Ebook Fausta Kofta, Krystyna W.A.B.

Fausta (ebook)

Author:

Kofta, Krystyna

Price: 49,90 zł
+49 pts (buy for 24,95 zł)
Add to cart Publisher: W.A.B. Year of publishing: 2010 Category: Novel Language: Polish Format: EPUB (DRM) (to download on e-reader, smartphone, tablet or computer)

Kim jest Fausta? Uwiedzioną dziewczynką, Faustowską Małgorzatą, ofiarą pożądania starego mężczyzny? A może współczesną wersją Fausta filozofa, samotną, tajemniczą kobietą, która nie zawaha się przed niczym, by zacząć wszystko od początku? A może po prostu jedną z wielu współczesnych kobiet, które panicznie boją się przemijania i w pogoni za złudą nieśmiertelności poddają się zabiegom chirurgicznym wiedźmy Mefisty?
24 maja 1978 roku w Warszawie piękna Helena Lejman, wdowa po Ludwiku Lejmanie, sprzedaje swoją córkę, czternastoletnią Faustę, panu Filipowi Fołtynowiczowi, lat pięćdziesiąt cztery. Pan Filip na dwa lata posyła Faustę do szkoły klasztornej, by potem - oficjalnie, w świetle dnia, w kościele - wziąć z nią ślub. Żyją razem trzydzieści lat, mają dwoje dzieci, tak zwana normalna, katolicka rodzina, tylko ta uderzająca różnica wieku...
Fausta Krystyny Kofty to również opowieść o pisaniu, które przekracza granice, narusza tabu, kreuje rzeczywistość i urealnia fikcję. Spotkanie z lękiem, z bliskością, z duchami przodków. Z pamięcią, silniejszą od śmierci.



Pożegnanie nie jest rozdzierające. Pan Filip bierze z rąk dziewczynki podniszczoną walizkę. Zapakowała do niej trochę bielizny, dwie sukienki, aparat fotograficzny, urodzinowy prezent od ojca i kilka ulubionych książek. Matka powiedziała, żeby nie zabierała więcej rzeczy do ubrania, bo dostanie wszystko nowe. Pan Filip obiecał, że nie zabraknie jej ptasiego mleka. - Idź i nie oglądaj się za siebie, idziesz do lepszego życia - szepnęła do córki stojąca w drzwiach Helena i przeżegnała ją znakiem krzyża.



Z recenzji poprzednich książek:

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Kofta w opowieści o losie kobiety niepokornej jest prawdziwie szczera. Tabu jak gliniany garnek z antropologicznych rozważań Ruth Benedict rozpada się w jej powieści na tysiące kawałków.
Małgorzata Domagalik, „Wprost"

Ten dziennik nie ma swojego odpowiednika wśród dzienników pisarek. Kipi energią, zapisy są szybkie, brak roztkliwiania się nad sobą i czytelnik nie musi się obawiać ani toksycznych depresji, ani zaraźliwego szatkowania „ja" na drobne plasterki.
Anna Nasiłowska

Krystyna Kofta miała odwagę napisać książkę o chorobie, której ludzie wstydzą się i ukrywają ją przed innymi, jakby ją zawinili, jakby była karą i piętnem. (...) I to nie jest opowieść o śmierci. Jest o życiu (...). Wspaniała książka.
Barbara Pietkiewicz, „Polityka"

Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.

Table of contents

Strona tytułowa

Informacje o książce
ZMROK
ŚWIT
PÓŁNOC

Krystyna Kofta

Fausta


Krystyna Kofta ukończyła filologię polską na UAM w Poznaniu. Jest autorką powieści: Wizjer (1978), Wióry (1980, wydanie zmienione W.A.B. 2006), Pawilon małych drapieżców (1988), Złodziejka pamięci (W.A.B. 1998), Chwała czarownicom (2002), Krótka historia Iwony Tramp (W.A.B. 2001), jak również scenariuszy filmowych, książek publicystycznych i dramatów. Za słuchowisko radiowe Stare wiedźmy otrzymała Grand Prix na Festiwalu „Dwa Teatry” 2007. W tym samym roku we Frankfurcie nad Odrą odbyła się premiera jej sztuki Salon profesora Mefisto. Sztuka Pępowina została wystawiona przez teatr z Glasgow i znalazła się w programie tamtejszego festiwalu teatralnego. W 2003 roku nakładem W.A.B. ukazała się najbardziej osobista z książek pisarki: Lewa, wspomnienie prawej. Z dziennika. W 2006 W.A.B. wydało jej Monografię grzechów. Z dziennika 1978-1989. Jako felietonistka Kofta współpracuje z czasopismami „Twój Styl” i „Nowe Książki”. Maluje, rysuje.


Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010
Wydanie I
Warszawa 2010

Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki
Redakcja: Beata Frankowska
Korekta: Donata Lam, Magdalena Stajewska
Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt graficzny i typografia:
Sylwia Grządzka i Jacek Szewczyk
Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:
© Petrina Hicks/Stone+/Getty Images/Flash Press Media
Fotografia autorki: © Wawrzyniec Kofta

Wydawnictwo W.A.B.
02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5
tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11
wab@wab.com.pl
www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Pracownia Kroju i Szycia PEKAESZ

Druk i oprawa: Białostockie Zakłady Graficzne S.A.
ISBN 978-83-7414-573-2


ZMROK

Dwudziestego czwartego maja tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku pani Helena Lejmanowa, matka Fausty, trudnej czternastolatki, włożyła czarną suknię, pamiętającą lepsze czasy i szczuplejszą figurę właścicielki. Przecierała szklanki i kieliszki płócienną serwetą. Wciąż zerkała na mały, ozdobny zegarek. Czekała na kogoś. Od dawna nie wyglądała tak porządnie. Także pokój był dziś wysprzątany, może nie we wszystkich kątach, jednak okna były przysłonięte na tyle, że nie było widać brudu na ścianach.

Lekko zaskrzypiała drewniana podłoga na klatce schodowej.

– Och, panie Filipie, jakiż pan punktualny, na pana można zawsze liczyć – wołała Helena od drzwi. – Mało jest dziś takich rzetelnych ludzi jak pan!

Mężczyzna był wysoki i szczupły, a prawdę mówiąc, wręcz kościsty. Okulary w cienkiej złotej oprawce mocno siedziały na wydatnym nosie. Wyglądał na dyrektora dużego przedsiębiorstwa, może nawet zjednoczenia. Miał na sobie szary garnitur, białą koszulę i niebieski krawat. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Helena była umyta, uczesana i porządnie ubrana. Wyglądała solidnie. Siedli przy stole nakrytym białym haftowanym obrusem. Po wymianie kilku zdań na temat pogody, nieprzewidywalnej jak to zwykle wiosną bywa, przystąpili do załatwiania interesu. Pan Filip Fołtynowicz podał Helenie krótki, napisany na maszynie tekst. Wzięła kartkę, skuliła się i przygarbiła pod uważnym spojrzeniem mężczyzny, a może pod jakimś innym, niewidzialnym ciężarem. Czytała po cichu, poruszając ustami. Z uwagą, posłusznie jak uczennica sylabizowała słowo po słowie. Gdy skończyła, podał jej eleganckie wieczne pióro, zatknięte za kieszonkę marynarki pozłacanym dziobem pelikana, i wskazał zaznaczone ptaszkiem miejsca.

– Proszę jeszcze postawić parafę u dołu strony, o tutaj, a tu proszę wpisać drukowanymi literami imię i nazwisko, żeby nie było wątpliwości...

Zawahała się. Zastygła z piórem w dłoni.

– Zdarzają się pomyłki, a to nie jest dobre, zwłaszcza przy rozliczeniach – mówił pan Filip.

Ręka Heleny Lejmanowej opadła na kartkę. Kobieta pochyliła się i zrobiła wszystko, o co prosił. Litery były mocno rozchwiane. Przejrzysty powód ich rozdygotania znajdował się w karafce i dwóch kieliszkach. Ten przy Helenie był całkowicie opróżniony, przy Filipie pozostał nietknięty.

Stół nakryty białym obrusem, na którym wiły się wyhaftowane starannie stokrotki i wyblakłe po praniach niezapominajki, robił schludne wrażenie. Reszta mebli pozostała w cieniu. Mimo że zapada zmierzch, nikt nie zapala światła. Słońce zaszło, na dworze zrobiło się szaro, zaczęło mżyć. W pokoju panuje półmrok.

– Choć jeden łyczek, panie Filipie, proszę, na dobry początek – namawia Filipa Helena Lejmanowa, przymila się, by nalać sobie po sam brzeg.

– Nie mogę, prowadzę – odpowiada mężczyzna, jednak bierze kieliszek, unosi go do ust, macza wargi, ucieka z oczami przed jej wzrokiem. – No dobrze, symbolicznie. – Jeszcze raz przykłada usta do szklanego brzegu, ale nie widać, by wódki ubyło.

– Za szczęście naszej kochanej małej! – Helena wypija do dna.

– Ubieraj się, córeńko – woła słodkim głosem, odchylając kotarę, za którą mieści się wnęka z łóżkiem, stoi w niej mały stolik, jedno krzesło, szafka i regał z książkami.

– Pośpiesz się, pan Filip już czeka!

Helena jeszcze raz czyta to niby urzędowe pismo, jakby nie mogła się z nim rozstać, ponownie sprawdza wszystko, wodzi palcem po każdej linijce tekstu. Wreszcie podaje kwit czekającemu w napięciu mężczyźnie. On przelatuje treść pisma na ukos, samymi oczami. Składa je na pół i chowa w wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjmuje stamtąd urzędową szarą kopertę i podaje Helenie. Ta zagląda do środka. Jej oczy lśnią przez chwilę czystym blaskiem, teraz widać, jakie są piękne. Helena Lejmanowa ślini palec i tak jak karciany oszust tasuje karty, tak ona wprawnie liczy banknoty. Jest zadowolona. Skłania głowę z wdzięcznym uśmiechem. Wkłada kopertę głęboko za dekolt czarnej sukni. Żegnają się, pan Filip całuje ją dwa razy w rękę, zerkając znad okularów w zamazane alkoholem oczy.

Brukowana ulica, przy której mieści się dom, na chwilę zamienia się w dworcowy peron, z którego Fausta, trudna dziewczynka, z rozpuszczonymi ciemnymi włosami niespotykanej długości, właściwie jeszcze dziecko, choć na swój wiek dość wysoka, udaje się w podróż. Pożegnanie nie jest rozdzierające. Pan Filip bierze z rąk dziewczynki podniszczoną walizkę. Zapakowała do niej trochę bielizny, dwie sukienki, aparat fotograficzny, urodzinowy prezent od ojca, i kilka ulubionych książek. Matka powiedziała, żeby nie zabierała więcej rzeczy do ubrania, bo dostanie wszystko nowe. Pan Filip obiecał, że nie zabraknie jej ptasiego mleka.

Filip Fołtynowicz chwyta Faustę za rękę i prowadzi do stojącego przy krawężniku samochodu. Okna w kamienicy są otwarte, ktoś gwiżdże jak szpak, ktoś inny w tym czasie przeklina kurewski los i chlusta w dół wiadrem pomyj. Taka ulica, w takiej dzielnicy.

– Idź i nie oglądaj się za siebie, idziesz do lepszego życia – szepnęła do córki stojąca w drzwiach Helena i przeżegnała ją znakiem krzyża.


ŚWIT

Świta. To już nie brzask, to świt przechodzący miękko w światło poranka. Światło, świt i świat, blisko siebie. Pierwsza scena w teatrze dnia, mdłe światło świtu wydobywa, z wygaszonej dotąd sceny, miejsca dwojga bliskich sobie ludzi, sypialnię, w której zwykle się śpi, a czasem leży bezsennie. Pierwsze słońce ledwo się przedziera przez grubo tkane zasłony, tworzące kurtynę z ciemnoczerwonej bawełny, założone specjalnie, żeby jasność poranka nie budziła śpiących zbyt wcześnie. Szczelne ramy okien cedzą dźwięki, powodują, że panuje tu prawie cisza.

Konrad śpi mocno, jego siwe włosy nabierają czerwonawego odcienia. Zamknięta snem twarz jest tajemnicą. Nie wiadomo, w jakim nastroju się obudzi. Niech śpi, niech dojdzie do granic snu. Im dłużej jesteśmy razem, im bliżej nieznanej, kiwającej na nas palcem ciemnej postaci, tym czulej. Chcę pogłaskać go po sztywnych włosach, po krótko ostrzyżonym rżysku. Moja ręka, nawet gdy delikatnie dotknie jego głowy, zbudzi go. Cofam dłoń. Współczuję Fauście, że nigdy nie była blisko z Filipem.

Nie było w niej ani miłości, ani też nienawiści, tylko wdzięczność. Może nawet miała dla niego więcej szacunku, niż my z Konradem mamy dla siebie, zwłaszcza w starciach, potyczkach i wojnach, ale to nie to samo.

Czułość późnej miłości podszyta jest lękiem. To nasz stały towarzysz, wcześniej tylko znajomy, nigdy przyjaciel. Raczej natręt, ciągle odpychany, nielubiany. Nie zabieramy go ze sobą na towarzyskie spotkania pełne śmiechu, gdy z kieliszkiem w ręku wznosi się toasty, opowiada dowcipy; Pan Lęk powinien wiernie czekać na nas w domu, lecz nie zawsze jest karnym psem śpiącym na swej poduszce, gdy państwo wychodzą. Bywa, że towarzyszy nam w drodze, a potem bezczelny wciska się za nami do mieszkania przyjaciół, przycupnie gdzieś w kącie i obserwuje nas z uwagą. Moment milczenia, bo znów zabrakło kogoś przy stole, w zeszłym tygodniu wykryto u niego guz mózgu.

– Szczęście w nieszczęściu, że miał znajomego lekarza, dlatego od razu poszedł pod nóż – opowiada ktoś poinformowany. – Teraz leży tam, słaby po operacji, nawet nie mógłby wznieść toastu, nie wiadomo, czy będzie kiedykolwiek mógł.

Cicha narracja objaśnia to, co się wydarzyło. Wtedy Pan Lęk podpełza i łapie mnie za nogi.

– Coraz częściej będziemy o czymś takim słyszeli – mówi gospodyni przyjęcia, usiłuje oprzeć się własnemu lękowi, macha ręką, rozlewa wino. – Trudno, nic na to nie poradzimy, trzeba żyć dalej. – Posypuje plamę solą, zna sposoby na wszystko, może nawet na zatamowanie lęku płynącego żyłami wraz z krwią.

– Zdrowie!

Pijemy więcej, niż powinniśmy, zapominamy o sercu, nadciśnieniu, a ja kopię boleśnie leżącego pod stołem: won stąd, odczep się, namolny lęku, daj pożyć!

Zazdroszczę Fauście, że się o Filipa nie boi. Nie, nie zazdroszczę, choć wiem, że samotność i brak bliskości to ratunek przed Panem Lękiem. Strach o najbliższych jest większy niż ten o siebie. Fausta nie wie, co to bliskość, choć ma dzieci. Lęk pamiętała tylko z dzieciństwa, gdy ojciec, którego kochała, porzucił ją. Odszedł, jak się wyraziła, na własne życzenie.

W złamanej nikłym blaskiem ciemności obce kształty powstają z dobrze znanych mebli. Krzesło przestało być krzesłem, wstało leniwie, jego oparcie się wydłużyło. Chudziutka postać, mnich w habicie z kapturem, powstaje z krzesła, mogę przysiąc, że przesuwa się powoli w kierunku drzwi, cień tej zjawy idzie w moim kierunku, cofa się nagle, bo Konrad zaczął się budzić. Nie, nie obudził się jeszcze, przewraca się tylko na drugi bok i śpi dalej. Zmora zniknęła, rozproszyła się w świetle poranka.

Gdy byłam mała, światło wiązało się ściśle ze światem. Świat był jasny, było widno. Ciemności się nie znało. Znało się wtedy dzień, słońce, pochmurne niebo, które przecież bywało jasne. Nie pamiętam granatu nieba, bo matka chroniła mnie przed ciemnością, także tą, która zapadała nagle, w środku dnia, podczas burzy. Gdy nadchodziły burzowe chmury, nie wychodziła ze mną na spacer, nie pozwalała biegać po podwórku. Raj zaczynał się dopiero, gdy burza minęła, w pachnącym ozonem powietrzu ścigaliśmy się boso; latanie na bosaka uchodziło wówczas za zdrowe. Poburzowe słońce nie żałowało ciepła i światła, hojnie prześwietlało deszczowe krople wiszące na krzakach żywopłotu, trawie i na stokrotkach. Nie został najmniejszy korzonek kwiatka czy trawy, podwórko zabetonowano żywcem, nie ma śladu życia.

Gdy nadchodził zmierzch, matka zapalała światła w domu, zasłoniwszy okna grubymi kotarami. Oddzielała jasność od ciemności jak bóg. Światłość nazwał bóg dniem, a ciemność nazwał nocą. I stał się wieczór, i stał się zaranek, dzień pierwszy. Sztuczne światło jest niezgodne z boskim porządkiem. Nie po to przecież bóg oddzielił jasność od ciemności, żeby jakaś parafianka Aniela Wegner, mieszkająca pod dziesiątką, w mieszkaniu numer pięć, wejście od podwórza, wprowadzała chaos, robiąc z nocy dzień. Pomyśleć, że osoba tak wielkiej pobożności mogła sprzeciwiać się bogu tylko dlatego, że wszyscy tak robili, nikt nie uważał, że zapalając światło, grzeszy. Z pewnością nigdy o tym nie pomyślała. Chociaż bóg miał trochę litości, w nocy zapalał latarnię księżyca i sporo małych gwiezdnych lampek. Starczało światła, by dotrzeć do domu. Ludzie jednak, ponieważ chcieli wydłużyć sobie godziny życia, wymyślili światło, kpiąc z tych, co chodzą spać z kurami. Przyjmują z boskich zaleceń to, co im odpowiada, odrzucają, co niewygodne. Mieszają boga do wszystkiego, dodają go jak przyprawę do zupy. Matka była prawą kobietą, ponieważ jednak urodziła się w świecie nie tylko słońca, gwiazd i księżyca, ale i żarówek, nie zastanawiała się nad tym, co bóg rozdzielił. Wiedziała, że nie wolno rozłączyć tego, co bóg złączył, lecz to dotyczyło dwóch dłoni, jej i męża, związanych stułą przed ołtarzem.

Rozwód nie wchodził w grę, bo był grzechem przeciwko bogu, a zapalenie światła było całkiem naturalne.

Dzieci urodzone jak ja w noc wojenną mogły stać się dziećmi lęku. O małym strachliwym ludziku mówiono: bojączka. Często w nocnej ciszy nasłuchiwałam odgłosów walk, jakie przyniosłam ze sobą na świat, dalekie wybuchy, bliskie strzały. Mimo że nikt ich nie słyszał, ja wstawałam z łóżka, jak mała lunatyczka w barchanowej koszuli podchodziłam do okna, by sprawdzić, co się dzieje. Co się ma zdarzyć, to się zdarzy, mówił ojciec, i święty boże nie pomoże. Cóż bóg, myślałam, cóż może bóg, jest taki słaby, że nie może nam pomóc. Tak więc, boże, jesteś bogiem pisanym małą literą, myślę dziś.

Ciemności przede mną ukrywano, zaciągano gęste zasłony, ciemne kurtyny, matka zapalała światło i robiło się jasno. Właśnie dlatego nie znałam boskiej nocy. Zasypiałam przy małej lampce z mikroskopijnym abażurem z grubego nawoskowanego papieru. Matka zrobiła abażur, a ojciec przygotował marmurową podstawkę i nóżkę z mosiądzu, wyłączało się ją, ciągnąc za jedwabny sznur w kolorze gryczanego miodu, dopasowany do abażurka w barwie jaśniejszego miodowego wielokwiatu. Ta lampka stoi w garażu. Stoi tam to cacko, ocalałe, zrodzone z miłości rodzicielskiej dzieło sztuki, stoi jak pierwszy lepszy rupieć pomiędzy starymi gratami.

Zasypiałam zawsze w kręgu światła. Poza kręgiem miodowego blasku znajdowały się dobrze znane sprzęty, miałam je w pamięci, nie bałam się ich.

Mimo że oszczędzano prąd, był przecież drogi, niektórym małym bojączkom, takim jak ja, zostawiano światło na całą noc, aż do brzasku. Ciemność to krzyk strachu dziecka, przebudzonego nagle w ciemnym pokoju. Byłam dzieckiem światła, światło było całym moim światem, w którym żyłam tajemniczym, niepamiętanym dziś życiem.

Fausta była dzieckiem ciemności. Często budziła się w nocy, miała jak na dziecko zbyt lekki sen. Jej ojciec Ludwik Lejman na trzeźwo w ogóle nie mógł zasnąć. Zasypiał dopiero wówczas, gdy się zdrowo napił. Wtedy spał snem kamiennym. Miał koszmary związane z wojną i ciągłym zagrożeniem. Nawet gdy zasypiał mocno, budził się z krzykiem. Cierpiał na genetyczny lęk przed pogromem. Mała Fausta nie miała o tym wówczas zielonego pojęcia. Gdy odeszła siostra Fausty, Kamila, było jeszcze gorzej. Po śmierci ukochanej córeczki fobie Ludwika Lejmana nasiliły się. Krzyczał przez sen codziennie, budząc Faustę. Otwierała oczy w ciemności, a jej serce trzepotało małymi skrzydłami. Bała się, że zacznie się coś, co zdarzyło się wiele lat temu, podczas wojny, że grozi im znów niebezpieczeństwo, którego przecież nie pamiętała własną pamięcią. Nasłuchiwała, czy nikt nie wali do drzwi. Jednak na zewnątrz panował spokój. Ojciec uspokajał się. Oddychał równo i drzemał. Każdej nocy krzyk się powtarzał. Matka nie budziła się, spała mocnym, twardym snem. Mała Fausta, przebudzona, zaczynała rozmyślać o swojej przyszłości, o tym, co się wydarzy, gdy odejdzie z domu rodzinnego, razem z tatą, matkę zostawią i wyjadą gdzieś daleko. O tym, że odejdzie na zawsze, była przekonana już jako kilkulatka. Chciała być bezpieczna, nie bać się, jak stale bał się ojciec. Strach wydał jej się najgorszą udręką. Ćwiczyła się w odwadze, by pozbyć się lęków raz na zawsze. Nie chciała krzyczeć przez sen jak tata ani zniknąć nagle jak Kamilka, słoneczko tatusia, które zaszło przed czasem. Życie w pobliżu słoneczka było dla niej udręką. Nie miała sobie nic do zarzucenia. Winna była głównie matka, choć ojciec także przyłożył rękę do tego, co się stało. Nie zwracał uwagi na Faustę, gdy Kamilka była w pobliżu. Nigdy się z tego nie tłumaczył.

Dobrze rozumiem Kaina – powiedziała Fausta, gdy oswoiłyśmy się ze sobą.

– Wejrzał Pan na Abla i na ofiarę jego, ale na Kaina i na ofiarę jego nie wejrzał; i rozgniewał się Kain bardzo, i spadła twarz jego. I rozmawiał Kain z Ablem bratem swoim. I stało się, gdy byli na polu, że powstał Kain na Abla brata swego. I zabił go – wyrecytowała z pamięci.

– Najgłupszy terapeuta wie, że nie wolno rodzicom wyróżniać jednego dziecka kosztem drugiego, nie uważasz? – spytałam.

– Ktoś musiał coś przekręcić, źle zapisał w księdze, nikt nie miał kontroli nad tym, co piszą – mówiła, broniąc boga.

Wszyscy dziwili się, że były siostrami z jednego ojca i jednej matki. Kamila różowa, z wijącymi się wokół twarzy włosami koloru pszenicy w słońcu, była przylepna, żądna pieszczot, szczera, otwarta. Ledwo odrosła od ziemi, a już była małą kobietą z sercem na dłoni. Fausta, o dwa lata starsza od siostry, ciemnowłosa i śniada, miała cienką, napiętą skórę. Dość spiczasty podbródek, wypukłe czoło, prosty nos; ciemne oczy przysłonięte ciężkimi powiekami małej madonny. Lekkie, ptasie kości, powleczone nikłą warstwą ciała, powodowały, że była zwinna i szybka jak zwierzę. Potrafiła siedzieć długo w namaszczonym spokoju, z przymkniętymi oczami. Planowała przyszłe wydarzenia zaskakująco dokładnie.

Potem siedząc przy wyszorowanym do białości stole, opisywała w zeszycie sobie tylko wiadomym alfabetem to, co się miało wydarzyć. Były w tej grafice słońca, księżyce, ptaki, ludziki, linie proste i łamane, kwiaty, drzewa bez liści, wieże pałacowe i kościelne. Chowała zeszyt pod poduszkę, chroniła go przed rodzicami i przed Kamilą, która nie miała żadnej tajemnicy, ciągle pytała: a co to? A co to jest? A Fausta odpowiadała zawsze niegrzecznie: gówno, gówno! Co cię to obchodzi, sama narysuj sobie swój los! Tak właśnie mówiła: swój los. Zapytała kiedyś ojca, gdy była zupełnie mała, co oznacza los, a on powiedział, że są to nieznane koleje życia, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka.

– Dlaczego? – spytała.

– Bo to jest tajemnica życia, wiesz, jak to jest, układasz klocki, budujesz z nich miasto, zamki, wysokie domy, a wystarczy, że potrącisz, i wszystko się wali, to jest właśnie los, dotyka każdego, ludzi i przedmioty.

– Ja nigdy nie potrącam klocków, jak się znudzę, rozbieram miasto, a klocki układam w kartonie, mój los jest dobrze ułożony – powiedziała Fausta.

– Obyś miała rację, córeczko, obyś miała rację – powiedział tata. – Bo widzisz, nie zawsze będzie zależało to od ciebie, zdarza się, że ktoś niegrzeczny kopnie w twoje klocki.

– W moje klocki kopnie? Dlaczego?

– Bo jest niedobrym człowiekiem albo jeszcze gorzej, niedobrym bogiem.

– No to diabeł to zrobi, człowiek powinien być przygotowany, że nie wszystko się układa, ale wierzę, że twój los będzie lepszy niż mój.

Często słyszała ojca i matkę gadających o losie, o parszywym losie, okrutnym losie, o przeszkodach nie do przezwyciężenia. Ojciec, znacznie starszy od matki, wiedział o tym, co w czasie wojny robili Niemcy. Po wojnie bolszewicy dołożyli swoje trzy grosze, mówił ojciec, przynajmniej nie kłamał, miał jej kiedyś, gdy dorośnie, opowiedzieć więcej. Mimo parszywego losu rodzice jednak żyli, kłócili się, śmiali, jedli, wspólnie narzekali na nędzę, chodzili do kościoła i na spacery. Tata pracował w hucie stali jako inżynier, więc los nie był znów taki zły! Przynajmniej wiadomo było, że nawet z najgorszego można ocaleć.

Na wszelki wypadek postanowiła jednak zapanować nad swym losem. Wierzyła w siłę ducha, chociaż jako dziecko tak tego nie określała. Mała dziewczynka potrafiła skupić się, wyłączyć z codzienności jak pustelnik w eremie. Łapiąc tęczę na rzęsy, odczytywała przyszłość. Potem porzucała los i zamieniała się w żywe srebro, jak mówił tata, nagle wyrywała się z bezruchu i zaczynała biegać po pokojach, podskakując i śpiewając piosenki z własnymi słowami. Nieprzewidywalna w zachowaniu, nieznośna, często robiła coś na przekór rodzicom, a zwłaszcza siostrze.

Matka i ojciec twierdzili, że jest małą wariatką i nie wiadomo, co z niej wyrośnie. Była z natury dzieckiem walczącym. O miłość matki i siostry nie walczyła. Na ich uczuciach jej nie zależało. Zazdrosna była tylko o miłość ojca. Wściekała się, gdy widziała, że nie jest w stanie wygrać z siostrą.

Kamila miała różowe tłuste ciałko, twarz pełną blasku nawet w pochmurny dzień. Wijące się dookoła głowy złote włosy sprawiały, że przypominała słońce. Słoneczko tatusia! Spełniał jej najgłupsze prośby. Wystarczyło, że podbiegła do niego, przytuliła swoje ciałko do jego nogi, i miała, co chciała. Dla matki także była „słonkiem”. Była posłuszna, otwarcie mówiła, co myśli, wyznawała im miłość, wciąż domagała się pieszczot, lubiła, gdy ją całowano, głaskano po złotych włosach.

Siostry różniły się jak księżyc i słońce.

Fausta sądziła, że jest podobna do ojca, choć nikt inny tego nie zauważał. Ludzie zastanawiali się, skąd wzięło się to dziecko, które nie ma nic z ojca i nic z matki. Ojciec robił się wtedy zły, matka wzruszała ramionami. Przez pewien, dość krótki okres, gdy Fausta była jeszcze mała i słuchała bajek, które ojciec czytał jej przed zaśnięciem, uważała, że prawdziwa matka, pochodząca z królewskiego rodu, podrzuciła ją pod drzwi. Wkrótce jednak te myśli uznała za głupie. Wróciła do przekonania, że ma po ojcu księżycowy profil, oczywiście jako mężczyzna miał bardziej wydatny nos i mocniej wysunięty podbródek. Gdyby Fausta była chłopcem, to co innego, mogłaby tak wyglądać, ostatecznie chłopiec mógł być pozbawiony miękkości, ale mała dziewczynka powinna mieć wdzięk, mówiła matka. Wkrótce Fausta doszła do wniosku, że najbardziej podobna jest do babki ze strony ojca, Ruty Lejmanowej, prawdziwej damy, która „poszła z dymem” jak większa część rodziny.

Kamila irytowała Faustę swą urodą, narzucającą się stale, bo wciąż była obok, słonko, złote ciałko kłuło w oczy, krew z krwi matki, jasnowłosej piękności o figurze wciętej w pasie jak klepsydra, nazywanej w dzielnicy piękną Heleną Lejmanową. Kamila chciała być jak mamusia, dążyła do tego ideału, na razie nie miała jeszcze wcięcia w pasie, ale to kwestia czasu. Ciałko się odpowiednio ukształtuje i za kilka, kilkanaście lat będzie mogła wybierać mężczyzn, jakich tylko będzie chciała, na razie słonko było na etapie córeczki marzącej o małżeństwie z tatusiem. Matka często zachwycała się urodą Kamilki. O Fauście rodzice mówili półgłosem, że to brzydkie kaczątko, może kiedyś, z czasem wyładnieje.

Siostry siedziały przy kuchennym stole, zakrytym grubo gazetami, żeby nie pobrudzić blatu, i malowały laurki dla taty. Na grubym kartonie Kamili narysowana była sylwetka taty. Poprosiła o to matkę, która, jak się mówiło, miała zdolności artystyczne. Kamila wypełniała radosnymi kolorami strój ojca, jakiego nigdy nie nosił. Zielona marynarka, czerwone spodnie, krawat w pasy, wszędzie dookoła w powietrzu wisiały kwiaty i zielone liście, był także ptak z listem w dziobie. A obok taty stała ona sama, Kamilka – słońce, w żółtej sukience z okrągłą słoneczną twarzą, z żółtymi promieniami włosów. Trzymali się za ręce. Nikogo innego obok nie było, ani pięknej Heleny, ani Fausty.

– Pięknie, Kamilko, śliczna laurka – zachwycała się matka.

– Kura przynosi list? – pytała Fausta.

– To jest gołąbek, przecież widać! Gołąbek, gołąbek! – krzyczała Kamila.

– Kura, kura, a właśnie że kura! – wołała Fausta. – Daje tacie zgniłe jajo w prezencie!

– Gołąbek przynosi list, a w nim wiersz! Napiszę wiersz dla taty! Zazdrościsz, bo sama nie umiesz ładnie rysować, nie kochasz taty, a tata ciebie nie kocha! Kocha mnie! I mamusię!

– Nie umiesz pisać wierszy, wcale nie umiesz, ja umiem i napiszę zaraz wiersz o głupiej Kamili, co się ślini, królewna z drewna! Jak jeszcze raz powiesz, że tata mnie nie kocha, zabiję cię!

Fausta wzięła pędzel, zamoczyła go w czarnej farbie i przejechała na ukos po laurce siostry. Wyglądało to jak żałobna wstęga na portrecie zmarłego dostojnika. Była wściekła jak ktoś, o kim mówił tata, kto przychodzi i burzy świat. Kamilka na to zasłużyła, mówiła, że tata nie kocha Fausty, jest winna, poniosła karę. Rozległ się najpierw krzyk, a potem rozpaczliwy płacz. Wpadła matka, zobaczyła, co się święci, zaczęła wrzeszczeć na Faustę, potrząsała jej chudymi ramionami, aż duża głowa dziewczynki zaczęła latać na wszystkie strony. Piękna Helena nie mogła znieść jej histerycznego śmiechu i powtarzanych w kółko słów: piękna laurka dla taty, piękna laur..., więc uderzyła ją mocno na odlew, raz z jednej i zaraz z drugiej strony, ale nawet wtedy jej policzki nie nabrały rumieńców. Fausta zaczęła wierzgać, kopała matkę po nogach, ugryzła ją w rękę za wymierzone policzki, wreszcie z niespotykaną siłą walnęła w stół, przechyliła go, aż rozlała się woda i zalała wszystko. Matka musiała szybko sprzątnąć. Nie minęło pięć minut, i wszystko wróciło do normy. Znów obie siedziały przy stole przykrytym gazetami, przed każdą z nich leżał nowy karton, stał kubek z wodą, leżały pędzle i farby.

– Tatuś ma urodziny! Macie namalować laurkę! Czy naprawdę nie możesz być grzeczna – powiedziała matka karcąco, stojąc w drzwiach.

– Dlaczego nie spojrzałaś na moją laurkę? W ogóle na nią nie popatrzyłaś – spytała Fausta. – Dlaczego?

– Bo malujesz potworki zamiast kwiatków i kolorowych ptaszków – powiedziała matka. – Weź wzór z Kamilki, ona nie namalowała ptaszyska.

Rzeczywiście, na białym kartonie Fausty znów rozpostarł skrzydła czarny ptak. Trzymał w dziobie za nogę mniejszego ptaka, ten jeszcze mniejszego i jak ptasi łańcuch ciągnął się aż do samego dołu. Na tęczowym łuku widniał napis „Dla Kochanego Tatusia” wycięty z liter z gazety. Matka spojrzała z góry na laurkę Fausty i roześmiała się.

– Fantazji nie można ci odmówić – powiedziała niby do siebie, ale na tyle głośno, że dziewczynka usłyszała. Jej twarz rozjaśniła się nagle. Osiągnęła sukces, miała fantazję większą niż Słonko Tatusia, napaćkała lazurowym błękitem niebo, a czarnym ptakom domalowała złote i błękitne pióra.

– Tacie to się nie spodoba! To są czarne wrony! Kra, kra, kra! – Teraz Kamila zaczęła dokuczać Fauście.

Nie mogła znieść tego, że matka pochwaliła siostrę. To Małe Słoneczko Tatusia miało w sobie wiele złości. Nie przestawała krakać, biegała w kółko po pokoju, machając rękami jak skrzydłami. Fausta wstała. Rozpostarła ramiona, jakby chciała złapać siostrę i ją przytulić. Gdy jednak Kamila zderzyła się z nią, odepchnęła ją tak mocno, że mała zatoczyła się i upadła. Wiele razy biły się i przewracały, raz jedna, raz druga, tym razem jednak Kamilka, upadając, uderzyła głową o kant stołu. Upadła tak nieszczęśliwie, że straciła przytomność. I nigdy już jej nie odzyskała.

Po odejściu Kamilki Fausta ciągle się czegoś bała, więc rodzice przenieśli jej łóżko do swojej sypialni. Noc i ciemność przynosiły ze sobą ich tajemnicze odgłosy. Łóżkową miłość matki i ojca poznała za wcześnie, by zrozumieć, że mimo jęków, rzężenia i krzyków może być piękna. Brzydziła się dźwiękami, jakie wydawali, wielkim potworem kotłującym się pod kołdrą, powstałym z dwóch ciał. Została sama z ich tajemnicą.

Z jakichś powodów Fausta uważała, że udany seks nie istnieje. Pewnego wieczoru po wspaniałym koncercie kameralnym poszłam z Faustą do klubu. Przy drinku zaczęłam rozmowę o seksie. Mówiłam o namiętności, potem o czułości, o fazach, łagodnych zmianach ewolucyjnych, o tym, że dobry seks może ludziom towarzyszyć do późna.

– Konrad ma z tego dużo więcej niż ty, to pewne – powiedziała.

– Skąd wiesz?

– Przeczuwam. Wiem, jak to jest, czasem ofiara nie ma wyjścia, musi pokochać oprawcę. Łóżko to po ślubie żelazny obowiązek kobiety. Żeby czuć się dobrze we własnej skórze, trzeba seks polubić.

Zaskoczyła mnie. Nie wiem, czy to, co mówiła, dotyczyło jej samej, czy też naczytała się modnych książek.

– Miłość z mężem jest obowiązkiem, odmowa grzechem – wyklepała mechanicznie, jak ksiądz na kazaniu.

– Ja nie mam ślubu kościelnego – roześmiałam się. – Nie muszę być posłuszna boskim rozkazom. – Współczułam jej. Rozumiałam, co może odczuwać. Nasze twarze, pochylone nad kieliszkami, zbliżyły się do siebie. Ona powoli sączyła kolorowy koktajl przez rurkę. Milczała.

– Wiem, co możesz czuć, sama pakowałam się czasami w dziwaczne związki.

Z ciekawości chciałam się dowiedzieć, jak radzi sobie impotent. Ugryzłam się w język, nie chciałam mówić za dużo. A jednak po chwili wypaliłam, że nigdy nie byłam ze starcem takim jak Filip.

– O, pewnie wcale nie jest gorszy od twojego Konrada, jeszcze byś się zdziwiła – odpowiedziała.

Próbowałam tłumaczyć, pokazywać różnice, ale ona tylko prychnęła.

– Obie wiemy, jak jest naprawdę, tylko ty nie chcesz o tym mówić. – Uśmiechnęła się wyrozumiale. – Nie widzisz, że jesteś dla niego lustrem, przed którym staje, by się przejrzeć?

– Konrad? Nie zrozumiesz, bo nie doświadczyłaś nigdy rozkoszy. – Byłam trochę zła, trochę rozśmieszona. – Wtedy naprawdę jesteśmy razem.

– Dla mnie to onanizm we dwoje, wolę już, że Filip mnie podziwia, a ja jestem obojętna, i wiesz co, jestem bardziej niezależna niż ty – podsumowała Fausta. – Mistycznej rozkoszy ty pewnie w ogóle nie zaznałaś, a ja owszem, tak.

– Twoja matka dawała ciała wielu za flaszkę, a ty jesteś wierna starcowi, który cię kupił – wysyczałam.

– Tym razem przesoliłaś! – Nagle wstała i wyszła z klubu, zostawiając mnie samą przy stoliku.

Miała rację, nie powinnam tego tak wprost powiedzieć. Po powrocie do domu kilka razy do niej telefonowałam, jednak nie odbierała. Zanosiło się więc na kolejne rozstanie, na parę cichych dni. Wysłałam wiadomość: „Masz rację przesoliłam wybacz B”.

„Do jutra mi przejdzie F” – odpowiedziała. To znaczyło, że nie chce, bym sądziła, że jest śmiertelnie obrażona. Fausta była chłodna, to Filip wymyślał perwersje, gdy widziała jego zamglone oczy, zamykała swoje. Na początku nie brzydziła się nim, był wyzwolicielem i mężem, któremu przysięgała przed Bogiem i świadkami wierność i miłość do grobowej deski, starała się wypełniać wszystkie obowiązki, znosiła miłosne zapędy ze stoickim spokojem, wiedząc, że Fil się zmęczy, opadnie na nią, a wtedy ciało odzyska wolność.

Nasza szczerość nie posunęła się tak daleko, by mi powiedziała, czy miewa orgazm. Często naśmiewałyśmy się z kultu spazmów.

– Po silnym orgiastycznym wstrząsie potrzebuję odpoczynku, zawsze wolałam jeden duży nominał niż bilon – mówię, a Fausta tylko kręci głową.

Nie wierzy ani w jeden solidny spazm, ani w modne siedem orgazmów, wystrzelonych jak pociski z karabinu maszynowego.

– To, co mam z Filipem, nie jest nieprzyjemne, daje mi uczucie rozlewającej się po ciele słodyczy.

– Od tego jeden krok, gdybyś sobie pomogła pieszczotą...

– Przestań, Bogna, to obrzydliwe, nigdy się tam nie dotknę! – wstrząsnęła się ze wstrętem.

A jednak temat seksu powracał. Stąd wzięło się moje przekonanie, że gdy Fausta ostatecznie uwolni się od Filipa, wtedy znajdzie sobie kogoś, z kim będzie jej wreszcie dobrze. W miejscu, gdzie się spotykałyśmy – klubie podzielonym na pokoiki i boksy oddzielone parawanami – Fausta czuła się bezpieczna, bo obowiązywała tu żelazna zasada nieprzysiadania się, nawet znajomi kłaniali się sobie z daleka, lecz siadali osobno z tym, z kim przyszli. W oddzielnych boksach można było coś zapalić, wciągnąć, my chodzimy tam na drinka, żadnych dragów, ani miękkich, ani twardych.

Kiedyś spostrzegłam, że przygląda się pewnemu mężczyźnie. Gdy odwzajemnił spojrzenie, zaczęła zachowywać się jak uczennica, która udaje, że jest zajęta rozmową z koleżanką. W środku wciąż była dzieckiem.

Fausta jako dziewczynka nie bała się wychodzić z domu nocą. Gdy do matki przychodził absztyfikant, wymykała się po cichu, chodziła po zapyziałych ślepych uliczkach, śmierdzących moczem zaułkach, zwiedzała obce podwórka i ziejące chłodem piwnic bramy. Gdy czuła, że zbliża się niebezpieczeństwo, po prostu uciekała. Biegała bardzo szybko. Miała w szkole najlepsze wyniki w biegach. Dzięki temu często udawało jej się umknąć chłopakom.

Filip załatwił jej pozwolenie na broń, na małą, poręczną berettę, która mieści się w torebce. Raz w miesiącu chodziła na strzelnicę policyjną. Filipa podniecało jej zainteresowanie bronią. Znał policjantów jeszcze z czasów, gdy byli milicjantami, zawsze miał z nimi jakieś interesy. Załatwił Fauście nauczyciela. Zabrała mnie kiedyś na policyjną strzelnicę. Antyterrorysta, nauczyciel strzelania, to był kawał mężczyzny. W czarnym stroju, krótko ostrzyżony, by nie można było chwycić go za włosy podczas akcji, z kwadratową szczęką, z mięśniami ramion rozpychającymi krótkie rękawy czarnego podkoszulka, prezentował się filmowo. Dla Fausty jednak nie pachniał seksem, choć on pożerał ją wzrokiem. Ten banalny zwrot był bliski prawdy. Ubrana w elegancką spódnicę i jedwabną bluzkę, na nogach wysokie szpilki – nie uznawała strojów sportowych, nigdy nie widziałam jej w spodniach, T-shirtach czy butach na płaskim obcasie. Znałam z przeszłości spojrzenia, jakie słał w kierunku Fausty antyterrorysta. Kiedyś taki wzrok bywał przeznaczony dla mnie, teraz wyszłam poza krąg ulicznych pożądań. Miałam ich dość, nie rozpaczałam, że skończyło się gwizdanie na mój widok. Nie zazdrościłam Fauście, potrafiłam rozpoznać żądzę. Przyglądałam się uważnie, węszyłam, jednak romansu tu nie było. Na początku naszej znajomości byłam przekonana, że ma kochanka. Wyglądała na sytą kobietę.

Długa kiszkowata piwnica; na ścianie zamykającej pomieszczenie umocowano trzy tarcze z sylwetką mężczyzny w czarnym kapeluszu. Fausta mierzyła i celowała krótko. Raz, dwa, trzy. Uszy zatkane, ze względu na odrzut, bo mogą popękać bębenki. Strzelała najpierw z ciężkiej broni, po kilku minutach ładowała swoją berettę. Namówiła mnie, żebym spróbowała. Po paru kiksach udało mi się wreszcie trafić wyrysowanego faceta w oko. Ona strzelała jak Leon Zawodowiec – serce, gardło, brzuch, kapelusz, głowa – naszpikowała czarną sylwetę trafieniami jak zająca słoniną.

– O czym myślisz, kiedy strzelasz? – spytałam, widząc, jak ładuje broń.

– Żeby trafić – odpowiedziała.

Miasto bywa nocą bardzo niebezpieczne, ale ona nie boi się, wychodzi późnym wieczorem i spaceruje po ulicach.

Gdy Filip leżał w szpitalu, wybierała się do niego na piechotę, bo uważała, że nic tak jak spacer nie poprawia kondycji. Wracała nocą. Nikt nigdy jej nie zaczepił. Samotna, z wyglądu bogata, atrakcyjna kobieta, idąca ulicą bez żadnej ochrony, łatwy łup dla młodych facetów w kapturach. Nigdy jednak nie miała przygody, ani razu nie wyjęła z torebki czy z kieszeni płaszcza swojej beretty. Może to kwestia szczęścia albo nie była po prostu typem ofiary, albo budziła respekt niczym powszechnie znana w dzielnicy żona mafiosa.

Zdarzało się Fauście wracać wieczorem z cmentarza. Chodziła na grób moich rodziców, zwykle w imieniny czy urodziny mojej matki. Już w połowie października przygotowywała groby na Wszystkich Świętych; modliła się wtedy za moją matkę albo raczej do mojej matki, bo traktowała ją jak świętą. Wszystkie kobiety zmykały z cmentarza przed zmierzchem, truchtały kłusem alejkami, zasapane stare wdowy, żeby broń boże nie dostać w głowę kijem bejsbolowym, nie stracić portfela, zdrowia albo i życia, żadna nie miała ochoty dołączyć do leżących pod ziemią ukochanych bliskich. Ona szła równym krokiem, z podniesioną głową, z markową torebką pod pachą, wdychając rześkie cmentarne powietrze.

– Tyle tu starych drzew, rosną lepiej niż w parku, mają dobrze użyźnioną glebę – zachwycała się.

Fausta była dzieckiem nocy i kobietą nocy, samodzielną, tajemniczą, samotną w ciemnościach. Zastanawiałam się, o czym myślała, leżąc obok Filipa. Dla mnie i dla Konrada noc była czasem miłości i czułości, rzadziej ostrej kłótni. Gdy on już zasnął, leżałam z otwartymi oczami, rozmyślając o minionym dniu, czasami o powieści. Takie noce zdarzały się jednak rzadko. Gdy było źle, boleśnie zranieni odwracaliśmy się do siebie plecami. Na ogół jednak sypiałam mocnym, zdrowym snem bez koszmarów, chyba że była pełnia.


PÓŁNOC

Księżyc w pełni jest słońcem nocy, Fausta wie, że to jedyne słońce, pod którym mogą się opalać kobiety po czterdziestce, daje blask, nie dając ciepła. Przesunęła podklejony filcem fotel pod drzwi balkonowe. Nie lubiła porysowanych parkietów. Rozsiadła się wygodnie, patrząc w niebo. Miasto dopiero teraz pozbyło się swoich dziennych zapachów, wreszcie ma chłodny, świeży oddech. Patrzyła prosto w pełną twarz księżyca, błyszczącą ponad łuną, nocną miejską tęczą. Gdy odwracała głowę w kierunku łóżka, miała na oku wybladły księżycowy profil Filipa. Połączyła tym samym przyjemne z pożytecznym: kocha księżyc i lubi na niego patrzeć, ale musi pilnować męża, czuwać przy nim, podać wodę, zwilżyć wargi, jeśli będzie potrzebował. Słyszy płytki oddech, przechodzący w chrapnięcie.

Zamknęła oczy i teraz drzemie z twarzą wystawioną do księżyca. Ogromna, owłosiona dłoń grozi jej palcem. Ocknęła się. To znak. Czas czuwania nie jest czasem drzemki, choć często w nią przechodzi, jak w kaplicy podczas nocnego czuwania przy Grobie Pańskim, dokąd co roku, razem z Filem, gdy jeszcze był zdrów, chodzili modlić się i pokutować za grzechy. Monotonna modlitwa ją usypiała. W kościele wszystko było wypełnione niemożliwą do pojęcia, choć znaną treścią: Jezus złożony do grobu w piątek, w niedzielę z martwych powstaje. Jak dotąd zmartwychwstanie nie przytrafiło się nikomu innemu. Zdarza się, że nieboszczyk puka w trumnę, ostatnio czytała o czymś podobnym w gazecie codziennej, kobieta obudziła się w kostnicy, sama pomiędzy martwymi, nie było to jednak zmartwychwstanie, po prostu zła diagnoza, może letarg, błyskawicznie, zbyt pośpiesznie wystawiony akt zgonu, pozbycie się pacjentki ze szpitala. Powstanie z martwych nie zdarzy się Filipowi, gdy zamknie oczy na zawsze? To grzech, że czeka na jego śmierć jak na zbawienie? Nie, przecież nie czuje do niego nienawiści, mimo że to, co miało trwać najwyżej kilkanaście lat, ciągnęło się przez trzydzieści! Niedawno obchodzili okrągłą rocznicę. Boże mój! Jak to było dawno! Czas minął tak szybko, jakby mieścił się między jedną dłonią a drugą, klaśniesz, i kilkadziesiąt lat minęło. Zaklaskała głośno kilka razy. Spojrzała na profil śpiącego. Nie poruszył się. Miała czas dla siebie.

Dwudziestego czwartego maja tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku piękna Helena, matka Fausty, powiedziała do niej:

– Idź za panem Filipem i nie oglądaj się za siebie.

Gdy Helena Lejmanowa kręciła z Filipem Fołtynowiczem swój luftgeszeft, wciąż powtarzała, że pan Filip jest mężczyzną w sile wieku. Nigdy nie użyła słowa „stary”. – Pan Filip jest głęboko religijnym, porządnym człowiekiem, takich ludzi jest dziś mało, zwłaszcza mężczyzn – westchnęła, mając pewnie na myśli tych, którzy do niej przychodzili. – Jest naprawdę zamożny, znałam go wcześniej, jeszcze gdy żył tata, mieliśmy wspólnych znajomych – chwaliła się.

– Mmmhm, akurat twoi znajomi menele znają takich ludzi – wtrąciła Fausta.

– Uwierz mi, to nie oszust, pochodzi z ziemiańskiej rodziny, zaopiekuje się tobą, nie skrzywdzi cię, będziesz żyła jak księżniczka, jak pączek w maśle – matka na to.

– Hrabia, co psy ograbia, książę, co psy wiąże – naśmiewała się Fausta.

Wychwalając pana Filipa pod niebiosa, matka robiła jej pranie mózgu, zamiast zwykłego prania swojej poplamionej bielizny, rzucanej niedbale na podłogę.

– Ja nie mogę ci niczego zapewnić, sama widzisz, jak nam teraz ciężko...

Fausta chodziła do szkoły i wiedziała, że nikt nie jest bogaty, bieda wszędzie cicho skamlała, ale inne matki, także samotne wdowy albo panny mające na utrzymaniu nieślubne dziecko, jakoś sobie radziły, pracowały, prowadziły dom, choć zarabiały niewiele. Trzeba było nieźle naciągać dwa końce, by je ze sobą związać. Odwiedzała niekiedy koleżanki z klasy, mieszkania były biedne, lecz przez czyste okna było widać niebo, a wyjęte z szafki kubki nie lepiły się. Przede wszystkim jednak nie kręcili się tam wujkowie, owszem, zdarzał się jeden, wystarczał na parę lat, potem się zmywał albo był „niegodziwy”, dobierał się do córki, wtedy z pomocą braci, szwagrów i innych pociotków dawano mu nauczkę i won stąd, wyrzucano za drzwi. W tamtych domach wódka nie była na okrągło w użyciu, choć mężczyźni oczywiście pili. Matki koleżanek „nie popijały”, jak swoje chlanie z mętami określała piękna Helena.

Ich matki były porządnymi, umęczonymi, półświętymi kobietami. Fausta marzyła o tym, żeby Helena umarła i jakaś porządna kobieta wzięła ją na wychowanie. Helena, która chlała i gardziła tymi siłaczkami, uważała się za kogoś lepszego. Fausta w końcu zrozumiała, do czego służą wujkowie, co mają między nogami. Kiedyś, gdy stanęły naprzeciw siebie, równego wzrostu, twarzą w twarz, wściekłe oczy, nosy z latającymi nozdrzami, ich usta krzyczały na tej samej wysokości.

– Inne matki harują od rana do nocy, chodzą do pracy, zarabiają na życie, nie kurwią się tak jak ty! – wrzeszczała Fausta.

Na to matka, już podchmielona, mimo że było dopiero południe, zaczęła krzyczeć głośniej niż córka:

– To są głupie baby! Nikt ich nie chce, myślisz, że zarabiać tyłkiem jest łatwo? To trzeba umieć! Woły robocze, niewolnice! Jeśli sądzisz, że pójdę pracować do fabryki albo do jakiegoś biura, to się grubo mylisz, nie jestem stworzona do takiej roboty, jestem teraz na dnie, nie mogę się pozbierać po śmierci Ludwika, jeszcze się odbiję, zobaczysz...

Przez jakiś czas, gdy pan Filip Fołtynowicz przyjeżdżał regularnie co trzy tygodnie, a inni poszli w odstawkę, Fausta miała nadzieję, że on interesuje się matką, bo zawsze, gdy miał się pojawić, kąpała się, myła włosy, malowała i stroiła. Sprzątała nawet po łebkach pokój. Dziewczynka podsłuchiwała pod drzwiami, uchylała je delikatnie, tak żeby nie słyszeli, ale oni nie leżeli w łóżku, nie wyprawiali brewerii z figurami, siedzieli spokojnie przy stole i rozmawiali cały czas szeptem, nie mogła usłyszeć, o co chodzi, ustalali jakieś terminy, spierali się, podglądała przez szparę w drzwiach, myśląc, że zacznie się wreszcie zwykła akcja, ale nic się nie zmieniało, wreszcie pan Filip wstawał, żegnał się i wychodził.

– Dlaczego nie machniesz się za pana Filipa? – spytała Fausta.

– Ja? Gdyby tylko chciał, to bardzo chętnie, ale on mnie nie chce, jest starym kawalerem i chce mieć żonę dziewicę, a ja, cokolwiek by mówić, dziewicą nie jestem. – Matka śmiała się głośno sama z siebie. To były rzadkie momenty, kiedy Fausta ją lubiła. Starała się sprzątać po matce, prała jej bieliznę i układała w szafce, ale to na nic się nie zdało. Pijane tornado za każdym razem pozostawiało chaos. Wszystko można robić, nawet się kurwić – myślała Fausta – ale trzeba mieć klasę, a matka klasy nie miała. Współczuła jej, że w krótkim czasie, jaki minął od śmierci ojca, straciła wysoką pozycję żony inżyniera, dobrej matki, a tamten dawny, wspólny dom stał się nagle minioną baśnią o szczęściu.

– Jesteś kurwą z urodzenia i charakteru – takie obelgi usłyszała podczas kłótni matki z ojcem. Mówił tak, mimo że kochał Helenę i ożenił się z nią. Taka była prawda o ich miłości.

Kiedy matka była młodsza, Fausta nazywała ją dziwką – według niej nie było starych dziwek, stare były kurwy. Ale już po trzydziestce zaczęła wyglądać na starszą, niż była – te jej wciąż podpuchnięte oczy, szara cera, przepalony wódką i papierosami głos. Zniszczyło ją paskudne miejsce, w którym się znalazły, gdy po śmierci ojca sprzedała mieszkanie. Tu ściekały męty z całego miasta, młodzi mężczyźni całymi dniami wystawali w bramach, siedzieli na murkach na podwórzu, obserwując uważnie, kto zostawił otwarte okno, żeby wleźć do cudzego mieszkania i zwinąć cokolwiek, co miało wartość butelki wódki.

Na początku było nawet dobrze, zasobnie, ale pieniądze rozeszły się bardzo szybko.

Matka mogła wziąć pogardzany etat w fabryce albo w biurze, pisała przecież całkiem sprawnie na maszynie pod dyktando ojca, umiała także ładnie szyć. Sprzątania nikt by jej nie powierzył, do tego miała dwie lewe ręce. Gdy ojciec żył, najbardziej lubiła z papierosem leżeć na kanapie i jeść czekoladki. Nie wymagał od niej wiele, mówiło się, że prowadzi dom i wychowuje dziewczynki. Matka była naprawdę ładna, nie bez powodu mówiono o niej piękna Helena. Jej uroda przysłoniła Ludwikowi Lejmanowi jej wady, zaciemniała obraz patologicznego lenistwa i nudy, jakie odczuwała w tym związku.

– Sam był sobie winien, mógł się spodziewać, że jest interesowna – opowiadała Fausta.

No tak, poślubiając Helenę, Ludwik także robił interes. Miał w zasięgu ręki obiekt pożądania, urzekającą jasnowłosą kobietę z wydatnym biustem, szerokimi biodrami i wąską talią, pewnie uważał, że ją kocha i że warto płacić awanturami, wściekłością i zazdrością za to, co mu dawała.

Awantur nie było widać, gdy rodzina szła do kościoła albo wybierała się na spacer po mieście. Córki, jeszcze wówczas obie, Helena Lejmanowa ubierała jak lalki. Gdy zabrakło drugiej, chodziła na spacer z tą, która została. Ubierała się starannie i układała włosy. Fausta przypomniała sobie matkę przed lustrem. Głowę osadzoną na długiej szyi trzymała po królewsku, ojciec tak mówił, gdy stawał za nią i obejmował, kładąc dłonie na jej piersiach. Unosiła palcami gęste, utlenione do białości włosy, czarne metalowe spinki trzymała w zębach. Upinała kosmyki w luźny kok. Potem, plując na małą szczoteczkę, rozrabiała czarny tusz w pudełku, malowała rzęsy, a na końcu pociągała usta jaskrawoczerwoną pomadką. Wyglądała wspaniale. Barwnie, zwłaszcza że inne kobiety były szarobure. Nic dziwnego, że ludzie oglądali się za nią na ulicy i w parkowych alejach. Zawsze chodziła na obcasach, powoli, niedbale, stawiając stopy lekko do środka, jej tyłek kołysał się swingowo, pośladki każdy osobno, góra, dół, góra, dół.

Gdy wychodziły z domu, trzymała Faustę mocno za rękę, jak prawdziwa dobra matka. Na ulicy, tuż pod bramą zawsze stało kilku mężczyzn. Z grupy odrywał się jeden, ciemnowłosy, ciemnooki i somnambulicznie szedł za nimi krok w krok, aż do parku. Tam one siadały na ławce, matka wysyłała Faustę na huśtawkę, a facet przysiadał się, mała z huśtawki, tik-tak, tik-tak, obserwowała, jak przysuwał się blisko, coraz bliżej, aż dotykał nogawką spodni biodra matki. Widziała, jak sadza ją sobie na kolanach, jak córeczkę, zupełnie jak tata Faustę. Ławki w parku stały daleko od siebie, było mało ludzi, czasami jakieś kobiety pokazywały sobie palcami parę w uścisku, ale nic nie zakłócało tej randki. Matka wierciła się przez cały czas, jakby jeździła na koniku, nie mogła usiedzieć spokojnie. Ile lat miała wtedy Fausta? Pięć? Sześć? Nie chodziła jeszcze do szkoły, tata żył, Kamili już wtedy nie było, chodziła do parku tylko z matką, szły ulicą we dwie. Mogła mieć wtedy pięć, pięć i pół roku, i nie miała pojęcia, co dzieje się pod spódnicą matki, gdy siedzi na kolanach obcego człowieka. Nigdy nie był u nich w domu, nawet nie znał taty, Fausta nie słyszała jego głosu, może był niemową, jak te głuchonieme dzieciaki, co chodziły do szkoły specjalnej. Dopiero dużo później zrozumiała, co matka robiła na kolanach ciemnowłosego faceta, na ławce w parku. Po odejściu Kamilki między Faustą a jej ojcem było wyraźnie lepiej, prościej. Słoneczko Tatusia zaszło za czarną chmurę i druga córka zajęła całą przestrzeń. Nie powinien był umierać, gdy wszystko się tak dobrze ułożyło.

Gdy Fausta dorosła, myślała, że to, co robiła matka jeszcze za życia ojca, było równie, a może nawet bardziej odrażające niż harce za przepierzeniem po jego śmierci. Samotność jej nie rozgrzeszała. Mogła wyjść za mąż za tego człowieka z ulicy, ale jakoś nigdy po odejściu taty się nie pojawił. Przeniosły się do gorszej dzielnicy, a on zniknął, jakby nigdy go nie było. Zaczęli przychodzić inni. Najpierw jeden, klasyczny wujek z farsy, potem drugi, trzeci, i poleciała lawina tych niby krewnych, pieprzących matkę za parę złotych albo za butelkę wódki.

Dlatego Fausta tak łatwo zgodziła się wyjechać z domu z panem Filipem Fołtynowiczem. Przysięgła sobie, że nigdy nie będzie zachowywała się tak jak matka. Zadziera nosa, jakby była nie wiadomo kim – mówiły dzieci w szkole – dlaczego jest taka zarozumiała? Nie dopuszczała do siebie nikogo, nie miała przyjaciółek, chroniła się przed zwierzeniami.

– Pan Filip Fołtynowicz! – wołała matka, jakby anonsowała pojawienie się króla.

Skrzypiały stare schody i rozchwierutana poręcz, o którą opierał się, wchodząc. Klatka schodowa, pomalowana w zamierzchłych czasach na kolor musztardowy, przybrała barwę moczu, którym przesiąknięte było powietrze. Gdy pan Filip miał się pojawić, zawsze wcześniej umówiony przez chłopaka wysłanego z liścikiem, matka nie przyjmowała swoich gości, sprzątała pokój, a potem stroiła się w najlepsze rzeczy. Sprzątanie polegało na trzepaniu dywanu, myciu naczyń i zlewu, wycieraniu szmatą podłogi w kuchni, wkładaniu stojących i leżących wszędzie butelek do siatki, żeby je sprzedać w skupie. Kiedyś wysłała Faustę z kilkunastoma butelkami. Dziewczynka wróciła stamtąd, postawiła siatę na podłodze i powiedziała wściekle:

– Nigdy więcej mnie tam nie wysyłaj!

– A widzisz! Ty też nie chcesz pracy poniżej swej godności! Jesteś podobna do mnie – powiedziała matka. Tego dnia piękna Helena nakryła stół obrusem, postawiła na nim wazon z kwiatami i cukiernicę z malowanej porcelany. Siadła sztywno na krześle, popijając z umiarem wódkę, nie żeby się upić, lecz by dodać sobie odwagi. Nagle przypomniała sobie o ciastkach, zerwała się i pofrunęła do małej cukierni znajdującej się dwie ulice dalej.

Fausta czytała wtedy Balzaka. W lekturze miała wówczas książki odpowiednie dla dzieci w jej wieku, ale ona już je przeczytała wcześniej. Wypożyczała z biblioteki szkolnej powieści Balzaka, systematycznie, jedną po drugiej, całą Komedię ludzką. Uważała Balzakowski świat za tragiczny, podobny do tego, w którym żyła. Dobrze rozumiała tych, co po trupach chcieli osiągnąć cel, bogactwo i znaczenie. Najpierw trzeba coś znaczyć, potem znajdzie się sposób na bogactwo. Przed Balzakiem przerobiła na własną rękę Wiktora Hugo. Nędznicy przypominali jej meneli, którzy sprzedawali butelki i kręcili się wokół Heleny.

Kiedy matka oddała Faustę Filipowi, nie była ciężko chorą, umierającą Fantyną, matką małej Kozety, i z pewnością nie dałaby sobie wyrwać dla niej nawet jednego zęba. Faustę wzruszało poświęcenie Fantyny, ale mdliło ją gdy pomyślała, że bogaci ludzie wprawiali sobie wyrwane komuś zęby. Piękna Helena Lejman, nawet gdyby chciała, nie mogłaby sprzedać swoich bujnych splotów, bo nikt by nie kupił tlenionych blond włosów, zniszczonych trwałą i farbą. Romantyczna historia z Jeanem Valjeanem, ukrywającym się szlachetnym galernikiem, którego okoliczności zmusiły do przestępstwa, a który zajął się biedną Kozetką, dawały Fauście nadzieję, że pan Filip będzie dla niej kimś w rodzaju Valjeana, zabierze ją z domu matki, ubogiej prostytutki, i wychowa. Po szkole, zgodnie z umową, pośle do liceum. Fausta będzie mądrą i bogatą dziewczyną, młody, nieznany wcześniej człowiek zobaczy ją z panem Filipem, zakocha się w niej do szaleństwa, Fausta wyjdzie za niego za mąż.

Takie rzeczy, jeśli zostały opisane, to znaczy, że są możliwe, myślała. Na razie nie wiedziała do końca, czy chce, czy nie chce wyjść za mąż. Raz wydawało się jej, że tak, potem sądziła, że mąż nie będzie jej do niczego potrzebny. Większość dziewczyn z klasy była zakochana, a to w nauczycielu matematyki, a to w panu od śpiewu, a to w nauczycielce rysunków albo w kolegach. Dla Fausty nikt nie był dostatecznie dobry. Dziewczęta opowiadały o pocałunkach, Fausta widziała, że dają się obmacywać; czuła obrzydzenie, sądziła, że to prosta droga do tego, co dzieje się w pokoju matki. Zastanawiała się, czy potrzebuje pośrednika w postaci pana Filipa, księcia z bajki o nędznikach, czy nie lepiej uciec z domu, zaszyć się gdzieś, zmienić imię, nazwisko, kolor włosów i działać na własną rękę. Czytała dużo, bez różnicowania, z sensacyjnych książek poznawała czarne światy. Z obserwacji wiedziała, że ucieczki kończą się domem poprawczym albo jeszcze gorzej. Dla pieniędzy trzeba puścić się w obieg, a wtedy łatwo trafić na zboczeńca, dźgnie taki pod żebro i można wykrwawić się pod mostem, zanim nadejdzie pomoc. To akurat było mało prawdopodobne, bo Fausta była uważna, przebiegła i silna. Miała, na przekór temu, co działo się z rodziną Lejmanów, wrodzone poczucie mocy, nabrała wręcz przekonania, że nic złego jej się nie przytrafi, pewnie dlatego, że zawsze brała pod uwagę, co się może zdarzyć, i dokładnie przewidywała wszelkie zagrożenia. Chciała skończyć szkołę, pójść na studia i pokierować swoim losem tak, żeby stać się kimś. Podobnie jak ojciec i jego rodzina. Szkoda, że wszyscy Lejmanowie poszli z dymem, jak mawiał tata. Matka wzięła się nie wiadomo skąd, zupełnie tu nie pasowała, zwłaszcza do spopielałej babki, którą Fausta znała tylko z opowieści ojca. Jedno było pewne: dłużej nie może zostać w tym wstrętnym domu.

Te typy łypały na córkę, co śmielsi albo bardziej pijani wchodzili nawet do wnęki, gdzie spała za zasuniętą kotarą. Jak w teatrze podwójnego absurdu, w którym nie ma widzów, a po obu stronach kurtyny aktorzy grają dla siebie. Akcja obu sztuk toczy się symultanicznie na jednej scenie. Część obyczajowa, dla młodzieży, z córką Faustyną Lejman w roli głównej, cnotliwą grzeczną uczennicą, która odrabia lekcje, a potem idzie spać. Druga część to komediodramat. Rolę złej rozpustnicy gra matka dziewczynki.

Scena jest podzielona na dwie części, w jednej córka, zawsze sama, chyba że przedziera się tu nieproszony gość ze sceny matki i próbuje zakłócić spokój kolejnych aktów, na które składają się: sen, odrabianie lekcji, czytanie lub szukanie obrazów na suficie, nieproszony gość wdziera się tylko na chwilę w przestrzeń dramatu, bo już po paru sekundach ucieka z krzykiem, boleśnie ugodzony w łeb stojącym przy łóżku chodakiem. Niekiedy zdarza się, że na pół goła matka, piękna Helena, wpada i wyprowadza intruza za włosy, kopiąc gościa w tyłek.

Matka na swej scenie albo czeka na gościa, albo go przyjmuje, aktorzy zmieniają się dość szybko, czasem pojawiają się po raz drugi, trzeci, mówią, milczą, siorbią, dyszą, poruszają się, śpią, chrapiąc głośno w różnych rejestrach. Naturszczycy dobrze grają wyznaczone role. Akcja toczy się przy sentymentalnej muzyce, którą matka puszcza z płyty kręcącej się na talerzu adaptera. Najczęściej śpiewa Fogg z chórem Czejanda, stara płyta zacina się w miejscu zadrapanym długim paznokciem matki. Liryczny tembr, jeszcze bardziej miękki dzięki pluszowi kotary, przez jaki musiał się przebić, ma kołysać Faustę do snu. Dziewczynka woli tę muzykę niż odgłosy żądzy, orgiastyczne wrzaski gości, pokrzykiwania matki: kończ, dosyć, wyłaź już, oraz wtórujące jej falsety, barytony, tenory, jak w operetkowej arii: leż, kurwo, dawaj, bierz go, łykaj, łykaj, zapłacę! Czasem jednak, gdy zostaje sama, Helena leży bezsennie, trzeźwieje, płacząc głośno. Szlocha długo w noc.

Po północy Fausta gasi światło, wkłada w uszy kulki waty i przenosi się w inny wymiar. Nie tylko wata ją chroni. Od dawna umie panować nad sobą, uczy się wytwarzać ciszę wokół siebie, miękki i gęsty oplot, niezbędny, by odlecieć z tego miejsca, by uwierzyć, że istnieje przestrzeń inna niż mieszkanie matki. Tak jak istniała głębia doznań, którą pamiętała z czasów, gdy była małym dzieckiem. Siadała w kucki, z głową między kolanami, skupiała się na jednej myśli albo jednym, nieznanym nikomu, nieistniejącym słowie o tajemniczym brzmieniu, powtarzała je tak długo, aż wchłonęło wszystkie inne słowa, obrazy, głosy, wreszcie ono samo także znikało, a mała dziewczynka stawała się częścią kosmosu, kimś, kto przez chwilę przenikał i widział wszystko. Wszystko. To, czego jeszcze nie ma, a będzie.

Otwierały się przed nią jedne po drugich drzwi, gdy szła długim, ciemnym korytarzem swego snu nie snu, zaglądała do pokojów wypełnionych światłem wpadającym przez wielkie okna. Wyglądały jak olbrzymie akwaria pełne oświetlonej wody, oślepiał ją ten blask, raził w oczy tak bardzo, że nie widziała nawet, co w tym świetle pływa, wcale nie chciała widzieć więcej, wystarczała jasność. Bardzo jej pragnęła. Ten sen nie sen z dzieciństwa powtarzał się bardzo często. Prawie codziennie, w każdym razie zawsze, gdy u matki pojawiał się gość. Także wtedy, gdy Helena płakała, a Fausta bała się, że utraci swój chłód, że pobiegnie do matki, położy się obok niej, obejmą się, będą razem płakały i będzie im ciepło. Tego nie chciała, czekała, aż matka zrobi pierwszy krok, przytuli ją i obieca, że skończy z piciem. Na razie wiedziała, że musi ją zostawić. Może to dobry pomysł, dobry początek, wyjechać ze starym księciem z bajki, z hrabią Filipem Fołtynowiczem, całkiem niepasującym do odgrywanych tu teatrów? Dobra partia dla biednej dziewczyny z powieści. Przyszedł kiedyś pod nieobecność matki, która poleciała po ciastka i nie zdążyła wrócić na czas, o ile nie zrobiła tego celowo; drzwi były otwarte. Wszedł po cichu, zobaczył Faustę, jak czyta, pochłonięta lekturą, nieobecna, nawet nie zauważyła, że ktoś jest w pokoju. Zainteresował się książką, którą trzymała na kolanach. Zajrzał przez ramię.

– Ooo, Balzak – powiedział. – Dobra literatura, ale zbyt ostra, jeszcze na nią za wcześnie, to świat skrzywiony, dziewczynka taka jak ty potrzebuje literatury wyższej, czystej.

Następnym razem przyniósł jej pierwszy tom Prousta. W poszukiwaniu straconego czasu. Część pierwsza – W stronę Swanna.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Help
Business and media
Terms and conditions