. Jej marzeniem były książki i możliwość ich czytania. W czasie wojny kilka z nich, ukrytych w materacu, ułatwiło jej przetrwanie. Pozwoliły choć na trochę zapomnieć o koszmarze niemieckiej okupacji.
Rodzice Aliny nie byli bohaterami wojennymi. Zostali aresztowani za szmuglowanie jedzenia ze wsi i wysłani do obozu pracy w Niemczech. Nigdy stamtąd nie wrócili. Były to bardzo pospolite w tamtych czasach losy, ale dla Aliny rodzice byli na swój sposób bohaterami.
„Ludzie wtedy głodowali”, myślała czasem o zaginionych rodzicach. „A oni, przynosząc jedzenie, dawali coś więcej niż tylko uczucie sytości i zadowolenia. Dawali, choćby na krótko, tak bardzo potrzebne wszystkim poczucie normalności”.
Alina czekała na nich przez wiele miesięcy, ale im więcej czasu upływało, tym bardziej zdawała sobie sprawę, że została sama na świecie. Zrozumiała, że musi być silna, aby przetrwać. To uczucie towarzyszyło jej przez długie lata wojny. Po wojnie, jak wiele innych sierot, podjęła pracę na zmiany w fabryce, równocześnie starając się spełnić marzenie o pracy w zawodzie nauczyciela.
We wczesnych latach pięćdziesiątych poznała w pracy elektryka Jana i bardziej z rozsądku niż z miłości zdecydowali się pobrać. Jan był wysokim, apatycznym mężczyzną o smutnych, jakby zasnutych jakąś mgłą, szarych oczach. Chodził zawsze z pochyloną głową, unikając ludzi, jakby spojrzenie w ich twarze było czymś niebezpiecznym czy szkodliwym. Nawet z Aliną rozmawiał mało, a jeszcze mniej mówił o sobie. Któregoś dnia w fabryce zagadnęła jednego z dawnych przyjaciół męża, Zenona.
– Martwię się o Jana – zwierzyła się. – Jest taki zamknięty w sobie. Staram się być dla niego dobrą żoną, ale to naprawdę trudne. Tak trudno jest go zrozumieć.
– No cóż – odpowiedział Zenon. – On kiedyś był zupełnie inny, otwarty facet, świetny kumpel. Nikt nie był tak wygadany jak on. Wszystko się zmieniło po odsiadce w więzieniu.
– Więzieniu? – zapytała Alina zdumiona. – O czym ty mówisz?
– To on ci nie powiedział? – spytał Zenon zaskoczony. – Myślę, że powinnaś o tym wiedzieć. Jan był w więzieniu ponad dwa lata za opowiedzenie dowcipu politycznego. Nikt nigdy nie dowiedział się od niego, co to był za dowcip. A z więzienia wyszedł zupełnie inny człowiek. To nie był już dawny Jan. Zabrali mu jego duszę, zabili to coś, co miał w środku. Nie wiem, czy dawny Jan kiedykolwiek do nas wróci.
Od czasu tej rozmowy Alina miała nadzieję, że może ten prawdziwy Jan obudzi się lada dzień, ale upływały miesiące i lata a on trwał w posępnym milczeniu, niczym zaklęty przez złego czarownika.
Samotność życia z zamkniętym w sobie mężem wynagradzał Alinie Leon. Od wczesnych lat byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi i powiernikami. Postępy syna w szkole napawały ją dumą a jego studia medyczne były spełnieniem jej marzeń. Niepokoiło ją jedynie zdrowie Leona. Zanieczyszczenie powietrza w mieście przyczyniało się do wielu dziecięcych chorób a Leon był szczególnie wrażliwy. Spędził dużą część dzieciństwa w łóżku z gorączką i troskliwą Aliną u boku. Te doświadczenia wyczuliły ją na wszelkie objawy choroby u syna.
– Jesteś cały mokry i zmarznięty – stwierdziła zmartwionym głosem. Sytuacja wymagała natychmiastowej interwencji.
– Przebierz się w pidżamę i kładź do łóżka – jej głos przybrał ton nieznoszący sprzeciwu. – Przyniosę ci herbatę z sokiem malinowym, to cię rozgrzeje.
Zgodnie z przewidywaniami Aliny, tego wieczoru Leon dostał gorączki. Pomimo jego protestów, postanowiła zatrzymać go w domu przez resztę tygodnia.
2. Historia Zofii i Józefa
Marta wróciła do domu, kryjąc w sercu tajemnicę o spotkanym chłopcu. Nie mogła przestać myśleć o nim i o dziwnym zdarzeniu w autobusie. Nie była w stanie sprecyzować uczuć, ale jednego była pewna – chciała go znowu zobaczyć.
Powrót do domu nie był dla Marty radosnym momentem dnia. Jej stosunki z matką, Zofią, były pozbawione ciepła, niemal formalne. Zofia żyła wciąż obok i wcale nie zależało jej na zbliżeniu z córką. Marta znała przeszłość matki, ale to nie pomagało zrozumieć, co naprawdę uczyniło ją tak obojętną.
Zofia, wcześniej zwana Sarą, była córką bogatych żydowskich kupców. Została wychowana w zamożnym domu. Wygodne życie jej rodziny skończyło się pamiętnego wrześniowego dnia 1939 roku. Jej rodzice bardzo szybko zdali sobie sprawę, że jako Żydzi mogą nie wyjść żywi z wojny i zdecydowali się szukać schronienia na wsi. Wybrali ubogą chłopską rodzinę, która przed wojną dostarczała im świeżego nabiału.
Sara nie lubiła tych chłopów – mówili głośno i zawsze pachnieli nawozem. Przyjmowani byli przez drzwi kuchenne i zwykle nikt, poza służbą, nie zwracał na nich większej uwagi. Ich syn, Józef, wysoki blondyn, może dwa lata starszy od Sary, wpatrywał się w nią jasnoniebieskimi oczami, ilekroć w czasie dostawy znalazła się w kuchni. Sara, która chodziła do szkół z dziećmi z najzamożniejszych rodzin, nie uważała za stosowne nawet zauważyć istnienia kogoś takiego jak on.
Wojna zmieniła wszystko. Ich piękne przestronne mieszkanie stało się bajeczną, pozostawioną gdzieś po drodze przeszłością, kiedy pewnej nocy, po otrzymaniu informacji o aresztowaniach Żydów w ich dzielnicy, mieli nie więcej niż godzinę na opuszczenie domu.
Tej nocy Sara z rodzicami spała już na wsi, w jednym obszernym łóżku, w jedynej sypialni, którą ta chłopska rodzina posiadała. Bardzo trudno było przyzwyczaić się do nowych warunków. Znając kary za ukrywanie Żydów, ich gospodarze potwornie bali się Niemców, a nie ufając sąsiadom, nie pozwalali nikomu z rodziny Sary wychodzić przed zmierzchem choćby na podwórko. Sara nienawidziła każdej chwili spędzonej tam, w tych prymitywnych warunkach, w smrodzie dochodzącym z obory, a już najbardziej nie mogła znieść ciągłych badawczych spojrzeń Józefa.
Dla Józefa natomiast, obecność Sary, możliwość służenia jej, zaspokajania jej potrzeb, zapewniania jej bezpieczeństwa, była czymś więcej niż kiedykolwiek mógł sobie wymarzyć. Widział, że dziewczyna ledwie go toleruje, ale był pełen nadziei, że jeśli niezbadane koleje losu przyniosły ją pod jego dach, to reszta leży już w jego rękach i wszelka zmiana w życiu, w tym również zmiana jej uczuć, jest najwyraźniej możliwa.
No i nadszedł dzień, który przyniósł zmianę ich losów, ale tę, której wszyscy tak bardzo się obawiali. Stało się najgorsze, o czym myśleli z lękiem, ale nikt nie miał odwagi wypowiedzieć tego głośno – ktoś doniósł o nich Niemcom. I nie był to zazdrosny sąsiad, którego uwagi nie umknął fakt, że rodzina Józefa nagle miała pieniądze na nowe ubrania i buty do kościoła. Trudno też było sąsiedzkiemu oku nie zauważyć nowego płotu i nowej, błyszczącej dachówki na ich starym domu. Ale to nie był żaden z chłopów. Zrobiła to Marycha, duża, silna Marycha, która w czasie żniw potrafiła pracować w polu lepiej niż niejeden mężczyzna. Chłopcy zalecali się do niej w czasie wiejskich zabaw, ale jej oczy stale szukały Józefa. On też ją lubił, ale traktował po koleżeńsku. Często chodzili razem na grzyby i jagody, czasem pomagali sobie wzajemnie w polu. Nigdy nie było między nimi choćby pocałunku, poza tymi z marzeń Marychy. W nocy, w marzeniach widziała ich ślub i przeżywane w jego ramionach nieziemskie uniesienia bardzo ziemskiej miłości. Ale Marycha zauważyła zmianę w zachowaniu Józefa. Z trudnością znajdował dla niej czas i kiedy byli razem, unikał jej spojrzeń.
„Coś jest nie tak”, myślała zaskoczona. „Inna dziewczyna” była prostą, nasuwającą się konkluzją. Nie mogła to być żadna ze wsi, przecież znała je wszystkie. Musiała być to jakaś obca. Ale kto?
Wystarczyło jednej nocy przy pełni księżyca, aby Marycha odkryła Sarę i jej rodziców w domu Józefa.
„To ona. To na pewno ona. To przez nią nie będę miała ślubu”, myślała zdesperowana.
Rozczarowanie i ból spowodowały, że złość przejęła nad nią władzę. Nie trudno było zgadnąć, kim byli ci ludzie. Ukrywający się Żydzi. Oślepiona przez gniew i zazdrość, nie zdając sobie w pełni sprawy z konsekwencji, doniosła o swoim odkryciu do Gestapo.
Tego samego dnia wywołała Józefa z domu. Wyszedł, zaskoczony jej nerwowym zachowaniem.
– Co się stało? – zapytał.
– Idź gdzieś z domu tej nocy – odparła zmienionym głosem. – Nie możesz spać w domu.
Ton jej głosu był raczej błagalny niż proszący. Kiedy minął już pierwszy gniew i Marycha zdała sobie w pełni sprawę z tego, co zrobiła, rozpaczliwie usiłowała uratować Józefa, zachować go dla siebie. Niestety, nie była w stanie powiedzieć mu nic więcej i Józef wrócił do domu, zastanawiając się, co to wszystko mogło znaczyć.
„Ktoś na nas doniósł” – właściwe wytłumaczenie po chwili dotarło jednak do jego świadomości. „Ale skąd wie o tym Marycha? O, Boże, przecież to chyba nie ona! Nie, to nie mogła być ona. A jeżeli ona, to dlaczego? Czy odkryła istnienie Sary? Czy byłaby zdolna do czegoś takiego? Dlaczego? Z zazdrości?”.
Szybkie myśli przebiegały przez jego głowę. Wrócił do domu przerażony wizją możliwych wydarzeń. W pierwszej chwili chciał powiedzieć o tym wszystkim w domu, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie może tego zrobić. Niemcy byli już powiadomieni; cała wieś zostałaby ciężko ukarana, gdyby nie znaleźli nikogo w domu. Muszą kogoś zaaresztować, ale kogo? Kogo ratować, kogo poświęcić?
Z trudem starał się opanować chaos myśli. Jest oczywiste, że Żydom będzie trudno przeżyć tę wojnę. Ale Sara, nie, Sara musi przeżyć! Jak może ją ostrzec, nie mówiąc jej rodzicom? Bo jeśli ostrzeże ją i jej rodziców, to kto pozostanie w domu? Jego rodzice? Nigdy! Nie mógłby poświęcić swoich rodziców! Sparaliżowany przez strach, przerażony tym, co się stało, a jeszcze bardziej tym, co miało się stać, zdał sobie sprawę, że nie może sam dźwigać takiego ciężaru.
Rodzice byli w kuchni. Matka gotowała obiad, ojciec siedział na przypiecku, odpoczywając po ciężkim dniu pracy. Drzwi do sypialni były szczelnie zamknięte; Sara i jej rodzina nie lubili zapachów chłopskiej kuchni.
Józef natychmiast przekazał im tę straszną wiadomość.
– Ktoś na nas doniósł – wyszeptał drżącym głosem, ale wystarczająco głośno, aby być przez nich słyszanym. – Marycha ostrzegła mnie, abym wyszedł z domu dziś wieczorem.
Matka przestała mieszać zupę i spojrzała na męża. Jej twarz stała się śmiertelnie blada, a zmęczone oczy wypełniły się panicznym strachem.
– Słyszałeś Antoni? – zwróciła się do męża, który siedział spokojnie, jakby ta wiadomość jego nie dotyczyła. – O, Boże, co my zrobimy? Powinniśmy uciekać, ale dokąd? Nie możemy tak po prostu zostawić wszystkiego, wszystkiego na co pracowaliśmy całe lata. A co z bydłem? Kto się nim zajmie? Nie możemy tak po prostu uciec od wszystkiego. Matko Boska, Antoni powiedz coś!
Mówiła coraz głośniej i była bliska płaczu. W końcu podeszła do męża i chwyciła go za ramiona. Wyglądało groteskowo, gdy ta mała, drobna kobieta usiłowała potrząsnąć osiłkiem.
– Uspokoisz się ty, kobieto? – odpowiedział wreszcie Antoni niskim i nad wyraz spokojnym głosem. – Mogą cię tam usłyszeć – wskazał ręką w kierunku sypialni. Mówił wolno, twardym głosem, ale Józef wiedział, że był to głos, którego ojciec używał w wyjątkowej sytuacji. Tylko raz słyszał ojca mówiącego w ten sposób, kiedy zeszłej zimy musieli dobić ich najlepszego konia, który złamał nogę na oblodzonej drodze.
Nagle otworzyły się drzwi do sypialni i do kuchni weszła Sara. Potrzebowała gorącej wody do zaparzenia herbaty. Antoni spojrzał na dziewczynę. Była słabego zdrowia i zimne noce wczesnej zimy spowodowały u niej brzydki, suchy kaszel. Nagła myśl przyszła mu do głowy.
– Józef, przecie pełnia dzisiaj – zwrócił się do syna. – Jasno na drodze, jakby w dzień. A nie zaprowadziłbyś panienki Sary do doktora?
Doktor, zwany również doktorem Adamem, był ekscentrycznym komunistą z samej stolicy, który przybył na początku wojny, aby ukryć się przed Niemcami. Wszyscy we wsi go znali i lubili, bo leczył ludzi za darmo. Mówił, że tak właśnie będzie za komunizmu, wszystko za darmo i wszystkiego pod dostatkiem.
Józef spojrzał na ojca. Tak, w pełni zrozumiał jego plan. To był sprytny sposób uratowania Sary, bez wtajemniczania jej w sytuację. Ale Józef nie mógł tak po prostu odejść, nie wiedząc do końca, co zdecydowali się zrobić jego rodzice. O rodzicach Sary starał się w ogóle nie myśleć.
Sara kiwnęła głową na znak zgody i poszła do sypialni, aby się przygotować do wyjścia.
– Ojciec – zagadnął Józef – ja muszę wiedzieć, co wy chcecie robić? Musicie się ratować. Musicie uciekać. Matka, nie myślcie o bydlętach, o ziemi. Musicie ratować siebie przede wszystkim.
Rodzice spojrzeli na siebie.
– Weź Sarę do doktora – powtórzył ojciec twardo – i przestań martwić się o resztę. My wiemy, co robić. My musimy myśleć o wszystkich, wszystkich we wsi. Jesteśmy częścią tej ziemi, tej wsi. Nie możemy tego wszystkiego tak po prostu wyrzucić.
Mówił spokojnie, ale jego nerwowo ruszające się ręce wyrażały wewnętrzną walkę.
– Ojciec, to nie czas myśleć o reszcie wsi – głos Józefa był zdesperowany, bo zdał sobie sprawę, do czego zmierzała dyskusja. – Musicie uciekać, musicie ratować siebie. Matka, powiedzcie coś – w końcu szukał ratunku w cichej przez jakiś czas matce.
– Oczywiście, że będziemy się ratować, nie martw się – odparła niepewna, co mąż chciał, aby odpowiedziała. – Ale musimy spakować trochę rzeczy, rzeczy do zabrania. Nie możemy tak wyjść z pustymi rękami. Ciężkie czasy, wojna, musimy się zabezpieczyć.
Józef nie był pewny, co o tym wszystkim myśleć, ale wychowany w posłuszeństwie dla rodziców nie mógł nic więcej zrobić. Doczekał zmierzchu i zabrał Sarę do domu doktora.
– To jest moja narzeczona z miasta – przedstawił dziewczynę.- Chcemy wyleczyć ją z tego kaszlu przed weselem.
Sara wzdrygnęła się na to kłamstwo, ale wiedziała, że nie mogli nikomu ufać, więc nie odezwała się słowem. Doktor zbadał ją i zaproponował, żeby zostali na herbatę. Oczywiście herbata szybko zamieniła się w butelkę wioskowego bimbru z boczkiem i śledziem na zakąskę. Dziwne, że chociaż doktor cały czas mówił o równości i leczył ludzi za darmo, w całej wsi nikt nie jadł tak dobrze jak on.
Minęła już północ, gdy zdecydowali się wracać. Stali właśnie przy drzwiach, gdy ostry dźwięk dzwonu kościelnego przeszył ciszę nocy.
– Gdzieś się pali – krzyknął doktor, biegnąc do okna.
Józef nie musiał patrzeć, gdzie był ten pożar. On wiedział…
Rankiem we wsi dyskutowano z przerażeniem o wydarzeniach ostatniej nocy. Rodzice Sary i rodzice Józefa zostali aresztowani i wywiezieni w nieznanym kierunku. Nikt o nich więcej nie słyszał.
Józef nigdy nie zdołał zrozumieć, dlaczego matka i ojciec nie uciekli. Czy to była lojalność wobec wioski, której nie chcieli wystawić na zemstę okupanta? Czy to było przywiązanie do gospodarstwa, którego czuli się częścią tak bardzo, że nie mogli znieść myśli o jego opuszczeniu? A może po prostu praktyczność matki kazała jej pakować za dużo, za długo, i nie zdążyli opuścić domu przed przyjściem Niemców?
Józef wiedział, że są to pytania, na które pewnie nigdy nie znajdzie odpowiedzi. Ale mimo wszystko głęboko w sercu czuł się winny, że ich zostawił, że – chociaż nieświadomie – skazał ich na ten tragiczny los. Życie jednak toczyło się dalej i gospodarstwo zostawione przez rodziców potrzebowało jego rąk.
Jeśli zaś chodzi o Marychę, to tego samego tragicznego dnia zniknęła ze wsi i słuch po niej zaginął. Mówili, że poszła do klasztoru, ale to pewnie nieprawda…
Podnieceni tymi wydarzeniach ludzie oczywiście zwrócili uwagę na ładną, czarnowłosą dziewczynę, którą Józef przedstawiał jako narzeczoną z miasta. Nigdy o niej wcześniej nie słyszeli, ale było zrozumiałe, że po stracie rodziców Józef potrzebował kobiety, by prowadzić gospodarstwo.
Zresztą nie było to łatwe zadanie. Po pożarze domu Józef i Sara nie mieli dachu nad głową i na początku przyjęli gościnę doktora Adama, starając się zebrać myśli i zrozumieć w pełni, co się stało. Rzeczywistość była równie prosta jak tragiczna – zostali zupełnie sami, dwoje samotnych, pozbawionych rodziny, ludzi.
Sara wpadła w głęboką depresję. Nie mogła jeść, spać, a ponieważ prawie się nie odzywała, trudno było stwierdzić, ile tak naprawdę zapamiętała z tragedii owej nocy. Gdyby nie doświadczenia doktora Adama, który przed wojną pracował w zakładzie psychiatrycznym, być może nigdy by nie wyzdrowiała. Jedynym faktem, z którego w pełni zdawała sobie sprawę było to, że nie ma już rodziców, którzy ją kochali i zapewniali jej ochronę. Zdała sobie sprawę, że nie ma szansy przetrwania wojny pozbawiona jakiejkolwiek opieki. Wiedziała również, że nie ma większego wyboru i że jest tylko jedna osoba, która może i chce się nią zaopiekować. Był nią Józef, który, jak to w pełni rozumiała, intencjonalnie czy nie, jednak uratował jej życie. Nigdy nie rozmawiała z nim na ten temat, chyba po prostu nie chciała znać prawdy. Oboje stracili rodziny, ale to rodzice Józefa byli tymi, którzy zapłacili najwyższą cenę za udzielenie schronienia jej najbliższym. Z upływem czasu Sara zdała sobie sprawę, że los Żydów w czasie tej wojny jest przesądzony. Wszystko to złożyło się na podjęcie decyzji.
Traktując to jako jedyny sposób na przetrwanie, w zimny niedzielny poranek 1941 roku panienka z miasta stanęła na ślubnym kobiercu z chłopem. Tego dnia Sara Rosenberg stała się Zofią Nowak i rozpoczęła swoją dziwną podróż w świat, którym dotychczas tak bardzo pogardzała.
Z przerażeniem myślała o nocy poślubnej. Oczekiwała, że chłopskie kochanie musi być prymitywne, ordynarne, nawet wulgarne. Józef zaskoczył ją swoją delikatnością, sposobem, w jaki ją adorował, jak jej pragnął, wręcz uwielbiał jakby była boginią. Tylko jego dłonie… Jak każda młoda dziewczyna często marzyła o swoim pierwszym kochanku i wyobrażała sobie ich wspólnie spędzone chwile. Ale w tych marzeniach kochanek miał zawsze piękne, jedwabiste dłonie. Ręce Józefa pokryte były grubą skórą, mimo młodego wieku zniszczone pracą na roli i czerwone od odmrożeń. Niemalże bała się, że ją zrani, kiedy te ręce dotykały jej ciała.
– Twoje ręce… – zaczęła delikatnie któregoś dnia. – Czy moje ręce będą wyglądały podobnie? – dokończyła wystraszonym głosem.
– Nie, Zofio, nigdy – Józef zaprzeczył, z zapałem przyciskając jej wypielęgnowane ręce do swoich ust w pełnym hołdu geście.
Upłynęły ciężkie lata wojny, ale Józef dotrzymał słowa, biorąc na siebie cały ciężar prowadzenia gospodarstwa. Z pomocą reszty wioski zdołał odbudować spalony dom i starał się stworzyć Zofii jak najlepsze warunki, wiedząc jak wygodne życie prowadziła przedtem. Zofia zdawała się tego nie doceniać i czasem ledwie tolerowała jego obecność. Była bardzo słabego zdrowia i jej dwie ciąże w czasie wojny przerwane zostały poronieniami.
Po zakończeniu wojny Józef podjął trudną decyzję, którą – jak wierzył – mógł uszczęśliwić swoją żonę: sprzedał gospodarstwo rodziców i przeniósł się do miasta. W ten sposób zerwał ostatnie więzy łączące go z dawnym światem. Teraz Zofia była dla niego wszystkim i uczynić ją szczęśliwą było jedynym celem tego nowego, niepewnego życia.
A było to życie w nowym świecie, który tworzył się na jego oczach. Władzę w kraju przejęli komuniści, walczący z resztkami dawnego systemu. Józef nie miał pojęcia o polityce, ale wiedział, do kogo się zwrócić. Dobry doktor Adam z wioski stanął teraz na czele lokalnego komitetu partii. Slogany na plakatach mówiły, że jest to partia robotników i chłopów i że będą oni siłą wiodącą tego kraju. Za radą doktora, nie myśląc wiele o ideologii, Józef wstąpił do partii. Partia dała mu pracę i klucze do nowego mieszkania. Składało się z dwóch dużych pokoji z własną kuchnią i łazienki, którą dzielili z jeszcze jedną rodziną. Nie było to dużo ale – jak zauważył – jednak więcej niż dostawali inni. Jeśli chodzi o pracę, trudno było ją polubić; był członkiem grupy, która wyszukiwała i aresztowała przeciwników „ludowego systemu”. Jakkolwiek metody, które stosować musiał w pracy, zdecydowanie mu nie odpowiadały, wygody i dobra, które mógł zapewnić Zofii były ważniejsze niż moralne zasady. Nie uronił łzy, kiedy musiał zrezygnować z uczestnictwa w niedzielnej mszy. Członkom partii było to zabronione i Józef zaakceptował, że jego medalion z Matką Boską, którego nie zdejmował od dnia pierwszej komunii, znalazł teraz miejsce głęboko na dnie szuflady. W końcu ślub z Żydówką w katolickim kościele już był złamaniem zasad wiary, a wstąpienie do partii, by zapewnić jej wygodniejsze życie zabrało resztę jego religii. Było to jeszcze jedno poświęcenie dla Zofii, które podjął łatwo i bez wielkich wątpliwości. Jak w tym nowym porządku odnajdywała się dawna Sara, teraz Zofia? Oczywiście szybko zdała sobie sprawę, że ten nowy świat ma uprzywilejowaną grupę i ona do niej należy. Był to pierwszy raz, kiedy odczuła rodzaj wdzięczności dla Józefa. Stary świat należał do przeszłości, a z nim majątek i pozycja, którą jej rodzina miała przed wojną. Nie mając innego wyboru, zaakceptowała Józefa, starając się nie myśleć o jego chłopskim pochodzeniu. Czasem miewała jeszcze koszmarne sny o tragicznych wydarzeniach wojny, ale starała się o nich nie myśleć i zapomnieć, że kiedykolwiek się wydarzyły.
Józef natomiast, mimo przeprowadzki do miasta, nie stracił kontaktu z wsią i jego nową pracą była kampania upaństwawiania gospodarstw. Było oczywiste, że chłopi nie zechcą dobrowolnie oddać ziemi. Józef znał mentalność chłopów i wiedział, że nie słuchają jego argumentów, ale mimo wszystko lubił swoje podróże, które przypominały mu dawne, dziecięce czasy.
Nigdy nie żałował żadnego ze swoich poświęceń dla Zofii. Jego miłość dla niej była rodzajem kultu. Kiedy w końcu, w latach pięćdziesiątych, Zofia urodziła zdrową córeczkę, Martę, Józef uważał się za najszczęśliwszego człowieka na świecie. Nigdy nie przeszkadzało mu, że Zofia go nie kochała. Nie uważał, że miał prawo prosić o tak wiele. Poza tym kochał ją tak bardzo, że wystarczało to za obydwoje. Nigdy nawet nie marzył o niczym więcej.
Czas płynął i Marta wyrosła na śliczną dziewczynkę z pięknymi czarnymi lokami. Józef kochał ją bez pamięci a ona w pełni odwzajemniła jego miłość. Ojciec i jego czarnowłosy aniołek zostali najlepszymi przyjaciółmi. Zofia z największą skrupulatnością wypełniała matczyne obowiązki, ale w kontaktach z Martą była zimna i niemal formalna.
„Może Zofia po prostu nie potrafi kochać?”, myślał czasem Józef, obserwując, jak traktuje Martę.
A w dziecku rosło coraz większe przywiązanie do ojca. On także z trudnością się z nią rozstawał i często zabierał ją ze sobą do pracy, nawet na zebrania partyjne. Dziewczynka spędzała długie godziny w biurze, wypełniając czas rysowaniem i malowaniem. Józef dumny był z jej osiągnięć plastycznych i, gdzie tylko mógł, ozdabiał nimi ściany w pracy i w domu. Wszyscy jego koledzy znali Martę i często obdarowywali ją słodyczami.
Mała Marta nie rozumiała wielu rzeczy, lubiła ojca kolegów, ale słyszała, że dzieci w szkole mówią źle o partii i rządzie. Wiedziała jednak, że w partii pracuje jej ukochany tato, a on przecież nie mógł być związany z niczym złym. Dorastając, zachowała to przekonanie i bardzo niechętnie wdawała się w dyskusje na ten temat. Po co rozmawiać o polityce, kiedy wokół świat ma tyle do zaoferowania, farbami można wyczarować najwspanialsze obrazy, a na lekcji biologii wędrować do środka jądra komórki.
Sztuka i nauka – można się w nich bezpiecznie schronić, zapominając o reszcie świata! Czegóż może jeszcze brakować? Może tylko miłości, ale i ta miała wkrótce nadejść.
3. Razem
Po spotkaniu Leona Marta nie mogła długo zasnąć. Tak bardzo chciała podzielić się tą wiadomością z ojcem. Serce biło jej z podniecenia, kiedy, czekając na niego, leżała w łóżku. Wrócił grubo po północy i Marta poczuła zapach wódki, kiedy tylko wszedł do mieszkania.
„Zebranie partyjne zakończyło się pijaństwem”, pomyślała z goryczą.
Marta nie znosiła widzieć ojca pijanego, ale tego dnia naprawdę chciała z nim rozmawiać. Zawołała go.
– O, Marta, słyszałaś ten dowcip? – uśmiechnął się na jej widok, lekko się zataczając. – W Moskwie odbywa się wyścig pomiędzy Breżniewem i Nixonem. Oficjalne wyniki zawodów: towarzysz Breżniew zajął zaszczytne drugie miejsce, podczas kiedy Nixon zakończył jako przedostatni.
Marta roześmiała się uprzejmie z dowcipu, ale głównie chciała pozyskać moment jego uwagi.
– Tato, dzisiaj spotkałam kogoś – powiedziała poważnym tonem. – Kogoś bardzo wyjątkowego.
– Co było w nim takiego wyjątkowego? – zapytał Józef żartobliwym głosem.
– Dał mi bilet autobusowy – odpowiedziała Marta trochę niepewnym głosem. – Ale to nie wszystko…
– Kochanie, to cudownie, ale daj mi znać, kiedy spotkasz kogoś trochę bardziej wyjątkowego – odparł Józef ze śmiechem, nie dając jej skończyć i całując ją w czoło na dobranoc.
Następnego dnia Marta nie mogła skupić się na wykładach. Wszystko wokół niej wydało się nagle mniej istotne, jakby straciło swój dotychczasowy wymiar. Nawet nie zezłościła się, kiedy musiała powtórzyć nieudany chemiczny eksperyment. Wyszła z laboratorium dziesięć minut wcześniej, by nie spóźnić się na przystanek.
Grupa studentów medycyny przyszła wkrótce, ale Marta z rozczarowaniem stwierdziła, że nie było wśród nich Leona. Czekała następne pół godziny, myśląc, że po prostu się spóźni, ale on wcale się nie pokazał. To samo powtarzało się przez resztę tygodnia.
Kiedy Marta stała na przystanku, Leon leżał w łóżku z gorączką. Zmartwiona Alina doglądała go jak wtedy, kiedy był jeszcze małym chłopcem.
– Musisz bardziej uważać na siebie, wiesz jak łatwo się przeziębiasz – pouczała zmartwionym głosem. – I co to był za zwariowany pomysł iść do domu w deszczu?
– Mamo, to dziwna historia – odpowiedział. – W autobusie była dziewczyna, która patrzyła na mnie. Było w niej coś tak wyjątkowego, że ja również zacząłem patrzeć na nią. Miała takie duże oczy orzechowego koloru, nigdy nie widziałem takich oczu… takiego koloru…To wszystko nie tak łatwo opisać…
Zaplątał się, więc przerwał na chwilę. Leżał zamyślony, jakby zapomniał o obecności matki. Po chwili, jakby budząc się ze snu, zakończył – ona zapomniała kupić biletu, więc oddałem jej swój, kiedy podszedł kontroler.
Alina słuchała go z uwagą. Nastolatki rzadko bywały tak otwarte a jeszcze rzadziej w stosunku do własnych rodziców. Ich relacja jednak była wyjątkowa i wpływała na to zapewne wspaniała osobowość Aliny. Teraz też zupełnie normalnie przyjęła jego wyznanie.
– To nadal nie wyjaśnia, dlaczego szedłeś do domu w deszczu – skomentowała logicznie. – Mogłeś kupić nowy bilet i poczekać na następny autobus.
– Autobusy były zatłoczone, a spacer zrobił mi dobrze, aby uporządkować myśli – odpowiedział Leon i odwrócił się do ściany.
Alina zrozumiała, że nie należy zadawać więcej pytań. Wróciła do kuchni, myśląc o spotkaniu syna z brązowooką dziewczyną. Miała przeczucie, że jeszcze o niej usłyszy.
Zaczął się nowy tydzień i w poniedziałek, po południowych wykładach, Marta szła do przystanku autobusowego później niż zwykle. Po rozczarowaniach ostatniego tygodnia nie miała nawet nadziei spotkać Leona. Szła powoli, z pochyloną głową, pogrążona w myślach. Nagle uniosła głowę i zobaczyła go. Leon celowo puścił całą grupę swoich kolegów przodem i pozwolił im odjechać bez niego. Stał na przystanku, czekając na nią.
Spojrzeli na siebie. Marta czuła się zakłopotana. Leon patrzył jej prosto w oczy z szerokim przyjaznym uśmiechem.
– Nie zapomnij tym razem kupić biletu – zaczął, upewniając się, że go pamięta.
– Dziękuję za pomoc wtedy. Jestem Marta – przedstawiła się.
– Leon – chłopak podał jej rękę.
– Widziałem cię tu przedtem. Czy jesteś na medycynie? – zapytał, chociaż wiedział, że nie była. Był to po prostu sposób na rozpoczęcie konwersacji.
– Nie, na biologii – odpowiedziała Marta. – Ale wiem, że ty jesteś na medycynie. Słyszałam, jak rozmawiałeś ze swoimi kolegami o anatomii.
– O tak, anatomia jest bardzo trudna. Nie mam najlepszej pamięci do tych wszystkich łacińskich nazw – wyjaśnił. – Ale nie chcę cię zanudzać szczegółami – dodał.
– Ależ nie, mnie to ciekawi – zaprzeczyła Marta szybko. – Myślałam, żeby iść na medycynę. Ale w końcu zdecydowałam, że bardziej interesuje mnie biologia na poziomie komórkowym.
Nadjechał autobus. Oboje wsiedli i zaraz zostali rozdzieleni przez tłum pasażerów. Stali w oddaleniu, ale się widzieli. Leon uśmiechnął się do niej i Marta odpowiedziała uśmiechem. Przez moment ich oczy się spotkały i Marta pomyślała, że nie ma niczego tak błękitnego jak oczy Leona. Leon spojrzał w jej orzechowe oczy i pomyślał: „To jest moja dziewczyna”.
On wysiadał pierwszy. Przechodząc obok Marty, szepnął:
– Do zobaczenia jutro.
– Do jutra – odpowiedziała szybko.
Następnego dnia oboje przyszli wcześniej na przystanek.
– Wyszedłem z ostatniego wykładu, aby się nie spóźnić – przyznał się Leon.
– Zrobiłam to samo – odrzekła Marta.
Roześmiali się oboje. Było piękne, słoneczne popołudnie.
– Może pójdziemy pieszo? – zaproponował Leon. – Jest tak ciepło dzisiaj.
– Świetnie – natychmiast zgodziła się Marta.
W to pamiętne jesienne popołudnie powiedzieli sobie bardzo wiele. Rozmawiali o swoich pierwszych wrażeniach ze studiów, o ulubionych książkach, filmach i o tym, jak lubią spędzać wolny czas. Wreszcie zeszli na temat rodziców. Leon był bardzo dumny ze swojej matki i z bliskich więzów, jakie go z nią łączyły. Marta nie była pewna, czy powinna mówić o pozycji ojca w partii, wiedząc jak była niepopularna wśród ludzi. Ale w końcu ojciec był jej szczególnie bliski a polityka nie miała z tym nic wspólnego. Leon w pełni to zrozumiał, choć na wszelki wypadek nie wspomniał o więzieniu politycznym swojego ojca. Kto wie, czy przez jakiś ironiczny zbieg okoliczności ojciec Marty nie był w to zaangażowany?
Leon nie uważał, aby przeszłość czy obecna pozycja ich rodziców była istotna. Miał dużo zrozumienia dla ludzkich słabości i był daleki od wydawania pochopnych opinii. Marta dostrzegła to w jego tonie i przyjęła to z dużą ulgą.
Nie wiadomo kiedy znaleźli się pod blokiem Marty. Wyglądało na to, że trudno było im się rozstać, ale zrobiło się późno i czas było wracać do domów.
– Skończymy rozmawiać jutro – rzekł Leon na pożegnanie. – Wiem, że przyjdziesz – dodał z uśmiechem.
„Czy tak łatwo mnie rozszyfrować?”, pomyślała Marta. „Jak widać nie umiem ukrywać uczuć. Trudno, teraz on już wie i jeśli nie chce, może nie przyjść”.
Ale Leon przyszedł. I potem spotkali się jeszcze wiele razy. Spotkania na przystanku i spacery do domu stały się istotną częścią ich życia. To były ich randki. W tamtych czasach młodzi ludzie nie mieli wielkich możliwości spotkań, z braku miejsc, pieniędzy i wolnego czasu, którego niewiele pozostawiały intensywne studia. Wyjścia z domu w późnych godzinach były ograniczane przez rodziców, ponieważ młodzi musieli polegać na miejskiej komunikacji, a miasta wieczorami i w nocy nie były najbezpieczniejszym miejscem. Ale wszystkie te przeszkody nie znaczyły wiele dla Marty i Leona. Byli młodzi, zakochani i jedyne czego pragnęli, to być razem. Przyjście ciężkiej zimy ograniczyło czas, który spędzali ze sobą. Niektóre dni były po prostu za zimne na spacer a autobus zachęcał swoim ciepłym wnętrzem. Potem nadeszły święta Bożego Narodzenia, które zawsze miały w Polsce charakter rodzinny, bez względu na przekonania religijne lub polityczne. Leon musiał pomóc Alinie w zakupach, biorąc na siebie chociaż część ciężaru stania w kolejkach, szczególnie u rzeźnika, którego szczerze nienawidził. Stół świąteczny musiał wyglądać obficie i dostatnio. W zimny poranek, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, Marta poznała Alinę i Jana, następnego dnia Marta przedstawiła Leona swoim rodzicom.
Wreszcie nadeszła wiosna. Była to piękna pora roku, szare zakurzone miasto zaczęło nabierać kolorów: zielone liście i kolorowe kwiaty dzielnie podejmowały walkę z szarością otoczenia. W ciepłe sobotnie popołudnie Leon zaproponował Marcie wycieczkę za miasto.
– Pojedziemy wczesnym autobusem, aby uniknąć tłoku – wyjaśnił. – Wysiądziemy na ostatnim przystanku, będziemy wtedy już przy samym lesie.
Marta przytaknęła.
– Zrobię kanapki – odpowiedziała.
Nie chciała pokazać po sobie zbyt wiele radości i podniecenia, ale nie mogła opanować myśli, że wreszcie będą tak długo sami.
I wszystko stało się dokładnie tak, jak tego pragnęli. Byli tylko oni i niebieskie niebo przyprószone lekkimi wiosennymi chmurkami. Las był cichy i pusty. Niedzielne tłumy były jeszcze w kościołach albo po prostu w łóżkach – uśpieni po ciężkim tygodniu pracy. Zaczęli od pocałunków, ale ich ciała były zbyt spragnione siebie, aby długo czekać na fizyczne zbliżenie. Miesiące budowania emocjonalnej bliskości zaowocowały w tym akcie, który wydawał się tak właściwym i naturalnym, jak cichy las, który ich otaczał, czy niebo nad nimi. Byli zakochani i ich miłość wreszcie znalazła spełnienie. Czuli, że tak właśnie powinno być i byli bardzo szczęśliwi.
– Kocham cię, Marta – wyszeptał Leon w jej ucho.
– Ja ciebie również – odpowiedziała.
– Będziemy zawsze razem – oświadczył. – Pewnego dnia będziemy mieli piękne mieszkanie. Nie musi być duże, ale będzie piękne, bo wypełni je nasza miłość.
Leon leżał na plecach, patrząc w niebo i marząc.
– Pewnego dnia urodzisz mi syna – kontynuował swoje marzenie.
– Poczekaj, poczekaj – Marta przerwała mu żartobliwym tonem. – Postarajmy się najpierw skończyć studia.
Resztę poranka spędzili, leżąc na trawie i trzymając się w ramionach. Świat wygląda pięknie w oczach zakochanych dwudziestolatków!
4. Artur
Studia to jeden z najbardziej rozwijających, ale jednocześnie wymagających okresów w życiu. Marcie i Leonowi, a zwłaszcza jemu, pochłaniały tyle czasu, że często nie mieli nawet kiedy wybrać się na spacer. Studia medyczne były trudne i wielu studentów nie przechodziło przez pierwszy rok. Wśród nich znalazł się szkolny kolega Leona, Artur.
Przyjaźń łącząca chłopców była dziwna. Ojciec Artura był znanym ginekologiem, którego niesława, bardziej niż sława, i pieniądze pochodziły z przerywanych ciąży. Ponieważ niewielu lekarzy w mieście godziło się na takie zabiegi, rodzina Artura zdołała dorobić się wyjątkowego w komunistycznych czasach majątku. W czasach, kiedy samochód był nadal nieosiągalnym marzeniem wielu rodzin, Artur, jako chyba jedyny chłopak w mieście przyjeżdżał do szkoły własnym fiatem! Nie był zbyt zdolny, ale nadrabiał to wyjątkową arogancją, co pewnie nie czyniło go najlepszym materiałem na przyjaciela. Ale Leon niełatwo zniechęcał się do ludzi i myślał, że pomagając Arturowi w nauce być może także wpłynie na jego charakter.
Nikt nie miał wątpliwości, dlaczego Artur dostał się na medycynę, bo pieniądze w tym na pozór „wyidealizowanym” społeczeństwie nadal odgrywały olbrzymią rolę.
Było gorące czerwcowe popołudnie, kiedy ogłoszono wyniki sesji egzaminacyjnej. Artur przeszedł obok Leona, nie zauważając go, jak w transie.
– Cześć, Artur! Jak ci poszło? – Leon zawołał przyjaciela.
– Jak mi poszło? Oblałem! To już koniec! – Artur wykrzyknął, nie patrząc na niego.
Stali obaj w korytarzu jednego z budynków Akademii Medycznej, gdzie wywieszone były wyniki. Leon spojrzał na przyjaciela. Jego twarz o oliwkowej karnacji, ciemnych włosach i oczach, wydawała się jeszcze ciemniejsza przez przebijającą na niej mieszaninę przygnębienia i gniewu.
– Artur, nie odchodź tak – poprosił Leon, najwyraźniej zmartwiony jego stanem. – Sprawdzę moje wyniki i zaraz wrócę. Musimy o tym wszystkim porozmawiać. A na razie idź poszukać Marty, ona czeka na mnie na zewnątrz – dodał.
Artur wyszedł z budynku. Szedł i wpadał na ludzi, ledwo ich zauważając. Kilka dziewcząt zamachało do niego.
„Wszystkie jesteście jednakowe”, pomyślał ze złością.
Rzeczywiście, wiele z nich znał aż za dobrze. Sypiał często z różnymi dziewczynami, ale zwykle wszystkie szybko go nudziły. Dla Artura liczyły się tylko rzeczy, których nie mógł mieć. A w tej chwili właśnie wyleciał ze studiów, które kosztowały ojca sporo łapówek. Szedł jak lunatyk przez tłum studentów.
W końcu w znalazł Martę. Stała w dziewczęcej letniej sukience i trzymała w rękach bukiet polnych kwiatów.
– Cześć Artur – powitała go serdecznie. – Widziałeś Leona?
Potem przyjrzawszy mu się lepiej zapytała:
– Czy wszystko w porządku? – Nagle, zdając sobie sprawę z możliwej przyczyny jego widocznego przygnębienia, dodała z troską – Zdałeś?
Artur spojrzał na nią. Nie była ładniejsza od dziewczyn, z którymi miał do czynienia, ale miała jedną pociągającą cechę. Nie należała do niego. Była dziewczyną Leona, tego samego Leona, który przez lata zawsze był zdolniejszy i lepszy. Leona, którego szczerze nienawidził przez cały ten czas a udawał przyjaźń tylko po to, by z jego pomocą zdać maturę. Ale poczucie wdzięczności tylko pogłębiało nienawiść. Patrząc na Martę, wyobrażał sobie, jak za kilka minut będzie w objęciach Leona, gratulując mu udanego zaliczenia roku. Następna jego porażka, następna wygrana Leona i on tak spokojnie ma to akceptować?
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com