Ebook Dziewczyna z zapałkami Janko, Anna Nowy Świat

Dziewczyna z zapałkami (ebook)

Author:

Janko, Anna

Price: 17,95 zł
+17 pts (buy for 8,97 zł)
Add to cart Publisher: Nowy Świat Year of publishing: 2007 Category: Novel Language: Polish Format: EPUB (DRM) (to download on e-reader, smartphone, tablet or computer)

Niezwykły debiut prozatorski Anny Janko, znanej poetki, nominowanej do Nagrody Nike w 2001 r. “Dziewczyna z zapałkami” opowiada historię toksycznego związku, na zewnątrz wyglądającego na “normalną współczesną rodzinę”, opowieść kobiety “uwięzionej” w domu w trudnych latach 80. i na początku 90. Bohaterka, która zauważyła, że “życie, jak pogoda, nie dopisało”, nie chce poddać się w walce o własną tożsamość. Kibicujemy jej, śledząc zmagania z mężem, rodziną, z losem. “Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość. Tako rzecze Schopenhauer. Zostałam obdarowana jednym i drugim. Na własne życzenie. A miałam pisać wiersze!” – wyjawia bohaterka.

Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.

Table of contents

Strona tytułowa
Informacje o książce
Tekst

Anna Janko

Dziewczyna z zapałkami



Wyszłam za mąż jak na wolność, a już o czwartej nad ranem gonił mnie stukot moich własnych obcasów na pustej ciemnej ulicy.

Jakieś pięć metrów przede mną, w mętnym świetle latarń, szedł szybko prawie biegnąc ten obcy facet, który był moim mężem i co minutę wściekłym głosem rzucał za siebie: Prędzej! prędzej! prędzej!

Noc poślubna była krótka i bez znaczenia, ponieważ o 4.45 odchodził ekspres do Warszawy i trzeba było zdążyć na dworzec. Autobusy miejskie drzemały w zajezdni, a my, nowo poślubieni, niewyspani i pełni wzajemnych pretensji, pędziliśmy w ciemnościach przedświtu, oblani potem, w ciężkich kożuchach (na wszelki wypadek, gdyby wróciła zima...), z torbami podróżnymi, które co chwila, z gwałtownym szarpnięciem, zjeżdżały z ramienia w dół.

Oczywiście, gdyby to ode mnie zależało, wstalibyśmy trzy kwadranse wcześniej. Ale co zależeć miało ode mnie, a co nie, tego jeszcze nie wiedziałam, tymczasem cały swój świat, wraz z czasem i przestrzenią, złożyłam w ręce Pawła, który jak dotąd robił wrażenie człowieka zorganizowanego i odpowiedzialnego.

Kiedy wpadliśmy do przedziału, poobracaliśmy się w wąskim przejściu upychając torby na półkach, zrzucając niewygodne, buchające żarem okrycia, kiedy wreszcie opadliśmy na siedzenia naprzeciwko siebie cali mokrzy i zziajani, spojrzałam na dużą świecącą twarz mego dwudziestojednoletniego męża i jęknęłam w duszy: A więc to TEN? Jak ja go wytrzymam...!

On zaś rozjaśnił się i klepnąwszy mnie w udo, powiedział wesołym głosem: No to jedziemy, Hanuś!

Rozczochrani, bez tchu, zakochani, potworni. Są to słowa Wiktora Hugo, który ponoć pierwszej nocy posiadł swą żonę dziewięciokrotnie.

Z mojej podróży poślubnej pamiętam późne śniadania w wiejskim pensjonacie, do którego dotarliśmy autobusem z Warszawy. Przedpołudniami Paw (zdrobnienie imienia Paweł) przygotowywał się do egzaminu z prawa jazdy. Ja siedziałam wsparta na wysokich poduchach i czytałam Mdłości Sartre’a. Potem szliśmy na spacer brzegiem rzeki, pośród gnijących przedwiosennych badyli.

Płowa ścieżka pod butami, niebo szare, od czasu do czasu w gałęziach wysokich drzew błysk, jakby błękitnej chusteczki, wyszarpniętej przez wiatr spomiędzy chmur.

Atłasowa kołdra w wielkim łożu była chłodna, śliska i- różowa. Musiałam (to oczywiste) być naga, więc było mi zimno. Wolałabym spać, spać całą noc, ale musiałam być przytomna, bo to przecież była nasza podróż poślubna! Przez siedem kolejnych wieczorów spędzonych w pensjonacie przedłużałam kolacje, aby skrócić noce. Skupiałam się na dokładnym żuciu chleba z szynką, następnie z żółtym serem, i wreszcie z dżemem, który rezerwowo podawano tym, którzy nie mogli się nasycić daniem głównym. Potem, już w pokoju, z ochotą grałam w „refleks” kulką ugniecioną ze srebrnego staniolu. Byłam w tym lepsza od Pawia, wybuchałam szczerym śmiechem za każdym razem, gdy jego łapa, wielka jak pysk psa dużej rasy, zamykała się o ułamek sekundy za późno, a srebrna kulka z cichym cyknięciem spadała na parkiet. Bywało, że bawiliśmy się tak nawet godzinę, jak dzieci.

Potem już- trudno... W czarnych oczach Pawia ukazywało się drugie dno, czarniejsze i gorętsze niż smoła topniejąca w upał. Było mi od tego nieswojo i słodko zarazem. Bo to przecież z mojego powodu, przeze mnie i dla mnie.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie było... niedobrze. Za szybko, za mocno i jakby- niedokładnie. Po każdym kolejnym akcie moje ciało błyskawicznie stygło pod tą lodowatą kołdrą, a ja miałam wrażenie, że ono, umęczone i rozczarowane, w ogóle nie było potrzebne w tej bitwie, choć wiadomo, że bez niego nie mogłoby dojść do żadnego starcia.

Pamiętne pierwsze lato w Sopocie. Słodki i gęsty sierpień, moje osiemnaste urodziny. Oto właśnie przeprowadziliśmy się całą rodziną z Wrocławia nad morze. Czekała mnie tutaj matura, studia, a następnie cała reszta życia. Uwielbiam zaczynać wszystko od nowa, w nieznanym miejscu, z innymi ludźmi, od nowego roku, od poniedziałku, od jutra...

Chodzę po deptaku sopockim nazwanym imieniem Bohaterów Monte Cassino w upalny dzień i usiłuję skojarzyć tę barwną rzekę ludzi, rozprażony tłum sunący jednocześnie w dół i w górę, ku molo i z powrotem, trący o siebie przeciwbieżnie, lecz przyjemnie, słodko- usiłuję skojarzyć tę ulicę, tak nazwaną, z czerwonymi makami na Monte Cassino, co „zamiast rosy piły polską krew”.

Czy wtenczas we Włoszech też tak prażyło słońce i był upał, gdy tamci chłopcy, spoceni, biegli po trawie z metalowymi rozgrzanymi narzędziami do zabijania w rękach? Czy ich podkoszulki pod mundurem były mokre i wydzielały ostrą, podniecającą woń młodego potu i dojrzałej wojny? Czy pić im się chciało i któryś pomyślał o zimnej lemoniadzie z miodem? Albo o domowym sorbecie truskawkowym, który matka podawała w południe, na tarasie, zazwyczaj w niedzielę i to najchętniej wtedy, gdy przybywali z wizytą sąsiedzi? Czy któryś przypomniał sobie może, na ułamek sekundy, jak cudownie chłodne były wargi dziewczyny, gdy wróciła z lasu, przybiegła zgrzana, zdyszana, i przywarła do niego ciałem całym, twarzą, a wnętrze jej ust było zimne i śliskie jak jedwabna chustka? Czy takie wspomnienie, tuż przed śmiercią, nie jest jak prezent od życia, które właśnie się żegna, w upale pogody, w płomieniach krwi pędzącej przez tętnice, w ogniu wojny, która wybucha zawsze z winy życia?

Szłam sobie, tak myśląc niezobowiązująco wobec historii, pojednana z tłumem, i zaglądałam przez szyby do rozmaitych sklepów, do jubilera, gdzie leżały prawdziwe korale, ręcznie szlifowane, zawsze o takich marzyłam, zaglądałam do nudnego Galluksu, a potem do komisu, gdzie na wystawie leżały nonszalancko rozrzucone austriackie bluzeczki w cieniowanych kolorach od bladego różu do bordo i od lila do granatu. Po niebie łaziły obłoczki, puszyste wilgotne twory bez żadnych wyraźnych powinności wobec nieba i ziemi...

I nagle wydało mi się, że pośród dziesiątków kolorowych, niemal zmiksowanych postaci, ujrzałam Kogoś. Wysoki, smukły, ciemnowłosy chłopak to się pojawiał, to znikał w ciżbie. Ruszyłam za nim szybciej, by go dogonić, a nawet wyprzedzić, i zobaczyć, kto to jest. Jego poruszające się płynnie ramiona, chód lekki, a zarazem stanowczy, głowa o wydłużonym, oksycefalicznym kształcie, błękitny podkoszulek- wszystko to zadziałało jak znak dla mnie i miało siłę hipnotyczną...

Strumień mojego istnienia, jeszcze przed chwilą leniwy i rozlewny, sprężył się nagle i ruszył do przodu, ku młodemu mężczyźnie idącemu energicznie deptakiem nadmorskiego miasta. Czułam, że muszę zobaczyć jego twarz. Co od tego zależało? Obrót gwiazd? Pokój na ziemi? O, jeszcze więcej. Tak przemożnego pragnienia, determinacji wręcz, nie czułam w sobie chyba nigdy wcześniej. Jakby tylko ten jeden człowiek mógł być odpowiedzią, wytchnieniem, rozwiązaniem. Odpowiedzią na jakie pytania? Wytchnieniem po jakich napięciach, niepokojach, trwogach? Rozwiązaniem jakich egzystencjalnych rachunków?

Tego wiedzieć nie mogłam, bo niewiele się wie, mając lat osiemnaście, chociaż przecież czuje się już wszystko, bo mniej więcej wtedy właśnie uzyskuje się dostęp do całej puli uczuć danych nam na życie. Ja miałam pewność, że czeka mnie niewiarygodnie ważne życie, pełne miłości i samotności, szczęścia i rozpaczy. Wierzyłam, że aby osiągnąć pełnię, choć na krótko, muszę spotkać drugiego człowieka, dokładnie takiego samego jak ja, ale przeciwnej płci. Pomysł to oczywiście starożytny, ale w młodości ma się ów niezwykły talent odkrywania na nowo odwiecznych prawd.

„Odwróć się” – powtarzałam w myślach, idąc za chłopakiem w błękitnym podkoszulku. Zaklinałam go, patrząc intensywnie w jego kark, opalony, okrągły. Te czary nieraz mi się udawały, ćwiczyłam je od dawna na przypadkowych ludziach. Należało mocno patrzeć i wypowiadać zaklęcie z uporem, ale zarazem tak, jakby nam na tym nie zależało, bocznym torem świadomości. Byłam tuż za nim, gdy odwrócił się wreszcie i nasze oczy się spotkały.

Na ułamek sekundy zapanowała cisza absolutna i zamarł wszelki ruch na świecie.

W jego spojrzeniu ujrzałam lasy, które przejdę, góry, na które wejdę, miasta, które zwiedzę, sny, które prześnię. Mój los w jednej chwili odbił się w lusterkach źrenic, w ciemnych oczach obcego człowieka, jakby był tam zakodowany.

Lecz zaraz tłum znowu ruszył, wybuchł hałas, ruszyła taśma z filmem o bieżącej rzeczywistości, chłopak odwrócił wzrok, a ja poczułam się tak, jakbym właśnie została okradziona z pieniędzy całego życia. Bunt! Żal! Ból! Okazja minęła. Nie zatrzymałam go. Moje oczy nie dały się przeczytać. Nie nawiązaliśmy łączności. Okazałam się dla niego nic nie znaczącym elementem krajobrazu. Nigdy go już nie zobaczę. Pozostanę niespełniona, porzucona w niedoistnieniu i nikt nigdy nie dowie się, kim naprawdę jestem.

Przeznaczenie dało znak- po czym rozsypało się w drobny mak!

Stałam przez chwilę w rwącym nurcie własnych emocji i w prącej, w dwie strony naraz, rzece turystów na ulicy Monte Cassino.

Błękitny podkoszulek ostatecznie utonął w tłumie.

Przedostałam się na lewo, pod kino Polonia. Potem dotarłam do delikatesów, gdzie kupiłam zimną, zaparowaną butelkę coca-coli, bo upał był doprawdy nie do zniesienia. I zaraz poczułam, jak od tej butelki trzymanej w ręce lodowacieją mi kości przedramienia, aż po łokieć, pod mięśniami, i jak to promieniuje aż do mózgu, przez który przeleciał mróz i błyskawicznie wychłodził przegrzane synapsy. Jednocześnie zamarzło i utrwaliło się w mojej głowie- jak matryca, wzorzec, model- marzenie o Wysokim Brunecie z Wydłużoną Czaszką, i Oczami Czarnymi jak Antracyt.

Z Pawłem chodziłam do jednego liceum we Wrocławiu. Wtedy nic nas nie łączyło. Jednak jakiś czas po moim wyjeździe do Sopotu, zimą, zaczęliśmy pisywać do siebie listy. To w listach zaczęłam nazwać go Pawiem. Zazwyczaj ludziom nieobojętnym odkształcam imiona, by lepiej przylegały do mnie.

Imię jest krótką melodyjką, przywołującą jedną duszę do drugiej. Powinna być szczególna i zaufana. Imię jest jak klucz, który ma dwa takie same końce i musi otwierać i mnie, i ciebie za jednym razem. Pisałam więc: Cześć, Pawiu! Lecz on odzywał się konwencjonalnie: Miła Haneczko. Mdliło mnie od tej „Haneczki”, bo zaprawdę, żadna ze mnie Haneczka, nawet Hania, a nie daj Boże Hanusia. Pozostawałam więc jakby bezimienna. Zresztą odczuwałam to stale, bo słowo, którym ochrzcili mnie rodzice, nie przemawiało do mnie nigdy, było puste w środku, jak futerał bez instrumentu. Nie było w nim mojej melodii. Byłam więc dla siebie samym tylko inicjałem, Ha-literą, po której nie następowała żadna mojość. Koniecznie potrzebowałam jakiegoś fonicznego kodu, by złapać się za tożsamość. Czekałam na wynalazek, który otworzy mnie dla mnie samej i dla kogoś drugiego. Kiedy więc Paw za którymś razem rozpoczął swój list zawołaniem: Mój Haniele! – poczułam do niego prawdziwą sympatię i uznałam, że ma twórczy umysł, co dobrze rokuje na przyszłość. Niestety, owa przyszłość dość prędko zdegradowała mnie znów do poziomu Hani, a nawet Hańci...

Dlaczego Hańcia wyszła za mąż za Pawia? Prawdopodobnie dlatego, że wybrała się w drogę w poszukiwaniu swego imienia i – zabłądziła...

Ha. opuszcza rodzinny dom. Wyjeżdża, daleko. Przeczuwa słodki smak niespodzianki, jaką szykuje dla niej los. Emocjonalnym wehikułem tej podróży jest niewątpliwie wykrzyknik: ach!

„Ach!” wypełnia całą Ha. „Ach!” jest lżejsze od powietrza i unosi Ha., tak że płynie ona przez dworzec kolejowy, zamiast normalnie iść. „Będę żyła” – myśli Ha. i ta myśl jest jak pieśń szczęścia. Górne C wibruje w jej gardle i brzuchu. „Będę żyła nareszcie własnym życiem!” O, brzuch jest bardzo potrzebny do szczęścia. Rozanielona twarz jest tylko zewnętrznym wyrazem błogostanu, mimicznym odwzorowaniem tego, co dzieje się w głębi duszy, a dusza na pewno wyrasta w głębi brzucha, mniej więcej dwa palce poniżej pępka. Starożytni Chińczycy nazywali to miejsce „hara”. „O tak, tam znajduje się fabryka tego, co jest mną. Tam się przędzie i rozwija jedwabna nić mojości, Ach! jak to będzie słodko być sobą” – myśli Ha., śpiewa Ha. i płynie peronem ku wagonowi numer 7 pociągu relacji Gdynia-Wrocław przez Sopot, Gdańsk, Tczew, Malbork, Iławę i tak dalej. Za wagonem 7 jest jeszcze 8 i 9, spod 9 wybiegają dwie lśniące i twarde szyny, biegną wstecz i wreszcie wbijają się w tło, w krajobraz, który Ha. pozostawia za sobą.

„Ach, na południe, na południe od wszystkiego! – śpiewa w myślach Ha. – Wszystko dotąd ogłaszam przeszłością! Wyzwolona! Jadę na stworzenie świata! Od teraz będę miała prawdziwe życie!” Akcent pada na „prawdziwe”. W głowie Ha. trwa festiwal sentencji i ogólnych wniosków... A dwa palce pod pępkiem intensywnie i rozkosznie wytwarza się mojość Ha.

I płyną wstecz świetliste szyny. Nie, to się rozwija strumień światła, pas lśniącej materii, szeroki pas błyszczącego dżerseju „queen” w kolorze écru, który pięć miesięcy temu Ha. i Paw kupowali razem na suknię ślubną. Bela materiału w rękach ekspedientki rytmicznie i nieco głucho uderzała o blat, a odbrzmiewały jej dźwięcznie szybki po lewej stronie, tam gdzie widniała w ladzie mała witrynka z krawatami męskimi w ukośne paski i kosteczki karo. Teraz to wszystko się wyświetla jeszcze raz na ekranie pamięci i tak ładnie wygląda. Pobrali się 29 marca. Po wspólnie spędzonym tygodniu poślubnym trzeba było się rozstać, by pozdawać ostatnie egzaminy i zamknąć rok akademicki. Jednak cały tydzień spędzili we dwoje w Oborach pod Warszawą. W oficynie pałacyku z nieczynną fontanną. Siedzieli w swym pokoju, albo leżeli, mało co wychodzili. Było zimno, często padało, wiosna wykluwała się z trudem, zima pękała opornie, ciekły rozpuszczone lody. Wiatr to przypadał do zrudziałych, poskręcanych jak zardzewiałe sprężyny traw, to nasłuchiwał pośród nieczynnych pni i pustych koron drzew, albo się ocierał o nabrzmiałe, szare łona chmur, które po tej pieszczocie rodziły zimny deszcz pomieszany z gradem.

Ha. i Paw popatrywali w wysokie okna pałacowej oficyny, w której dostali pokój z wielkim małżeńskim łożem na środku. Popatrywali, wciągali nosem wilgotne powietrze przeciskające się przez nieszczelne futryny, ale niosło ono wyłącznie zeszłoroczne informacje, mocno przestarzałe, zbutwiałe nawet, dla dwóch ludzkich istot świętujących swoje zjednoczenie w najmniejszym stopniu nieinteresujące.

Najczęściej więc pozostawali we wnętrzu. W łożu z dwiema ogromnymi poduchami i śliską ciężką atłasową kołdrą. To było pierwsze, próbne, gniazdo ich nowego istnienia. Istnienia we wspólnocie dwojga. Leżeli w łożu i rozmawiali, opowiadali sobie swoje życie.

Matka Pawia urodziła go w późnym wieku i z dużymi trudnościami, w wyniku czego Paw do dziś ma blizny na głowie za uszami. To ślady po kleszczach, którymi położnik wyciągał go na siłę z łona matki. Macica tej blisko czterdziestoletniej wtenczas kobiety kolejnymi skurczami przez całą noc i cały dzień zasysała płód z powrotem, zamiast wydać go na świat. Gdy słońce, zachodząc, zabarwiło już sprzęty porodówki na czerwono, lekarz chwycił się w końcu owych kleszczy, sporego narzędzia, i parę minut później wysapał: Chłopiec.

Chłopiec miał spłaszczony wielki nos, wydłużoną jak kabaczek czaszkę i krwawe wybroczyny na czole i potylicy. Na powitanie świata wydał z siebie tylko krótkie chrypnięcie, po czym natychmiast został zabrany od matki w celu uzupełnienia tej części życia, która zdążyła ujść z małego ciałka w drodze przez mękę.

Po tygodniu dopiero zwrócono noworodka zaborczej rodzicielce i odtąd już Paw miał się czuć jak mysz, na którą spadł beret, i przez następne dwadzieścia jeden lat poruszać się miał po świecie razem ze swoim więzieniem, nieświadomy, że ciemności, co go otaczają, zawdzięcza mrocznemu spojrzeniu matki, która ani na moment nie odrywa wzroku od swego jedynego syna.

I tak to Ha. z Pawiem w O. całymi dniami siedzieli na wielkim małżeńskim łożu, bo padało, bo wiało, i opowiadali sobie – jak to jest w zwyczaju zakochanych par – swoje dzieje. Ha. obejmowała wyrośnięte ciało Pawia, słuchała historii trudnych narodzin i surowego wychowania, i z czułością całowała dwie małe blizny (po owych kleszczach) za uszami młodego męża.

Jej sytuacja była inna. Urodziła się dwojgu studentom, którzy mieszkali w akademikach. Matka Ha., cudem uratowana z pacyfikacji wsi podczas wojny, dzieciństwo spędziła w sierocińcu, gdzie wpojono jej uczucie wdzięczności wobec Związku Radzieckiego i Stalina, który wygnał Niemców z ojczyzny i przywrócił ład. Ha. odziedziczyła owo poczucie wdzięczności wobec bratniego narodu. Z mlekiem matki wyssała także lęk i nienawiść w stosunku do Niemców, którzy pewnego czerwcowego świtu 1943 roku spalili i wymordowali całą wieś, pozostawiając na świecie garstkę oniemiałych z przerażenia dzieci.

Ha. miała głęboko zakorzeniony strach przed wojną: kilka razy do roku śniła straszne sny, w których uciekała przed Niemcami, przed bombardowaniem, przed torturami. Z czasem Niemcy „wynarodowili się” w jej wyobraźni i stali się mężczyznami w ogóle. Śniła więc, że jest ścigana, gwałcona, okrutnie okaleczana i porzucana gdzieś w lesie. Przebudzenie po tych koszmarach bywało czarniejsze od nocy, która je przyniosła. Nieważne, jaka była pogoda o poranku, ile światła sypało się z nieba, ile życia w niewiadomo ilu formach puszyło się na dziedzińcu świata; przebudzenie i tak przypominało ocknięcie się umarłego pod wiekiem trumny. Trumny zakopanej w ziemi. (Ziemi krążącej w opustoszałym kosmosie.)

Gdy Ha. miała dziesięć lat, przeczytała Dymy nad Birkenau Seweryny Szmaglewskiej. W domu nikt jej nigdy żadnych książek z ręki nie wyjmował, przyswajała więc, co się nawinęło. Dymy zostawiła ciocia Kropka, młodsza siostra matki, wyjeżdżając po świątecznej wizycie. Kropka też przeżyła pacyfikację, ale nic nie pamięta, bo miała wtedy dopiero dwa lata. Nie pamięta, że jej mama, czyli babka małej Ha., wtenczas i na zawsze dwudziestosiedmioletnia, trzymała ją w ramionach, gdy Niemiec strzelał z wielkiego karabinu. Babka upadła prosto w zboże, a Kropka ocalała, wysypała się z jej rąk w miękką ziemię, gdy ręce babki się rozplotły i rozłożyły bezwładnie. Nikt nie wie, czy Kropka płakała, czy zamarła w bezgłosie na polu, pośród zboża, bo trwał apokaliptyczny hałas, potężny huk pożaru przecinany suchymi seriami pocisków i dzikim krzykiem zabijających i zabijanych. Ona sama niczego nie pamiętała i tak jak mała Ha., urodzona paręnaście lat po wojnie, wszystkiego dowiadywała się z mądrych książek i opowieści rodziny. Mała Ha. często wyobrażała sobie maleńką Kropkę leżącą pośród sprężystych zbożowych witek, które purpurowiały pomiędzy dwiema łunami: ognia pożaru i ognia wschodzącego słońca.

Dymy to była trzecia „dorosła” książka w czytelniczym doświadczeniu Ha. po Mitach greckich i Encyklopedii zdrowia, które to fundamentalne dzieła czytywała w kółko zamiast broszurek z serii „Poczytaj mi mamo”. Do nimf, driad, centaurów, cyklopów, tytanów, harpii, oraz trądu, czyraków, słoniowacizny, zajęczych warg, kłykcin kończystych, wodniaków jądra, dołączyły wiotkie, słaniające się, wygłodzone, przerażone postacie z ogolonymi głowami, ubrane w pasiaste piżamy. To wszystko mieszkało stłoczone razem w jednej głowie, jasnowłosej, z grzywką i końskim ogonem. Po dwudniowej prawie nieprzerwanej lekturze Dymów nad Birkenau, co było jak trans, albo nawet paraliż, mała Ha. wyciągnęła z szafki swoją czerwoną piłkę w żółte gwiazdki i przez godzinę kozłowała, biegając w kółko po pokoju. Dopóki sąsiadka z dołu nie zaczęła stukać kijem od szczotki w swój sufi t. Wtedy mała Ha. ustawiła poduszkę pod ścianą, usiadła na podłodze i kołysała się, uderzając plecami rytmicznie w puchowe oparcie, tak jak to robiła w dzieciństwie, które jeszcze przecież nie całkiem minęło.

Matka Ha. cierpiała na depresje, związane najprawdopodobniej z traumą wojenną. I kiedy nie leżała na tapczanie w zamkniętym pokoju, to wszystkimi siłami starała się ochronić swoją psychikę przed możliwymi ciosami losu. Dlatego dorastająca Ha. wracała po lekcjach prosto do domu, zamiast szlajać się z innymi po ulicach, dlatego wieczory spędzała czytając książki, a nie „chodząc po chałupkach”, czy nie daj Boże pijąc wino na młodzieżowych prywatkach. (Takie nieobecności byłyby dla matki źródłem niepokoju, mogłyby się skończyć rozstrojem nerwowym.) A już najgorszą rzeczą, jaka by się mogła przydarzyć młodej dziewczynie, oprócz picia wina i palenia papierosów, byłaby sprowokowana, zbyt wczesna dojrzałość seksualna. Ha. nie uczęszczała więc na żadne imprezy, koncerty, sylwestry, dyskoteki. Ponieważ jej matka pod nieobecność córki chodziłaby od drzwi do okna i z powrotem, nie śpiąc całą noc, wyobrażając sobie niechciane ciąże, gwałty, a nawet zabójstwa, o co przecież bardzo łatwo podczas młodzieżowych spotkań bez nadzoru dorosłych. Ha. wyobrażała sobie matkę chodzącą całą noc od drzwi do okna i z powrotem, i natychmiast czuła, jak oplątuje ją ciężka metalowa sieć. Traciła swobodę ruchów i wszelki zapał do walki o wieczorne wyjścia.

Tak więc Ha. przeżywała okres dojrzewania raczej bez konfrontacji z rówieśnikami, w miarę spokojnie. Jej bunty pojawiały się jak przygruntowe siewki na wiosnę, były blade z pochylonymi łebkami, choć prężyły się w górę dzielnie i gdyby tylko były warunki, prawdopodobnie Ha. dość prędko dorosłaby do siebie samej, nie czując się tak bezimiennie. Jednak niepokój matki, jej bezsenność, depresja, ba, groźba schizofrenii, nawet szpitala psychiatrycznego, wisiały nad młodością Ha. niby ciężki żyrandol na cienkiej żyłce.

Jedynym ekscesem, na który zdobyła się Ha. podczas tak decydującego dla reszty życia okresu pokwitania, była wycieczka pod szkołę, pod osłoną wieczoru i pod pretekstem spaceru z psem. Celem wyprawy był zabór mienia społecznego, a dokładnie metalowej tabliczki na patyku z napisem: „Nie deptać trawników”. Tabliczka znalazła się w panieńskim pokoju Ha. Wyraz „trawników” zniknął zalepiony zielonym papierem, dzięki czemu pozostały tekst zyskał oczekiwaną wieloznaczność i był jak mantra dla wytłumionej psychiki Ha. Był także jej pierwszym konceptem literackim, po którym przyszły następne, jednak powstające już w sposób bardziej konwencjonalny, na biurku, w zeszycie.

Ha. często wpatrywała się w zieloną tablicę z napisem „NIE DEPTAĆ”, bo czuła wtedy przyrost ducha i nabierała odwagi. Chwilę potem wsuwała swój prywatny, sekretny zeszyt pod książkę na przykład do algebry i przytrzymując lewą ręką okładkę podręcznika w pionie, utrwalała na kartkach w kratkę dynamiczny wykres skrywanego buntu, wściekłości i żalu za bezpowrotnie traconą młodością.

W trakcie zapisywania ósmego już zeszytu miała miejsce przeprowadzka całej rodziny z Wrocławia do Sopotu, co przy okazji zaowocowało obfitą korespondencją z Pawiem, kolegą licealnym Ha. Paw chodził do klasy mat.-fi z., rok wyżej (bo rozpoczął naukę przedwcześnie), a w szkolnym przedstawieniu występował w jednej scence z Ha. Tak się poznali, na próbach teatru. Gdy Ha. opuściła Wrocław, Paw prawdopodobnie uświadomił sobie, że była fajną koleżanką, z którą warto utrzymywać dalsze kontakty. Między Sopotem i Wrocławiem poczęły więc krążyć listy z wypisanym czarnym druczkiem adresem wrocławskim (listy Ha. do Pawia) oraz podłużne koperty adresowane na Sopot płaskim rozciągliwym niebieskim pismem (listy Pawia do Ha.).

Po mniej więcej trzech latach korespondencji, po dziesiątkach telefonów międzymiastowych i po iluś spotkaniach, które trwały od jednego do kilku dni – uknuli małżeństwo z miłości (tak im się zdawało), wzięli ślub na przedwiośniu, odbyli podróż poślubną w granicach kraju rodzinnego, po czym wrócili na swoje uczelnie, by kuć do sesji, a po egzaminach połączyć się ostatecznie.

Właśnie przed chwilą Ha. pomknęła pociągiem pospiesznym relacji Gdynia-Wrocław przez Sopot, Gdańsk, Tczew, Malbork, Iławę i tak dalej, na spotkanie ze swoją niedoścignioną wciąż Wolnością... Wolność Pawia miała pojawić się automatycznie wraz z przybyciem młodej żony... Ach!

Dlaczego odepchnęłam swoją historię tak daleko – na odległość trzeciej osoby liczby pojedynczej? Czy dlatego, że nie lubię niedookreślonej Ha., a Hanuś, żonka Pawia, też mi się nie podoba? Że wolałabym nie mieć z tamtą sobą nic wspólnego? „Nie mam z nią nic wspólnego” – to brzmi dobrze. „Ja tylko opowiadam” – czysta sprawa. Tymczasem „ona” wypełnia mi głowę gęstą narracją, do której usiłuję się zdystansować gramatycznie, jednak pod powierzchnią uporządkowanego paradygmatu tarzam się w chaosach i nie mogę się wyosobnić, skrystalizować.

Ona, czyli ja.

Albert Camus napisał gdzieś, że życie innych zawsze wydaje nam się ułożone i sensowne, a nasze własne przeciwnie – bezładne i nic nie warte. I że to złudzenie optyczne. No więc jeśli ja biorę dystans względem swego życia, próbując być „oną”, to może usiłuję zobaczyć siebie w jakimś porządku, a nawet próbuję dowartościować własne życie? O, być częścią wyrazistego, widzialnego świata Na Zewnątrz! Marzenie, które swobodnie realizują pisarze w swych książkach...

Na moim biurku stoi lusterko. Gdy podnoszę głowę znad zeszytu w kratkę, spotykają się dwa spojrzenia: moje i „jej”. Przyglądamy się sobie badawczo, ale i z niedowierzaniem. Ona, czyli ja. Przysuwam twarz do srebrnej powierzchni i – mój wzrok wpada w bezdenne źrenice. Czyje??? Przez ułamek sekundy lecę w jakąś otchłań, która nie jest ani wewnątrz mnie, ani na zewnątrz. To bardzo przykre. I niewytłumaczalne.

Kto tam jest w środku, kto jest we mnie tym kimś, który przeraża?

Był koniec lutego, kompletnie ciemno. Wracałam z zajęć na uczelni. Miałam dziewiętnaście lat, byłam na pierwszym roku polonistyki. Górny Sopot, osiedle w trakcie budowy, wokół las. Wiatr wył pośród pryzm betonowych płyt, rusztowań, żelastwa, ślizgał się jękliwie w żeliwnych rurach, od czasu do czasu porywając z dzikim gwizdem jakąś blaszaną płachtę, którą walił o plac. Panował nad tym księżyc w pełni, zarażając to miejsce swoją sinosrebrną chorobą. Kilka bloków już zamieszkanych świeciło dalekimi światłami, ale zbliżałam się do nich tak powoli, jakbym szła w miejscu, a przecież prawie biegłam gnana pierwotnym strachem. Kiedy skręciłam w Malczewskiego, po lewej miałam już tylko czarny las.

W ciemności nie widać pojedynczych drzew, ale czuje się potężny magnetyzm lasu. Czuje się, jak ten olbrzym wstrzymuje swój ciężki oddech, jak ten oddech gęstnieje, zawiesza się coraz wyżej, by po chwili opaść szerokim poszumem gdzieś w głębi.

Życie zbiorowe drzew, we dnie oczywiste i przyjazne, nocą staje się obcym rytuałem. Las pije noc jakoś zwierzęco, strasznie, potężnie, jednocześnie jest boleśnie nadczuły, nadwrażliwy, zdaje się reagować na każdy najcichszy dźwięk, na trzask gałązki, dreszcz poszycia pełnego śpiących stworzeń, krzyknięcie przebudzonego ptaka. Jakby był przestraszony sam sobą, zdziwiony, że jest tym, czym jest, że ta niepojęta ilość istnień – od jednokomórkowych po wielozłożone, od pleśni i grzybów w ziemi przez szybko bijące serduszka jeży i ptaków, śpiące czujnie ciepłe ciała saren i zajęcy, po sosny i świerki, których czubki rysują chaotyczne wykresy w chmurach – że to wszystko jest właśnie nim, lasem.

Starałam się nie patrzeć w lewo, w stronę lasu. Pędziłam w górę drogi, miałam jeszcze ze sto metrów do domu – gdy nagle usłyszałam płacz niemowlęcia. Nie wierzyłam uszom, las milczał symfonicznie, raz po raz zaciągając się wiatrem, po prawej były tylko szopy robotników i składowisko materiałów budowlanych. A jednak właśnie tam jakieś dziecko to kwiliło żałośnie, to zanosiło się wściekłym płaczem, a chwilami wydawało się, że woła o pomoc.

Zrobiłam kilka kroków po nasypie w dół, ku stosom desek, piętrzącym się w sinym blasku księżyca, ale czym prędzej zawróciłam. To absurdalne szukać po ciemku dziecka: samej, na budowie, pod lasem. Pobiegłam w kierunku zamieszkanych budynków. Zobaczyłam mężczyznę z wiadrem (zsypy jeszcze nie działały). Akurat skręcał na dróżkę do śmietnika, gdy zawołałam za nim: „Proszę pana!”. Obejrzał się. „Proszę pana, na budowie jakieś dziecko płacze!” Człowiek z wiadrem przystanął i przyjrzał mi się uważnie. Prawdopodobnie jednak wyglądałam raczej na przestraszoną niż pomyloną, bo nie odchodził, postawił wiadro na ścieżce. „Słyszałam płacz niemowlęcia, tam na budowie, to niemożliwe, ale ja słyszałam, niech pan tam idzie!”. „Eeee, co też pani mówi... Na budowie? Dziecko? O tej porze?”

Mimo wątpliwości facet nie całkiem zdecydowanym krokiem, ale jednak ruszył w stronę budowy. Ja zostałam z żółtym wiadrem u stóp. Czekałam z dziesięć minut. Wrócił. Bez dziecka. Podszedł do mnie blisko, bardzo blisko, i spojrzał mi głęboko w oczy. Pochylając się po wiadro, przesunął wzrokiem po mym ciele, od biustu do pępka. Podnosząc się, powiedział powoli, dzieląc wyrazy:

– Tam. Nie ma. Żadnego. Dziecka.

– Ale przecież ja słyszałam... – tu zamilkłam skonsternowana, bo on odwrócił się i jakoś tak bezradnie machnął ręką, jakby spisywał mnie na straty.

W domu natychmiast opowiedziałam o tym zdarzeniu. Ojciec popatrzył na mnie dziwnie.

– To koty – rzekł.

– Co koty? – spytałam.

– To koty marcują.

– To dziecko płakało!

– Nie, to koty tak krzyczą.

– Koty miauczą przecież...

– Zazwyczaj miauczą, ale czasami tak krzyczą.

– Ale dlaczego???

Miałam dziewiętnaście lat. I pół. Rok później wyszłam za mąż. Z bardzo niewielkim bagażem wiedzy o życiu intymnym ssaków...

Po lutym przyszedł maj. Czas dla zakochanych, czyli wszelkich istot, które podlegają imperatywowi rozmnażania. Wracałam o dziewiątej wieczorem po zajęciach na uczelni. Było jeszcze jasno; po skarpie, która zazieleniła się już dziką trawą, biegało kilkoro dzieci, piszcząc i pokrzykując. Byłam odprężona i szłam sobie do domu dobrze znaną drogą. Las, pogodny, otwarty, przyjazny wędrował po mej lewej stronie, oczywiście w przeciwną stronę.

Na wysokości pierwszego bloku zrównał się ze mną jakiś młody mężczyzna. Zwolniłam, aby mógł mnie wyprzedzić. On jednak także zwolnił, szliśmy więc równolegle. Czułam, że przygląda mi się intensywnie. Spojrzałam w jego twarz. Miał zaciśnięte usta, a w zmrużonych oczach jakąś świetlistą mgłę, przez którą przenikała dziwna siła, skupiająca się dokładnie na mnie. Zadrżałam.

– Chodź tu – syknął i chwycił mnie za łokieć. Szarpnęłam ramię i wtedy spostrzegłam, że rozporek jego oliwkowych spodni jest rozpięty, a on sam drugą ręką ściska wystającą stamtąd fioletowoszarą wielką larwę. W jednej sekundzie cały świat stał się nierzeczywisty, jakby obrócił się we własny negatyw.

– Chodź – powtórzył zduszonym głosem, łapiąc za rękaw mojego prochowca, a ja odruchowo ścisnęłam zwilgotniałą dłonią pęk kluczy, który miałam w kieszeni.

Nic więcej nie zrobiłam.

Szliśmy w tym samym rytmie, szliśmy r a z e m , jakby sczepieni jego żądzą; on trzymał materiał mojego płaszcza jedną ręką, a drugą pocierał łeb wielkiej sinej larwy, ja ściskałam klucze, jak narzędzie samoobrony, wyobrażając sobie w napięciu, że uderzam nimi w te zamglone ślepia.

Nie odwracałam wzroku; zahipnotyzowana patrzyłam, jak on to robi, bo jeszcze nigdy na żywo nie widziałam t e j r z e c z y . Naprawdę była wstrętna. A więc jest aż tak wstrętna! Straszna, ohydna, obrzydliwa. Wyłazi z oliwkowych spodni. Do tego to mętne, nieprzytomne spojrzenie, które – czułam – wciąż jest wlepione we mnie.

Szliśmy nie słysząc i nie widząc nikogo i niczego poza nami, jakby oddzieleni od reszty świata pociemniałą szybą. I nikt nas nie widział i nie słyszał. Nie mogłam zacząć uciekać. Bo gdy się boję, nie mogę zrobić niczego ponad to, co akurat robię. Szłam więc. Szliśmy. On t o robił, ja ściskałam klucze. Patrzyliśmy: on na mnie, ja na jego lewą dłoń, która pracowała w napięciu.

Nagle stracił rytm, przytrzymał mocniej rękaw mego płaszcza i zamarł. Zamarliśmy oboje. W tej samej chwili larwa wypluła z siebie ciężką ciecz. Raz i drugi. Zdziwiłam się, tak jakbym nie wiedziała, że coś takiego jest na świecie. Wiedziałam, ale dotąd n i e w i d zi a ł a m .

Podniosłam wzrok powyżej oliwkowych spodni i ujrzałam, jak jego oczy odwracają się pod czołem. Wcisnęłam język w podniebienie i napięłam brzuch, by powstrzymać odruch wymiotny. Wciąż trzymał mnie za ramię. Wciąż nie mogłam od niego odbiec.

Gdy znów na mnie popatrzył, był już całkiem inny. Miał szerokie szkliste spojrzenie kogoś, kto ma za sobą podróż, ale nie cały z niej powrócił. Puścił mój płaszcz. Przez ułamek sekundy jakby usiłował sobie mnie przypomnieć, po czym jednym ruchem ręki uporządkował okolicę rozporka i zaciągnął zamek.

Odwrócił się i odszedł.

Słyszałam odgłos coraz szybszych kroków. Stałam na ulicy jeszcze chwilę, tyle, by rzeczy wróciły na swoje miejsce: drzewa na lewo, bloki i dziecięce głosy na prawo.

Wróciłam do domu. Na widok ojca poczułam nieprzyjemny dreszcz. On też był jednym z NICH. Omijałam go wzrokiem. Potem zadzwonił Paw, mój chłopak. Nie mogłam z nim rozmawiać. ON TEŻ... On też był TYM.

Rok później wyszłam za niego za mąż.

Maczek to zdrobnienie czyjegoś imienia. Maczek nie wiedział, że tak go nazywałam w myślach. Udawaliśmy przyjaźń, ale to była skrywana miłość. Dzięki nie wyznanym nigdy uczuciom ta przyjaźń, napięta i ekscytująca, przetrwała wszystkie cztery pory roku, po czym on ożenił się z pewną półszaloną pielęgniarką (grudzień?), a ja wyszłam za Pawia (koniec marca).

Miał po jubilersku wykrojone małe przylegające uszy, szeroki kark i mocną szczękę – optymalny zestaw. Fakt, że na środku twarzy widniał płaski, wgnieciony czyjąś pięścią nos, nie stanowił dla mnie estetycznego problemu. Uśmiechał się ładnie bardzo porządnymi równymi zębami, wargi miał delikatne, blade, a czasem lekko liliowe.

Widywaliśmy się codziennie na uniwersytecie. Nigdy się nie umawialiśmy i to była nasza jedyna, niepisana, umowa. Siadywałam zawsze w takich miejscach, żeby nietrudno było mnie znaleźć. Wiedziałam, że zajrzy do księgarenki koło szatni, i do czytelni, i do baru, parokrotnie przemaszeruje przez hol. Patrzyłam, jak idzie. Nosił swetry na koszule i całkiem niezłe, jak na tamte czasy, buty. Buty mówią o człowieku więcej niż jakakolwiek inna część garderoby; to naziemna część głęboko ukrytych tajemnic, materialna manifestacja duszy. Lubiłam buty Maczka, czułam do nich zaufanie.

Spotykaliśmy się „przypadkiem” każdego dnia (ciąg przypadków to już przeznaczenie). Lubiliśmy ze sobą rozmawiać. O książkach, o wierszach, o ludziach, o naszym życiu. Był inteligentny, czasem złośliwy, często czuły. O Arystotelesie opowiadał, jakby to był taki pan, który mógłby mieć u nas wykłady, ale niestety się jąka... (bo się naprawdę jąkał, tak pisał Diogenes Laertios). Umysł miał Maczek jak żyletka, a do tego ten miękki, ciepły głos opiekuńczego wujaszka. Dawało to piorunujący efekt konwersacyjny.

Dotykaliśmy się, ale tak jakby tylko niechcący. Ramieniem, dłonią, kolanem. Jego ciało było ciepłe, jasne, wypełnione energią, która mi sprzyjała. Pragnęłam tych przygodnych zetknięć, przelotnych, elektryzujących muśnięć i otarć, gdy podawał mi płaszcz w szatni, gdy szperaliśmy w tej samej szufladzie katalogu w czytelni, lub gdy przepuszczał mnie w drzwiach, a ja mijałam jego twarz o milimetry, gotowa policzyć wszystkie jasne rzęsy u jego powiek.

Kiedyś stuknęliśmy się czołami, schylając się po coś jednocześnie, i wtedy nasze spojrzenia wsparły się o siebie tak mocno, że było już po wszystkich wyznaniach.

Maczek poczerwieniał i szepnął tylko:

– Ach, ty mieszczko...

Rozumieliśmy się w pół słowa – to było pociągające i straszne. Przy tym byliśmy oboje uczuciowo powściągliwi i erotycznie nieśmiali, co sprawiało, że ja kochałam się w nim w poniedziałki, środy i piątki, on zaś we mnie we wtorki, czwartki i tak dalej.

Pewnej nudnej niedzieli, kiedy to siłą rzeczy żadne przypadkowe spotkanie nie mogło nam się przytrafić, bo nie było zajęć na uczelni, ujrzałam go nagle z okna swego pokoju, jak idzie chodnikiem, w ten charakterystyczny dla siebie sposób, ostro wbijając pięty w podłoże, z zadartą do góry brodą. Z wysokości dziesiątego piętra miał nie więcej niż centymetr, a przecież nie pomyliłabym go z nikim, nigdy, nigdy.

Otwarłam okno, ale – jakże miałabym go wołać, z tak wysoka? Prędko więc zamknęłam okno i wybiegłam z mieszkania. Co on tu robi w niedzielę? Tak daleko od Gdańska? Przecież tu nic nie ma, tylko bloki. Przecież nikogo tu nie zna. Tylko mnie. A więc przyjechał tutaj dla mnie! Na pewno!

Winda!

Martwa.

Druga? Gdzieś jeździ, nie przystaje.

Zbiegam schodami. Dziesięć pięter.

Kto nie zbiegał schodami z dziesiątego piętra w miłosnym napięciu, ten nie wie, że to droga bez końca. Zakręt za zakrętem, dłoń piekąca od ślizgania się po poręczy, dusza w kształcie rozpędzonej, rozjarzonej serpentyny...

To niemożliwe, dziesięć pięter, a jakby sto!

To niemożliwe, że... że jego już nie ma pod domem.

Pusta ulica. Zniknął w parę sekund, razem z tym swoim parasolem, którym się podpierał dla ozdoby, bo taką miał fantazję.

Ulica po dwakroć pusta, a pustka przemnożona przez wszystkie te schody, które dopiero co przebiegłam, wstrzymując oddech, nie myśląc, co robię, dlaczego tak biegnę, w kapciach, nie umalowana, nie mając pojęcia, co mu powiem, gdy wypadnę nagle z klatki schodowej prosto w jego objęcia.

– Widziałam cię wczoraj – stwierdziłam lapidarnie następnego ranka, gdy spotkaliśmy się, oczywiście przypadkiem, w uniwersyteckim holu.

– Byłem na spacerze – odparł z prostotą.

– Często chadzasz tamtędy?

– Zdarza się.

Tego samego dnia wieczorem, nie mogąc się rozstać, parokrotnie odprowadzaliśmy się nawzajem i rozprawialiśmy z wielkim przejęciem o indyjskich dżinistach, co to chodzą z miotełkami i oczyszczają przed sobą ścieżkę, by nie rozdeptać mrówki ni pajączka, z wielkiej czci dla wszelkiego istnienia tak robią, i czy to ma sens moralny, albo jakikolwiek inny, czy może jest to już skrzywienie etyczne, choroba umysłowa i bezczelne uprawianie absurdu... Rozprawialiśmy tak i nagle umilkliśmy, przystając na chodniku, zupełnie jakby w jednej chwili przestało nas interesować to wszystko, o czym była mowa, jakby był to jedynie pozór, dekoracja ze słów, skrywająca prawdziwą treść, która właśnie teraz koniecznie musi się ujawnić, wyrazić, bo nie sposób dłużej tego dusić.

– Bardzo cię potrzebuję, Haniu – odezwał się cicho Maczek, a ja zadrżałam, bo słowa te wydały mi się małe i kompletnie nagie, nie ubrane w koncept żaden, nie owinięte najmniejszą nawet ironijką...

On sam wydał mi się jakiś wątły, bezbronny.

Popatrzyłam w jego bladoniebieskie oczy, pod latarnią całkiem czarne, i zawołałam w duszy: „Pocałuj mnie wreszcie, pocałuj, idioto!”. Czułam, jak pustoszeje mi serce, jak coś się z niego wymyka, to coś, co zbyt długo tam czekało.

Następnie nie stało się nic więcej, tak jakby skończył się tekst naszej sztuki i nie było już do zagrania żadnej kwestii, a nawet ostatnie zdanie, które padło, należało do innego, nie naszego, dramatu.

W grudniu Maczek wyznał na ulicy Malczewskiego, pod lasem, odprowadzając mnie do domu, że „nie może dłużej czekać” i że „postanowił się ożenić”. Jak to „czekać”, pomyślałam, na co, przecież nie na mnie. I powiedziałam „dobrze”, jakby chodziło o moją zgodę na jego ślub z inną i jakby wszystko było od dawna oczywiste. Niedługo potem podarował mi swą ślubną fotografię, na której miał taką minę, jakby pierwszy raz w życiu wziął do ust oliwkę, nie wiedząc, czy to owoc, czy grzybek, i czy lepiej będzie połknąć to, czy wypluć...

Spotkałam go jeszcze tylko raz, następnego roku, na plaży, we wrześniu. Był z żoną, rozmawialiśmy o pogodzie, popatrując na siebie z zaciekawieniem, pierwszy raz niemal nadzy. Biała skóra Maczka, zaogniona na ramionach i na czole, nie należała do słońcolubnych. Mrugał jasnorzęsymi powiekami, stojąc u boku swej śniadej Gosi, konwersując ze mną niezobowiązująco. W pewnej chwili ramiączko jej stanika odpięło się i z miseczki wypłynęła owalna pierś zakończona czekoladową pralinką. Nikt nie zwrócił na to uwagi, tylko ja pomyślałam, że może M. wcale nie jest nieszczęśliwy z taką ładną piersią i może wcale nie wraca myślą do mnie, kiedy już się odsuwają od siebie po miłości. I pomyślałam najbanalniej na świecie, jakie to niesprawiedliwe, że jest się z kimś blisko, tak blisko, że dotyka się jego myśli w głowie samym tylko spojrzeniem w oczy, że brzmienie głosu i słowa, które są z tego głosu zrobione, powtarza się sobie przed zaśnięciem, przytula się je, jakby to były jakieś foniczne laleczki... a potem Ziemia się obraca o parę stopni, wszystko znika, jak gdyby nigdy nic, jest już inna pogoda, mówi się co innego innym uszom...

Maczek zapina ramiączko stanika swej żony, mruży powieki, patrząc na morze, ona coś trajkocze, nagle pojawia się jeszcze, nie wiadomo skąd, moja siostra i wita się spontanicznie, a jakaś obca kobieta z sąsiedniego koca robi uwagę w górnym stylu: „Niechże pan uciszy ten swój fraucymer”.

Maczek pośród „fraucymeru”, ładna historia.

Jutro wracam do Wrocławia po zdanym poprawkowym egzaminie. Mam mdłości, jestem w drugim miesiącu ciąży, powiedziałam o tym Pawiowi przez telefon dzisiaj rano. On wrzeszczał, ja płakałam. Poszłam na plażę i spotkałam Maczka.

Uświadomiłam sobie teraz, jak bardzo byłam uzależniona od tamtej napiętej, nerwowej przyjaźni podszytej niespełnioną miłością, jak bardzo podniecał mnie erotyzm naszych rozmów, gdy słowa i zdania, czegokolwiek by dotyczyły, zapalały się od siebie, pojęte głęboko, aż po niuanse, po prenatalne intencje, których nie ma w gramatyce ani w słowniku. I gdyby nie coś drobnego, jak kamyk w bucie, jakaś przeszkoda w mózgu, nawet nie w sercu, która powstrzymała nas tuż przed przekroczeniem magicznej linii, tuż przed pocałunkiem, całkowitą bliskością, nie tęskniłabym teraz i wiele lat potem za kimś, kto ma takie jasne ciało, tak chodzi, jakby był pewien każdego swego kroku, i takie ma rzęsy prawie białe...

– Jutro wyjeżdżam – powiedziałam tylko do niego, w chaosie hałasu plaży pełnej ludzi, ale on nie odpowiadał, patrzył na morze (patrzenie na morze usprawiedliwia i dowartościowuje wszelkie milczenie) i nie potrzebował ode mnie żadnych dodatkowych informacji, i nie obchodził go mój żal, który wyzierał z tych dwóch ubogich wyrazów „jutro wyjeżdżam”. Mój żal i tak przecież nie mógł dotyczyć nikogo i niczego konkretnego, i nie miał współgrać z żadnym większym finałem, wyrażał jedynie chwilowy nastrój tamtego wrześniowego dnia, gdy lato nad Bałtykiem miało się ostatecznie ku końcowi.

Strumień czasu. Czas biegnie zawsze w przeciwną stronę niż my. Gdybyśmy szli razem z czasem, nie mijałyby nas minuty, godziny, dni ani lata. Mielibyśmy je wszystkie przy sobie. I zdążalibyśmy z nimi do morza czasu.

Ale tak nie jest. Idziemy pod prąd dni, a więc im szybciej żyjemy, tym prędzej wszystko przemija, bo przecież dodają się dwie prędkości, nasza i czasu.

Może więc dobrze jest w strumieniu tym na chwilę znieruchomieć, zasłuchać się, zapatrzeć, zamyślić? Mieć na imię Teraz i uważnie, z przyszłości do przeszłości, przekładać marzenia do wspomnień. Uważnie. O, tak, zaoszczędzilibyśmy na czasie stojąc. Stojąc i pochylając się w jego strumieniu, by podnieść z dna coś na pamiątkę, kamyk, muszlę. Sięgając leniwie. Powoli się prostując. Mrużąc oczy w słońcu. Bo kim jest człowiek, który pędzi wciąż naprzód, nie przyglądając się minutom swego życia, który nie wita i nie żegna godzin, jak kogoś bliskiego, nie ogląda się za wczorajszym dniem?

Nie ma swej historii.

Jest nikim, naprawdę nikim.

Jest postacią z nie napisanej powieści, w języku, którym nie mówi żaden lud na ziemi.

Jest snem i dzieckiem snów z epoki, gdy nie było jeszcze jawy i nieprzebranych jej bogactw, i tylko sny obcowały ze sobą, kazirodczo, pomnażając coraz uboższą pustkę.

Czar męskiej koszuli. Żar serca przenikający przez cienką materię. Przytulałam policzek do męskiej piersi obciągniętej bawełną i czułam gorącą skórę i ciepło mięśni upragnionego ciała. Ciała, w którym żyła upragniona dusza.

Kochałam go tylko cztery tygodnie, ale jak! Od euforii przez rozpacz, aż po dogłębne odczarowanie...

Obejmowaliśmy się na przystani we Fromborku, czekając na prom do Krynicy Morskiej. On był młody i doskonale wyrzeźbiony, a koszula była w niebieską kratkę. Spomiędzy guziczków wydobywał się zapach soli i cytryn, gorący, kusicielski.

Olo, miał na imię Olo, przyciskał mnie do siebie z pasją i w rozterce zarazem; oboje mieliśmy w tym czasie inne zobowiązania wobec innych partnerów.

A jednak coś nas pchało ku sobie z niepojętą siłą. To młoda krew, rzeka kipiącej krwi, a w niej geny pędzące ślepo ku morzu nieskończonej Reprodukcji...

– O Haniu, Haniu – szeptał Olo.

– ... – milczałam, bo nic nie mówić, czekać na rozwój wypadków, to był mój stan naturalny.

– Haniu, co my robimy... – szeptał Olo, nurzając usta w moich splątanych włosach, które blask słońca zamieniał w miedzianą mgłę.

Wsiedliśmy na prom i popłynęliśmy, ani na chwilę nie przestając się dotykać. Morska woda kipiała pod dziobem stateczku, sierpniowe niebo raziło nieskazitelnym błękitem, błękitnym jak pierwsze ubranko nowo narodzonego dziecka płci męskiej. A my wczepieni spojrzeniami, jakby źrenice miały jakieś haczyki, stale byliśmy jak pod prądem i nie mogliśmy się z siebie wyplątać.

Na plaży w Krynicy zbieraliśmy muszelki, ale tylko różowe... Różowe jest żeńskie.

Morze było wielkie, mocne, podniecająco bezkresne i obce.

Całowaliśmy się wciąż od nowa, nie mogąc się nasycić, bo – całowaliśmy się samymi tylko wargami! Mieliśmy przecież inne zobowiązania wobec innych partnerów... Były to pocałunki okrągłe jak krzyk, namiętne i wściekłe. Języki drżały głęboko i były strażnikami lojalności. Takimi pocałunkami można się na śmierć zagłodzić!

Bo przecież Olo miał inną. „Inna” była nauczycielką w technikum, w którym Olo dopiero co zdał maturę. Odbił ją koledze z klasy, więc jako zwycięzca powinien trwać przy tryumfie. O, Olo, gdybyś wiedział, że to były moje pierwsze w życiu pocałunki, może nie skąpiłbyś mi swego języka! Ja miałam Pawia, ale wtedy jeszcze to był ktoś nieważny, projekt dopiero, obiecany, napisany na papierze listowym, nierzeczywisty, niesprawdzony... I jakże łatwy do wyrzucenia z papeterii mojego życia! Czy wiesz, że byłeś piękny?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Help
Business and media
Terms and conditions