Ebook Dom naszych marzeń  Eliza Sarnacka-Mahoney Zysk i S-ka

Dom naszych marzeń (ebook)

Author:

Eliza Sarnacka-Mahoney

Price: 28,77 zł 17,00 zł (you save 41%)
+17 pts (buy for 8,50 zł)
Add to cart Download a sample Publisher: Zysk i S-ka Provider: NetPress Digital Category: Literature of manners Language: Polish Format: EPUB (DRM) (to download on e-reader, smartphone, tablet or computer)

Życie ma figlarną naturę i okazuje to każdemu z nas, zwykle w najmniej odpowiednim momencie. Bez ostrzeżenia strąca nam z nosa kolorowe szkła, pokazując czarno na białym, czego w tym życiu zabrakło, a co gorsza - czego będzie brakować nadal, jeżeli nie wprowadzimy zmian.

Soczewki trzydziestokilkuletniej bohaterki Domu Naszych Marzeń roztrzaskują się z hukiem o posadzkę autobusu, w którym przypadkowy młody człowiek ustępuje jej miejsca.Do Darii dociera nagle fakt, że jest posiadaczką nie tylko dwójki energochłonnych dzieci, zmarszczek oraz nieestetycznych oponek na brzuchu, ale też matki z ostrym bzikiem, teściowej o wspólnym rodowodzie z kobrą, ojca, który nie powinien był umierać, a nade wszystko męża spędzającego więcej czasu w biurze niż w domu z marzeń, choć jeszcze niedawno budował go własnymi rękami. Jesienna aura i choroba przyjaciółki nie sprzyjają walce z emocjonalnym niżem, z kolei zmiana pracy i nowe znajomości wywracają poukładany do tej pory świat Darii do góry nogami.

Chyba że założenie, iż świat można z góry poukładać, a życie przeżyć z planem w ręku, od początku było... błędne?

Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.

Table of contents















Eliza Sarnacka-Mahoney

Dom naszych marzeń

Zysk i S-ka


ZYSK I S-KA WYDAWNICTWO

Copyright © by Eliza Sarnacka-Mahoney, 2007 All rights reserved


Projekt graficzny okładki Agnieszka Herman


Opracowanie graficzne i techniczne Przemysław Kida


Wydanie I


ISBN 978-83-7506605-0


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. (061) 853 27 51, 853 27 67, fax 852 63 26

Dział handlowy, tel./fax (061) 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Konwersja: Nexto Digital Services


Dedykacja

Książkę tę dedykuję

Mojej Mamie, która nigdy nie mieszkała w Nowym Jorku,

Mojemu Mężowi, który nigdy nie brał udziału w żadnych konkursach, 


oraz Elizabeth S., której życzę, by była dzielna jak Maryla.





Piątek, 23 września


Odbicia w lustrze kłamią.

Jeśli kobieta, która ma pracę i rodzinę na głowie, specjalnie zrywa się wcześnie rano, żeby się na siebie pogapić w lustrze, to nie jest to normalne.

Normalna kobieta z pracą i rodziną na głowie wykorzysta absolutnie każdą okazję, żeby trochę dłużej pospać. Ostatni raz wyspała się przed ślubem, na następny musi poczekać do emerytury, w obliczu takiego deficytu „każda kropla" jest na wagę złota. No więc kłamie czy nie kłamie?

Jest blady świt, piąta rano, stoję przed lustrem w samej tylko bieliźnie i usiłuję zgadnąć, z której strony jestem aż tak stara, żeby trzeba mi było ustępować miejsca w autobusie.

Może to tylko problem z oświetleniem? Jak zgaszę światło, w lustrze stoi młoda, ponętna kobieta. W bladym świetle poranka z ręcznika robi się seksowna mini, z rozsypanych włosów układa się Angelina Jolie, a jak się odpowiednio ustawi nogi, tak jedna za drugą, palce do pięty, to przenosimy się na wybieg w Mediolanie i Karl Lagerfeld macha do nas ręką, żeby jeszcze tylko zadrzeć brodę i pokazać perfekcyjny, zdecydowanie pojedynczy podbródek.

— Co ty wyprawiasz? — dziwi się lustro i wcale nie pytając mnie o zgodę, zapala światło.

Lustro ma twarz Mojego Męża, oczy jak dziurki na guziki i sapie prosto w moje plecy.

— To co widać — odpowiadam zła na tak nagłą zmianę dekoracji i na to, że stawia się mnie do raportu o tak wczesnej godzinie.

— Tak — sapie dalej lustro — widać rzeczywiście, tylko dlaczego o piątej nad ranem? Nie mogłabyś tego robić w dzień i przy świetle, jak normalne kobiety? No właśnie, normalne kobiety są młode i nie muszą tropić w lustrach upływającego czasu. I nikt im nie ustępuje miejsca w autobusie, nawet jeżeli wracają do domu z czterema koszami zieleniny dla bliższej i dalszej rodziny do konsumpcji przez najbliższe pół roku. Lustro znów ciemnieje, lecz łaskawe odbicia się deformują. W ich miejsce pojawia się zwykła poranna szarówka i z worka rzeczywistości wydobywają się na wierzch kolory i kształty. Żółty ręcznik, różowe mydło, białe ramiączka od stanika. Wspinam się na palce, przechylam przez zlew i jeszcze bliżej przytykam nos do lustra. Gdzie ten Lagerfeld się podział? Co on sobie myśli, żeby tak znikać bez słowa, to niegrzeczne. A, jest. Stoi koło wanny i kręci głową. Znamy się więc czy się nie znamy? Zza okna dolatuje warkot pomykającego samochodu. A może autobusu...

Nie mam nic przeciwko kulturze ustępowania starszym miejsca w autobusie. Jestem za tą kulturą z całego serca. Ustępowanie miejsca w autobusie stanowi dowód na to, że wciąż jesteśmy narodem o wysokim stopniu społecznej wrażliwości na potrzeby bliźniego. Na zdegenerowanym zachodzie starszymi ludźmi to często nawet pies z kulawą nogą się nie zainteresuje. Nie tylko, że mieszkają, za swoje własne oszczędności, w domach opieki, to sami muszą zaopatrywać się w zieleninę na obiad i samodzielnie obsługiwać nowoczesne pralki oraz odkurzacze. A w środkach masowego transportu muszą się liczyć z zasadą obywatelskiej równości. Jeśli ktoś zajmie miejsce siedzące, to bez względu na to, w jakim jest wieku, utrzymuje je bezapelacyjnie. Wiem, dlaczego ustąpiono mi miejsca w autobusie! To przez ten jedwabny szalik. Był wiatr, w środku otwarte okno, więc jak załopotało temu młodemu człowiekowi w twarz, zerwał się na nogi, podejrzewając, że to zamach terrorystyczny i że za chwilę autobus wyleci w powietrze. No, a potem, to już głupio mu było się wycofywać, w dodatku nos miał w książce, skąd zatem miał wiedzieć, co się dookoła niego działo. Nawet zdania nie dokończył przecież. — Proszę, niech siada... — powiedział.

Niech siada, mówiła Moja Babcia do swoich koleżanek, gdy przychodziły do niej na kawę i ciasteczko. Niech jej odpoczną nogi i ręce. Zmęczona, sterana życiem i jeszcze z torbami takimi, od których ramiona się wyciągają do ziemi.

Po jakie licho ja te świeczki wczoraj kupowałam? Akurat wczoraj, gdy było mi pisane jechać autobusem z dowcipnisiem, któremu wpadnie do głowy ustąpić mi miejsca? Człowiek nie zna dnia ani godziny! Gdyby nie ta torba nie robiłabym teraz z siebie małpy przed lustrem, nie rozciągała palcami zmarszczek i nie kontemplowała stempli czasu na mojej cielesności. No właśnie! Bo to wszystko przez tę torbę. Trzy wielkie jak miednice świece, a do tego metalowe spodki, moja najnowsza wizja na dekorację kominka, nic dziwnego, że wyciągnęły mi się od nich ręce do ziemi! I że ludzie to zauważyli.

A w ogóle to mogłam się przejść piechotą. Chodzenie służy zdrowiu i dobrze wpływa na równowagę wewnętrzną. Gdybym była bardziej przewidująca, woziłabym ze sobą w samochodzie wózeczki na zakupy, takie na kółkach i z miękką rączką, z jakimi się widzi w hipermarketach... emerytki!

Eme...rytki?!

O, nie! Nie będę ze sobą woziła żadnych wózeczków na zakupy. Następnym razem po prostu zaparkuję w centrum i w ten sposób rozwiążą się wszystkie problemy z ustępowaniem miejsca. Niech parkowanie w centrum przypomina walkę aliantów o każdy centymetr Normandii, wolę to, niż siedzieć na ustąpionym mi uprzejmie miejscu w środkach masowego transportu. Tak jest! Koniec z darmowym parkowaniem na cichych uliczkach za uniwersytetem. Od dzisiaj dojeżdżam do pracy i do każdego sklepu pod drzwi, zakupy przewożę we własnym bagażniku i nie wdaję się w żadne publiczne dyskusje na temat wychowania młodzieży. Owszem, też uważam, że nie jest źle i mogłoby być gorzej.

— Jak młodzież ma na starszych baczenie, to aż serce rośnie, prawda? — zagadnęła pani siedząca obok miejsca, które mi odstąpiono, i patrzyła na mego dobroczyńcę rozanielonym wzrokiem. — Właśnie się zastanawiałam, kiedy się podniesie. Bo i pani stała, i wsiadł ten człowiek z tyłu.

Moje serce zapadło się w żołądek jak w grzęzawisko i topiło się z głową. Człowiek z tyłu był dziadkiem o lasce, twarzy karbowanej jak bibuła i brodzie białej jak gołąbek. Miejsca ustąpiły mu dwie rozchichotane nastolatki.

— Nie jestem nastolatką, ale czy to znaczy, że jestem już stara? — staję przed Mężem dwie godziny później, ubrana i uczesana. O porannych występach przed lustrem przypominają tylko moje nieco podkrążone oczy.

Mąż łyka śniadanie, trzyma na kolanach nasze dzieci i nadrabia zaległości prasowe.

— Starsza ode mnie — mruczy. — Jak na to nie patrzeć.

— Przezabawne. Naprawdę — cedzę przez zęby i odbieram mu dzieci, bo trzeba je powoli szykować do wyjścia.

Normalnie Mój Mąż nie pamięta, gdzie ma dziurki w nosie, ale akurat dzisiaj postanowił pamiętać o mojej nad nim czteromiesięcznej przewadze wiekowej. Gdy ja już siedziałam i sprawnie opluwałam Moją Matkę kaszą, on nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że ma pupę i buzię. A co dopiero pamięć.

No cóż, posuwam się w wieku z każdą minutą i w porównaniu z tym, kim byłam rano, też już się nieodwołalnie posunęłam, o całe dwie godziny się posunęłam i o całe lata świetlne w związku z tymi wszystkimi refleksjami.

— Może to prawda, że po wieku Chrystusowym jest już tylko z górki?

— Z jakiej górki? — Mąż zrywa się w końcu od stołu, dopija kawę i patrzy na mnie jak na dziwaczny obiekt współczesnej sztuki. — Zobacz, zawsze myślałem, że Szczuka jest od nas młodsza, a ona starsza jest! O, tu w nawiasie podali jej datę urodzenia. Wiedziałaś? O jasny...

Mąż łapie teczkę i w dalszą drogę rusza kłusem.

— Ty mi chciałaś coś powiedzieć? Tak? Błagam, powiedz mi to później, mnie już naprawdę nie ma. Zniknął na dobre.

Co mnie obchodzi, ile lat ma pani Szczuka. Wygląda na wiele mniej i pewnie w ogóle nie jeździ autobusami. Chyba gdzieś nawet pisała, że najchętniej przebywa w domu, gdzie albo pasjami śpi, albo tworzy. Więc nic nikomu nie powiem. Cóż to za temat: ustę powanie starszym miejsca w autobusie? Nie ma tematu.

Wyszłam z dziewczynkami z domu i pomaszerowałyśmy w kierunku szkoły. Ania jest dopiero w pierwszej klasie, więc co rano ładuję jej młodszą o kilka lat siostrę do wózka i odprowadzamy się grupowo. To odprowadzanie bardzo lubię, bo wtedy widać najlepiej, na jakiej dziwnej wsi się zadekowaliśmy.

Pięć lat temu za ciężko zarobione pieniądze własne oraz trochę spadkowych kupiliśmy działkę za miastem i wybudowaliśmy Dom Naszych Marzeń. Plan był taki, żeby toczyć w miarę wymarzony żywot z dala od Szalonego Świata. Gwarantem zabezpieczającym nas przed inwazją tego świata na wymarzoną okolicę miał być sąsiadujący z osiedlem okazały połać terenów podmokłych, czy może odwrotnie — pustynnych, zapomniane przez cywilizację niewyasfaltowane uliczki kładące na łopatki każdy cywilizowany samochód oraz rzeczka-smródka, która, choć spięta malowniczym, starym mostkiem, rozsiewa swe wonie tak rozlegle, że mogłaby bez jakiejkolwiek pomocy stanowić antyreklamę życia na wsi.

To znaczy: tak to wyglądało wtedy. Dzisiaj na terenach podmokłych czy też pustynnych ma się pojawić las biurowców, ewentualnie luksusowych apartamentowców, ponoć nam to zakomunikują, gdy decyzja zapadnie na dobre, ze wszystkich stron dookoła zaś pobudowali się gęstym lasem inni cywilizacyjni zbiegowie. I widać, mimo dobrych intencji, nie potrafili się zdobyć na całkowite odcięcie od cywilizacji, bo niektóre rezydencje strzelają w niebo jak regularne wieżowce.

Gdy Isia obudziła się z przedpołudniowej drzemki, zamiast do samochodu zapakowałam ją z powrotem do wózka i wyciągnęłam Patrycję, moją sąsiadkę przez ogród, na kawę. Niech sobie rok akademicki puka do drzwi, ja mam dzisiaj porachunki z Lagerfeldem i po pieczątkę w umowie o prowadzenie lektoratów pojadę innym razem. Dzisiaj pogapię się bezczelnie na Patrycję, podpytam ją podchwytliwie i skonstatuję, czy będąc w moim wieku, ją także zaczynają gnieść pewne egzystencjalne pytania.

Patrycji nic nigdzie nie gniecie. Patrycję od krawędzi wieku średniego dzielą całe czasoprzestrzenie, a krągłości, jakie po siedmiu miesiącach od narodzin Mikołaja wciąż się na niej utrzymują, w niewytłumaczalny sposób wręcz ją odmładzają.

Ewentualność druga: odmładza ją myślenie, że jak się ma na głowie małe dzieci i cały dom, nie znaczy to, że trzeba tę głowę dodatkowo pchać w szczęki zamordystycznego kapitalizmu. O życiu zawodowym, w przeciwieństwie do mnie, Patrycja wcale więc nie myśli, twierdzi, że ma na to czas, ona na wszystko w życiu ma jeszcze bardzo dużo czasu.

— Jesteś przemęczona i serce ci lata — zaopiniowała Patrycja, choć to nie ona, ale jej mąż Tosiek jest kardiochirurgiem i fastryguje innym zastawki. — Ile ty ostatnio sypiasz? Znowu przydźwigałaś sobie tłumaczeń na kilogramy?

Do tego też się nie przyznałam. Ani do lustra, ani do translacji, o które kancelaria prawnicza lada dzień się upomni.

— Kochana — Patrycja odłożyła komórkę, przez którą informowała swoją pomoc domową, panią Gienię, gdzie zostawiła dla niej klucz oraz na których klozetach pani Gienia powinna się w tym tygodniu bardziej skupić — przecież ty nawet regularnej sprzątaczki nie posiadasz. Ja się nie wtrącam, ale nikt nie podaruje ci więcej godzin w ciągu doby, czas leci i jak tak będziesz tylko ganiać i w tę i z powrotem, to będziesz miała permanentnie połamane paznokcie. A gdzie miejsce na coś więcej, przyjemności jakieś, czas wolny, relaks? No sama powiedz, warto? Boże, gdybym ja to wiedziała!

Akurat dzisiaj, gdy jestem emocjonalne sitko, Hamlet okłada mnie swoją czaszką jak tłuczkiem do mięsa, a niedziela, gdy dopadną mnie kolejne (kolejne!) urodziny tuż-tuż, byłabym skłonna powiedzieć, że faktycznie, nie bardzo. Lubię wiedzieć, co życie mi planuje, lecz że tak szybko dotrę do krawędzi wieku średniego, nie przewidziałam.

— Za dużo planujesz. Potem się nie wyrabiasz i do marnych dochodzisz wniosków. Może byśmy poszły zrobić sobie paznokcie? — Patrycja podsunęła myśl, ale podziękowałam, zbliżała się pora obiadu i czas odbioru Ani ze szkoły.

Z dwojga złego, czyli dalszych rozmyślań o rerum natura i kolejnej nocy zarwanej nad plikiem akt, wybrałam opcję trzecią, czyli poszłam spać razem z kurami i własnymi dziećmi. Może z racji większej przestrzeni czasowej do zagospodarowania w mojej głowie, oprócz niemiłych scen z uciekaniem i ukrywaniem się przed bliżej niezidentyfikowanymi prześladowcami, Piaskowy Dziadek sypnie mi dziś z worka również czymś przyjemnym i budującym.

Na przykład, że Patrycja nie do końca ma rację. Po pierwsze, moje paznokcie, choć pielęgnowane niekoniecznie fachowo i za pieniądze, wcale nie są połamane, czasami tylko je trochę obgryzę. A na relaks też znajduję czas. W końcu mój zalatany Mąż zagląda jednak od czasu do czasu do domu i mnie wyręcza. Kto wie, może właśnie jutro okaże się dniem relaksu? Zapakuję się do wanny i przez cztery relaksujące godziny będę się pławiła w olejkach zapachowych, poczytując bez zakłóceń pozytywnie nastrajające do świata lektury.

No, ale co, do cholery, on w tym swoim biurze ostatnio porabia, że nawet w weekendy tam biega? Stację komunikacji międzyplanetarnej montuje? Robota do rozmrażania wody na Marsie? Jeżeli tak wygląda restrukturyzacja firmy, w związku z czym przykręca się pracownikowi śrubę, to tam chyba musi być wszystko w totalnej rozsypce, ani jedna zębatka nie na swoim miejscu, każdy dysk, przykrywka i śrubka całkowicie do wymiany.

Weekend właściwie już jest, a jego, no właśnie, nie ma.





Sobota, 24 września

— Czy ja naprawdę jestem taka stara? Ale szczerze! — ponawiam pytanie natychmiast po otwarciu oczu i zlokalizowaniu Męża na posłaniu obok.

Nie słyszałam, o której w końcu wrócił, widzę za to, że sam wygląda jak zgnieciony papierek po cukierku i ma ogromne trudności w operowaniu powiekami. — Jak mi otworzysz oczy, to spojrzę i odpowiem.

— Czy oni ciebie w tej pracy kajdankami do biurka przykuwają? — jestem wściekła, bo teraz Mąż pół dnia będzie dosypiał, harował przecież do bladego rana, a dla mnie weekend nie będzie się niczym różnił od dowolnego dnia wyjętego ze środka tygodnia.

A przepraszam, trawę przed domem wypadałoby ostrzyc. Niedługo zrówna się z malwami pod oknem i nie obejdzie się bez wynajmu kombajnu. Jeżeli się wkurzę i w końcu w tym Męża wyręczę, to faktycznie, zafunduję sobie małe urozmaicenie w rozpisce dnia. — Słuchaj — mruczy Mąż, chowając się pod kołdrą — czy mogłabyś powiedzieć naszym dzieciom, że mnie jeszcze nie ma, naprawdę, ja muszę odespać, choć odrobinę — dobywają się jego błagalne, choć tłumione słowa.

Za późno. Dzieci już przybyły do naszej sypialni i zdążyły się doskonale zorientować, kto w niej jest, a kogo nie ma. Isia, której z łóżeczka od dawna pomaga wydostawać się starsza siostra, zapamiętale opukiwała kołdrę młotkiem (zestaw „Bawimy się w doktora"), Ania przeskakiwała z nogi na nogę po mojej stronie łóżka i przypominała, na wypadek, gdybym zapomniała, po co żyła na tym świecie. A żyła dla nowych butów.

— Po śniadaniu jedziemy do Miasta — oznajmiłam
Mężowi, w nadziei, że może jednak zdecyduje się odło
żyć odsypianie na jakąś inną porę i w ten piękny jesien
ny poranek wybierze się z nami.

Chrapał jak zabity.

Nie, żył jeszcze.

— Ja przysięgam, skoszę tę trawę. Dach pomaluję i chodnik umyję, tylko dajcie mi pospać... — wydobyło się tym razem naprawdę już ostatnie zdanie z pościelowych czeluści.

Zawarczałam, ale wycofałam nieletnie z sypialni i zaczęłam się zastanawiać, gdzie dokładnie rosną te gruszki na wierzbie, czyli gdzie sprzedają gumoplastiki. I w ogóle, dlaczego Anuli, memu cudnemu dziecku, któ re jeszcze do niedawna uważało, że jej wymyślony świat i jego skrzydlaci mieszkańcy są ważniejsi od jedzenia, spania oraz ludzi, tak nagle zaczęło zależeć na tym, co reszcie stada. Stado w jej klasie płci obojga w ramach trendów mody obuwa się w jaskrawe gumoplastiki. Andzia przebąkiwała mi coś o tym przy różnych okazjach, ostatnio uderzyła w stanowczy ton. Albo jej kupimy gumoplastiki, albo jej serce pęknie ze smutku.

— Naprawdę ci pęknie? — zapytałam dla pewności. — Naprawdę — potwierdziło moje dziecko.

Było strasznie późno, byłam w domu sama, możliwe, że leciałam na nos po całym dniu spędzonym w Mieście, ewentualnie przypomniałam sobie, że moja własna rodzina nigdy i pod żadnym pozorem nie ulegała stadnej, szkolnej modzie i uczucia, jakie w związku z tym targały moją duszą, nie były budujące, przebąknęłam więc, że zobaczymy, co się da zrobić. W słowniku dziecka oznaczało to, rzecz jasna, że realizujemy zamówienie w trybie ekspresowym.

— Kaśka z nami pojedzie — poinformowała mnie
Ania, gdy już pakowałam do auta Isię i torbę z pielu
chami.

— Tak, a z jakiej okazji?

Nie mam nic przeciwko starszej córeczce Patrycji, która na dodatek jest w wieku zbliżonym do Ani i z którą Ania, z braku lepszego określenia tej relacji, powiedzmy, że się przyjaźni. Ale była sobota, dzień rodzinny, i nie zaplanowałam, że będą wyręczać w rodzinnych obowiązkach innych rodziców.

— Ale mamo — Ania wyglądała na prawie oburzoną. — Jej tata po dyżurze śpi, mama usnęła z Mikołajem, tylko my nie śpimy, ona nie ma co robić, nie możemy jej ze sobą nie zabrać. No nie?

Zdezorientowała mnie tym nagromadzeniem przeczeń. Kasia sytuację wykorzystała, w okamgnieniu zmaterializowała się w naszym aucie i pojechałyśmy. Ze zdziwieniem odkryłam, że Kasia jak najbardziej obuta była w gumoplastiki. Różowe, bardzo odblaskowe. Tym bardziej nie wprawiło mnie to w lepszy humor. Kasia potwierdziła, że paraduje w nich non stop już przynajmniej od miesiąca, co znaczy, że Ani marzył się ten efekciarski element stroju też co najmniej od miesiąca, a nie, jak mi się wydawało od zeszłego tygodnia. Moje dziecko cierpiało męki niespełnionego, a przecież całkiem niegroźnego i łatwego w realizacji marzenia przez jedną setną swego życia. A ja to przegapiłam. Już na rogatkach Miasta w ogóle pożałowałam, że tak łatwo i bez pertraktacji dałam się wrobić w baby-sitterkę.

— Tylko różowe ma ci kupić, pamiętaj — dobiegł mnie z tyłu nawet nie przyciszony głos apodyktycznej Kasi. — No, powiem jej — Ania również zapomniała, że siedziałam niecały metr przed nią i byłam wyposażona w słuch. — I z takim paskiem, i z naklejką. — Dobra.

— Inne kolory są ohydne i w ogóle nie wchodzą w grę.

W obuwniczym Kasia wybrała dla siebie trzy pary butów i zakomunikowała, żebym za to zapłaciła. — Zapłacę za twój Happy Meal w McDonald'sie, ale nic więcej. Twoi rodzice na pewno by się nie zgodzili — rozwiałam jej nadzieje.

— Wiesz, ja jestem pewna, że jeżeli wyciągniesz z torby komórkę i zadzwonisz do mojej mamy, to ona się zgodzi. Tylko do niej zadzwoń — Kasia nie była z tych, co łatwo ustępują. Próbowała się ze mną targować, a gdy nic nie wskórała, zareagowała na moją stanowczość rykiem.

W czasie niewinnej, weekendowej, sprzyjającej, rzec by się chciało, relaksowi przejażdżce na bardzo babskie zakupy galanteryjne udało mi się osiągnąć stan wysokiego rozdrażnienia, żeby nie rzec, skrajnej irytacji. Moja własna córka rozmawia za moimi plecami o mnie w trzeciej osobie, a jej koleżanki traktują mnie instrumentalnie.

Zaleta wyjazdu — przywiozłam sobie urodzinowy tort z najlepszej cukierni w kraju.

Wada wyjazdu — w czasie, gdy użerałam się z cudzą dzieciarnią, rodzice tejże oraz ojciec mojej własnej odespali sobie wszelkie własne irytacje oraz brak relaksu w życiorysie, tak że w przeciwieństwie do mnie we wczesnych godzinach popołudniowych ukazali światu oblicza rześkie i zadowolone z życia.

— Czy ty, Anusiu, uważasz, że masz starą matkę, której trzeba ustępować miejsca w autobusie? — zapytałam Anię przed snem.

— No, trochę — odpowiedziała Ania, nie podnosząc nawet na mnie wzroku, który od wyjścia z obuwniczego był zarezerwowany dla gumoplastików. — Ale jak się umalujesz, to całkiem przyjemnie wyglądasz. Świetnie, tylko co to znaczy: wyglądać przyjemnie?





Niedziela, 25 września

Nie miałam ochoty na te urodziny. Od dwóch dni na bardzo niewiele mam ochotę, nie sypiam ani po nocach, ani za dnia, a kolorowe literki na torcie, choć je sama kazałam wykremować, tykają jak bomba zegarowa. Tym razem wcale nie z powodu swojej kaloryczności. Jak więc dobrze, że istnieje instytucja Anioła Stróża. Ja w swojego wierzę i może to właśnie ta niezachwiana wiara sprawiła, że zakasał rękawy i w dniu moich urodzin wziął się trochę do pracy.

Przede wszystkim z przyczyn wielkich i ważnych, o których od razu zapomniałam, odwołali swój przyjazd Teściowie. Moje relacje z Teściową są książkowe, więc jej relegacja z listy gości zawsze jest niespodzianką miłą i wartą owacji na stojąco.

Po drugie, choć skakałam na dźwięk każdego dzwonka telefonu, okazało się, że niepotrzebnie, Moja Matka nie odezwała się przez cały dzień. Moja Matka mieszka w Nowym Jorku, wydzwania do mnie na okrągło, i psuje mi humor bez względu na porę dnia, tygodnia, roku, okazję, stan mojej duszy i ciała, i nawet, jeżeli zmienię numer, wyciągnie mnie spod ziemi, bo to jej specjalność. Za to tuż przed południem przekręciła Maryla.

— Bardzo to tajemnicze, ale bliźniaczki nagle przestały smarkać i kaszleć, zupełnie jakby się w związku z twoimi urodzinami zmówiły i zaczarowały, więc, jeśli wciąż trzymacie dla nas miejsce przy ogrodowym stoliku, to przyjedziemy.

Pocałowałam Marylę przez słuchawkę. Choć nie udało mi się rano wziąć kąpieli odmładzająco-upiększającej w wonnym olejku „Świteź", a wysłużony ekspres do kawy akurat dzisiaj odmówił dalszej eksploatacji, wiedziałam, że nie było siły, żeby reszta dnia mogła być nieudana. Maryla z rodziną należeli bowiem do tego pięknego gatunku ludzi, którzy już samą swoją obecnością sprawiali, że świat się samoistnie „repasował" i przywoływał do porządku. Tam, gdzie się pojawiali, chmury przestawały zasłaniać niebo, bo to niebo się przez te chmury nagle całymi połaciami zaczynało przebijać, a wypite pół szklanki z w połowie pustej zmieniało się na w połowie pełną. Pewnie gdybym jechała tym nieszczęsnym autobusem z Marylą, to do głowy by mi nie przyszło, żeby się o piątej nad ranem inspekcjonować w lustrze... — I przy okazji wzniesiemy toast za nasze zabójcze trio! Bo to przecież już pięć lat! — przypomniała mi na wypadek, gdyby mi to umknęło. Już tyle!

Ponad sześćdziesiąt miesięcy, odkąd z wrażenia na widok Maryli, dokładnie w przeddzień moich urodzin, o mało nie wypadłam przez kuchenne okno Patrycji i nie zakończyłam tego początku reaktywowanej znajomości w taczce z ogrodową ziemią, którą wynajęta przez Patrycję firma „Zielnik i S-ka" właśnie tam zaparkowała. Pięć lat temu, w ramach zacieśniania nowosąsiedzkich więzi, zostaliśmy przez Tośka i Patrycję zaproszeni na parapetówkę. Wśród przewijających się przez ich nowo okaflowane i zaparkietowane wnętrza tłumów pomykał również Stefan, laryngolog zamieszkujący i praktykujący w centrum Miasta. Tosiek nie miał pojęcia, że z żoną Stefana łączyła mnie bujna harcerska przeszłość, ja — że mąż Maryli okazał się najlepszym kumplem Tośka z czasów, gdy mieszkali przez ścianę w tym samym akademiku. Z tym, że znajomość Tośka upływała w trybie niezakłóconym, a moja przyjaźń z Marylą urwała się któregoś lata, gdy zamiast pod namiot Maryla pianistka wyjechała za granicę. Miała tam liczną rodzinę, a co ważniejsze solidne koneksje muzyczne. Wydawało mi się zatem nieuniknione, że już raczej nie wróci na tak niełaskawą dla rodzimych muzyków polską ziemię. Sama mi zresztą powtarzała, że Szopena grają dziś na narodowych scenach artyści albo wyjątkowo natchnieni, albo importowani, reszta, o ambicjach nie tylko muzycznych, ale i bytowych, często wybiera sceny ościenne.

— Wyjechałam. Ale szybko wróciłam — uzupełniła luki w mojej wiedzy Maryla, gdy już otrząsnęłyśmy się z obopólnego szoku, wyściskały, a jednocześnie rozwikłały tajemnicę wysłanych — nieodebranych listów, które w znaczący sposób zaciążyły na przerwie w naszych relacjach. — Nie występuję na scenach, ale całkiem nieźle radzę sobie z lekcjami prywatnymi. Ale wiesz co? Ja też myślałam, że wyjechałaś. Do tej ciotki. W USA. Okazało się, że Maryla również dała się zwieść swoim wyobrażeniom na temat mojej przyszłości. — Nie, do ciotki to wyjechała Moja Matka. Ja ją tam tylko kilka razy odwiedziłam — udzieliłam ostatniego wyjaśnienia i, pamiętam to do dzisiaj, rzuciłam się czym prędzej zamykać okno, żeby ostatecznie zażegnać niebezpieczeństwo taczki.

Poczta Polska nie przysłużyła się nam, ale w międzyczasie weszliśmy przecież w erę internetu i komórek, więc od tamtego pamiętnego wieczoru moja znajomość z Marylą otrzymała szansę rozwoju bez dalszych zakłóceń. Przy dobrej pogodzie widujemy się teraz nawet raz na tydzień, bo klan Maryli lubi wyrwać się do nas na wieś, żeby uzupełnić niedobory chlorofilu w organizmach. — Jak myślicie, kiedy my się zaczniemy starzeć? — zapytałam pod wieczór, gdy ogrodowe poświaty zaczynały szarzeć i z moich gości przy stole pozostały już tylko Patrycja i Maryla.

Patrycja przewróciła oczami, nie wierząc, że usiłuję ją wciągnąć w tę rozmowę po raz drugi, Maryla zaś zareagowała, jakbym opowiedziała udany żart.

— Ej, co ty? — jej rechot osłabł jednak, gdy zamiast
się do niej przyłączyć, rzuciłam się do cukierniczki
i wsypałam do filiżanki pełne cztery łyżeczki cukru.

Normalnie słodzę góra dwie i Maryla dobrze o tym
wie.

— Poważnie pytasz?

— Jak najbardziej.

— W porządku.

Wbiła we mnie wzrok jak zawodowa hipnotyzerka. — To ja ci poważnie, choć pytaniem, odpowiem. Czy tobie zależy na przyszłości?

No Matko Święta! Czy zależy mi na tym, żeby mieć dwie nogi, dwie ręce i całą głowę?

— Więc śpij spokojnie, kobieto przestraszona upływem czasu — zarządziła autorytatywnie Maryla, aż jej rude loki zatrzęsły się jak puszczone w ruch sprężyny i rozbłysły w zachodzącym słońcu niczym języki żywego ognia. — Jak ci przestanie zależeć, wtedy się zaczniesz martwić. I sobie do tego pytania powrócisz. Wcześniej — zabraniam!

Mam więc oficjalnie zabronione o tym myśleć. Jestem młoda, piękna, energetyzująca na wszystkich frontach i całe życie przede mną. A świeczniki na kominku prezentują się naprawdę okazale. Pal licho autobus i dobre wychowanie młodzieży.





Poniedziałek, 26 września

Jestem skonana po niemal całym dniu w Mieście, ale co tam, zdałam prawnikom stertę najnowszych tłumaczeń, mam w umowach o pracę na uczelni wszyst kie niezbędne pieczątki, no i Mąż wrócił do domu na tyle wcześnie, że udało nam się zjeść rodzinnie kolację. W dodatku na ochotnika podjął się nakarmienia Isi, więc skrzydła prawie załopotały mi u ramion. Żywienie Isi jest zabiegiem wymagającym od człowieka anielskiej cierpliwości i diabelskiego sprytu, bo Isia jeść lubi, ale tak już ma, że zamiast połykać, woli magazynować żywność w policzkach. Gdyby nie to, że jest nadal łysa i mówi „mama", to pomyślałabym, że mi się chomik zamiast dziecka urodził.

— Ten projekt, wiesz, ten, o którym ci mówiłem, no, ten nowy... — Mąż, skupiony na usuwaniu z koszuli odprysków z kaszy, za nic nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa. — Wiem, ten od restrukturyzacji.

— No właśnie, dokładnie ten — ucieszył się. Zaraz jednak czoło z powrotem przeorały mu zmarszczki wieku i konsternacji. — Jest kobylasty. A ja jestem za niego odpowiedzialny.

Kobylasty to kobylasty. Znaczenie tego komunikatu nie od razu do mnie dotarło. Dopiero koło północy, gdy leżałam w wannie i przyglądałam się odbitemu na tafli wody Domowi Naszych Marzeń, wrócił i zaczął działać. Odsuwałam dłonią pianę to w jedną, to w drugą stronę, lecz ona uparcie powracała, z wysepek robił się wielki, pagórkowaty ląd i zasłaniał obrazek. Dom znikał coraz bardziej, widać było już tylko czubki okiennic i dachówki, a laska dymu wysupłująca się z komina zrobiła się taka cienka jak niteczka. Reszta świata szykowała się do snu, weekendu, urlopu, słodkiego lenistwa przez telewizorem, tylko Mój Mąż odjeżdżał drabiniastym wozem w kierunku modnego wieżowca ze szkła i betonu i jeszcze modniejszego parkingu całodobowego. Wóz ciągnęła rącza kobyłka o obliczu mężowskiego szefa. Zasnęłam. Obudził mnie jazgot dzwonka telefonicznego. Woda w wannie była kompletnie zimna. Moja Matka nie odzywała się od tygodnia, bo była na mnie pogniewana, ale już nie pamięta o co, no i ma nowiny. — Wybieram się do was na święta — Matka od razu zrzuciła swoją bombę.

— Cudownie — zaświergotałam, kuląc się ze zgrozy tak, aż mnie złapał skurcz w stopie.

— Mogłabym zostać na dłużej, gdybyś chciała — dodała.

— Oczywiście, że chciałabym, mamo. Ale pani Danusia i tak będzie przychodzić — teraz i ja odbezpieczyłam swój granat.

Matka miewa nieobliczalne pomysły, ale w Nowym Jorku mieszka dlatego, że się jej to opłaca na wszystkich strategicznych frontach. Za całkiem „miłe" pieniądze opiekuje się całkiem miłym starszym panem. Od lat planuje powrót do Polski na stałe, lecz nie może się zdecydować, a jedną z przyczyn jej decyzyjnej huśtawki jestem podobno ja osobiście. Matka wyobraża sobie, że po powrocie będzie u nas od czasu do czasu pomieszkiwała (ale nie mieszkała na stałe) oraz wpadała, kiedy jej przyjdzie na to ochota. Ja na takie okazje będę za każdym razem zwalniać nianię, żeby zrobić miejsce przy wnukach babci. Matka, jakkolwiek by się temu sprzeciwiała, nie ma trzydziestu lat, ma za to kłopoty z dyskiem, i wiem, że realizacja jej życzeń skończyłaby się na tym, iż w godzinach pracy musiałabym niańczyć i dzieci, i ją samą. Zwalniana co rusz pani Danusia w pewnym momencie machnęłaby przecież na nas ręką i poszła gdzie indziej. Wystarczy, że już mi Mąż poszedł.




Wtorek, 27 września

Think, thinken, thoke — patrzyło na mnie z kartki bardzo logicznie, skądinąd, myślącego kierownika sprzedaży, który uczęszczając na moje zajęcia w Firmie, wziął udział w kartkówce. Gdybym prowadziła warsztaty z gramatyki historycznej w oparciu o podręczniki akademickie, dałabym kierownikowi celujący za udany przykład równania analitycznego. Jednak dlaczego kierownik sprzedaży miałby sobie zawracać głowę Campbellem, skoro tylko o słówka i gramatykę mu chodzi, a nie doktorat z lingwistyki? Ze spokojnym sumieniem odjęłam mu punkty za nieuctwo.

Choć tak naprawdę to jestem zaskoczona, a nawet trochę przerażona. Dałam firmowcom tylko tydzień na wykucie tabelek, a większość grupy napisała na maksa. Może są bardziej zaawansowani, niż wskazywały na to moje wstępne szacunki? A może, scenariusz też prawdopodobny, oni wszyscy są nieprzytomnie ambitni? To już nie to co kiedyś. Dzisiaj cel nauki jest dla wszystkich bardzo wymierny. Z jednej strony żelazny uścisk Unii, z drugiej pracodawcy bezczelnie sprawdzają każdy szczegół z CV. Jak koło języka stoi: biegle, to w ramach weryfikacji trzeba na żywo tłumaczyć przemówienie KofiAnana w ONZ-ecie.

Przekręciłam do Maryli, żeby jej opowiedzieć w jakich (nareszcie) luksusowych warunkach pracuję. Do tej pory uczyłam głównie na kursach, które odbywały się w odrapanych szkolnych klasach lub jeszcze bardziej odrapanych pozostałościach po dawnosystemowych ośrodkach kultury, różnymi cudami reanimowanych. A teraz uczę w eleganckich salkach konferencyjnych Firmy i nie zasuwam na ostatnie piętro na piechotę, ale wjeżdżam sobie odblaskową chromowaną windą otwieraną za pomocą karty magnetycznej. I jedynym, jak na razie, mankamentem tej pracy pozostają panie recepcjonistki, bo wciąż nie mogą zapamiętać, kim jestem i czego od nich dwa razy w tygodniu chcę.

Mąż w czasie mojej rozmowy jadł kolację, sprawdzał palmtopa, czytał „Wyborczą", oglądał telewizyjne wiadomości oraz trzymał na kolanach Isię. Gdy skończyłam, westchnął tak, aż zakołysała się lampa nad stołem. Ponoć po pierwsze pożałował, że jego własna firma nie funduje pracownikom lekcji języków obcych, w dodatku w godzinach pracy, po drugie przypomniał sobie zamierzchłe czasy, gdy podejmowałam próby uczenia również jego. Skutek był mało wymierny, zaprzestaliśmy i wiem, że Mój Mąż z czasowników nieregularnych do tej pory dostałby pałkę jak złoto, nawet, gdyby ściągał. Pozostaje dla mnie zagadką, jak on dogaduje się z resztą świata na tych swoich telekonferencjach, ale widać jest nieźle, skoro cała restrukturyzacja na jego barkach?





Środa, 28 września

— Idź, porozmawiaj z córką — wepchnęłam Męża na schody, choć pora była późna, on dopiero dotarł do domu i w brzuchu burczało mu tak, że sama to słyszałam.

— Z którą? — zapytał beznadziejnie, usiłując jednak z tych schodów zejść i przedostać się do kuchni. — No przecież nie z tą, która nie umie mówić.

— No co, to już nawet zapytać nie można? — obruszył się, ale w końcu poszedł.

Był zbyt zmęczony na poczucie humoru. Ja byłam zbyt zmęczona rodzicielskim życiem w pojedynkę i wysiłkami wychowawczymi. Zwłaszcza tymi dotyczącymi wychowywania nieletnich na istoty higieniczne. Isia, gdy tylko nadarzy się okazja, nie wiem, czy to w ramach buntu czy jeszcze czegoś innego, oblizuje ręce, które najpierw macza w klozecie. Ania przestała po sobie spuszczać wodę.

— Bo moje zęby to w ogóle już nie są zęby, tylko wręby! — rzuciła mi w twarz, gdy zapytałam, dlaczego regresuje. Potem odwróciła się nosem do ściany i w tej pozycji spędziła resztę dzisiejszej kąpieli.

Aha, więc nie regresja, ale o górną jedynkę jej chodzi. Straciła ją dwa tygodnie temu, myślałam, że będzie z tego powodu dumna, dołączyła przecież do rzeszy rówieśników z klasy, którzy pirackimi obliczami straszą nie od dziś. Ale widać, znów się pomyliłam.

— Mateuś (strata zęba odbija się na wymowie Ani...) powiedział, zie wyglądam jak chłopak ś podwórka — wydusiła z siebie w końcu, dosłownie na chwilę przed tym, gdy do domu wrócił jej ojciec. — A Kasia, jak jej wypadną zięby, to siobie wśtawi śtućne, dopóki jej nowe nie wyrośną. Ty mi nawet nie powiedziałaś, zie tak moźna! Taka jeśteś! — zakończyła taką wyrzutnią, że mało mnie z jej łóżka nie zrzuciło.

Skoro Mój Mąż taki utalentowany w restrukturyzacjach biur, może przeniesie odrobinę talentu na własny dom, opanuje bunt Isi, poradzi strategicznie Ani w związku z zębem...

Poszedł na górę, wrócił, usiadł do kolacji i zaanonsował:

— No, wy to macie zmartwienia, naprawdę.

A po kolacji:

— Rodzice planują remont łazienki, trzeba im będzie trochę pomóc.

W przerwie zaś między wieczornymi okienkami publicystycznymi, których jest odwiecznym, zatwardziałym fanem, żeby nie wiem jak wyprowadzały go z równowagi, powiedział:

— Ty serio mówisz, że twoja matka przyjeżdża?

Teściowie niedawno wymieniali zlew, więc normalne, że stara wanna im teraz do niczego nie pasuje, trzeba się pozbyć. A wizytowe plany Mojej Matki też mu różą na sercu nie leżą. Ja z Moją Matką nigdy sobie nie radziłam i dzisiaj na odległość też nie radzę, poza tym nie widziałyśmy się kilka lat, chyba tylko David Copperfield nie odczułby z tego powodu zwiększonych palpitacji serca. Bo on ma zaczarowany cylinder, do którego, w razie czego, można albo siebie, albo kłopotliwych gości schować, a my nic takiego nie posiadamy. No i dziwny telefon od Maryli odebrałam. USG będą jej robili na bóle brzucha. Maryla nic o żadnych bólach nie mówiła. Jedyne skargi z zeszłej niedzieli dotyczyły zakwasów, których sobie w ostatnie wakacje nie żałowała, bo postanowiła (i trzeba przyznać, że się jej udało) zrzucić brzuszek (leżący jej na sumieniu) od narodzin bliźniaczek osiem lat temu.

Może sobie jakiś mięsień naderwała, szalona. Ciekawe, czy Patrycja coś wie? Przekręcę.





Czwartek, 29 września

Kocham Firmę! Na egzystencjalne chandry i pracoholizm męża najlepsza jest własna praca.

Udało mi się dzisiaj przyjechać do Miasta trochę wcześniej, mając zapas minut przed lekcją w Firmie, pomyślałam, że odrobinę po moim, jak by nie było, miejscu pracy, pomyszkuję. Czwarty raz już tu jestem, a nie znam jeszcze miejsca, to wręcz nie wypada.

Idę więc korytarzem wzdłuż szklanych, piaskowych ścian, szyję jak żuraw wyciągam na lewo i prawo, konstatuję elegancki wystrój wnętrz, a tu korytarz nieoczekiwanie się urywa, w dodatku tak jakoś dziwnie, bo ten koniec jest miękki i granatowy.

Podnoszę głowę i zmysłom własnym nie wierzę. Nade mną spojrzenie głębokie jak ocean, blond fryzura, oszałamiające wonie. Ewan McGregor we własnej osobie! I po angielsku się odzywa!

Powinnam była zemdleć na miejscu i nawet się nie zastanawiać. Niestety, zanim mi ta genialna myśl sfrunęła do głowy, sfrunęła całkiem inna, że ze wścibstwa na Samego Szefa Firmy się wpakowałam. Zamiast mdleć, zaczęłam się całkiem bez polotu tłumaczyć.

McGregor jednak nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, upewnił się tylko, czy ma przyjemność z tym, z kim myśli, że ma, i zapytał, czy ja z kolei miałam już okazję odwiedzić tea room, który on specjalnie dla swoich pracowników i gości w Firmie urządził.

Tea Room! Angolski Pokój Herbaciany! Królowa Wiktoria, szum długich sukien, ukradkowe spojrzenia znad binokli i kruche ciasteczka na fajansowych talerzykach, ech, tego się nie da do niczego przyrównać. Co za anioł kazał mi kilka miesięcy temu kupić „Wyborczą", znaleźć ogłoszenie Firmy poszukującej lektora i wysłać swoją ofertę...? Anioł o ogromnej aureoli, to pewne. Pokój Herbaciany znajdował się w prawdziwym końcu korytarza i był bardzo miłym pomieszczeniem o niebieskich ścianach. W ogóle zauważyłam, że ściany w Firmie są bardzo kolorowe; sala konferencyjna, gdzie uczę, ma słodki odcień brzoskwini.

W herbaciarni stało kilka głębokich foteli i duży, okrągły stół z solidnymi krzesłami.

— Tutaj można się zrelaksować, odpocząć i oczyścić umysł (relax, rest and cleanse your mind...). Mamy duży wybór herbat, a jak ktoś woli kawę, to też jest — McGregor dokonał prezentacji i, niestety, już musiał lecieć do swoich spraw.

W jednym z foteli relaksował się znajomy kierownik sprzedaży i popijał coś nieziemsko aromatycznego. — Gdyby nie to, że za minutę zaczynamy lekcję, to miałaby pani nawet czas na tę herbatkę — powiedział tak jakoś wrednie i pociągnął z kubka, prawie że siorbiąc.

Nic nie odpowiedziałam, ale jak oddawałam kartkówki, to słowo daję, z satysfakcji, że nie napisał na maksa, wszystkie złośliwe kąśliki, zaryte w mule na dnie mojej duszy, zarechotały z rozkoszą. Co mi będzie kierownik sprzedaży mówił, co i kiedy mogę pić? Jak zechcę, to wypiję.

Normalnie w grafiku miałabym dzisiaj jeszcze Aleksa, przemiłego emeryta, który po zakończeniu pracy w radzieckiej ambasadzie w Budapeszcie, z przyczyn do dziś mi nie znanych, osiedlił się w Mieście. Ale Aleks leży z anginą, przeziębił się na ostatnim grzybobraniu, zatem popołudnie nieoczekiwanie stanęło przede mną otworem. Mogłam wrócić w związku z tym wcześniej do domu lub skorzystać z rad Patrycji i się zrelaksować. Zdecydowanie relaks.

Połaziłam po Centrum, nabyłam kupkę kolorowych pisemek, w końcu zaszyłam się w miłym kątku, żeby napić się dobrej herbaty i podczytując lekkie, babskie lektury, ostatecznie zregenerować stan mojej duszy. Pod wpływem pięknej pogody i niezorganizowanego czasu proces ten był na jak najlepszej drodze.

W ramach lekkiej, babskiej lektury znalazłam arty
kuły o:
— zmarszczkach (no tak)

— męskich punktach widzenia żeńskiej połowy

świata (oczywiście)

— kobietach, które są w życiu za silne (tu już na

prawdę same rewelacje).

No i przestałam się regenerować, a zaczęłam podglądać, jak przed oknami kawiarni pomykają zakochane, młode pary, wykorzystując ostatnie dni wakacji. Roześmiane, beztroskie, jeszcze naiwnie idealizujące każdą miłość młode lata, te, które już za mną, które odeszły nie wiadomo kiedy i które zostały zamienione na zmarszczkującą się, dzieciatą dojrzałość.

Potem patrzyłam na wypogadzające się niebo i przed oczami, romantycznie łopocząc na wietrze, nieoczekiwanie przeżeglowało mi spojrzenie McGregora. Nigdy dotąd nie widywałam na niebie oczu cudzych facetów, w ogóle żadnych facetów, ani obcych, ani znajomych. Wywaliłam w końcu wszystkie pisma do kosza, aż huknęło, i poszłam na zakupy. No bo co tam pisma. Tak naprawdę nic tak skutecznie nie podbudowuje, jak odbudowa garderoby. Wydałam pieniądze, których nie dostanę w tym miesiącu od Aleksa, na satynową, cygańską spódnicę z haftem. Będzie w sam raz na bal przebierańców. A Patrycja nic o bólach brzucha Maryli nie wie, więc się nie przejmuje i w ogóle wesoła jest jak pijany zając, bo Mikołajowi ząb się przerżnął na ten świat, i skończyło się (na razie) nocne koncertowanie.




Piątek, 30 września

Syndrom człowieka współczesnego: dzięki telewizji można sobie zaprogramować smutki i radość. Jeśli za duża chandra, to wystarczy włączyć wiadomości, a optyka poglądów na własne życie od razu pąsowieje. Bo nie dość, że żyjemy w geologicznym raju, nie huragani nam nad głowami i nic nie trzęsie się pod nogami, to również nikt do nas na ulicach nie strzela, a rząd, jak dotąd, publicznie rozwiązuje swoje problemy za pomocą sitcomu śledczego. Rosyjska mafia poluje z reguły tylko na tych, co im depczą po odciskach, do Unii można sobie legalnie wyjechać, służba zdrowia przestała co prawda leczyć, ale od czego są nieśmiertelne metody załatwiania tych spraw w inny sposób. Z kolei, jak w człowieku za dużo radości, to też może ją sobie szybko, skutecznie i planowo utemperować. Wystarczy popatrzeć na reklamowe spoty i cała radość ością w gardle staje. Reklamowa rzeczywistość tak się ma do życia jak wół, przepraszam, jak kareta do wołu. — Pobawimy się w zakupy, będziemy kupować Ousta — oświadczyła Kaśka i pomaszerowały z Anią do supermarketu znajdującego się koło mojej szafy w przedpokoju.

— Teraz musimy sobie wyobrazić, że jesteśmy w naprawdę pięknym domu, wszędzie jest naprawdę czysto i psikamy. Psi... — rozległo się po chwili. — No już. I co dalej?

— Dalej bawimy się w rodzinę. Mamy najpiękniejsze ubrania i przez cały rok jesteśmy na wakacjach. Nikt nie chodzi do szkoły. Mamusia się opala. Tatuś buduje zamki z piasku. Dziecko pije Kubusia Play. Masz, podaj dalej.

Zabrakło im tylko niemowlaka, który w życiu się nie rozpłakał ani nie zafajdał pieluszki przecierem o zapachu zgniłych jajek.

Czy gdyby oczy nie widziały, to dusza, choćby tylko teoretycznie, w strefie i marzeń, i idyllicznych absolutów nie roztrząsałaby podobnych scenariuszy? Moja Babcia, gdyby nie umarła, na pewno miałaby coś na ten temat do powiedzenia. Moja Babcia, zamiatająca podłogę wełnianymi płaszczami a la sutanna, w białym szaliczku nieznacznie wystającym zza kołnierza i w czapce-kompotierce, niemal każdą wizytę rozpoczynała od rozpostarcia nad Moją Matką tego samego, wyświechtanego od ciągłego używania, parasola wyrzutów.

— Dlaczego znowu nie ugotowałaś dzieciom obiadu? Kto powiedział, że życie powinno być beztroskie i przyjemne, zwłaszcza gdy się nie ma męża, bo ten mąż umarł, i trzeba się o rodzinę troszczyć w pojedynkę? Na przyjemności trzeba sobie ciężko zapracować. Matka w tym czasie rozwiązywała krzyżówki albo pakowała się do kolejnego wyjazdu na Węgry, gdzie nielegalnie handlowała enerdowskimi dezodorantami, i nie rozumiała czynionych jej zarzutów.

— Po pierwsze, nie w pojedynkę, przecież mam ciebie. A po drugie, przecież właśnie to robię.

Papierosy Malboro i pomarańczowe elastyczne golfy (dla siebie) oraz gumy balonówki z kaczorem Donaldem (dla mnie i dla brata) kupowała w Peweksie właśnie za dolary ciężko zarobione w czasie turystyki handlowej za granicę. Sweterki z angory, żeby było taniej, przywoziła dla rodziny bezpośrednio z Węgier. Odkąd pamiętam, Moja Matka miała aspiracje do bycia kobietą luksusową i posiadania na koncie oszczędnościowym PKO dużo więcej, niż wynikałoby to z wysokości jej pensji wypłacanej przez Miejski Ośrodek Kultury za pracę na etacie bibliotekarki.

Ani Matka, ani Babcia nie żyły jednak w warunkach permanentnej ułudy oraz towarzyszącej jej irytacji, że życie może (ba — powinno!) być takie jak na billboardach i w reklamowych telewizyjnych spotach. Babcię co najwyżej drażniło bumelanckie podejście Mojej Matki do kwestii domowych obiadów, Matkę z kolei drażniła żona kierownika Miejskiego Ośrodka Kultury, która zazdrościła jej luksusowych sweterków z angory, więc przy byle okazji robiła przytyki do „tej okropnej życiowej samotności, z którą pani się musi niewątpliwie zmagać".

— Nie rozumiem, co jest takiego wspaniałego w plazmowych ekranach — odpowiedziałam, gdy Mąż, z wyrzutem niemal jak Moja Babcia nadmienił, że Teściowie w ramach remontu także telewizor będę wymieniać. — O Jeeezu, zreformuj się.

Z awersją do TV w ogóle byłam dla Męża nie od dzisiaj obiektem o cudacznych, niemodnych przyzwyczajeniach.

— Sam się zreformuj — odpaliłam, widząc, że mu nawet przez głowę nie przemknęło, żeby się w moją stronę odwrócić, choć przecież ledwie ze sobą dzisiaj rozmawialiśmy, właściwie to nie rozmawialiśmy wcale, bo Mąż po powrocie z pracy rzucił się bez słowa na kolację, a zaraz potem rzucił się do peceta. Z premedytacją rozebrałam go w myślach do naga i przyodziałam w barchanowe, trochę pożółkłe ze starości, za to dobrze nakrochmalone i ozdobione fikuśną koronką, damskie reformy. Niech sobie siedzi przed tym pecetem i wygląda jak moja własna prababka, której (podobno) nikt nie lubił za patologiczną zgryźliwość.




Wtorek, 4 października

— Odprowadziłbyś Anię do szkoły? Muszę przed lekcjami zrobić ksero, zupełnie mi to wyleciało z głowy! — Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wczoraj albo przedwczoraj? Mam konferencję za pół godziny. Sorry! Następnym razem!

Mąż wyleciał z domu jak zawsze. Z laptopami, kawami, teczkami i gazetami, a śpieszył się dziś jeszcze bardziej niż zwykle, bo nie wiem nawet, czy spojrzał na mnie więcej niż dwa razy.

Całe szczęście, że pani Danusia pojawiła się nieco wcześniej, zdążyłam do KopiKinga bez niczyjej łaski. Trzeba było tylko trochę większym pędem z Anią do szkoły, większym pędem po zakupy i pędem, choć w konspiracji, z powrotem z domu, w sposób usypiający czujność Isi. Isia, oprócz okresu toaletowego, weszła w okres klejowaty i najchętniej zamieniłaby mnie w kangura, żeby sobie przesiadywać na mnie non stop całą dobę.

A z KopiKinga już tylko dziki pęd do Firmy. To jest nienormalne!

Nienormalne, żeby na trasie szybkiego ruchu nie było o tej godzinie żadnego korka, zupełnie, jakby pomyślne wiatry przepędziły innych zmotoryzowanych na drugą stronę Miasta. Może się faktycznie nigdzie nie spóźnię, a przy jeszcze pomyślniejszych wiatrach uda mi się nawet napić czegoś w końcu w Pokoju Herbacianym. I może tym razem w fotelach wcale nie będą zalegali wredni kierownicy sprzedaży, lecz McGregor tam na chwilę wpadnie i pogawędzimy sobie odrobinę na ciekawe tematy.

Na lekcję w Firmie spóźniłam się z okładem.

Zmieniła się Pani Pierwsza w recepcji, a Pani Druga, ta, która ewentualnie potrafiłaby mnie zidentyfikować, załatwiała potrzeby w toalecie i nie było takiej siły w Mieście, która uwiarygodniłaby w oczach Pierwszej moją tożsamość.

— Pani tu czeka — mówiła do mnie Pierwsza, dzwoniąc jednocześnie po firmowy odpowiednik jednostki antyterrorystycznej.

Młoda, umięśniona i wygolona na łyso jednostka wcale jednak problemu nie rozwiązała. Podrapała się tylko w mękach myślenia po głowie i zadecydowała, żeby jednak zaczekać, aż Baśka (Pani Druga) wróci z kibla. Jak się okaże, że Baśka też mnie nie ustali, to się mnie na dobre wywali za obrotowe drzwi.

— Pewnie herbatkę pije — doleciał mnie rechocik kierownika sprzedaży, gdy oblana zimnym potem (w końcu o mały włos a sprofilowaliby mnie jako terrorystkę) i z wywieszonym językiem naciskałam klamkę drzwi do brzoskwiniowej sali.

Jak dobrze, że nie wpadłam po tym wszystkim na McGregora!

Tym bardziej że Patrycja zaesemesowała po delfijsku, iż rozmawiała z Tośkiem, który rozmawiał ze Stefanem, który właśnie porozumiał się z lekarzem, tym od USG Maryli.

Popędziłam do domu z niedozwoloną szybkością. Złapałyśmy dzieciaki i poszłyśmy na spacer w kierunku kościoła, by przeanalizować sytuację. Z wychowawczego punktu widzenia był to nie najlepszy pomysł, bo Anula z Kaśką bezkarnie taplały się w kałużach koło Świętej Katarzyny w ogóle nie upominane, ale jedyny, jaki nam wpadł do głowy. Zimne powietrze trochę pomogło na ostudzenie wyobraźni.

— Nie, to nie możliwe! — łapałam oddech, z desperacji i wysiłku, pchając spacerówkę z Isią po rozmokłej trawie pod górkę.

W sytuacjach, gdy mało wiadomo, ale rysuje się potencjalne zagrożenie, zawsze miewam wizje skrajnego dramatu. Patrycja, mówiąc mało, za to marszcząc malowniczo czoło, usiłowała, też swoim zwyczajem, usprawiedliwiać rzeczywistość za pomocą teorii pomyłek. — Coś im się pochrzaniło. Rok temu Maryla była na badaniach i wyszła z opinią, że jest zdrowsza od tura. Takie rzeczy nie postępują w takim tempie. — Właśnie, że postępują.

W moim świecie Stefan już przytraczał linami do dachu ich peugeota zabytkowy fortepian Yamaha i środkiem Miasta, w żałobie, jechał z nim na giełdę. — Jesteśmy dorośli, a bawimy się w domysły jak dzieci — podsumowała rozmowę Patrycja. — Proponuję, żebyśmy wróciły do tematu, gdy zrobią Maryli tomografię i kolejne badanie krwi.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Books similar to: Dom naszych marzeń

Last viewed books

Help
Terms and conditions