Ebook Cmentarz w Pradze  Umberto Eco Wydawnictwo Literackie/Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Cmentarz w Pradze (ebook)

Author:

Umberto Eco

Price: 39,00 zł 25,01 zł (you save 36%)
+25 pts (buy for 12,50 zł)
Add to cart Download a sample Publisher: Wydawnictwo Literackie/Oficyna Literacka Noir sur Blanc Provider: NetPress Digital Category: Crime Language: Polish Format: EPUB (DRM) (to download on e-reader, smartphone, tablet or computer)

Cmentarz w Pradze to powieść kryminalno-szpiegowska, której akcja rozgrywa się w XIX wieku. Jej bohaterem  jest Simone Simonini, cyniczny fałszerz świadczący usługi wywiadom wielu krajów. Obsesyjny antysemita. Nienawidzi również jezuitów, masonów i.. kobiet.

Eco opisuje jego historię odwołując się do najlepszych wzorów XIX-wiecznej powieści przygodowej – mamy więc wartką akcję (fałszerstwa, spiski i zamachy), ciekawą intrygę o zaskakującym rozwiązaniu,  a wszystko opowiedziane barwnym, potoczystym językiem.

Cmentarz w Pradze to książka dla każdego!

Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.

Table of contents













Tytuł oryginału Il cimitero di Praga

Copyright © RCS Libri S.p.A. – Milano Bompiani 2010

For the Polish edition Copyright © 2011, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-368-3

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.


Ponieważ epizody są niezbędne, a nawet stanowią zasadniczą część opowiadania historycznego, do naszego wprowadziliśmy egzekucję stu obywateli powieszonych na głównym placu miejskim, spalenie żywcem na stosie dwóch mnichów i pojawienie się komety. Opisy te warte są więcej niż opis stu turniejów, a ich zaletą jest to, że pozwalają czytelnikowi oddalić się od wątku podstawowego.

Carlo Tenca, La ca’ dei cani (Psiarnia)


1


PRZECHODZIEŃ,
KTÓRY OWEGO SZAREGO PORANKA

Przechodzień, który owego szarego poranka w marcu 1897 roku odważyłby się przejść plac Maubert albo Maub, jak nazywali go złoczyńcy (w średniowieczu był to ośrodek życia uniwersyteckiego, gromadzili się tam tłumnie studenci Wydziału Sztuk przy Vicus Stramineus albo rue du Fouarre; później wykonywano tam wyroki śmierci na apostołach wolnej myśli, takich jak Étienne Dolet), znalazłby się w jednym z niewielu zakątków Paryża uchronionych przed wyburzeniami dokonanymi z woli barona Haussmanna, w plątaninie cuchnących zaułków, przepołowionej korytem rzeczki Bievre, wypływającej wtedy z trzewi metropolii, których długo nie opuszczała, zanim rozdygotana, rzężąca i zarobaczona wpadała do pobliskiej Sekwany. Z oszpeconego już bulwarem Saint-Germain placu Maubert rozchodziła się jeszcze pajęcza sieć uliczek, jak rue Maître-Albert, rue Saint-Séverin, rue Galande, rue de la Bucherie, rue Saint-Julien-le-Pauvre, aż po rue de la Huchette, usianych obrzydliwymi hotelikami, których właściciele pochodzili przeważnie z Owernii i słynęli z chciwości: za pierwszą noc żądali jednego franka, za następne po czterdzieści centymów (plus dwadzieścia sous od tych, którzy chcieli mieć pościel).

Gdyby ów przechodzień wszedł w rue Sauton, to mniej więcej w jej połowie, między udającym piwiarnię burdelem a jadłodajnią, gdzie podawano paskudne wino do posiłku za dwa sous (nawet wtedy było to bardzo mało, ale na tyle tylko mogli sobie pozwolić studenci pobliskiej Sorbony), trafiłby w ślepy zaułek, zwany już wówczas impasse Maubert, lecz przed 1865 rokiem noszący nazwę cul-de-sac d'Amboise. Jeszcze dawniej mieścił się tam tapis-franc (w żargonie świata przestępczego: szynk, knajpa najniższej kategorii, należąca zazwyczaj do wypuszczonego z więzienia kryminalisty i odwiedzana przez podobnych mu klientów). Zaułek ten długo otaczała smutna sława także dlatego, że w XVIII wieku znajdowało się tam laboratorium trzech słynnych trucicielek, które pewnego dnia znaleziono martwe, zaczadzone oparami destylowanych śmiercionośnych substancji.

W połowie owego zaułka nie rzucała się bynajmniej w oczy witryna sklepiku handlarza starzyzną, z wyblakłym już napisem, który głosił: Brocantage de Qualité – Starzyzna Wysokiej Jakości. Jej tafla, zmatowiała pod grubą warstwą kurzu, nie pozwalała dostrzec większości wystawionego towaru ani zajrzeć do wnętrza także dlatego, że składała się ze szklanych kwadratów o rozmiarach dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów, ujętych w drewniane oprawy. Obok wystawy przechodzień ujrzałby zamknięte stale drzwi, a przy drucie od dzwonka kartkę z informacją, że właściciel jest czasowo nieobecny.

Gdyby zaś – co rzadko się zdarzało – drzwi były otwarte, wchodzący do środka zobaczyłby w niepewnym świetle, rozjaśniającym tę jaskinię, rozstawione na kilku chwiejnych regałach i równie chwiejnych stołach zbiorowisko przedmiotów na pierwszy rzut oka pociągających. Po dokładniejszym obejrzeniu stałoby się jednak jasne, że w uczciwej wymianie handlowej byłyby one całkowicie nieprzydatne, nawet gdyby chciano je sprzedać po cenie odpowiadającej ich opłakanemu stanowi. Znajdowały się tam na przykład: para wilków, która oszpeciłaby każdy kominek, zegar wahadłowy pomalowany niebieską, odrapaną emalią, poduszki przybrane kiedyś barwnymi bodaj haftami, patery udekorowane obtłuczonymi aniołkami z ceramiki, koślawe stoliki w nieokreślonym stylu, koszyczek na wizytówki spleciony z zardzewiałych drutów, dziwaczne pudełka wykonane z zastosowaniem pirografii, okropne wachlarze z masy perłowej ozdobione chińskimi wzorami, naszyjnik mający wyglądać na bursztynowy, para białych wełnianych pantofelków o zapinkach z naszytymi sztucznymi diamencikami, wyszczerbione popiersie Napoleona, motyle pod popękanym szkłem, owoce z wielobarwnego marmuru nakryte przezroczystym niegdyś kloszem, orzechy kokosowe, stare albumy z kiepskimi akwarelami przedstawiającymi kwiaty, kilka oprawionych dagerotypów (w tamtych latach nie wyglądały jeszcze na starocie). Gdyby znalazł się ktoś, kto ulegając swoim zdeprawowanym gustom, zainteresowałby się jedną z tych wstydliwych resztek zajętego przez komornika mienia zubożałych rodzin i stanąwszy przed niezwykle podejrzliwym właścicielem, spytał o cenę, usłyszałby z jego ust sumę tak wysoką, że nawet będąc najbardziej perwersyjnym kolekcjonerem antykwarycznych potworków, straciłby ochotę na kupno.

Jeśliby zaś po uzyskaniu jakiejś przepustki odwiedzający przekroczył próg drugich drzwi, dzielących wnętrze sklepu od piętra budynku, i wdrapał się po stopniach niepewnych, kręconych schodów, typowych dla owych paryskich domów o fasadzie tej samej szerokości co drzwi wejściowe (w pewnych miejscach domy takie stoją stłoczone jeden obok drugiego w skośnych jakby wiązkach), dotarłby do obszernego salonu i zamiast tandety z parteru ujrzał zbiór całkiem innych przedmiotów, jak stolik empire na trzech nogach ozdobionych głowami orłów, konsola osadzona na skrzydlatym sfinksie, szafa z XVII wieku, mahoniowy regał wypełniony setką książek w safianowych oprawach, biurko zwane amerykańskim, z zasuwaną pokrywą i licznymi szufladkami jak w sekretarzyku. Gdyby ta sama osoba przeszła potem do sąsiedniego pokoju, zobaczyłaby wspaniałe łoże z baldachimem, etażerkę w wiejskim stylu zastawioną sewrską porcelaną, turecką fajkę wodną, wielką alabastrową misę, kryształowy wazon, na ścianie w głębi boazerię z malowidłami wyobrażającymi sceny mitologiczne, dwa wielkie płótna przedstawiające muzy – opiekunki historii i komedii. Na ścianach wisiały też w różnych miejscach arabskie opończe, inne orientalne stroje z kaszmiru, a także stara tykwa pielgrzyma, na półce zaś stojaka przeznaczonego na miednicę i dzbanek z wodą leżało wiele przyborów toaletowych z cennych tworzyw. Jednym słowem, całość była osobliwym zestawem przedmiotów ciekawych i wartościowych, które nie świadczyły może o wyrobionym i wyrafinowanym guście, lecz z pewnością dowodziły chęci zamanifestowania własnego dostatku.

Po powrocie do salonu odwiedzający spostrzegłby starego człowieka w domowym ubiorze, siedzącego przy stole przed jedynym oknem, przez które wpadało nikłe światło z zaułka, i – co mógłby stwierdzić, zerkając mu przez ramię – piszącego to, co my zaraz przeczytamy, a co Narrator miejscami streści, aby nie znudzić zbytnio Czytelnika.

Czytelnik niech nie oczekuje, że zdziwi się, rozpoznając w tej postaci kogoś, o kim była już mowa. Niniejsza opowieść zaczyna się właśnie teraz, więc o nikim wcześniej nie wspominano. Sam Narrator nie wie jeszcze, kim jest ów tajemniczy piszący, i zamierza dowiedzieć się tego wraz z Czytelnikiem, kiedy obaj, zaciekawieni, śledzić będą wzrokiem znaki, które pióro kreśli na papierze.


2


KIM JESTEM?

24 marca 1897

Przystępując do pisania, czuję się nieco zakłopotany. To tak, jakbym obnażał własną duszę na rozkaz – nie, na Boga, nie na rozkaz, tylko idąc za sugestią – niemieckiego Żyda (albo austriackiego, to wszystko jedno). Kim jestem? Łatwiej może mi będzie zastanawiać się nad swoimi namiętnościami niż nad wydarzeniami ze swego życia. Kogo kocham? Nie przypominam sobie w ogóle kochanych twarzy. Wiem, że kocham dobrą kuchnię. Kiedy słyszę nazwę Tour d’Argent, całe moje ciało przenika dreszcz rozkoszy. Czy to jest miłość?

Kogo nienawidzę? Żydów, chciałoby mi się powiedzieć. Jednak sam fakt, że poddałem się tak posłusznie namowom tego austriackiego (albo niemieckiego) doktora, świadczy, że nie mam nic przeciw Żydom.

O Żydach wiem tylko to, czego nauczył mnie dziadek.

– To lud bezbożny w najwyższym stopniu – powiadał. – Żydzi wychodzą z założenia, że dobro ma się urzeczywistnić tutaj, nie w życiu pozagrobowym. Dlatego działają wyłącznie w zamiarze podbicia tego świata.


…Żydzi śnili mi się noc w noc przez długie lata…

Byli widmem, które sprawiło, że miałem smutne dzieciństwo. Dziadek opisywał ich śledzące innych oczy, oczy pełne fałszu, od którego się blednie, ich wstrętne uśmiechy, ich wydatne hienie wargi nad zębami, ich spojrzenia natarczywe, nieczyste, tępe, fałdy między nosem a bezustannie poruszającymi się ustami, wyżłobione przez nienawiść, ich nosy jak obrzydliwe dzioby ptaków z południowej półkuli… I oko, ach, to oko… Obraca gorączkowo tęczówką barwy opieczonego chleba i zdradza przypadłości wątroby, zepsutej wydzielinami wywołanymi przez gromadzoną od osiemnastu wieków nienawiść; otacza je tysiąc drobnych zmarszczek, rysujących się coraz wyraźniej z wiekiem, ale już dwudziestoletni Judejczyk wydaje się zwiędły jak starzec. Uśmiechając się, Żyd przymyka obrzmiałe powieki tak, że pozostaje między nimi tylko niedostrzegalna prawie linia – oznaka chytrości zdaniem niektórych, lubieżności zdaniem mojego dziadka… Kiedy już podrosłem na tyle, że pewne rzeczy mogłem zrozumieć, zapewniał mnie on, że Żyd – próżny jak Hiszpan, tępy jak Chorwat, chciwy jak Lewantyńczyk, niewdzięczny jak Maltańczyk, bezczelny jak Cygan, brudny jak Anglik, służalczy jak Kałmuk, władczy jak Prusak i oszczerczy jak mieszkaniec Doliny Aosty – oddaje się zapamiętale cudzołóstwu z powodu niepohamowanej żądzy, wywołanej przez pobudzające erekcję obrzezanie; zachodzi też monstrualna dysproporcja między karłowatym wzrostem Żydów a jamistą pojemnością ich na wpół okaleczonych prąci.

Żydzi śnili mi się noc w noc przez długie lata.

Na szczęście nigdy nie miałem z nimi do czynienia – wyjąwszy kurewkę z turyńskiego getta, kiedy byłem jeszcze chłopcem (zamieniłem z nią jednak zaledwie kilka słów), oraz austriackiego doktora (albo niemieckiego, to wszystko jedno).

Niemców poznałem, pracowałem nawet dla nich. To najniższa kategoria rodzaju ludzkiego, jaką można sobie wyobrazić. Niemiec wydziela średnio dwa razy więcej kału niż Francuz – nadczynność funkcji trawiennych ze szkodą dla mózgowych, dowodząca fizjologicznej niższości. W czasach najazdów bar-barzyńców germańskie hordy znaczyły przemierzane szlaki niepojętą ilością odchodów. Zresztą nawet w o wiele mniej odległych stuleciach francuski podróżnik zauważał natychmiast, że jest już w Alzacji, gdy widział na drogach niezwykłej wiel-kości kupy. Na tym nie koniec. Niemców charakteryzuje wydzielanie cuchnącego potu; dowiedziono też, że mocz Niemca zawiera dwadzieścia procent azotu, mocz zaś innych ras – tylko piętnaście.

Niemiec cierpi stale na niestrawność spowodowaną nadmierną konsumpcją piwa i kiełbasy wieprzowej, za którymi przepada. Podczas jedynego pobytu w Monachium przypatrywałem się pewnego wieczoru Niemcom w ich świeckich katedrach zadymionych jak angielskie porty, śmierdzących smalcem i słoniną. Siedzieli tam nawet parami, on i ona, nos przy nosie w zwierzęcym dialogu miłosnym jak dwa obwąchujące się psy, obejmując dłońmi kufle piwa sposobne do napojenia stada słoni, wybuchając hałaśliwym, nieprzyjemnym śmiechem wyrażającym ich mętną, gardłową wesołość, lśniąc od tłuszczu, który stale pokrywa ich twarze i całe ciało jak oliwa skórę zawodników w starożytnych cyrkach.

Usta mają pełne swojego Geist, co znaczy „duch”. Jest to jednak duch piwska, który od młodości ogłupia. Dlatego w dziedzinie sztuki nigdy nie powstało za Renem nic interesującego, z wyjątkiem obrazów przedstawiających odrażające gęby i śmiertelnie nudnych poematów. Albo ich muzyka… Nie mówię już o łoskoczącym, żałobnym Wagnerze, który dzisiaj otumania także Francuzów, ale i utwory Bacha – niewiele wprawdzie ich słyszałem – są zupełnie pozbawione harmonii, zimne jak grudniowa noc, symfonie zaś tego Beethovena to prawdziwa orgia prostactwa.

Wskutek nadmiernego spożycia piwa Niemcy są całkowicie niezdolni zdać sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się być Niemcami. Potraktowali poważnie żarłocznego i lubieżnego mnicha Lutra (jak można ożenić się z mniszką?) dlatego tylko, że zrujnował Biblię, tłumacząc ją na ich język. Kto to powiedział, że nadużyli dwóch najważniejszych europejskich narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa?


…Potraktowali poważnie żarłocznego i lubieżnego mnicha Lutra (jak można ożenić się z mniszką?) dlatego tylko, że zrujnował Biblię, tłumacząc ją na ich język…

Uważają się za głębokie umysły, ponieważ ich język jest ogólnikowy, nie ma jasności francuskiego, nie wyraża nigdy dokładnie tego, co powinien. Niemiec nie wie zatem nigdy, co chciał powiedzieć, i tę niepewność bierze za głębię myśli. Z Niemcami – podobnie jak z kobietami – nigdy nie dochodzi się do sedna. Na nieszczęście do nauki tego właśnie, pozbawionego ekspresji języka – czytając w nim, trzeba niespokojnie szukać oczami czasowników, bo nie ma ich nigdy tam, gdzie być powinny – zmusił mnie w chłopięcych latach dziadek, czemu nie należy się zresztą dziwić, gdyż był zwolennikiem Austrii. Niemieckiego nienawidziłem tak samo jak jezuity, który go uczył, bijąc mnie przy tym prętem po palcach.

Odkąd ten Gobineau napisał o nierówności ras, wydaje się, że kto źle mówi o innym narodzie, robi to, ponieważ swój własny uważa za lepszy. Ja nie mam przesądów. Od kiedy zostałem Francuzem (także przedtem byłem nim w połowie ze względu na matkę), zrozumiałem, jak bardzo moi nowi rodacy są leniwi, szachrajscy, pamiętliwi, zazdrośni, pyszni bezgranicznie – do tego stopnia, że wszystkich innych uważają za dzikusów – niezdolni akceptować upomnień. Zrozumiałem jednak również, że aby skłonić Francuza do przyznania, iż jego plemię nie jest wolne od ułomności, wystarczy przedstawić mu w złym świetle inny naród, mówiąc na przykład: „My, Polacy, mamy taką to a taką wadę”. Ponieważ chce on zawsze – nawet w sprawach złych – okazać się pierwszy, powie od razu: „No tak, ale my, Francuzi, mamy wady gorsze”, i będzie obmawiał rodaków, dopóki nie zauważy, że wpadł w pułapkę.

Francuzi nie lubią bliźnich nawet wtedy, gdy ciągną z nich zyski. Nikt nie jest bardziej nieuprzejmy od francuskiego oberżysty, który wydaje się nienawidzić klientów (może tak zresztą jest) i pragnąć, żeby ich w ogóle nie było (to z pewnością nie odpowiada prawdzie, ponieważ Francuzi są niezmiernie chciwi). Ils grognent toujours – zrzędzą nieustannie. Spróbujcie o coś ich zapytać: Sais pas moi – nie wiem – i wydymają wargi, jakby chcieli udać pierdnięcie.

Są źli, zabijają z nudów. Francja to jedyny kraj, którego obywatele przez wiele lat zajmowali się wzajemnym ucinaniem sobie głów. Na szczęście Napoleon ukierunkował tę furię na inne narody, ustawił Francuzów w kolumny i wysłał ich, by pustoszyli Europę.

Szczycą się posiadaniem państwa, które zwą potężnym, lecz przez cały czas usiłują je obalić. Żaden inny naród nie potrafi tak sprawnie wznosić barykad z jakiegokolwiek powodu i przy każdym powiewie wiatru, często nie wiedząc nawet zupełnie dlaczego, i manifestować na ulicy za przykładem najgorszych mętów. Francuz nie wie dobrze, czego chce; wie tylko doskonale, że nie chce tego, co ma. Aby to przekonanie wyrazić, bezustannie śpiewa piosenki.

Francuzi sądzą, że cały świat mówi po francusku. Przed kilkudziesięciu laty dowiódł tego ów Lucas, prawdziwy geniusz: trzydzieści tysięcy fałszywych dokumentów własnoręcznie sporządzonych na starym papierze – wyklejkach wyciętych z książek i wyniesionych po kryjomu z Biblioteki Narodowej – napisanych imitacją różnych charakterów pisma, choć nie tak dobrą jak ta, która byłaby moim dziełem… Sprzedał ich Bóg wie ile za ciężkie pieniądze temu durniowi Chasles’owi (wybitny matematyk – powiadają – i członek Akademii Nauk, ale wielki bałwan). No i nie tylko Chasles, ale i wielu innych jego kolegów z Akademii uwierzyło, że swoje listy pisali po francusku Kaligula, Kleopatra i Juliusz Cezar, że po francusku korespondowali ze sobą Pascal, Newton i Galileusz – a przecież nawet dzieci wiedzą, że uczeni w tamtych czasach posługiwali się łaciną. Francuscy mędrcy nie mieli pojęcia, że inne narody nie mówią tak samo jak Francuzi. Ponadto te sfałszowane listy zawierały twierdzenie, jakoby Pascal opracował teorię powszechnego ciążenia dwadzieścia lat przed Newtonem; to wystarczyło, aby zaślepić owych profesorów Sorbony zżeranych nacjonalistyczną butą.

Niewiedza Francuzów wynika może z ich skąpstwa – narodowej wady, którą oni uważają za cnotę i nazywają oszczędnością. Tylko w tym kraju mogła powstać cała komedia, której akcja obraca się wokół postaci skąpca. Pominę już papę Grandeta.

Świadczą o skąpstwie ich zakurzone mieszkania, nigdy nieodnawiane obicia mebli, odziedziczone po przodkach wanny, kręte, niepewne schody drewniane, dzięki którym zaoszczędzają małostkowo trochę miejsca. Skrzyżujcie – jak krzyżuje się rośliny – Francuza z Żydem (najlepiej pochodzącym z Niemiec), a otrzymacie to, co mamy: Trzecią Republikę.

Zrobiłem się Francuzem, ponieważ nie mogłem znieść tego, że jestem Włochem. Jako Piemontczyk (z urodzenia) czułem się tylko karykaturą Gala o bardziej ograniczonych od niego poglądach. Piemontczycy obawiają się każdej nowości, niespodzianki ich przerażają. Aby nakłonić ich do wyruszenia na Królestwo Obojga Sycylii (z Piemontu pochodziło bardzo niewielu garybaldczyków), potrzebni byli dwaj Liguryjczycy – fanatyk Garibaldi i przynoszący pecha Mazzini. I nie mówmy lepiej o tym, co odkryłem, gdy wysłano mnie do Palermo (kiedy? muszę sobie przypomnieć). Te ludy podobały się tylko próżnemu Dumasowi, chyba dlatego, że schlebiały mu bardziej niż Francuzi, dla których był przecież mieszańcem. Lubili go Neapolitańczycy i Sycylijczycy, sami mieszańcy, nie przez pomyłkę matki nierządnicy, lecz z winy pokoleń zrodzonych ze skrzyżowań zdradzieckich Lewantyńczyków, pocących się Arabów i zwyrodniałych Ostrogotów, które od swoich niejednorodnych przodków brały to co najgorsze: od Saracenów – ociężałość, od Szwabów – krwiożerczość, od Greków – niezdolność do wyciągania wniosków i zamiłowanie do czczej gadaniny, do dzielenia włosa na czworo. Co do całej reszty, wystarczy popatrzeć na neapolitańskich uliczników, jak popisują się przed cudzoziemcami, wpychając sobie palcami do gardła makaron, umazani sosem z zepsutych pomidorów. Ja chyba ich nie widziałem, ale wiem.

Włoch jest podstępny, kłamie i zdradza, woli sztylet od szpady, truciznę od lekarstwa. W pertraktacjach wykrętny, zawsze gotów do zmiany obozu; miałem okazję zobaczyć, co zrobili generałowie burbońscy na sam widok awanturników Garibaldiego i generałów z Piemontu.

Wzór czerpali Włosi z księży, którym zawdzięczali jedyne prawdziwe rządy od czasów, kiedy zdeprawowanego ostatniego cesarza rzymskiego zgwałcili barbarzyńcy, ponieważ za sprawą chrześcijaństwa zniewieściała starożytna rasa.

Księża… Jak ich poznałem? Zdaje się, że u dziadka. Przypominam sobie te rozbiegane oczy, zepsute zęby, nieświeże oddechy, spocone dłonie próbujące pogłaskać mnie po karku. Obrzydliwość. Próżniacy, klasa niebezpieczna, jak złodzieje i włóczędzy. Księdzem lub mnichem zostaje się po to, żeby próżnować; a próżnować mogą, bo jest ich dużo. Gdyby ksiądz był – powiedzmy – jeden na tysiąc dusz, miałby tyle roboty, że nie mógłby leżeć do góry brzuchem i opychać się kapłonami. Spośród księży najmniej godnych rząd wybiera najgłupszych i mianuje ich biskupami.

Księża są przy tobie tuż po urodzeniu, kiedy cię chrzczą. Potem masz ich w szkole, jeżeli rodzice byli bigotami i powierzyli im twoją edukację. Kolej na pierwszą komunię, lekcje katechizmu i bierzmowanie. W dniu ślubu ksiądz powiada ci, co masz robić w sypialni, a nazajutrz, żeby mieć się czym podniecać w konfesjonale, pyta cię na spowiedzi, ile razy to zrobiłeś. Tobie o spółkowaniu mówią księża ze wstrętem, a sami wstają codziennie z łóżek, gdzie je uprawiali; nie myją sobie nawet rąk i idą jeść i pić swojego Pana, żeby potem wydalić go z siebie i wysikać.

Powtarzają, że ich królestwo nie jest z tego świata, ale zgarniają, co się da. Cywilizacja nie osiągnie doskonałości, póki ostatni kamień z ostatniego kościoła nie spadnie na ostatniego księdza i nie uwolni świata od tej hołoty.

Komuniści rozpowszechnili pogląd, że religia to opium dla ludu. To prawda, gdyż religia hamuje zrywy poddanych; gdyby nie ona, na barykadach byłoby dwa razy więcej ludzi, a w dniach Komuny nie było ich tam dosyć i udało się wszystkich wybić bez zbytniej zwłoki. Po tym jednak, co usłyszałem od tego austriackiego lekarza na temat zalet kolumbijskiego narkotyku, powiedziałbym, że religia jest także kokainą narodów, ponieważ pchała i pcha do wojen, do rzezi niewiernych. Dotyczy to chrześcijan, muzułmanów i innych bałwochwalców. Murzyni w Afryce poprzestawali na wyrzynaniu się między sobą, a misjonarze nawrócili ich i zamienili w wojska kolonialne, gotowe umierać na pierwszej linii frontu i gwałcić białe kobiety po wkroczeniu do zdobytego miasta. Ludzie nigdy nie czynią zła w tak szerokim zakresie i z takim zapałem jak wtedy, gdy robią to z przekonań religijnych.

Najgorsi ze wszystkich są z pewnością jezuici. Wydaje mi się, że zrobiłem im kilka kawałów, ale może to oni mi zaszkodzili, nie przypominam sobie dokładnie. A może byli to ich rodzeni bracia – masoni. Są zupełnie jak jezuici, tylko trochę bardziej mętni. Jezuici mają przynajmniej swoją teologię i wiedzą, jak się nią posługiwać, masoni zaś mają teologii zbyt wiele i się w nich gubią. O masonach opowiadał mi dziadek. Wspólnie z Żydami ucięli głowę królowi. Wydali na świat karbonariuszy – takich masonów trochę głupszych, bo kiedyś pozwalali się rozstrzeliwać, a potem ucinać sobie głowy za nieudolnie sfabrykowaną bombę; stawali się też socjalistami, komunistami i komunardami. Wszystkich pod ścianę! Thiers dobrze zrobił.

Masoni i jezuici. Jezuici to masoni w kobiecym stroju.


…Jezuici to masoni w kobiecym stroju…

O kobietach wiem mało, ale ich nienawidzę. Przez lata całe moją obsesją były brasseries a femmes – piwiarnie z kobietami – gdzie zbierają się najrozmaitsi przestępcy. To miejsca gorsze od domów publicznych. Z otwarciem takiego domu mogą być trudności, jeśli sąsiedzi wyrażą sprzeciw, a piwiarnię wolno otworzyć wszędzie, ponieważ – jak powiadają – jest to tylko lokal, do którego chodzi się pić. Tyle że pije się na parterze, a na wyższych piętrach uprawia się nierząd. Każda piwiarnia ma swoje właściwości; dopasowane są do nich stroje kelnerek. Tu kelnerki niemieckie, tam znowu – przed Pałacem Sprawiedliwości – w adwokackich togach. Wystarczą zresztą same nazwy: Brasserie du Tire-cul (Ciągnij za Tyłek), Brasserie des Belles Marocaines (Marokańskich Ślicznotek) albo Brasserie des Quatorze Fesses (Czternastu Pośladków) w pobliżu Sorbony. Właścicielami są prawie zawsze Niemcy, którzy podkopują w ten sposób francuską moralność. W piątym i szóstym arrondissement jest takich piwiarni co najmniej sześćdziesiąt, a w całym Paryżu – prawie dwieście, wszystkie otwarte także dla najmłodszych. Chłopcy chodzą tam najpierw z ciekawości, potem z nałogu; wreszcie w najlepszym wypadku tylko zarażają się rzeżączką. Jeżeli piwiarnia znajduje się niedaleko szkoły, uczniowie po lekcjach idą pod drzwi podpatrywać dziewczyny. Ja chodzę pić i podglądać z wnętrza uczniów podglądających przez drzwi. Zresztą nie tylko uczniów; dowiaduję się tam wiele o obyczajach i znajomościach dorosłych, co zawsze może się przydać.

Moją ulubioną rozrywką jest śledzenie rozmaitych sutenerów, którzy siedzą przy stołach i czekają. Część ich to żyjący z wdzięków swoich żon mężowie. Trzymają się razem, są porządnie ubrani, palą i grają w karty. Właściciel i dziewczyny nazywają ich stół stołem rogaczy. W Dzielnicy Łacińskiej wielu z nich to byli studenci, którym się nie powiodło i którzy ciągle się obawiają, że ktoś pozbawi ich źródła dochodu; ci często chwytają za nóż. Najspokojniejsi są złodzieje i mordercy. Wchodzą i wychodzą, ponieważ muszą przygotowywać swoje skoki. Są pewni, że dziewczyny ich nie zdradzą, bo już następnego dnia kołysałyby się na falach Bievre.

Zdarzają się tam też osobnicy wynaturzeni, którzy czyhają na zdeprawowanych mężczyzn i kobiety, gotowi do najobrzydliwszych usług. Wypatrują klientów w Palais-Royal lub na Polach Elizejskich i zwabiają ich umówionymi znakami. Kiedy klient jest już w pokoju, często pojawiają się tam przebrani za policjantów wspólnicy, którzy grożą stojącemu w samych kalesonach aresztem; ofiara błaga o litość i wykupuje się zwitkiem banknotów.

Wchodząc do tych domów rozpusty, zachowuję ostrożność, bo wiem, co mogłoby mi się przytrafić. Jeśli klient wygląda na zamożnego, właściciel kiwa na jedną z dziewczyn, ona zbliża się i powoli przekonuje gościa, żeby zaprosił do stolika wszystkie inne, które zamawiają wtedy najdroższe napoje (ale im nie wolno się zalać, więc piją anisette superfine, anyżówkę doskonałą, i cassis fin, wyborową z czarnej porzeczki – barwioną wodę, za którą klient drogo płaci). Potem próbują grać z tobą w karty, porozumiewając się oczywiście między sobą; przegrywasz i musisz postawić kolację wszystkim, z właścicielem i jego żoną włącznie. Kiedy masz już tego dość, proponują grę nie na pieniądze: jeśli wygrywasz, jedna z dziewczyn coś z siebie zdejmuje… Spod każdej zdejmowanej koronki wygląda wstrętne, białe ciało, ukazują się nabrzmiałe piersi, ciemne pachy o nieprzyjemnej, denerwującej woni…

Nie wszedłem nigdy na wyższe piętro. Ktoś powiedział, że kobiety to tylko namiastka onanizmu, wymagają jednak więcej wyobraźni. Wracam więc do domu i śnię o nich w nocy, nie jestem przecież z żelaza, a zresztą to one mnie sprowokowały.

Czytałem doktora Tissota i wiem, że szkodzą nawet na odległość. Nie wiadomo, czy duchy żywotne i sperma to jedno, lecz nie ulega wątpliwości, że te dwa fluidy mają ze sobą coś wspólnego: po długich polucjach nocnych nie tylko traci się siły, ale ciało chudnie, twarz blednie, słabnie pamięć, wzrok zachodzi mgłą, głos chrypnie, sen zakłócają koszmary, odczuwa się ból oczu, na twarzy pojawiają się czerwone plamy, niektórzy plują wapienną substancją, mają palpitacje, duszą się, mdleją, inni znowu uskarżają się na zatwardzenie lub na puszczanie coraz bardziej smrodliwych wiatrów.

Może to przesada. Jako chłopiec miałem krosty na twarzy, to chyba typowe dla wieku, zresztą może wszyscy chłopcy sobie dogadzają, trzepiąc kapucyna dniem i nocą. Teraz nauczyłem się już ograniczać; niespokojne sny dręczą mnie tylko po wieczorze spędzonym w piwiarni i w przeciwieństwie do wielu innych mężczyzn nie miewam erekcji na widok byle jakiej spódniczki. Praca chroni mnie przed rozwiązłością obyczajów.

Dlaczego jednak filozofuję, zamiast odtwarzać wydarzenia? Może dlatego, że potrzebuję wiedzy nie tylko o tym, co robiłem przed dniem wczorajszym, lecz także o tym, jaki jestem wewnątrz. Pod warunkiem, że mam wnętrze. Mówią, że dusza jest jedynie tym, co się robi. Jeśli jednak kogoś nienawidzę i tę żywą niechęć w sobie pielęgnuję, znaczy to, że – na Boga! – jakieś wnętrze jest. Jak to powiedział filozof? Odi ergo sum – nienawidzę, więc jestem.

Niedawno na dole ktoś zadzwonił. Obawiałem się już, że to jakiś dureń, który chce coś kupić, ale ten człowiek powiedział mi od razu, że go przysyła Tissot (dlaczego wybrałem właśnie takie hasło?). Potrzebował testamentu holograficznego z podpisem niejakiego Bonnefoy na korzyść niejakiego Guillota (był to bez wątpienia on sam). Miał ze sobą papier listowy, którego używa lub używał ów Bonnefoy, i próbkę jego charakteru pisma. Zaprosiłem Guillota do gabinetu, wybrałem odpowiednie pióro i atrament, po czym bez żadnych przymiarek zredagowałem dokument. Był znakomity. Guillot zapewne znał cennik, bo wręczył mi honorarium stosowne do wysokości zapisu.

A więc taki jest mój zawód? Piękną rzeczą jest stworzyć z niczego akt notarialny, sfabrykować list, który wydaje się prawdziwy, wymyślić kompromitujące zeznanie, zredagować dokument, który kogoś zgubi. Oto potęga sztuki… Zasłużyłem sobie na odwiedziny w Café Anglais.

Siedzibą mojej pamięci jest chyba nos. Odnoszę wrażenie, że już od wieków nie wdycham aromatu owego menu: suflet a la reine, filety z soli a la vénitienne, escalopes de turbot au gratin – zapiekane dzwonka turbota, selle de mouton purée bretonne – comber barani z purée po bretońsku… A na przystawkę: kurczak a la portugaise albo pâté chaud de cailles – pasztet przepiórczy na gorąco, albo homar a la parisienne, albo wszystko to razem. No i danie główne… czy ja wiem… kaczuszki a la rouennaise albo ortolans sur canapés – ortolany na kanapkach, oraz coś lekkiego przed deserem, bakłażany a l’espagnole, asperges en branches – łodygi szparagów, cassolettes princesse – wazonik księżniczki… A wina… sam nie wiem… chyba Château-Margaux albo Château-Latour, albo Château-Lafite, zależnie od rocznika. I na zakończenie bombe glacée – bomba lodowa.

Kuchnia dawała mi zawsze więcej satysfakcji niż współżycie płciowe. Może to piętno wyciśnięte na mnie przez księży.

W głowie mam ciągle coś w rodzaju chmury, która uniemożliwia mi patrzenie wstecz. Dlaczego nagle stają mi w pamięci moje wypady do turyńskiej kawiarni Bicerin w habicie ojca Bergamaschiego? Zapomniałem zupełnie ojca Bergamaschiego. Kto to był? Lubię wodzić piórem zgodnie z nakazami instynktu. Zdaniem tego austriackiego lekarza powinienem dotrzeć do chwili dla mojej pamięci prawdziwie bolesnej, co by mi wyjaśniło, dlaczego tyle wspomnień nagle wykreśliłem.

Wczoraj, we wtorek, dwudziestego drugiego marca – tak przynajmniej uważałem – obudziłem się z uczuciem, że doskonale wiem, kim jestem. Jestem kapitanem Simoninim, mam sześćdziesiąt siedem lat, ale wyglądam młodziej (jestem na tyle tęgi, że można mnie uznać za mężczyznę przystojnego). Stopień kapitana nadałem sobie we Francji z myślą o dziadku, uzasadniając to niejasno służbą w szeregach Tysiąca garybaldczyków, która przynosi pewien prestiż w tym kraju, gdzie Garibaldi szanowany jest bardziej niż we Włoszech. A więc Simone Simonini, urodzony w Turynie z pochodzącego stamtąd ojca i matki Francuzki (lub mieszkanki Sabaudii, ale kiedy się urodziła, Sabaudię okupowali Francuzi).

Leżałem jeszcze w łóżku i rozmyślałem… Biorąc pod uwagę problemy z Rosjanami (z Rosjanami?), lepiej, żebym się nie pokazywał w swoich ulubionych restauracjach. Mógłbym sam sobie coś ugotować. Kilkugodzinna praca nad przygotowaniem jakiegoś smacznego dania zawsze mnie odpręża. Na przykład côtes de veau Foyot: mięso cielęce grubości przynajmniej czterech centymetrów – porcja na dwie osoby – dwie średnie cebule, pięćdziesiąt gramów miękiszu chleba, siedemdziesiąt pięć gramów tartego sera szwajcarskiego, pięćdziesiąt gramów masła. Miękisz przeciera się i miesza z serem, cebule obiera się i sieka drobno, topi się w rondelku czterdzieści gramów masła, a z jego pozostałością, w drugim garnuszku, dusi się powoli cebulę. Dno płaskiego naczynia wyścieła się połową duszonej cebuli, wkłada do niego mięso przyprawione solą i pieprzem i przybiera je po jednej stronie pozostałością cebuli. Całość przykrywa się pierwszą warstwą miękiszu z serem, polewając mięso topionym masłem i lekko ugniatając dłonią, aby przylegało dokładnie do dna naczynia. Kładzie się drugą warstwę miękiszu, formując ją w coś w rodzaju kopuły, następnie polewa się wszystko białym winem i bulionem – ale tak, żeby płynu nie było w naczyniu zbyt dużo. Potrawę wstawia się do piecyka na jakieś pół godziny, nadal zwilżając ją od czasu do czasu winem i bulionem. Podawać z kalafiorami obsmażanymi na patelni.

Potrzeba na to trochę czasu, ale rozkosze związane z dobrą kuchnią zaczynają się jeszcze przed jedzeniem, bo gotowanie jest zapowiedzią przyjemności. Wylegując się teraz w łóżku, tym właśnie się delektowałem. Tylko głupcy, aby nie czuć się samotnie, muszą mieć pod kołdrą kobietę lub chłopca. Nie wiedzą, że łykać ślinkę jest lepiej, niż mieć erekcję.

W domu miałem prawie wszystko oprócz szwajcarskiego sera i mięsa. Z mięsem każdego innego dnia nie byłoby kłopotu, bo na placu Maubert jest rzeźnik, ale – kto wie dlaczego – we wtorki jego sklep jest zamknięty. Wiedziałem jednak o innym, w odległości dwustu metrów stąd, na bulwarze Saint-Germain; spacer dobrze mi zrobi. Ubrałem się i przed wyjściem, patrząc w lustro nad umywalką, przylepiłem sobie jak zwykle czarne wąsy i piękną brodę. Potem nałożyłem perukę i uczesałem ją z przedziałkiem pośrodku, lekko mocząc grzebień w wodzie. Wdziałem surdut, w kieszonkę kamizelki wsunąłem srebrny zegarek z dobrze widocznym łańcuszkiem. Aby wyglądać na emerytowanego kapitana, podczas rozmowy chętnie bawię się szylkretowym pudełeczkiem wypełnionym pastylkami lukrecjowymi, z portrecikiem kobiety brzydkiej, ale elegancko ubranej, po wewnętrznej stronie pokrywki; to niewątpliwie ukochana zmarła. Od czasu do czasu wkładam do ust pastylkę i przesuwam ją językiem, co pozwala mi mówić wolniej, temu zaś, kto mnie słucha, każe śledzić ruchy moich warg i nie zwracać większej uwagi na słowa. Chodzi o to, aby mieć wygląd osoby obdarzonej inteligencją niesięgającą średniej.

Wyszedłem z domu i skręciłem w rue Sauton, starając się nie zatrzymywać przed piwiarnią, z której od wczesnego ranka dolatywały niemiłe głosy kobiet upadłych.

Plac Maubert nie jest już tym niezwykłym miejscem, którym był jeszcze trzydzieści pięć lat temu, kiedy tu przybyłem. Roiło się tam wówczas od handlarzy utylizowanym tytoniem – ciętym grubo z niedopałków cygar i z pozostałości w fajkach oraz ciętym cienko z niedopałków papierosów; ten pierwszy za jednego franka dwadzieścia centymów za funt, ten drugi od jednego franka pięćdziesiąt do jednego franka sześćdziesiąt za funt (zajęcie to nie przynosiło jednak większego zysku i nie przynosi go nadal, bo wszyscy ci pomysłowi handlarze, pozbywszy się znacznej części zarobku w jakiejś knajpie, nie wiedzą, gdzie się w nocy przespać). Pełno było na placu również sutenerów, którzy wylegiwali się w łóżku przynajmniej do drugiej po południu, a resztę dnia spędzali paląc, oparci o ścianę, za przykładem wielu zacnych emerytów, aby jako psy pasterskie wkroczyć do akcji o zmroku. Nie brakowało złodziei zmuszonych okradać się wzajemnie, bo żaden lepiej sytuowany mieszczanin (z wyjątkiem może jakiegoś przyjezdnego próżniaka) nie ośmieliłby się tam przyjść. Ja byłbym dobrym łupem, gdybym nie chodził krokiem wojskowego, wywijając laską; zresztą miejscowi kieszonkowcy mnie znali, niektórzy kłaniali mi się nawet, tytułując mnie kapitanem – musieli myśleć, że jakimś sposobem należę do ich podejrzanego światka, a kruk krukowi oka nie wykole. Były też przywiędłe prostytutki, które gdyby jeszcze ładnie wyglądały, pracowałyby w brasseries a femmes, a teraz liczyły tylko na szmaciarzy, łobuzów i śmierdzących handlarzy utylizowanym tytoniem – ale ujrzawszy porządnie ubranego pana w lśniącym cylindrze, mogłyby się ośmielić i nawet chwycić cię za ramię, podchodząc tak blisko, że poczułbyś obrzydliwy zapach najtańszych perfum zmieszany z wonią potu. Takie przeżycie byłoby zbyt przykre (nie chciałem śnić o nich w nocy), kiedy więc widziałem, że któraś się zbliża, wprawiałem laskę w ruch obrotowy, jakbym chciał stworzyć wokół siebie strefę chronioną i niedostępną, co one pojmowały od razu, bo były przyzwyczajone do posłuszeństwa i dla kija żywiły respekt.

W tym tłumie kręcili się także wywiadowcy prefektury policji, werbując swoich mouchards, czyli konfidentów, lub zbierając w locie cenne informacje o przygotowywanych łotrostwach, o których jeden złoczyńca mówił drugiemu zbyt głośnym szeptem w przekonaniu, że jego głos zginie w ogólnym hałasie. Szpicli rozpoznawało się jednak natychmiast, bo mieli strasznie zakazane gęby. Tylko oni wyglądali na łotrów, żaden prawdziwy łotr na takiego nie wygląda.

Teraz po placu Maubert jeżdżą nawet tramwaje, człowiek nie czuje się już jak u siebie w domu. Są tam jednak jeszcze osobnicy, którzy mogą się przydać, trzeba tylko umieć ich rozpoznać. Stoją na rogach, w drzwiach kawiarni Maître-Albert albo w jednej z przyległych uliczek. W każdym razie Paryż nie jest już taki jak kiedyś, odkąd z każdego kąta widać w oddali ten szpikulec – wieżę Eiffla.

Dosyć, nie jestem sentymentalny, istnieją też inne miejsca, gdzie mogę zawsze znaleźć to, czego mi potrzeba. Wczoraj rano potrzebowałem mięsa i sera, znalazłem je jeszcze na placu Maubert.

Kupiłem ser i zatrzymałem się przed swoim sklepem mięsnym, bo zobaczyłem, że jest otwarty.

– Co to, otworzył pan we wtorek? – spytałem rzeźnika, wchodząc.

– Panie kapitanie, przecież dzisiaj środa – odpowiedział z uśmiechem.

Zmieszałem się i przeprosiłem. Dodałem, że z wiekiem traci się pamięć. On na to, że jestem nadal młodzieniaszkiem i że każdy może być trochę roztargniony, jeśli zbyt wcześnie się obudzi. Wybrałem mięso, zapłaciłem, nie wspominając nawet, że mógłby policzyć nieco taniej – to jedyny sposób na pozyskanie sobie szacunku sprzedawców.

W drodze powrotnej zastanawiałem się, jaki to właściwie jest dzień tygodnia. Wszedłem na piętro do sypialni, aby zdjąć wąsy i brodę, jak robię zwykle, kiedy mam być sam. Dopiero wtedy uderzyło mnie coś, co wydawało się nie na miejscu. Na wieszaku obok komody wisiał ubiór – sutanna, bez żadnej wątpliwości księża sutanna. Zbliżyłem się i spostrzegłem, że na komodzie leży peruka koloru kasztanowego, wpadającego prawie w blond.

Kiedy już zacząłem się zastanawiać, jakiego aktorzynę ostatnio gościłem, uświadomiłem sobie, że ja również występuję w masce, bo noszone przeze mnie wąsy i broda nie są przecież moje. Byłem więc kimś, kto przebiera się raz za zamożnego dżentelmena, a raz za duchownego? Dlaczego jednak zapomniałem zupełnie o tym drugim wcieleniu? A może z jakiegoś powodu (na przykład dlatego, że wisi nade mną nakaz aresztowania) maskowałem się za pomocą wąsów i brody, a jednocześnie udzielałem u siebie schronienia komuś, kto przebierał się za księdza? Jeśli jednak ten fałszywy ksiądz (prawdziwy nie nosiłby peruki) mieszkał ze mną, to gdzie sypiał, bo przecież w domu było tylko jedno łóżko. Zresztą może nie mieszkał u mnie, tylko z jakiegoś powodu schronił się tu wczoraj i zostawił swoje przebranie, sam zaś poszedł sobie Bóg wie dokąd robić Bóg wie co.

W głowie czułem pustkę. Wydawało mi się, że widzę coś, co powinienem pamiętać, lecz czego nie pamiętam, coś, co należało jakby do wspomnień innej osoby. Sądzę, że „wspomnienia innej osoby” są sformułowaniem właściwym. W tamtej chwili odnosiłem wrażenie, że jestem kimś innym, kto obserwuje siebie samego z zewnątrz. Ktoś obserwował Simoniniego, który nagle zdał sobie sprawę, że nie wie dokładnie, kim jest.

Spokój, zastanówmy się – powiedziałem sobie. Nie było nieprawdopodobne, że jako indywiduum, które pod pretekstem sprzedawania rupieci fałszuje dokumenty i mieszka w jednej z najbardziej podejrzanych dzielnic Paryża, udzielałem schronienia komuś wmieszanemu w nieczyste kombinacje. Nie wydawało mi się jednak normalne, że zapomniałem, kto to mógł być.

Poczułem, że muszę się zabezpieczyć; moje własne mieszkanie stało się nagle miejscem nieznanym, kryjącym może więcej tajemnic. Zacząłem je badać, jakby należało do kogoś innego. Po wyjściu z kuchni – na prawo sypialnia, na lewo salon ze swojskimi meblami. Pootwierałem szuflady biurka mieszczące moje narzędzia pracy: pióra, buteleczki z atramentami, białe jeszcze (lub żółte) kartki rozmaitego formatu i z różnych epok. Na regałach, oprócz książek, pudełka pełne moich dokumentów i stare tabernakulum z orzecha. Usiłowałem właśnie sobie przypomnieć, do czego służyło, gdy z dołu dobiegł mnie dźwięk dzwonka. Zszedłem po schodach, aby przepędzić natręta, ale zobaczyłem znajomą mi chyba staruszkę.

Powiedziała przez szybę:

– Przysyła mnie Tissot.

Musiałem więc ją wpuścić; Bóg wie dlaczego wybrałem sobie hasło takie, a nie inne.

Weszła i rozwiązała zawiniątko, które przyciskała do piersi. Ujrzałem ze dwadzieścia hostii.

– Ksiądz Dalla Piccola powiedział mi, że pana interesują.

Niespodzianie dla samego siebie powiedziałem: „Oczywiście”, i spytałem po ile. Dziesięć franków od sztuki, odrzekła staruszka.

– Oszalała pani – zareagowałem, kierowany instynktem kupca.

– To pan oszalał, odprawia pan czarne msze. Myśli pan, że łatwo jest oblecieć w trzy dni dwadzieścia kościołów, przyjmować komunię, dbając, żeby mieć sucho w ustach, klękać, zakrywając twarz rękami, wyjmować hostie z ust, uważając, żeby ich nie zaślinić, wkładać do torebki na piersi – a wszystko tak, żeby niczego nie spostrzegli ani proboszcz, ani ludzie obok? Nie mówiąc już o świętokradztwie i o piekle, które mnie czeka. Jeżeli więc pan reflektuje, proszę dwieście franków, albo idę do księdza Boullana.

– Ksiądz Boullan umarł, widocznie już dawno nie zajmowała się pani hostiami – odrzekłem jej prawie machinalnie. Potem zdecydowałem, że przy zamieszaniu, jakie mam w głowie, powinienem iść za instynktem, zbytnio się nie zastanawiając. – Już dobrze, biorę – powiedziałem i zapłaciłem jej. Zrozumiałem teraz, że trzeba włożyć opłatki do tabernakulum w pracowni i czekać na klienta amatora. Robota taka sama jak inne.

Właściwie wszystko wydawało mi się codzienne, dobrze znane. A jednak czułem wokół siebie jakby zapach czegoś złowieszczego, czego nie umiałem określić.

Wróciłem na górę do pracowni i spostrzegłem, że w głębi znajdują się zasłonięte kotarą drzwi. Odsunąłem ją, wiedząc już, że wejdę do korytarza tak ciemnego, iż będzie mi potrzebna lampa. Korytarz przypominał magazyn akcesoriów teatralnych albo zaplecze sklepu handlarza starzyzną na rynku Temple. Na ścianach wisiały najrozmaitsze ubiory: wieśniaka, karbonariusza, gońca, żebraka, żołnierza. Obok ubiorów – pasujące do nich uczesania. Na tuzinie modeli głowy, ustawionych w szeregu na drewnianej konsoli, umieszczono tyleż peruk. W głębi korytarza stała coiffeuse podobna do toalet w garderobach aktorów, a na niej tłoczyły się słoiczki z blanszem i różem, czarne i ciemnoniebieskie kredki, zajęcze łapki, puszki do pudru, pędzelki, szczoteczki.

Korytarz zakręcał potem pod kątem prostym, dalej były drzwi wiodące do pokoju jaśniejszego niż mój, gdyż wpadało do niego światło z jakiejś ulicy, nie z ciasnego zaułka Maubert. Podszedłszy do jednego z okien, zobaczyłem w istocie, że wychodzi ono na rue Maître-Albert.

Z pokoju na ulicę prowadziły schodki, i to wszystko. Było to więc pomieszczenie jednopokojowe, coś pośredniego między kawalerką a sypialnią, wyposażone w proste, ciemne meble: stół, klęcznik, łóżko. Obok wyjścia – malutka kuchenka, przy schodach – ustęp z umywalką.

Najwidoczniej mieszkanko duchownego, z którym musiałem być w dość bliskich stosunkach, ponieważ nasze lokale łączyły się ze sobą. Wszystko tu jakby coś mi przypominało, miałem jednak wrażenie, że jestem w tym pokoju po raz pierwszy.

Podszedłem do stołu i spostrzegłem plik listów w kopertach zaadresowanych do jednej i tej samej osoby: do Przewielebnego lub Wielebnego Ojca Dalla Piccola. Obok listów zobaczyłem kilka kartek papieru zapisanych delikatnym, subtelnym, kobiecym prawie charakterem pisma, bardzo różnym od mojego. Były to szkice listów bez większego znaczenia – podziękowania za prezent, potwierdzenia proponowanych spotkań. Na samym wierzchu leżał jednak arkusz zredagowany nieco chaotycznie, jak gdyby piszący robił notatki z myślą o utrwaleniu spraw, nad którymi ma się zastanowić. Nie bez trudu odczytałem, co następuje:

Wszystko wydaje się nierealne. Jakbym był kimś innym, kto mnie obserwuje. Zapisać, żeby być pewnym, że to prawda.

Dzisiaj mamy dwudziesty drugi marca.

Gdzie są sutanna i peruka?

Co robiłem wczoraj wieczorem? W głowie mam jakby mgłę.

Nie pamiętałem nawet, dokąd prowadzą drzwi w głębi pokoju.

Odkryłem korytarz (nigdy dotąd niewidziany?) pełen ubiorów, peruk, kremów i szminek, jakich używają aktorzy.

Na kołku wisiała porządna sutanna, na półce znalazłem nie tylko ładną perukę, ale i sztuczne brwi. Podkład ochra, na policzkach odrobina różu: teraz jestem znowu taki, jakim się sobie wydaję – blady, z lekką gorączką. Asceta. To ja. Ja – kto?

Wiem, że jestem księdzem Dalla Piccola. Albo tym, kogo ludzie znają jako księdza Dalla Piccola. Najwidoczniej jednak nim nie jestem, bo żeby nim być, muszę się przebrać.

Dokąd prowadzi ten korytarz? Boję się iść nim do końca.

Przeczytaj te notatki. Jeśli są napisane czarno na białym, to znaczy, że wszystko przydarzyło mi się w rzeczywistości. Trzeba wierzyć dokumentom na piśmie.

Ktoś dał mi wypić magiczny napój? Boullan? Byłby do tego w pełni zdolny. Albo jezuici? A może masoni? Ale co ja mam z nimi wspólnego?

Żydzi! To mogli być oni.

Nie czuję się tutaj bezpiecznie. Ktoś mógł wślizgnąć się w nocy, ukraść moje ubrania, albo – co jeszcze gorsze – szperać w moich papierach. Może ktoś krąży po Paryżu, podając się za księdza Dalla Piccola.

Muszę schronić się w Auteuil. Może Diana wie. Kim jest Diana?

Zapiski księdza Dalla Piccola tutaj się urywały. Ciekawe, że nie zabrał on ze sobą tak bardzo poufnego tekstu, świadczącego o wzburzeniu, które z pewnością go ogarnęło. Na tym kończyło się też wszystko, czego mogłem się o nim dowiedzieć.

Wróciłem do mieszkania przy zaułku Maubert i usiadłem za biurkiem. W jaki sposób życie księdza Dalla Piccola krzyżowało się z moim?

Nie mogłem naturalnie pominąć hipotezy najbardziej oczywistej: ja i ksiądz Dalla Piccola byliśmy tą samą osobą; w takim wypadku wszystko stałoby się jasne, dwa połączone lokale i nawet to, że wróciłem do mieszkania Simoniniego ubrany jak Dalla Piccola, zostawiłem tam sutannę z peruką i zasnąłem. Wszystko jasne, oprócz jednego drobnego szczegółu: jeżeli Simonini był Dalla Piccolą, to dlaczego ja nie wiedziałem nic o Dalla Piccoli i nie czułem się Dalla Piccolą, który nie wie nic o Simoninim, aby zaś poznać myśli i uczucia Dalla Piccoli, musiałem przeczytać jego notatki? Ponadto gdybym był Dalla Piccolą, powinienem znajdować się w Auteuil, w tym domu, o którym on zdawał się wszystko wiedzieć, a ja (Simonini) nie wiedziałem nic. No i kim była Diana?

Chyba że byłbym chwilami Simoninim, który zapomniał Dalla Piccolę, a chwilami Dalla Piccolą, który zapomniał Simoniniego. Kto to mi mówił o przypadkach rozdwojonej osobowości? Czy nie było tak z Dianą? Ale kim jest Diana?

Postanowiłem postępować metodycznie. Wiedziałem, że mam zeszyt, w którym zapisuję swoje zajęcia. Znalazłem tam następujące notatki:

21 marca, msza

22 marca, Taxil

23 marca, Guillot w sprawie testamentu Bonnefoy

24 marca, u Drumonta?

Nie wiem zupełnie, dlaczego dwudziestego pierwszego miałem pójść na mszę. Nie sądzę, żebym był wierzący. Czy w coś wierzę? Nie wydaje mi się. Zatem – zgodnie z logiką – jestem niewierzący; ale mniejsza z tym. Czasami chodzi się na mszę z różnych przyczyn, które z wiarą nie mają nic wspólnego.

Rzeczą o wiele pewniejszą było natomiast to, że dzień, który uważałem za wtorek, okazał się w rzeczywistości środą, dwudziestym trzecim marca, wtedy bowiem przyszedł ten Guillot i poprosił, żebym zredagował mu testament Bonnefoy. A więc dwudziesty trzeci, nie dwudziesty drugi, jak sądziłem. Co zaś się zdarzyło dwudziestego drugiego? Kim albo czym był Taxil?

W czwartek miałem się zobaczyć z tym Drumontem, to całkiem pewne. Ale jak mogłem spotkać się z kimś, jeśli nie wiedziałem już nawet, kim jestem ja sam? Musiałem pozostać w ukryciu, dopóki nie rozjaśni mi się w głowie. Drumont… Powtarzałem sobie, że wiem doskonale, kim jest, ale kiedy usiłowałem o nim pomyśleć, wydawało mi się, że umysł mam zamroczony, jakbym wypił zbyt dużo wina.

Spróbujmy innych hipotez – powiedziałem sobie. Dalla Piccola jest kimś innym, kto z niejasnych powodów często przechodzi przez moje mieszkanie, połączone z jego mieszkaniem mniej lub bardziej tajemnym korytarzem. Dwudziestego pierwszego marca wieczorem wszedł do mnie od zaułka Maubert, zostawił sutannę (dlaczego?) i poszedł spać do siebie, gdzie rano się obudził, niczego nie pamiętając. Ja, także niczego nie pamiętając, obudziłem się rano dwa dni później. Jednak co w takim razie robiłem we wtorek dwudziestego drugiego, jeśli obudziłem się, niczego nie pamiętając, dwudziestego trzeciego rano? I dlaczego Dalla Piccola miałby rozebrać się u mnie i iść do siebie bez sutanny – o której godzinie? Ogarnęło mnie przerażenie: może spędził pierwszą część nocy w moim łóżku… Boże kochany, kobiety są odrażające, lecz ksiądz byłby jeszcze gorszy! Kobiet się wystrzegam, ale zboczeńcem nie jestem.

Albo ja i Dalla Piccola jesteśmy jednak tą samą osobą. Ponieważ znalazłem w swoim pokoju sutannę, po dniu, w którym byłem na mszy (dwudziestego pierwszego), mogłem wrócić od zaułka Maubert ubrany jak Dalla Piccola (jeśli już miałem iść na mszę, poszedłem tam najprawdopodobniej jako ksiądz), zdjąć sutannę i perukę, a potem pójść spać do mieszkania księdza (zapominając, że zostawiłem sutannę u Simoniniego). Następnego dnia, we wtorek, dwudziestego drugiego marca rano, obudziwszy się jako Dalla Piccola, nie tylko niczego nie pamiętałem, ale też nie znalazłem obok łóżka sutanny. Jako niepamiętający niczego Dalla Piccola wziąłem z korytarza zapasową sutannę i miałem dość czasu, aby jeszcze w tym samym dniu uciec do Auteuil. Wiele godzin później zmieniłem zdanie, nabrałem odwagi i późnym wieczorem wróciłem do Paryża. Wszedłem do mieszkania w zaułku Maubert i powiesiłem sutannę na wieszaku w sypialni. W środę obudziłem się, znowu niczego nie pamiętając – ale jako Simonini – w przekonaniu, że jest jeszcze wtorek. A zatem – powiedziałem sobie – Dalla Piccola zapomina dwudziesty drugi marca, traci pamięć na cały dzień, potem odnajduje się dwudziestego trzeciego jako niepamiętający niczego Simonini. Nic niezwykłego po tym, czego się dowiedziałem od… jak się nazywa ten doktor z kliniki w Vincennes?

I znowu drobny problem. Przeczytałem ponownie swoje notatki. Gdyby sprawy potoczyły się tak, jak je teraz opisałem, dwudziestego trzeciego marca Simonini znalazłby w swojej sypialni nie jedną, lecz dwie sutanny: tę, którą zostawił tam w nocy dwudziestego pierwszego, i tę, którą zostawił w nocy dwudziestego drugiego. Sutanna była wszakże tylko jedna.

Ależ nie, głuptas ze mnie. Dalla Piccola wrócił z Auteuil dwudziestego drugiego wieczorem, wszedł od ulicy Maître-Albert, zostawił tam swoją sutannę, przeszedł do mieszkania w zaułku Maubert i położył się spać, a potem obudził się następnego ranka (dwudziestego trzeciego marca) jako Simonini; na wieszaku ujrzał wtedy tylko jedną sutannę. Trzeba wprawdzie wziąć pod uwagę, że gdyby sprawy tak właśnie się potoczyły, to ja, wchodząc dwudziestego trzeciego rano do mieszkania Dalla Piccoli, powinienem był znaleźć tam sutannę, zostawioną przez niego dwudziestego drugiego wieczorem. Mógł on jednak powiesić ją z powrotem w korytarzu, skąd ją zabrał. Wystarczy sprawdzić.

Przeszedłem przez korytarz z zapaloną lampą, nie bez obawy. Gdyby Dalla Piccola nie był mną – mówiłem sobie – mógłby mi się ukazać po przeciwnej stronie, także z lampą w wyciągniętej ręce… Na szczęście to się nie zdarzyło. W głębi korytarza znalazłem wiszącą na ścianie sutannę.

A jednak, a jednak… Jeżeli Dalla Piccola wrócił z Auteuil, zostawił u siebie sutannę, przeszedł przez cały korytarz aż do mojego mieszkania i położył się bez wahania do mojego łóżka, zrobił tak, ponieważ przypomniał sobie wtedy o mnie i wiedział, że może spać u mnie równie dobrze jak u siebie, bo jesteśmy przecież tą samą osobą. A zatem Dalla Piccola poszedł spać, wiedząc, że jest Simoninim, Simonini zaś zbudził się następnego ranka, nie wiedząc, że jest Dalla Piccolą. Znaczyłoby to, że Dalla Piccola traci pamięć, potem ją odzyskuje, we śnie poniekąd rozmyśla i swój brak pamięci przekazuje Simoniniemu.

Brak pamięci… Te słowa, znaczące „niezdolność do przypominania sobie”, uczyniły jakby wyłom we mgle zapomnianego przeze mnie czasu. Ponad dziesięć lat temu u Magny’ego rozmawiałem o ludziach pozbawionych pamięci. Rozmawiałem o nich z Bourru i Burotem, z Du Maurierem i z austriackim doktorem.


3


U MAGNY’EGO

25 marca 1897, o świcie

U Magny’ego… Kocham dobrą kuchnię, a o ile pamiętam, w tej restauracji na ulicy Contrescarpe-Dauphine nie płaciło się więcej niż dziesięć franków od osoby, jakość zaś odpowiadała cenie. Nie można jednak jadać codziennie u Foyota. W minionych latach wielu bywało u Magny’ego, aby podziwiać z daleka sławnych już pisarzy, jak Gautiera czy Flauberta, a dawniej jeszcze tego polskiego pianistę o suchotniczym nieco wyglądzie, którego utrzymywała chodząca w spodniach degeneratka. Zajrzałem tam pewnego wieczoru i zaraz wyszedłem. Artyści są nieznośni nawet na odległość: ciągle się rozglądają, chcą wiedzieć, czy ich rozpoznajemy.

Później ci „wielcy” porzucili Magny’ego i przenieśli się do restauracji Brébant-Vachette na bulwarze de la Poissonniere, gdzie jadło się lepiej i płaciło więcej, ale, jak widać, carmina dant panem [1]. Lokal Magny’ego został więc, że tak powiem, oczyszczony, a ja od początku lat osiemdziesiątych nabrałem zwyczaju czasami go odwiedzać.

Zauważyłem, że jadają tam ludzie nauki, jak na przykład znakomity chemik Berthelot i wielu lekarzy ze szpitala La Salpetriere, z którego wprawdzie nie było zbyt blisko, ale ci lekarze woleli chyba przejść się po Dzielnicy Łacińskiej, zamiast chodzić do wstrętnych gargottes – garkuchni, gdzie stołowali się krewni chorych. Rozmowy lekarzy są zawsze interesujące, bo dotyczą dolegliwości innych ludzi; u Magny’ego był hałas, klienci musieli się przekrzykiwać, więc wprawne ucho zawsze mogło uchwycić coś ciekawego. Być czujnym nie znaczy starać się dowiedzieć czegoś konkretnego. Wszystko, nawet rzeczy mało ważne, może kiedyś się przydać. Trzeba w szczególności wiedzieć to, czego zdaniem innych się nie wie.

Literaci i artyści siadali zawsze razem, przy wspólnym stole, natomiast uczeni jedli sami, podobnie jak ja. Kiedy jednak stoły ze sobą sąsiadują, a my przy którymś z nich zasiadamy dość często, po pewnym czasie nawiązują się znajomości. Poznałem więc najpierw doktora Du Maurier, indywiduum wyjątkowo odpychające – do tego stopnia, że trudno było pojąć, jak mógł on jako psychiatra (taką miał specjalizację) budzić zaufanie pacjentów swoją nadzwyczaj nieprzyjemną, siną i zawistną twarzą człowieka, który uważa się za skazanego na odgrywanie niezmiennie drugorzędnej roli. Kierował małą kliniką dla nerwowo chorych w Vincennes, lecz wiedział doskonale, że jego zakład nie zdobędzie nigdy sławy i dochodów kliniki bardziej znanego doktora Blanche’a. Napomykał więc sarkastycznie, że w tej ostatniej przebywał trzydzieści lat wcześniej niejaki Nerval (według niego liczący się poeta), którego pchnęły do samobójstwa metody leczenia stosowane przez słynnego doktora Blanche’a.


…W przeszłości uważano ją za zjawisko występujące wyłącznie u kobiet, spowodowane zaburzeniami czynności macicy…

Nawiązałem też dobre stosunki z dwoma innymi gośćmi restauracji, doktorami Bourru i Burotem. Były to osobliwe postaci. Wyglądali jak bliźniacy, stale w jednakowo skrojonych czarnych ubraniach, z takimi samymi czarnymi wąsami i gładko wygolonymi podbródkami, z zawsze lekko przybrudzonymi kołnierzykami. Stan kołnierzyków tłumaczył się tym, że nie mieszkali w Paryżu, lecz przyjeżdżali do niego z daleka. Pracowali bowiem w Szkole Medycznej w Rochefort, a w stolicy spędzali tylko kilka dni w miesiącu, aby obserwować eksperymenty Charcota.

– Jak to, nie ma dziś porów? – zapytał pewnego dnia zirytowany Bourru.

A Burot, ze zgorszeniem:

– Nie ma porów?

Kiedy kelner przepraszał, włączyłem się ja z sąsiedniego stolika:

– Ale jest doskonała salsefia. Moim zdaniem lepsza od porów. – I zanuciłem z uśmiechem: – Tous les légumes,/au clair de lune/étaient en train de s’amuser/et les passants les regardaient./ Les cornichons/dansaient en rond,/les salsifis/dansaient sans bruit… Warzywa w świetle luny bawiły się zgodnie,/przyjazne spojrzenia słali im przechodnie./Korniszony w tańcu koła zataczały,/a salsefie obok cichutko pląsały…

Przekonałem ich; zamówili salsifis. Dało to początek naszym serdecznym rozmowom, które prowadziliśmy dwa razy w miesiącu.

– Widzi pan, panie Simonini – tłumaczył mi Bourru – doktor Charcot poświęca się dogłębnym badaniom nad histerią, rodzajem nerwicy przejawiającej się różnymi reakcjami psychomotorycznymi, sensorycznymi i wegetatywnymi. W przeszłości uważano ją za zjawisko występujące wyłącznie u kobiet, spowodowane zaburzeniami czynności macicy. Charcot jednak dowiódł, że objawy histerii występują równie często u osób obojga płci, obejmując paraliż, padaczkę, ślepotę i głuchotę, trudności w oddychaniu, mówieniu i przełykaniu.

– Mój kolega – wtrącił się Burot – nie powiedział jeszcze, że Charcot utrzymuje, iż opracował terapię, dzięki której histeria stała się uleczalna.


…Charcot wybrał hipnozę, jeszcze do wczoraj uprawianą przez szarlatanów w rodzaju Mesmera…

– Właśnie miałem o tym mówić – obruszył się Bourru. – Charcot wybrał hipnozę, jeszcze do wczoraj uprawianą przez szarlatanów w rodzaju Mesmera. Zahipnotyzowani pacjenci powinni wskrzesić w pamięci traumatyczne epizody, z których zrodziła się histeria, i uświadomiwszy je sobie, odzyskać zdrowie.

– Naprawdę je odzyskują?

– W tym właśnie rzecz, panie Simonini – powiedział Bourru. – Dla nas to, co dzieje się w La Salpetriere, przypomina bardziej teatr niż klinikę psychiatryczną. Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie zamierzam, broń Boże, powątpiewać w nieomylność diagnoz Mistrza…

– Nie wątpimy w nią, bynajmniej – potwierdził Burot – tyle że technika hipnozy sama w sobie…

Bourru i Burot wyjaśnili mi różne sposoby hipnotyzowania – od szarlatańskich jeszcze niejakiego księdza Farii (nastawiłem uszu, słysząc to nazwisko z Dumasa, ale – jak wiadomo – Dumas zgłębiał kroniki prawdziwe) po naukowe już doktora Braida, autentycznego pioniera w tej dziedzinie.

– Obecnie – zapewnił Burot – dobrzy hipnotyzerzy stosują metody prostsze.

– I skuteczniejsze – sprecyzował Bourru. – Wprawia się w ruch wahadłowy medal albo klucz, a choremu zleca w ten przedmiot usilnie się wpatrywać. W ciągu trzech minut jego źrenice zaczynają poruszać się wahadłowo, puls słabnie, oczy się zamykają, twarz przybiera wyraz wewnętrznego spokoju. Sen może trwać do dwudziestu minut.

– Należy zaznaczyć – poprawił go Burot – że wiele zależy od podmiotu, ponieważ hipnoza nie polega na przekazywaniu tajemniczych fluidów, jak utrzymywał ten bufon Mesmer, ale łączy się ze zjawiskiem autosugestii. Hinduscy guru osiągają te same wyniki, wpatrując się w czubek własnego nosa, a mnisi z góry Athos – wpatrując się we własny pępek.

– My nie wierzymy zbytnio w te formy autosugestii – powiedział Burot. – Ograniczamy się do stosowania w praktyce tego, co wyczuł Charcot, zanim tak bardzo przejął się hipnozą. Zajmujemy się przypadkami osobowości zmiennej, to jest pacjentami, którzy jednego dnia uważają, że są pewną osobą, a drugiego – że inną, przy czym obie te osoby nic o sobie nie wiedzą. W zeszłym roku trafił do naszego szpitala niejaki Louis.

– Interesujący przypadek – uściślił Bourru. – Dolegały mu: paraliż, znieczulica, skurcze, bóle mięśni, hiperestezja, niemota, stany zapalne skóry, krwotoki, kaszel, wymioty, padaczka, katatonia, lunatyzm, pląsawica, wady wymowy…

– Czasami zdawało mu się, że jest psem – dodał Burot – albo parowozem. Miewał też halucynacje prześladowcze, zwężenia pola widzenia, omamy smakowe, słuchowe i wzrokowe, przekrwienia płucne pseudogruźlicze, bóle głowy i żołądka, zaparcia, brak łaknienia, wilczy głód, letargi, objawy kleptomanii.

– Jednym słowem – zakończył Bourru – normalny obraz kliniczny. Otóż my nie uciekliśmy się do hipnozy, ale umocowaliśmy na prawym ramieniu chorego stalową sztabę – i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiła się nam zupełnie nowa postać. Paraliż i niewrażliwość zniknęły z prawego boku i przeniosły się na lewy.

– Mieliśmy przed sobą – sprecyzował Burot – całkiem inną osobę, która nie pamiętała w ogóle, kim była przed chwilą. W zależności od stanu, w jakim się znajdował, Louis mógł być abstynentem, a później stawał się wręcz alkoholikiem.

– Proszę zauważyć – powiedział Bourru – że magnetyczna siła danej substancji działa także na odległość. Nic nie mówiąc podmiotowi, stawia się na przykład pod jego krzesłem buteleczkę zawierającą alkohol. W stanie somnambulizmu wystąpią wówczas u niego wszelkie objawy nietrzeźwości.

– Pojmuje pan, że nasze zabiegi nie szkodzą w żadnej mierze psychice pacjenta – zakończył Burot. – Hipnotyzm wywołuje u niego utratę świadomości, natomiast przy zastosowaniu magnetyzmu żaden organ nie podlega gwałtownemu wstrząsowi, następuje tylko stopniowe ładowanie splotów nerwowych.

Po tej rozmowie nabrałem przekonania, że Bourru i Burot to dwaj głupcy, którzy dręczą nieszczęsnych wariatów piekącymi substancjami. W tym przekonaniu utwierdził mnie doktor Du Maurier. Widziałem, że siedząc przy pobliskim stoliku, przysłuchiwał się ich wywodom i raz po raz potrząsał głową.

– Drogi przyjacielu – powiedział mi dwa dni później – zarówno Charcot, jak i ci nasi dwaj rochefortczycy, zamiast analizować przeżycia swoich podmiotów i zastanawiać się, co znaczy mieć podwójną świadomość, troszczą się o to, czy można oddziaływać na nich hipnozą lub metalowymi sztabami. Rzecz w tym, że u wielu podmiotów przejście od jednej osobowości do drugiej odbywa się spontanicznie, w nieprzewidywalny sposób i w nieprzewidywalnych chwilach. Można by nawet mówić o autohipnozie. Moim zdaniem Charcot i jego uczniowie nie przemyśleli dostatecznie eksperymentów doktora Azama i przypadku Félidy. O podobnych zjawiskach wiemy jeszcze mało; zaburzenia pamięci mogą być spowodowane zmniejszeniem dopływu krwi do nieznanej nam dotąd części mózgu, a przyczyną przejściowego zwężenia naczyń może być stan histerii. Ale gdzie występuje niedobór krwi przy utracie pamięci?

– No właśnie, gdzie?

– Oto problem. Wiadomo panu, że nasz mózg ma dwie półkule. Mogą się zatem zdarzyć podmioty, które myślą raz półkulą całą, a raz niecałą, pozbawioną władzy pamięci. W mojej klinice mam przypadek bardzo podobny do przypadku Félidy. Kobieta młoda, niewiele ponad dwadzieścia lat. Nazywa się Diana.

Tutaj Du Maurier na chwilę zamilkł, jakby w obawie, że wyzna coś poufnego.

– Powierzyła mi ją na kurację dwa lata temu krewna, która potem zmarła i oczywiście przestała płacić, ale co miałem robić… wyrzucić pacjentkę na bruk? Mało wiem o jej przeszłości. Z jej opowiadań wynika, że już jako dorastająca dziewczynka zaczęła co pięć–sześć dni, po każdym silniejszym wzruszeniu, odczuwać ból w skroniach, a następnie jakby zapadać w sen. To, co nazywa snem, jest w rzeczywistości atakiem histerii. Kiedy się budzi albo uspokaja, bardzo różni się od tej, którą była przedtem, a więc wchodzi w fazę nazywaną przez doktora Azama stanem wtórnym. W stanie, który nazwiemy normalnym, Diana zachowuje się jak adeptka jakiejś sekty masońskiej… Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja sam należę do loży Wielkiego Wschodu, to znaczy do masonerii porządnych ludzi, ale chyba pan wie, że istnieją również rozmaite obediencje, które nawiązują do tradycji templariuszy i cechują się dziwacznym zainteresowaniem wiedzą tajemną, a zdarzają się wśród nich również (na szczęście to tylko margines) grupy ciążące ku satanizmowi. W stanie, który trzeba, niestety, określić jako normalny, Diana uważa się za adeptkę Lucyfera czy coś w tym rodzaju, posługuje się sprośnym słownictwem, opowiada nieprzyzwoite historie, próbuje uwodzić pielęgniarzy i nawet mnie; przykro mi o tej kłopotliwej sprawie wspominać także i dlatego, że Diana jest – jak to się mówi – panną urodziwą. Uważam, że w tym stanie znajduje się ona pod wpływem traum, które przeżyła w wieku dorastania, i że usiłuje uciec przed owymi wspomnieniami, wkraczając okresowo w swój stan wtórny. W stanie wtórnym jawi się jako istota łagodna i niewinna, jest dobrą chrześcijanką, prosi zawsze o książeczkę do nabożeństwa, chce iść na mszę. Zjawiskiem osobliwym jest to, że – podobnie zresztą jak Félida – Diana w stanie wtórnym, a więc Diana cnotliwa, pamięta doskonale, jaka była w stanie normalnym, i głowi się, jak mogła być tak niegodziwa, wkłada włosiennicę, aby się ukarać; stan wtórny nazywa wręcz swoim stanem rozsądku, a stan normalny wspomina jako okres, w którym ulegała przywidzeniom. Natomiast w stanie normalnym Diana nie pamięta w ogóle, co robiła w stanie wtórnym. Nie sposób przewidzieć czasu trwania następujących po sobie stanów; Diana pozostaje w jednym lub w drugim przez wiele dni. Zgodziłbym się tu z doktorem Azamem, który mówił o somnambulizmie doskonałym. I rzeczywiście nie tylko lunatycy robią rzeczy, których nie pamiętają po przebudzeniu. Dzieje się tak również z narkomanami przyjmującymi haszysz, belladonę i opium oraz z ludźmi nadużywającymi alkoholu.

Nie wiem, dlaczego opowieść o chorobie Diany tak bardzo mnie zaintrygowała, lecz przypominam sobie, że powiedziałem doktorowi Du Maurier:

– Porozmawiam o tym ze znajomym, który zajmuje się podobnymi godnymi współczucia przypadkami i wie, kto udziela gościny osieroconym panienkom. Przyślę panu księdza Dalla Piccola; to duchowny bardzo wpływowy, ustosunkowany w instytucjach dobroczynnych.

A zatem, rozmawiając z Du Maurierem, znałem przynajmniej nazwisko Dalla Piccola. Dlaczego jednak tak się przejąłem tą Dianą?

Piszę bez wytchnienia od wielu godzin, rozbolał mnie kciuk. Nie wstając od biurka, zjadłem kromkę chleba z masłem i pasztetem, wypiłem też kilka kieliszków château-latour dla ożywienia pamięci.

Chciałbym jakoś to sobie wynagrodzić, może właśnie odwiedzając restaurację Brébant-Vachette, ale dopóki nie zrozumiem, kim jestem, lepiej nie pokazywać się na mieście. Prędzej czy później będę jednak musiał zaryzykować i znowu pójść na plac Maubert, żeby kupić coś do jedzenia.

Nie myślmy o tym na razie i piszmy dalej.

W tamtych latach (chyba w osiemdziesiątym piątym albo osiemdziesiątym szóstym roku) poznałem u Magny’ego człowieka, którego pamiętam nadal jako austriackiego (albo niemieckiego) doktora. Teraz przypomniałem sobie również nazwisko. Nazywał się Froide (chyba tak się to pisze), lekarz około trzydziestki, przychodził do Magny’ego zapewne dlatego, że na lepszą restaurację nie było go stać, a także dlatego, że był na stażu u Charcota. Siadał zwykle przy sąsiednim stoliku; z początku pozdrawialiśmy się tylko uprzejmym skinieniem głowy. Uznałem, że to melancholik, który trochę obco się czuje i życzy sobie nieśmiało, aby ktoś wysłuchał jego zwierzeń i pozwolił mu w ten sposób pozbyć się, przynajmniej częściowo, dręczących go obaw. Dwa lub trzy razy szukał pretekstu, aby zamienić ze mną kilka słów, ale ja nigdy go nie zachęcałem.

Chociaż nazwisko Froide nie wydawało mi się podobne do nazwisk takich jak Steiner czy Rosenberg, wiedziałem, że wszyscy mieszkający i bogacący się w Paryżu Żydzi mają niemieckie nazwiska. Zaniepokoił mnie jego zakrzywiony nos, więc zapytałem kiedyś o zdanie Du Mauriera, lecz ten uczynił nieokreślony gest ręką i dodał:

– Dokładnie nie wiem, ale w każdym razie trzymam się z daleka, bo nie podoba mi się mieszanka Żyda i Niemca.

– Nie jest więc Austriakiem? – spytałem.

– Czy to nie wszystko jedno? Ten sam język, ten sam sposób myślenia. Nie zapomniałem jeszcze defilujących na Polach Elizejskich Prusaków.

– Słyszałem, że do zawodów najchętniej wykonywanych przez Żydów należy zawód lekarza, który odpowiada im tak samo jak zajmowanie się lichwiarstwem. Najlepiej byłoby więc nie potrzebować nigdy pieniędzy i nigdy nie chorować.

– Istnieją jednak także lekarze chrześcijańscy – powiedział z lodowatym uśmiechem Du Maurier.

Popełniłem gafę.

Wśród paryskich intelektualistów są tacy, którzy zanim wyrażą swój wstręt do Żydów, zaznaczają, że Żydami jest kilku ich najlepszych przyjaciół. To obłuda. Ja nie mam żydowskich przyjaciół (strzeż mnie od nich Boże) i przez całe życie zawsze unikałem Żydów. Unikałem ich chyba instynktownie, bo Żyda (podobnie zresztą jak Niemca) czuje się z daleka ze względu na wydzielany przezeń smród (mówił o nim także Wiktor Hugo: fetor iudaicus), który pomaga żydostwu się rozpoznać; służą do tego również inne znaki – zupełnie jak u pederastów. Dziadek pouczał mnie, że przyczyną tego zapachu jest nadmierna konsumpcja czosnku i cebuli, a zapewne także baraniny i gęsiny nasyconych lepkimi cukrami, powodującymi powstanie czarnej żółci. Niewątpliwie wchodzi tu jednak w rachubę rasa, skażona krew, osłabione lędźwie. Wszyscy są komunistami, patrz Marks i Lassalle; tu akurat mieli rację moi jezuici.

Żydów unikałem zawsze też i dlatego, że zwracam uwagę na nazwiska. Żydzi austriaccy, wzbogaciwszy się, kupowali sobie nazwiska o miłym brzmieniu, związane z kwiatami, drogimi kamieniami i metalami szlachetnymi, jak Silbermann lub Goldstein; biedniejsi kupowali nazwiska takie jak Grünspan (grynszpan). We Francji i we Włoszech maskowali się, przybierając nazwiska związane z miastami lub regionami, jak Ravenna, Modena, Picard, Flamand. Niekiedy inspirował ich kalendarz republikański (Froment, Avoine, Laurier) – i całkiem słusznie, ponieważ to ich ojcowie doprowadzili potajemnie do królobójstwa. Trzeba jednak uważać także na imiona, pod którymi kryją się czasem imiona żydowskie: Maurycy pochodzi od Mojżesza, Izydor od Izaaka, Edward od Arona, Jacek od Jakuba, Alfons od Adama…

Czy Sigmund to imię żydowskie? Instynktownie nie chciałem spoufalać się z tym lekarzyną, ale pewnego dnia Froide, sięgając po solniczkę, przewrócił ją. Siedzących obok siebie w restauracji obowiązują pewne zasady grzeczności, więc podałem mu swoją, wspominając, że w niektórych krajach wysypanie soli uchodzi za zły omen. Wtedy on, śmiejąc się, powiedział, że nie jest przesądny. Od tego dnia zaczęliśmy wymieniać ze sobą po kilka słów. Przepraszał za swój francuski, jego zdaniem zbyt chropawy, ale zrozumieć można go było doskonale. Żydzi są nomadami z nałogu, muszą znać wszelkie języki. Powiedziałem uprzejmie:

– Powinien pan tylko nieco się osłuchać.

Uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością. Z wdzięcznością oślizgłą.

Froide był kłamcą także w swoim żydostwie. Słyszałem zawsze, że należącym do jego rasy wolno jeść wyłącznie potrawy specjalne, przygotowywane umyślnie, i dlatego przebywają oni ciągle w swoich gettach. Natomiast Froide jadł z apetytem wszystko, co mu u Magny’ego proponowano, i nie gardził kuflem piwa do posiłku.

Pewnego wieczoru wydał mi się skłonny do zwierzeń. Wypił już dwa kufle, a po deserze, paląc nerwowo papierosa, zamówił trzeci. Podczas rozmowy gestykulował i nagle znowu przewrócił solniczkę.

– Nie jestem niezręczny – usprawiedliwił się – jestem zdenerwowany. Od trzech dni nie otrzymuję listów od narzeczonej. Nie wymagam, żeby pisała do mnie codziennie, jak ja do niej, ale to milczenie mnie niepokoi. Jest słabego zdrowia, bardzo mnie martwi, że nie mogę przy niej być. Potrzebuję też jej aprobaty na wszystko, co robię. Chciałbym, żeby mi napisała, co myśli o mojej kolacji u Charcota. Bo proszę sobie wyobrazić, panie Simonini, że kilka dni temu ten wielki człowiek zaprosił mnie do siebie na kolację. Nie zdarza się to każdemu młodemu lekarzowi na stażu, a zwłaszcza cudzoziemcowi.

No proszę – powiedziałem sobie – mały semicki parweniusz wkrada się do dobrych rodzin, żeby zrobić karierę. A to wzburzenie z winy narzeczonej czyż nie dowodzi zmysłowej i namiętnej natury Żyda, myślącego nieustannie o spółkowaniu? Marzysz o niej w nocy, prawda? A może się onanizujesz, fantazjując, może i ty powinieneś czytać Tissota. Ale słuchałem go dalej.

– Były tam ważne osoby: syn Daudeta, doktor Strauss, profesor Beck z Instytutu [2] i Emilio Toffano, wielki malarz włoski. Ten wieczór kosztował mnie czternaście franków, piękny czarny krawat z Hamburga, białe rękawiczki, nową koszulę i frak – włożyłem frak pierwszy raz w życiu. I pierwszy raz w życiu dałem sobie ostrzyc brodę na sposób francuski. Dla przezwyciężenia nieśmiałości zażyłem nieco kokainy, przez co rozwiązał mi się język.

– Kokainy? Czy to nie trucizna?

– Wszystko jest trucizną, jeśli zbyt dużo tego przyjąć, także wino. Ale ja od dwóch lat badam tę niezwykłą substancję. Kokaina, widzi pan, to alkaloid otrzymywany z liści pewnego krzewu. W Ameryce Południowej tubylcy je żują, żeby lepiej znosić pobyt na andyjskich wyżynach. W odróżnieniu od opium i alkoholu powoduje stan podniecenia umysłu bez skutków ujemnych. Jest doskonałym środkiem znieczulającym, zwłaszcza w okulistyce i przy kuracji astmy, użyteczna w leczeniu alkoholizmu i narkomanii, znakomicie sobie radzi z chorobą morską, okazuje się cenna w walce z cukrzycą, sprawia, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają głód, senność i zmęczenie, skutecznie zastępuje tytoń, leczy niestrawność, wzdęcia, kolki, bóle żołądka, hipochondrię, podrażnienia rdzeniowe, katar sienny, jest cennym środkiem wzmacniającym dla gruźlików, zwalcza migrenę. W przypadkach ostrej próchnicy wystarczy wprowadzić do ubytku kłaczek waty nasączony czteroprocentowym roztworem i ból natychmiast ustępuje. A przede wszystkim kokaina przywraca wiarę w siebie dotkniętym depresją, pociesza, skłania do aktywności, budzi optymizm.

Doktor był już przy czwartym kuflu i upijał się najwyraźniej na smutno. Nachylił się ku mnie, jakby chciał się wyspowiadać.

– Kokaina robi doskonale komuś takiemu jak ja, kto… powtarzam to zawsze mojej ukochanej Marcie… nie uważa się za zbyt pociągającego, w młodości nie był nigdy młody, a teraz, w wieku lat trzydziestu, jeszcze nie dojrzał. Byłem kiedyś bardzo ambitny, pragnąłem przede wszystkim się uczyć, ale dzień po dniu się zniechęcałem, ponieważ matka natura nie zechciała uczynić ze mnie w przypływie łaskawości geniusza, jak to czasami robi z innymi.

Zamilkł nagle z miną człowieka, który zdaje sobie sprawę, że obnażył własną duszę. Płaczliwy żydek – powiedziałem sobie i postanowiłem wprawić go w zakłopotanie.


…W przypadkach ostrej próchnicy wystarczy wprowadzić do ubytku kłaczek waty nasączony czteroprocentowym roztworem i ból natychmiast ustępuje…

– Czy kokaina nie jest też środkiem pobudzającym popęd płciowy? – spytałem.

Froide zarumienił się.

– Ma i tę właściwość, tak mi się przynajmniej zdaje… ale brak mi w tej dziedzinie doświadczenia. Podniety zmysłowe nie działają na mnie jako na mężczyznę, jako lekarza zaś seks zbytnio mnie nie interesuje, chociaż zaczyna się o nim dużo mówić także w La Salpetriere. Jedna z pacjentek Charcota, niejaka Augustine, wyznała w zaawansowanej fazie swoich objawów histerycznych, że jej choroba zaczęła się od traumy wywołanej gwałtem, którego dokonano na niej w dzieciństwie. Oczywiście nie przeczę, że wśród powodujących histerię traum mogą być także zjawiska związane z seksem, wręcz przeciwnie… Jednak wydaje mi się, że sprowadzanie wszystkiego do seksu jest po prostu przesadą. Niewykluczone zresztą, że to moja drobnomieszczańska pruderia nie zezwala mi zająć się tą tematyką.

Nie, powiedziałem sobie, to nie twoja pruderia; jak u wszystkich obrzezańców z twojej rasy seks jest u ciebie obsesją, usiłujesz tylko o tym zapomnieć. Jestem pewien, że kiedy położysz wreszcie swoje brudne łapy na tej Marcie, spłodzisz z nią całą gromadę małych żydków i tak ją wymęczysz, że zapadnie na suchoty…

Tymczasem Froide ciągnął dalej:

– Mój problem polega raczej na tym, że wyczerpałem zapas kokainy i wkraczam w stan melancholii; lekarze starożytni powiedzieliby, że zalewa mnie czarna żółć. Dawniej kupowałem preparaty Mercka i Gehego, ale musieli oni wstrzymać produkcję, bo docierał do nich już tylko złej jakości surowiec. Świeże liście można obrabiać wyłącznie w Ameryce; najlepsze są produkty firmy Parke i Davis z Detroit – łatwiej rozpuszczalne, aromatyczne i o czystej białej barwie. Miałem pewien zapas, a tu, w Paryżu, nie wiem, do kogo się zwrócić.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Francuz nie wie dobrze, czego chce; wie tylko doskonale, że nie chce tego, co ma.
Francuz nie wie dobrze, czego chce; wie tylko doskonale, że nie chce tego, co ma. Aby to przekonanie wyrazić, bezustannie śpiewa piosenki.
Francuz nie wie dobrze, czego chce; wie tylko doskonale, że nie chce tego, co ma. Aby to przekonanie wyrazić, bezustannie śpiewa piosenki.
Potem zdecydowałem, że przy zamieszaniu, jakie mam w głowie, powinienem iść za instynktem, zbytnio się nie zastanawiając
Chłopcy chodzą tam najpierw z ciekawości, potem z nałogu; wreszcie w najlepszym wypadku tylko zarażają się rzeżączką.
Étienne Dolet
Potem próbują grać z tobą w karty, porozumiewając się oczywiście między sobą; przegrywasz i musisz postawić kolację wszystkim, z właścicielem i jego żoną włącznie
dolatywały niemiłe głosy kobiet upadłych.
Help
Terms and conditions