Ebook Głową o mur Kremla Kurczab-Redlich, Krystyna W.A.B.

Głową o mur Kremla (ebook)

Author:

Kurczab-Redlich, Krystyna

Price: 39,89 zł
+39 pts (buy for 19,94 zł)
Add to cart Publisher: W.A.B. Year of publishing: 2007 Category: Reportage Language: Polish Format: EPUB (DRM) (to download on e-reader, smartphone, tablet or computer)

Głową o mur Kremla Krystyny Kurczab-Redlich jest zbiorem przejmujących reportaży o życiu Rosjan. To zapis odczuć autorki zrodzonych podczas jej wielokrotnych pobytów w Rosji. Książka wprowadza w szaleńczo niejednoznaczną rzeczywistość tego kraju. Przekaz autorki jest wypadkową danych arbitralnie udostępnianych przez rosyjską propagandę oraz własnych obserwacji i wniosków. Na podstawie długoletnich obserwacji Krystyna Kurczab-Redlich tworzy ciekawy obraz postkomunistycznej Rosji, która balansuje pomiędzy niebytem a demokracją. Analizuje system władzy Putina, odbudowującego dyktaturę oraz mentalność Rosjan znoszących wszelkie trudności życiowe w imię poczucia wielkości Rosji jako mocarstwa. Autorka łamie schematy: Rosji – kraju, którego boi się Europa Zachodnia oraz Czeczenii – zaułku opanowanego przez terrorystów. I zadaje trudne pytania: czy czeczeńskie akcje terrorystyczne są prowokacją ze strony Kremla i rosyjskich służb specjalnych? Głową o mur Kremla pozwala spojrzeć na wojnę w Czeczenii z zupełnie innej strony. Pisze: ?Kreml poddał Czeczenów terrorowi moralnemu i fizycznemu, a świat – terrorowi kłamstwa?. Autorka dobitnie ukazuje problem łamania praw człowieka. Ludzie porywani z domów, torturowani, gwałceni, mordowani, rozrywani dynamitem – taka wyłania się codzienność Czeczenii. Krystynę Kurczab-Redlich interesują głównie fakty, lecz w natłoku wydarzeń ostatnich lat emocje mają równorzędne znaczenie. Mieszkańcy kraju, polityka, bieda życia – śledzone latami – w Głową o mur Kremla ukazane są z niesamowitą siłą wyrazu.

Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.

Table of contents

Informacje o książce
I
Spotkanie
Kobieta
Kto komu za ile?
Wódeczka
Szpiegomania
Copyright © by Krystyna Kurczab-Redlich, 2007
Wydanie I
Warszawa 2007

Redakcja: Barbara Stahl
Korekta: Grażyna Mastalerz, Elżbieta Jaroszuk
Indeks zestawiła: Elżbieta Jaroszuk
Redakcja techniczna: Urszula Ziętek

Projekt okładki i stron tytułowych: Studio Page Graph,
na podstawie koncepcji graficznej mamastudio
Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © AFP/East News
Fotografia autorki oraz fotografie we wnętrzu:
z archiwum prywatnego autorki

Wydawnictwo W.A.B.
02-502 Warszawa, ul. Łowicka 31
tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11
wab@wab.com.pl
www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Studio Page Graph, Warszawa
Druk i oprawa: ABEDIK S.A., Poznań
ISBN 978-83-7414-323-3

I

Rosja i ja

Przeżyłam w Rosji lat czternaście (1990-2004). Dokładniej – czternaście lat i dwa miesiące w 1987 roku, z których ten od połowy kwietnia do połowy maja był najważniejszy, bo pierwszy. Zderzenie z niepojętym. Obcym. Szok. Pozbawienie niewinności niewiedzy. Już nie mogłam – jak wcześniej – obojętnie wzruszać ramionami, gdy mówiono o ZSRR.

A przecież żadne oznaki w moim życiu nie wskazywały, że kiedyś obierze ono kierunek Rosja, do 1991 roku – Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. ZSRR – wiejący nudą doskonałości produkt czytanek szkolnych. ZSRR – lukrowany fałszem gazetowy stereotyp. ZSRR – niedomówienia podszyte lękiem. ZSRR – kontynent nieznany. W socjalistycznej Polsce, ojczyźnie mojej młodości, większość z nas o wiele lepiej wiedziała, co się dzieje na Zachodzie niż w kraju, którego przyjaźń wmawiano nam od dziecka. Ten kraj manifestował zresztą ową przyjaźń dość dziwnie: zakazem wjazdu na swój teren. Zakazem wjazdu dla „nie swoich”, to znaczy dla niezrzeszonych w „jedynie słusznych” organizacjach. Obywatel PRL, niezjednoczony i pozapartyjny, miał do pokonania tak wiele barier, by dostać się do Związku Radzieckiego, że jeśli jechać nie musiał, rezygnował.

Zrzeszeni jeździli do Moskwy tak zwanymi pociągami przyjaźni. Wracali bogatsi w złoto, odkurzacze czy telewizory kupowane za nielegalnie przewożone w tamtą stronę dezodoranty i dżinsy. Nie jeździłam tamtymi pociągami. W obowiązkowo nauczanym wówczas w szkołach języku rosyjskim najchętniej uczyłam się wierszy. Z przyjemnością, ponieważ nauczycielka tego języka, śliczna Marysia Buczyńska, bardzo pięknie te wiersze czytała, omijając to, co zalatywało ideologią. Puszkin, Lermontow – owszem. Majakowski – niechętnie. Po latach zaś, kiedy droga do rozumu zaczęła prowadzić przez serce, wtargnął w moje życie – wraz z pewnym poetą – Bułat Okudżawa. Znajoma tegoż poety, Aneta Łastik, nagrała płytę z piosenkami barda. Mrówki chodziły po krzyżu, łzy kapały, gdy Aneta przepięknie śpiewała przepiękne teksty (dziś uchodzi ona za jedną z najlepszych na świecie wykonawczyń pieśni Okudżawy). I trzeba było sięgnąć po – z rzadka używany – słownik rosyjsko-polski, by docenić twórczość niepowtarzalnego moskwianina.

A potem doszły jeszcze płyty Aleksandra Wertyńskiego, Marka Bernesa, Żanny Biczewskiej. Rosja – oddzielona od polityki – docierała do nas przede wszystkim śpiewną, nostalgiczną poezją. Potem wdarł się w nią chrypiący, wrzeszczący, wyrywający serce wraz z trzewiami Władimir Wysocki. Nie rozumiałam, co śpiewa. Teksty Wysockiego, choć to poezja najwyższych lotów, przemawiają językiem codzienności, idiomów, grypsery. Ale nawet nie pojmując słów, rozumiało się treść. Groza narastała, ale jakże daleko było do ogarnięcia, czym żyje radziecka Rosja!

W kwietniu 1987 roku – z przyczyn osobistych – wsiadłam do pociągu do stacji końcowej Moskwa. Po miesiącu, opuszczając to miasto, wiedziałam, że muszę wrócić. By pojąć, by okiełznać szok. We wszystkich państwach socjalistycznego bloku jednostka dla władzy nie znaczyła nic. W Moskwie zrozumiałam, że to „nic” stanowiło niemal pełnię praw człowieka w porównaniu z tym, co władza radziecka oferowała swoim poddanym.

Wróciłam do Rosji trzy lata później. Czas był niesłychany: koniec imperium. Mijał piąty rok pierestrojki, czyli przebudowy prowadzonej przez Michaiła Gorbaczowa. Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich trząsł się w posadach, komunizm ustępował pola czemuś, co z daleka wyglądało na demokrację. Proces zmian widocznych już gdzie indziej wydawał się zrozumiały i przewidywalny. Ale pojmowanie Rosji banalnie przypomina poznawanie puszczy: na skraju jesteśmy przekonani, że już wiemy, jak ten las pachnie, z czego się składa i jak bardzo przypomina wszystkie lasy poznane wcześniej. Im jednak głębiej, tym ciemniej. I straszniej. I bardziej obco.

Współpracując z różnymi polskimi mediami, wysyłałam z Moskwy korespondencje. Od niewielkich notatek informacyjnych po sążniste artykuły publicystyczne. Od trzydziestosekundowych wiadomości dla radia czy telewizji po obszerny reportaż. Tak powstał zapis zmian w Rosji w ciągu kilkunastu minionych lat, na ogół zapis obiektywnych informacji: tak i tak było, to i to się zdarzyło, data, miejsce i osoby. Pierwszy artykuł (pisany jeszcze przed polską transformacją) uprzytamnia nie tylko, jak daleką drogę przeszły od tamtych czasów dawne kraje socjalistyczne i Rosja, ale też – jak daleką drogę przebył umysł zniewolony, aby stać się umysłem wolnym. Mój umysł.

Jestem dziennikarką. Interesują mnie przede wszystkim fakty. Powinnam się tylko na nich koncentrować, emocje chowając głęboko. Nic z tego. Rosja jest wirówką emocji. W polityce i w życiu codziennym. Tu, gdzie strumienie wina i łez, krwi i wódki łączą się w obmywającą każdy dzień rzekę, beznamiętny opis to fałsz. A fałszu staram się unikać.

Jestem z wykształcenia prawniczką. W całej jurysprudencji interesuje mnie nie tyle tworzenie prawa, ile jego stosowanie. Sprawiedliwość. Kategoria niezwykle rzadka w stosunkach władza – naród. Czy pisząc o tym, mogę elegancko zachować dystans?

Jestem też po prostu człowiekiem, który żyjąc w Rosji przez wiele lat, łączył swój los z losem jej mieszkańców, był pośród nich, a nie gdzieś na zewnątrz, w sztucznych enklawach dla obcokrajowców. Mizerne dochody [1] przybliżały mnie do moich niebogatych sąsiadów. Jeździłam tym samym metrem i tymi samymi pociągami co zwykli Rosjanie. Leżałam w ich zwykłych szpitalach. Bywałam też – i to nie jako dziennikarka, lecz zwykły obywatel – na milicyjnym posterunku i stawałam przed sądem. Dlatego mój los jest częścią ich losu. I dlatego tak bardzo chciałabym, żeby to był dobry los.

Nikt mnie do Rosji służbowo nie wysyłał, nikt mi za pobyt tam nie płacił, nikt mnie też z Rosji nie odwołał. I choć w pewnym momencie przerwałam moją przygodę z Rosją, nie mogę przerwać mojego nią zainteresowania.

Jest jak narkotyk.

Stąd ta książka. Zbiór informacji, wrażeń i refleksji o kraju, w którym nic nie jest podobne do tego samego gdzie indziej.

Zapisy starałam się przedstawiać chronologicznie, uzupełniając wcześniejsze późniejszą wiedzą na dany temat, aż do dziś. Niektóre artykuły przytaczam w całości, inne we fragmentach. Szło mi o to, by pokazać, jaką drogę przebyła Rosja od komunistycznego niebytu do demokracji i... z powrotem. Tyle że nie wprost, ale w bok. Dokąd?


Spotkanie

Kostium szary w granatowy prążek. Buty granatowe, na obcasie, francuskie. W środku ja, bardzo zadowolona.

Przedział przytulny, bordowe kanapy, bordowa zasłona w oknie.

Na pociągu tabliczka „Warszawa – Moskwa”. Pociąg nazywał się Polonez.

Był kwiecień 1987 roku. Wiosna: słońce, zieleń, nastrój frywolny wokół i we mnie. Bo o wiele bardziej od Moskwy i okolic interesował mnie pan, który miał po mnie wyjść na dworzec i za którego miałam niebawem wyjść za mąż. Po długim rozstaniu powinnam wyglądać wystrzałowo. Promiennie, lekko i zwiewnie. Złościł więc tobół wetknięty przez znajomą dla znajomych. Jakaś puchowa kurtka, okropna, seledynowa w różowe kwiatki.

Pociąg stukał wesoło, sny miałam adekwatne do stukotu, dopóki nie zaczęłam dygotać. Z zimna. Podniosłam bordową roletę i w szarości świtu zobaczyłam śnieg. Gruba warstwa, jak okiem sięgnąć. Po kilku godzinach stałam w drzwiach wagonu zmarznięta, blada, w nieforemnej, ogromnej seledynowo-różowej kurcie i granatowych szpilkach. Przed wagonami śnieg, tuż za nim bajora błota. Oczekujący mnie pan spojrzał na moje szpilki, szpetnie zaklął i na rękach przeniósł przez kałuże.

Kolejka do taksówek okazała się kolejką bokserów płci obojga, a ringiem – błotnista przestrzeń przed z rzadka podjeżdżającymi samochodami. Po wygranej rundzie pomknęliśmy wśród szarzyzny (szare domy, ulice, witryny) ku rozległemu, ponuremu kanionowi. Równej wysokości potężne gmaszyska, takie same po prawej, jak i po lewej stronie, rozdzielały rozlewiska wielopasmowych jezdni. Nurt środkowy tworzyło ogrodzone szare pasmo (latem – trawnik) z wmontowanymi co kilkadziesiąt metrów szaro-bordowymi postumentami z sierpem, młotem i wielką gwiazdą.

Kanion nazywał się aleja Lenina. Przy jego końcu mieściła się jednopokojowa filia Polskiej Agencji Prasowej. Tam przyszło mi spędzić miesiąc.

Następnego dnia usiłowałam nabyć obuwie stosowne do pogody. Wędrowałam po obstawionych pustymi półkami halach zwanych salonami obuwia. Tu i ówdzie zwarty, kłębiący się tłum świadczył, że przyszła nowa dostawa butów (polskich lub czeskich). Sprzedawczyni każdemu wydawała po parze, bez mierzenia, a dopiero potem nabywcy między sobą dobierali rozmiar do wielkości stóp. Wreszcie gdzieś z boku kolejnej hali, przy pustym stoisku ze znudzoną sprzedawczynią, zobaczyłam jedną parę nieforemnych botków, na które nikt nie czyhał, bo były bardzo małe. Tak małe, jak moja stopa! No i paradowałam w szaro-granatowym kostiumie, seledynowo-różowej kurtce i ciężkich, czarnych botkach.

Że też ten facet jednak się ze mną ożenił...


Kobieta

Takie było moje pierwsze spotkanie z Moskwą. Pisząc relację do (ambitnego wówczas) pisma dla kobiet „Uroda”, skupiłam się na tym, co szokowało najbardziej – na trudnościach codziennego bytowania. Z dzisiejszej perspektywy trudnych do uwierzenia.

Jakże nieśmiało wówczas nazywałam rzeczy po imieniu. Czasy były jeszcze radzieckie, pismo „Uroda” (podobnie jak ja) peerelowskie, czyli socjalistyczne, do końca tego ustroju w Polsce musiały upłynąć kolejne dwa lata. Obskurny, szary, nieforemny przyodziewek nazywałam grzecznie „niezbyt atrakcyjnym”, o śmierdzących sklepach uprzejmie „wolałabym zamilczeć”. A co do sklepów: jakąż ponurą wesołość wywołuje dziś stwierdzenie, że „fabryka obuwia na fali «nowego»” będzie brać pod uwagę gusta klientów! Trudno, nie znając Rosji tamtych lat, wyobrazić sobie, jak wyglądali ludzie i ich otoczenie produkowane według totalnego planu świeżo wyedukowanych wieśniaków z zabitej dechami rosyjskiej prowincji. Trudno więc dzisiejszym, nieznającym realiów „komuny” turystom wizytującym Rosję pojąć, od jakiego dna odbijały się tak zwane demoludy ze Związkiem Radzieckim na czele.

Radziecka poetka Łarisa Wasilewa pisała wtedy (w 1989 roku) tak:

O zmianę tej beznadziejnie ciężkiej sytuacji apelowała Wasilewa do mężczyzn. Miała nadzieję, że wraz z polityczną przebudową przestroją swój stosunek do kobiet. Autorka nie wyobrażała sobie – bo nie miała po temu danych z innej rzeczywistości – że większość jej marzeń ziści się nie dzięki dobrej woli mężczyzn, lecz dzięki gospodarce rynkowej. To ona zapełniła sklepy, rzuciła do księgarń nieobecne tam wcześniej książki kucharskie, kioski urozmaiciła mnóstwem kolorowych czasopism kobiecych poruszających nie tylko sprawy kuchni i urody, ale i tak niebywały temat jak seks! To gospodarka rynkowa zrobiła z kobiet, wiecznych służek mężczyzn i ustroju, niezależne właścicielki choćby maleńkich przedsiębiorstw. Zmiany polityczne otwarły granice i setki tysięcy kobiet ruszyły wykupywać chińskie, tureckie lub polskie ciuchy, by zapełniać nimi własne stragany na niezliczonych bazarach. Z czasem niektóre z tych kobiet znalazły się w kierownictwach koncernów, banków czy firm ochroniarskich.


Nieforemny przyodziewek nazywałam grzecznie „niezbyt atrakcyjnym”.

Lecz nie ma prostych recept na szczęście, także w wymiarach społecznych. Tak jak nie ma prostej odpowiedzi na pytania, dlaczego w tej lepszej, wygodniejszej Rosji, wiele lat po mojej pierwszej tam wizycie i po tym, co pisała Łarisa Wasilewa, w 2004 roku zarejestrowano (według danych Rosyjskiej Akademii Nauk Medycznych) 1,67 miliona aborcji, a urodzeń dużo mniej, bo tylko 1,45 miliona? Dlaczego na 38 milionów kobiet w wieku rozrodczym aż 7 milionów jest bezpłodnych? Czy to jedynie efekt wielokrotnego przerywania ciąży, dozwolonego prawem od wielu dziesięcioleci? I co spowodowało, że tylko 32 procent kobiet, które pojawiają się w izbach porodowych, jest zdrowe?

Koszmarny stan ekosystemu zniszczonego w czasach komunizmu to na pewno jedna z przyczyn kiepskiego zdrowia narodu. A i opieka zdrowotna pogorszyła się od tamtych czasów. Już w 1995 roku, a więc niemal dekadę wcześniej, niż powstał wspomniany raport Akademii Nauk Medycznych, główny sanitarny lekarz Rosji Jewgienij Bielajew był przerażony: „Do 2000 roku w Rosji nie będzie chyba jednego zdrowego człowieka – mówił w telewizji ORT. – Na kraj napływa fala, zdawałoby się już pokonanych, nieszczęść: dyfterytu, heinemediny, gruźlicy, syfilisu. W ciągu dziesięciu miesięcy minionego roku zarejestrowano 200 tysięcy nowych przypadków syfilisu, to jest dwa razy więcej niż w 1994 roku! Spośród 761 dzieci zarażonych syfilisem niemal 65 procent samo «zapracowało» na tę chorobę, reszta otrzymała ją w spadku po rodzicach”.


Pojawiły się kolorowe czasopisma kobiece. Tu: sprzedawczyni prasy w metrze moskiewskim, 1998 rok.

Okazało się, że niestraszny tu siarczysty mróz, jako że obszarem najbardziej zagrożonym syfilisem są tereny zachodniej Syberii. W Omsku na przykład zarejestrowano w 2005 roku 2403 chorych w wieku od trzynastu do siedemdziesięciu lat. I, co groźniejsze, liczba chorych kobiet jest prawie dwa razy większa niż chorych mężczyzn.

Zaraz za syfilisem postępuje aids. Tylko w Moskwie liczba chorych wzrosła półtora raza, a liczba wszystkich „dodatnich” przekroczyła już tysiąc. Takie są, według lekarzy, „ukryte w czasie” efekty wojen wewnętrznych, nieustannej wędrówki uciekinierów, których pokaźne grupy koczują na dworcach, w przypadkowych hotelach robotniczych i podobnych miejscach.

Powoli i uparcie rośnie także liczba zachorowań na ciężką żółtaczkę typu B, rozwijającą się w organizmie z prędkością huraganu. Na gruźlicę natomiast zachorował w 1994 roku 1 procent dzieci, co dziesięciokrotnie przewyższa wkaźnik zachorowań na przykład w Szwecji. Jeśli idzie o zapomnianą chorobę polio, czyli heinemedinę, to ta tragedia wybuchła latem 1995 roku w Czeczenii [3], gdzie niemal równocześnie zachorowało sto trzydzieścioro ośmioro dzieci w wieku szkolnym [4].

Dziesięć lat później, w 2005 roku, oznajmiono Rosjanom, że wszystko zmieni się na lepsze. Napływ pieniędzy za ropę naftową i gaz pozwala na niesłychaną podwyżkę płac lekarzy: o 10 tysięcy rubli (niemal 300 dolarów) miesięcznie, a pielęgniarek – o 5 tysięcy rubli (około 150 dolarów). Czy dopłacono wszystkim, tego nie da się sprawdzić.

No to teraz pora zabrać się za dzieci, a dokładniej za ich produkcję opłacaną jak każda inna. Chodzą słuchy, iż za pierwszego potomka młodzi rodzice mają otrzymać... 10 tysięcy dolarów, ale w ratach, z których pierwszą ujrzą dopiero w trzecim roku życia dziecka. „Namnożyło się brzuchatych – komentuje Jelena Timofiejewna, emerytowana położna. – Ale co to za miłość do dziecka robionego za pieniądze? Jak znam naszych, to wezmą, co im się da, ale czy nie wygonią potem dzieciaka? Czy będą dla niego dobrzy? Kto wie?” „Nieprawda, to bardzo dobrze – twierdzi trzydziestoletnia Ałła Anatolewna, urzędniczka. – Ludzie poczuli wyraźnie, że władzy na nich zależy. To poprawia nastrój, można wreszcie z optymizmem popatrzeć w przyszłość”.

Od pomysłu płacenia za reprodukcję człowieczą nie są wolne także rządy innych krajów. Głupi to pomysł, jak budowanie domu od dachu. Bo gdzie ludzie są spokojni o fundamenty – o bezpieczeństwo, o jutro, o pracę, o opiekę, o wypoczynek – tam zasilają „potencjał demograficzny” kochanej ojczyzny. No, a jeśli tendencja urodzeń jest niemal na całym świecie spadkowa, to znaczy, że wszyscy czujemy się tu coraz mniej komfortowo.

W Rosji ta wstrzemięźliwość prokreacyjna bierze się może stąd, że pokolenie młodych kobiet, którym historia rzuciła do stóp wolną drogę w świat kolorowych możliwości, chce użyć „nowego” za wszystkie czasy. Za matki, babki i prababki. Może przeraża je brak opieki socjalnej, do której tamte przywykły? Przecież dziś nikt nie zapewni darmowego przedszkola, wysłania dzieci na kolonie, rzeczywiście (a nie tylko teoretycznie) bezpłatnych studiów. „Dał Putin na rodzenie, da i na wychowanie” – dopowiadają.

Trudno już teraz obiektywnie ocenić skuteczność wymyślonego w okolicach Kremla finansowania narodzin obywateli Federacji Rosyjskiej. Problem poważny, trzeba by podejść do niego z powagą. Ale usłużny podwładny prezydenta Putina Siergiej Morozow, gubernator obwodu ulianowskiego (ojczyzny Lenina), powagę zamienił – zupełnie tego nie zauważając – w kpinę, w kabaret: postanowił mianowicie nagrodzić te pracownice swojego urzędu lub żony swoich urzędników, które urodzą dzieciaka dokładnie 12 czerwca, w Dniu Niepodległości Rosji.

Gubernator wszystko starannie zaplanował. Żadnej przypadkowości! Dziewięć miesięcy przed wyznaczoną datą, 12 września 2006 roku, dał swoim podwładnym urlop specjalny: prokreacyjny. W ów wolny wtorek mieli się oni zajmować wyłącznie poczęciem patrioty, który ujrzy świat właśnie w dniu narodowego święta. Lud przystąpił do wykonywania zadania ochoczo, bo gubernator obiecywał wspaniałą nagrodę: samochód terenowy UAZ Patriot z zagranicznym silnikiem, wart około 17,5 tysiąca dolarów. Krążyły też w narodzie plotki, że rodzice dostaną jeszcze luksusowe mieszkanie, dużą podwyżkę i awans.

Z początkiem czerwca 2007 roku pracownicy porodówek w obwodzie ulianowskim gotowali się na ciężkie próby: wiedzieli, że z kilkuset oczekiwanych pacjentek jedne będą się domagały opóźnienia porodu, inne – przyspieszenia. Byle trafić w patriotyczną datę. Bingo! Nowy rodzaj rosyjskiej ruletki. A że matka czy dziecko mogą ucierpieć? Co tam! Grunt, że cała Rosja i Kreml usłyszą o sukcesach obwodu ulianowskiego. A może pójdą w jego ślady?

Tak czy inaczej z ankiet wynika, że i bogate, i biedne Rosjanki decydują się na ogół tylko na jedno dziecko. Bo łączy je coś specyficznie własnego, ojczyźnianego: wyjątkowo trudne relacje z mężczyznami. Przyniesione wraz z rewolucją październikową równouprawnienie kobiet nie tyle prawidłowo uformowało rodzinę, ile ją zdeformowało. Przydarzyło się to całej komunizowanej Europie, ale nigdzie nie było tak bolesne jak w ZSRR. Nigdzie – tak jak tu – nie odarto kobiety z szacunku. Nigdzie – jak tu – nie została na placu boju tak zupełnie sama, bez wsparcia ucywilizowanej tradycji (jak choćby w Czechosłowacji) czy religii (jak w Polsce).

Aż trudno uwierzyć, w co się obróciły – pozornie broniące praw kobiet – hasła rewolucji październikowej. „Gospodarstwo domowe jest zazwyczaj pracą najbardziej nieproduktywną, barbarzyńską, najcięższą. Jest to praca niezawierająca w sobie niczego, co by choć trochę sprzyjało rozwojowi kobiety [...]. Do całkowitego jej wyzwolenia, do rzeczywistej jej równości z mężczyzną trzeba, aby gospodarstwo było społeczne i aby kobieta uczestniczyła we wspólnej pracy wytwórczej. Wówczas pozycja kobiety będzie taka sama, jak mężczyzny” [6] – twierdził wódz rewolucji Włodzimierz Iljicz Lenin.

Wygnano więc kobiety z kuchni, posadzono na traktory i dźwigi (do dziś kobiece brygady zajmują się ciężkimi remontami kapitalnymi, wdychając odór wszelkich chemikaliów). I co? Zdobyły większy szacunek? Badania przeprowadzone przez Uniwersytet Moskiewski oraz Instytut Socjologii Rosyjskiej Akademii Nauk w 2003 roku dowiodły, że połowa kobiet w Rosji jest bita przez swych panów, w tym co piąta bita okrutnie i regularnie. Bogate i biedne, bez różnicy. Nikt ich nie broni. Ani partia, ani milicja.

Gdzie jeszcze w drugiej połowie XX wieku karano feministki więzieniem jako wrogów politycznych? W Związku Radzieckim lat osiemdziesiątych traktowano je na równi z wrogami komunizmu, dysydentami, i takimi samymi jak dysydentom grożono karami. Feministyczne pisma stanowiły część nielegalnego literackiego ruchu podziemnego. „Żenskoje cztienie”, redagowaną przez Olgę Lipowską (dziś czołową feministkę Rosji), prześladowano niemal z taką samą zajadłością jak utwory Sołżenicyna. Tatianę Mamonową, tak jak Sołżenicyna, wyrzucono z ojczyzny za karę – za wydawanie czasopisma „Maria”. A działo się to nie tak dawno, bo w 1980 roku!

Ale – znamienne – że zarówno przez wszystkie lata komunizmu, jak i dziś z nieprawdopodobnym hałasem i poczuciem niemal najważniejszego święta narodowego obchodzi się w Rosji Dzień Kobiet. W innych krajach socjalistycznych też istniał, ale był raczej wykpiwany niż fetowany. Obcy. Ani polski, ani węgierski, ani czechosłowacki. Radziecki. Opisałam go w 1997 roku:

Ten sam ton towarzyszył sprawozdaniom i nieco później, na konferencji prasowej rosyjskich zwycięzców zimowej olimpiady w Japonii. Narciarka Łarisa Łazutina zdobyła tam trzy złote medale i dwa srebrne. Kolegów Łazutinej pytano o technikę i taktykę jazdy, ją – o robótki na drutach i pożycie małżeńskie. „Co pani ostatnio wydziergała dla swojego męża? A jak często się spotykacie? A co pani zrobiła na drutach dla dzieci? A dla kolegów?” Prezydent Jelcyn zaś serdecznie podziękował olimpijskiej medalistce za... wspaniały prezent dla mężczyzn. Masza (moja znajoma), mistrzyni grafiki komputerowej, uparcie niedostrzegana przez wszelkich szefów w Moskwie, jest dziś znanym w swej profesji fachowcem... w Nowym Jorku. W Rosji baba (często z domieszką pogardy zwana babio) to tylko baba. W parlamencie, czyli Dumie Państwowej, w 2006 roku wśród czterystu czterdziestu trzech deputowanych było tylko trzydzieści siedem kobiet.

Czy w dzisiejszej, odległej od komunistycznych pryncypiów Rosji kobieta stała się drogocennym podmiotem praw i zabiegów? W kraju szybko bogacących się mężczyzn, dopóki młoda, jest uważana (i sama się uważa) przede wszystkim za towar. Przesadnie dba o wygląd, przesadnie się maluje, wszędzie (a zwłaszcza w pracy) epatuje przesadnym dekoltem i przesadną mini. Przesadza ze swobodą seksualną i z usuwaniem jej skutków. Czy ma jednak inne wyjście w kraju, gdzie na skutek nieustannych wojen (Wietnam, Afganistan, Karabach, Abchazja, Czeczenia itd.) mężczyzn jest o wiele mniej niż kobiet? Gdzie na dziesięć dam przypada ponoć jeden osobnik płci przeciwnej...

Zamożniejsze mieszkanki stolicy (a zapewne i innych wielkich miast) bez żenady spędzają noce w klubach dla kobiet. Pierwszy w Moskwie był Czerwony Kapturek z męskim striptizem i męską prostytucją skrytą za taką oto najprzyzwoitszą z reklam:

Bywalczyni tej niemal charytatywnej instytucji Oksana Robski, autorka książki Casual, bulwersującej w 2005 roku Moskwę i okolice, tak wspomina wieczór w Czerwonym Kapturku:

Popyt na „dobrze wychowanych kawalerów” okazał się w stolicy imperium tak wielki, że sam Czerwony Kapturek nie mógł mu sprostać. Dziś kawalerowie oferują swe usługi w damskim klubie Egoistka czy luksusowym Kaprysie, który prezentuje wirtuozów striptizu z całego świata. W obu klubach szczególnie cenne są poniedziałki, kiedy to – jak w Egoistce – „każda kobieta dostaje w podarunku dowolny kontakt z każdym z tancerzy klubu: słodki prezent od najbardziej seksownych mężczyzn”, a Kaprys dorzuca jeszcze bezpłatne napoje w barze, zawody striptizerów debiutantów i konkurs o tytuł „mister mokrych slipek”.

Z kolei w dziedzinie równouprawnienia lesbijek i gejów panuje tu pełna harmonia. Te pierwsze – z przyczyn raczej socjalnych (brak mężczyzn) niż genetycznych – są liczne, lecz nie afiszują się specjalnie (chyba że we własnych, niezbyt wielu klubach). Gejostwo zaś w postkomunistycznej Rosji stało się modne jako dodatkowy przejaw nieznanego uczucia wolności. Gejzer z gleby zakazanego. Zarówno homoseksualista (bądź tylko udający geja) Siergiej Pienkin, znakomity pieśniarz, którego czterooktawowy głos figuruje w Księdze rekordów Guinnessa, jak też zdecydowany zwolennik „miłości inaczej”, piosenkarz Boris Mojsiejew – zbierają pełne sale widzów. Prywatność tych artystów się komentuje, przyjmuje do wiadomości, rzadko gani. I to tylko w republikach zamieszkanych przez muzułmańską większość.

Nie gani się także prostytutek. Pierestrojka wyrzuciła tysiące kobiet na ulice miast. Przez wiele lat wzdłuż głównej moskiewskiej arterii (kiedyś ulicy Gorkiego, obecnie Twerskiej) od zmierzchu tkwiły przedstawicielki najstarszego zawodu świata. Jeśli milicja robiła na nie naloty, to nie z uwagi na niemoralność czy nielegalność ich profesji, lecz ze względu na brak zameldowania. Zameldowanie bowiem to radziecka i postradziecka świętość. Najważniejszy jest wpis w dowodzie osobistym. Pilnie strzeżony mechanizm kontroli. Wspaniały rozsadnik korupcji. Następnego dnia po milicyjnej interwencji lub wkrótce potem te same dziewczyny stały w tych samych miejscach, parę kroków od (chętnie – w swobodnych czasach Jelcyna – korzystającgo z ich usług) parlamentu.

Ogłoszenia typu Intim priedłagaju (proponuję kontakt intymny) są częste w gazetach zwykłych, w specjalnych, w internecie. Nierzadko z podpisem „studentka”. Rzecz w tym, że zapewne na całym świecie część ładnych dziewczyn korzysta z pomocy „sponsorów”, lecz chyba nigdzie nie czyni tego równie często i bez żenady jak w Rosji czy innych państwach byłego Związku Radzieckiego. Skąd taka łatwość w zamienianiu siebie w towar? Może (obok innych przyczyn) w wychowaniu głęboko ateistycznym? Wychowaniu, które pozwala też na dokonanie bez większych skrupułów 2 milionów aborcji rocznie.

Polka, Niemka czy nawet Francuzka, wierząca bądź niewierząca, decydując się na usunięcie ciąży, zdaje sobie sprawę, że w tej kwestii istnieją jakieś zasady religijne. Przeciętna Rosjanka po prostu tego nie wie. Dylematy dotyczące ludzkiej godności embriona ma z głowy. Prostytucja też nie jest dla niej ważkim problemem moralnym. W otchłań historii odeszły moralne zasady stalinizmu z ich surową pruderią i dbaniem o demografię, stąd i karą więzienia za aborcję. Kobietę otacza teraz – pozbawiona wszelkich zasad – lekkość bytu.

Czy tylko teraz? W swej Rosji w roku 1839 Astolphe de Custine z niemałym zażenowaniem, sumitując się, iż wspomina o tym tylko w imię prawdy, przytacza wiadomości, które posiadł w bardzo wykwintnym męskim towarzystwie:

Może to i nieźle, że wśród niewielu danych kobietom rosyjskim przyjemności od wieków nie opuszcza ich podwyższone libido? Wiedzą o tym przybysze z zagranicy, wiedzą i swoi. Wiktor Jerofiejew, znakomity pisarz i niezaprzeczalny znawca nie tylko duszy rosyjskiej, pisze w Encyklopedii duszy rosyjskiej: „Cienki jest lód rosyjskiej obyczajowości [...] Każda rosyjska dziewczyna z jednej strony jest wstydliwa, a z drugiej kurwiszon. Są co prawda subtelni działacze, zdaniem których taka kombinacja nie jest możliwa, gdyż jest sprzeczna z konstytucją życia. Jeśli jednak pozna się dziewczynę, jej przejście z jednego stanu do drugiego urzeczywistnia się zgodnie z zasadą. Sam mogłem tego doświadczyć”. W Rosji, kontynuuje autor, istnieje „pryncypialna niemożność kontrolowania siebie jako zewnętrznie kulturalnej masy cielesnej, zwycięstwo psychodelicznej rozwiązłości” [10]. Caryca Katarzyna II – twierdzi Jerofiejew – słynęła z nieokiełznanej namiętności nie dlatego, iż była nimfomanką, lecz „dlatego, że kobietom w Rosji chce się pieprzyć. O tym szczególnym zjawisku pisali wszyscy podróżnicy, nie wyłączając madame de Stael” [11]. Istotę rzeczy odkryli na szczęście uczeni niemieccy, którzy niedawno udokumentowali istniejący w kapuście kiszonej ogromny potencjał damskiego afrodyzjaku. Zupełnie serio podchodzą już do tego najbardziej znani dietetycy światowi. A ponieważ kapustę kiszoną Rosjanie (i Rosjanki) jedzą co najmniej raz dziennie, wszystko jasne.

Wasilij Kluczewski, najznakomitszy rosyjski historyk i pedagog, profesor nie tylko Uniwersytetu Moskiewskiego, lecz i seminarium duchownego na przełomie XIX i XX wieku, znajduje trafniejsze uzasadnienie familijnych kłopotów rodaków: „Nieszczęście Rosjan polega na tym, że mają wspaniałe córki, ale okropne żony i matki: rosyjskie kobiety to mistrzynie w podobaniu się i zakochiwaniu, ale nie umieją ani kochać, ani wychowywać” [12].

Trudno się pokusić o socjologiczne wywody, ale chyba nie tylko winą mężczyzn jest rozwód, którym kończy się tu niemal co drugie małżeństwo. Gdzie głowę obrócisz, tam samotna matka z dzieckiem.

Nie ułatwia to kobietom w Rosji znalezienia godnego miejsca. Rosja prowincjonalna biednieje, Rosja miast bogaci się. Tam panny łowią mężczyzn swych marzeń. Rosjanki są piękne – to skutek zmieszania ras. Rosjanki są inteligentne. Bardzo często – dobrze wykształcone. I zagubione na kolejnym wirażu historii, który wyrzucił je na pobocze. Nierzadko w charakterze malowniczej dekoracji.


Kto komu za ile?

Następne spotkanie z Rosją to urlop nad Morzem Czarnym.

Też w roku 1987, a więc jeszcze wtedy, kiedy obciążona niedolami i dziwactwami socjalizmu wschodnia część Europy przyklejała się do zachodniej jak zmurszały balkon do pięknej elewacji. Od Zachodu oddzielały nas paszporty i wizy wymagane przy wyjeździe do każdego kraju. Bez nich można było krążyć tylko w granicach państw obozu, a i to dopiero na późnym etapie socjalizmu. Dzisiejsza młodzież z tych krajów Europy Wschodniej, które w 2004 roku weszły w skład Unii Europejskiej, podróżująca już bez wizowych barier, słucha tego jak ponurej bajki.

Tak więc tamtej jesieni schyłkowego okresu socjalizmu, głównie z powodu niechęci do kolejek po wizy do lepszego świata, udaliśmy się na urlop do Związku Radzieckiego.

Maleńka miejscowość pod Soczi – Dagomys. Wyprawa zorganizowana przez największe polskie biuro podróży Orbis w kooperacji z największym radzieckim biurem podróży Intourist. Czasy radzieckich braków w zaopatrzeniu uzupełnianych przez polskich handlarzy. Rzeczywistość nie do pojęcia dla ludzi Zachodu. Rzeczywistość spychająca mieszkańców Europy Wschodniej – bez ich winy i woli – do roli cywilizacyjnych pariasów. Pozbawiająca obywateli Związku Radzieckiego (jednego z głównych zwycięzców II wojny światowej) dobrobytu i wszelkich jego przejawów, tak iż rzucali się łapczywie na kolorową tandetę produkowaną w innych socstranach. Zachwyt zaś i pożądanie wzbudzały u nich dobra wytworzone w państwach, które wojnę przegrały, rzeczy z Niemiec, z Włoch, z Japonii. Można by powiedzieć, że stan taki sami sobie zawdzięczali, przeprowadzając rewolucję październikową, ale nie upraszczajmy historii aż tak bardzo... To takie oczywiste: powojenny podział świata... To takie oczywiste, że dla obywateli socstran niedoścignionym marzeniem była para ładnych butów czy pachnące mydło. Kilka groźnych pomruków Stalina, kilka posunięć pióra Roosevelta i Churchilla, kilka – może niekoniecznych – ustępstw i w 1945 roku Jałta odcisnęła na życiu Europy Wschodniej, na jej wolności, pieczęć śmierci.

My – na wschód od Renu – byliśmy poddawani między innymi swoistej przemocy, przemocy brzydoty rzeczy. Ta radziecka była najdotkliwsza. Brzydota bezpardonowa. Powszechna. Zmuszająca łaknących odrobiny piękna do poniżeń i przestępstw: zajmujący się handlem zagranicznymi ciuchami farcowszczicy często kończyli w więzieniu. Polacy szmuglujący dobra wte i wewte ryzykowali najwyżej ich utratę. Podobnie jak Czesi i Słowacy na przykład. Nad kolorowymi szmatkami następowało zderzenie światów pozornie jednakowych (jeśli oglądało się je z daleka, z perspektywy Zachodu). Socjalistycznych. Mało kto zdawał sobie na tym Zachodzie sprawę z dzielącej je przepaści. My pojmowaliśmy to dopiero po przekroczeniu Bugu.

Czy Rosjanie, kupując od sąsiadów z socłagra rzeczy ładniejsze niż te produkcji rodzimej, czuli do tych sąsiadów sympatię? Wątpliwe. „Jakże to tak? – pytali. – My was utrzymujemy, u nas nędza, a u was dobrobyt?” Bo przecież przez cały czas istnienia Związku Radzieckiego władza tłumaczyła swym obywatelom, że wszystkie kłopoty gospodarcze wynikają z konieczności utrzymywania pozostałych państw socjalistycznych. Gdyby Francuz wytaszczył z walizki ten świat mody, byłoby to dla Rosjanina oczywiste. Wybaczalne. (Jakiemu jednak Francuzowi przyszłoby do głowy tachanie do Moskwy szmatek na sprzedaż? I po co? Żeby kupić sobie golarkę elektryczną, żelazko made in USSR lub obrączkę ze złota niskiej próby?).


Fotografujcie to, co jest u nas dobre – krzyczy.

Lokator z obozu socjalistycznego, zasobny w towary skromne, lecz niedostępne dla ludzi radzieckich, był – w gruncie rzeczy – wrogiem. Wrogiem dobrego samopoczucia przedstawiciela imperium. I kimś, kto ogołaca (dzięki łapówkom) radzieckie sklepy z nielicznych dóbr, którymi mogła się rodzima produkcja pochwalić: z wyrobów elektrycznych czy złota. Im głębiej obywatel wierzył w zapewnienia swych wodzów o wielkości narodu radzieckiego, tym mniej miał sympatii do socjalistycznych sąsiadów zza granicy zachodniej.

Trudno się dziwić. W ZSRR wszystko było bardzo tanie (a zarobki bardzo niskie) w porównaniu z resztą krajów obozu. Delegowani „od nas” (czyli z Polski, Czechosłowacji, Węgier) pracownicy różnych zakładów, central handlowych i innych przedsiębiorstw często zbijali majątki, przywożąc i sprzedając rzeczy, których w miejscowych sklepach brakowało. Przyjaźń między naszymi narodami była fałszem zarówno na wyżynach nadbudowy (większość jakoś nie mogła pokochać komunizmu), jak i na nizinach bazy (porażającej nędzy radzieckiej nawet w porównaniu z niedostatkiem panującym w innych demoludach). Jak to w praktyce wyglądało, starałam się pokazać, pisząc w 1990 roku:

Ponieważ Polska była największym państwem w obozie socjalistycznym, Polaków spotykało się tam pośród cudzoziemców najwięcej. Ale nie tylko dlatego pisał o nich popularny tygodnik „Ogoniok” i pokazywała ich telewizja. Żadne hasła głośno deklarowanej przez Moskwę przyjaźni nie przytępiły tlącej się od lat niechęci kremlowskich włodarzy do sąsiadów znad Wisły. Czym odpowiadali Polacy? Bardzo wielu tym samym.


Wódeczka

Aleśmy się nacierpieli z powodu całkowitej przymusowej abstynencji! Ślad tych cierpień obecny jest we wspomnieniu z Dagomysu pisanym w 1987 roku:

Podobny wątek pojawił się także w reportażu z Picundy [15], chociaż w Picundzie cierpieliśmy mniej dotkliwie, bo był tam przyjemny bazar i dobrzy ludzie, którzy rozglądając się strachliwie na boki, cicho pytali turystów, czy im czego nie trzeba, a miejscowy bimber zwany czaczą miał wyborny smak. Nie zmienia to faktu, że Gorbaczowowi przyszło do głowy, aby z narodu dogłębnie zalkoholizowanego zrobić – nie, nie społeczeństwo ludzi mniej pijących (to byłoby zrozumiałe) – naród abstynentów! Bardzo to zaważyło na popularności tego polityka.

Warto spojrzeć, jak się do tego procesu zabierano, by pojąć, do czego doprowadziła siedemdziesięcioletnia ciężka praca nad zamianą mózgu zwykłego w mózg komunistyczny. Co on potrafił!

Suchoj zakon wprowadzono w maju 1985 roku uchwałą Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KC KPZR) w sprawie metod pokonywania alkoholizmu. Ilość wypijanego wówczas czystego spirytusu wynosiła nieco ponad 10 litrów rocznie na głowę statystycznego obywatela (to znaczy, wliczając niemowlęta i starców). Obecnie (dane z roku 2006) wskaźnik ten przekracza 19 litrów.

Za uchwałą partii poszło rozporządzenie rządu, a konkretnie Ministerstwa Zdrowia (z 25 czerwca 1985 roku). Jego nieodwracalnym skutkiem było zniszczenie tysięcy hektarów cennej, uprawianej od wieków winorośli.

Oto fragmenty tego rozporządzenia:

Oprócz tego kategorycznie zabroniono organizowania różnego rodzaju uroczystości – narad, sympozjów, konferencji, a także przyjęć – z użyciem napojów spirytusowych (!). Wprowadzono też przymusowe leczenie „osobników prowadzących antyspołeczny styl życia”. Pozostałe przedsięwzięcia miały wstrząsnąć nie materią, lecz duchem. Nakazano bowiem, i to w terminie dwóch miesięcy, „opracować i zatwierdzić ulotkę o zgubnym wpływie alkoholu na młode pary, a także podjąć konieczne środki zmierzające do rozpowszechniania filmów antyalkoholowych dla ludności” [17].

Postanowiono walczyć z piciem wódki za pomocą wielkich wystaw stałych, takich jak wystawa pod tytułem Profilaktyka pijaństwa i alkoholizmu w Związku Radzieckim zorganizowana na największym w ZSRR terenie wystawowym WDNCh (Wystawka dostiżenij narodnogo choziajstwa – Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej) w Moskwie, oraz mniejszych wystaw objazdowych.

Efekt: z ciągłej sprzedaży zniknął cukier, najlepszy surowiec do wyrobu samogonu. Gdy go „rzucano”, przed sklepem ustawiały się kilometrowe kolejki. W Kazachstanie na przykład sprzedaż alkoholu zmniejszyła się wprawdzie o 30 procent (w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego), ale sprzedano 11 tysięcy ton cukru więcej, co pozwoliło wyprodukować 15 milionów litrów alkoholu [18]. Cukier stał się tak cenny, że woziło się go na drugi kraniec kraju dla babci w prezencie urodzinowym.

Trudno jednak zaprzeczyć, że spowodowana pijaństwem absencja w pracy zmniejszyła się o 20 procent, a liczba przestępstw dokonywanych po pijanemu zmalała o 9 tysięcy. Prawdą jest też, że nikt na ulicy się nie zataczał, nie bełkotał i pijany nie zamarzał w zimową noc. Kary skutkowały. Może gdyby w tym eksperymencie nie było tylu jawnych idiotyzmów, mógłby się powieść. Ale do tego trzeba by było najpierw zobaczyć człowieka w jego wymiarze prawdziwym, nie „nakazowym”, a potem tworzyć dla niego prawo. Człowieka jednak w Związku Radzieckim nie było: na górze kolektyw, na dole masy.

Eksperyment zmarł śmiercią naturalną wraz ze Związkiem Radzieckim. Budżetowi „kapitalistycznej” Federacji Rosyjskiej bardzo potrzebne były alkoholowe miliardy.

Rosja wróciła do normy. Na przykład 26 listopada 2001 roku tak zaczynałam wiadomość dla bloku informacyjnego TV Polsat: „Chociaż nocą w Moskwie mróz nie przekracza kilku stopni, od początku zimy zamarzło już sto pięćdziesiąt osób. Większość to ludzie bezdomni. W stolicy Rosji jest ich na pewno ponad tysiąc. Najwięcej wśród nich jest alkoholików”.

W Rosji piją wszyscy. Powiedzmy – 98 procent ludności, wyłączając niemowlęta. Picie jest normą. Od wieków. Markiz Astolphe de Custine w 1839 roku pisał zadziwiony (pewnie dlatego, że sam pić nie mógł, bo po alkoholu zapadał, biedaczek, na zdrowiu): „Nieumiarkowanie jest tu tak wielkie (mam na myśli nie tylko pijaństwo prostych ludzi), że jeden z ulubieńców Moskwy znika każdego roku na sześć tygodni. Wszyscy pytają, co się z nim stało. «Pije» i ta odpowiedź starczy za wszystko” [19].

Wychylają kieliszki telewizyjni bohaterowie, odwiedzająca cię koleżanka bez żenady wyciągnie z torby flaszeczkę, a pierwszą rzeczą, którą gościnny gospodarz postawi na stół, będzie wódka. Dlaczego? Rosjanie mawiają: Nie ot choroszej żyzni (nie z powodu dobrego życia).

Rosjanin najczęściej pije na umór, na śmierć, żeby przestać się dręczyć. Zalewa robaka, którego – bywa – nawet nie potrafi nazwać i z którego nie zdaje sobie sprawy. Dręczą go, jak ludzi pod każdą szerokością geograficzną, sprawy prywatne, ale to raczej nie one wpychają w nałóg i skracają życie. Dominującym, dławiącym uczuciem, które powoduje ciągłą konieczność szukania pociechy, jest – jakkolwiek by to patetycznie brzmiało – bezradność wobec przemocy. Psychicznej i fizycznej, doznawanej i zadawanej. W wymiarze małym i wielkim. W stosunkach państwo – jednostka. Państwo, które od wieków, niemal bez przerw, deprawuje poddanych tyranią, despotyzmem, terrorem, oraz jednostka, która zawsze, także i dziś, jest pomiatana przez urzędnika, bita przez milicjanta, grabiona przez inspektora, niesprawiedliwie traktowana przez sąd, straszona przez mafię, okłamywana przez media, ale kiedy sama staje się władzą, pomiata, bije, grabi, skazuje i okłamuje.

Piją ofiary i piją kaci (niemal wszyscy wracający z Czeczenii żołnierze – a przeszło ich przez Republikę około 4 milionów – kwalifikują się do leczenia z narkomanii i ciężkiego alkoholizmu). Przemoc – na przemian doznawana i stosowana – umieszcza wszystkich na zamkniętej orbicie strachu. Tam, gdzie prawo zawsze broni interesu państwa przeciwko jednostce i gdzie głos jednostki nic nie znaczy, jednostka unicestwia swą bezradność w jedyny dostępny jej sposób: unicestwiając siebie. Topiąc w wódce.

„Największą radością Rosjan jest pijaństwo, czyli, inaczej mówiąc, zapomnienie. Biedni ludzie – muszą śnić, aby zaznać szczęścia! Ale o ich dobroduszności świadczy to, że kiedy się upiją, zamiast wszczynać bitki, jak to mają w zwyczaju gdzie indziej, płaczą i całują się” – zapisuje Astolphe de Custine. I zauważa: „Dziwny to i szczególny naród! Warto doprawdy byłoby uczynić go szczęśliwym” [20].

„Laokoon jest dziecinną igraszką w porównaniu z życiem rosyjskim. Jednak, gdy wypijesz szklaneczkę, węże z sykiem rozpełzają się. Niebiosa jaśnieją. Nad Rosją wstaje słońce”. To już pisze autor rosyjski, twórca Encyklopedii duszy rosyjskiej, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy – Wiktor Jerofiejew. I dodaje: „Rosja to taki kraj, który produkuje ludzkie nieszczęście. Historia zapewniła jej wszelkie warunki, by bez przeszkód mogła być nieszczęśliwa. Władza rosyjska, niezależnie od orientacji, dobrze radzi sobie z zadaniami. Rosja posiada pozytywną niezdolność do tak zwanego normalnego życia” [21].

Jak tu żyć i nie pić?

Bywają z tym i teraz perturbacje.

To nieprawdopodobne, a jednak w połowie 2006 roku w sklepach zabrakło alkoholu. Władza robiła kolejne porządki. Przemyślane – jak zwykle.

W sprawie produkcji spirytusowej odbywa się od czasu do czasu między centrum a regionami swoiste przeciąganie liny. Państwo chce choć w pewnej mierze odebrać regionom zyski, które utraciło wraz z krachem centralistycznie kierowanej gospodarki planowej. Są to zyski nie mniejsze chyba niż z ropy naftowej czy gazu. Wódkę można jednak – w odróżnieniu od ropy – wyprodukować we własnym zakresie. I tym właśnie zajęli się z entuzjazmem gubernatorzy – władcy republik, czyli minipaństewek. Aby ich miliardy nie omijały Skarbu Państwa, aby jakoś kontrolować wódczane potoki, państwo wprowadza nowe przepisy. To one gdzieś na początku XXI wieku otuliły szyjki butelek szaliczkami akcyzowych znaczków. Znaczki ktoś centralnie i skrupulatnie liczył, potem je sprzedawał i można było wywnioskować, ile i jakiej wódki w danym czasie sprzedano oraz jakie do budżetu powinny wpłynąć dochody.

Teoretycznie, bo zaraz za akcyzami poszły ich podróbki. W moim ulubionym całodobowym sklepie przy pobliskiej stacji metra (wszystkie stacje metra są oblepione takimi przybytkami), jak w każdym innym podobnym sklepie w Rosji, najwięcej miejsca zajmowały półki z winem i wódką. Tą najelegantszą też. Wszystkie butelki w seledynowych szaliczkach akcyz, ale co drugi tam kupiony „najprawdziwszy koniak ormiański” palił gardło, jak przystało na zwykłą przepalankę z rozcieńczonego spirytusu i karmelu.

Towarem z mojego sklepiku nikt się nie otruł, podróbki należały do szlachetniejszych. Ale wiecznie złakniony, niebogaty naród, licząc na szczęście kupuje, co popadnie. W pociągu Moskwa – Władykaukaz (dwie doby jazdy) raczyliśmy się specyfikiem z firmową naklejką koniaku, który sprzedawała konduktorka za marne 30 rubli (mniej więcej za dolara). Nawet nieźle smakował. Skutków negatywnych nie zanotowano. Udało się! Zgodnie ze statystyką różne zajzajery w butelkach pozbawiają życia ponad 30 tysięcy obywateli rocznie.

I oto państwo postanowiło skończyć z przeciąganiem liny i przywrócić sobie kontrolę nad kurą znoszącą złote jaja.

Zapasy odbyły się pod rytualnym hasłem walki o zdrowie nacji.

Z początkiem roku 2006 ogłoszono rychłe wprowadzenie zmian. Kosztownych. Takich, by słabsi producenci odpadli. Wy dano rozkaz: wykupić nowe licencje, zakupić nowe oprzyrządowanie kontrolujące wielkość produkcji, zakupić znaczki nowej akcyzy. Początkowo nikt się tym nie przejął, licząc na zwyczajowy bałagan „na górze”. Aż nagle, w ostatnich dniach czerwca, rozpalone upałem powietrze skuł lód – wprowadza się jeden system informacyjny na cały kraj: JGAIS (Jedinaja gosudarstwiennaja awtomatizirowannaja informacjonnaja sistiema). Można sobie wyobrazić to cudo: jeden komputer, do którego grzecznie spłyną dokładne dane o produkcji wszystkich fabryk alkoholu z całej Rosji. Na trzeźwo – nie można.

Niemniej prezydent wniosek składa, parlament ustawę zatwierdza. Ustawę, która może miałaby sens w uporządkowanej Szwajcarii (jeśliby ta nagle zechciała się upijać na umór). Ponieważ ani producenci, ani handlarze się do tego nie przygotowali, pewnego dnia musieli odesłać z powrotem wagony z importowaną produkcją opatrzoną starymi akcyzami. Tequila wracała do Meksyku, sake do Japonii, whisky do Szkocji. W celu minimalizacji strat można było zostawić butelki na cle. Wraz z zakąską.

W drodze łaski pozwolono na tymczasowe doklejanie nowych znaczków akcyzowych na stare butelki. Nastąpiły męczące debaty: czy nowy szaliczek lepić na stary, czy stary oderwać, a nowy kleić z boku. W sklepach, magazynach i restauracjach latem 2006 roku nieszczęsne ofiary własnej opieszałości oraz geniuszu władz pochylały się nad tysiącami butelek i manipulowały przy każdej. Inaczej ich zawartość trzeba by wylać.

Centrum (czytaj: Kremlowi) kolosalne, niekontrolowane dochody z produkcji alkoholu nie podobały się też i z tego powodu, że czyniły gubernatorów w jakiejś mierze niezależnymi. Czy po wprowadzeniu tych wszystkich zmian zbiednieli, czy przekierowali strumień pieniędzy, gdzie trzeba – danych brak. Pamiętajmy jednak, że fabryka wódki teoretycznie należy do republiki. Zapewne ci gubernatorzy, którzy odpalają „partii władzy” (Jednej Rosji) odpowiednią dolę i urządzają wszelkie wybory tak, jak administracja kremlowska żąda, zarabiają krocie, jak dawniej. Innym podesłano na dyrektorów fabryk spirytusu „swoich” ludzi, którzy skrupulatnie stosują się do przepisów.

Można sobie skądinąd wyobrazić tę Niagarę łapówek, która zalała wydających nowe licencje i akcyzy inspektorów. Tak się składa, że większość z nich jest bliska władzy centralnej: pochodzi z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), dawnej KGB. Zaś cały ten manewr najwidoczniej zmierza do przywrócenia państwowego monopolu alkoholowego. Stop! Państwu przecież nie o pieniądze idzie! Państwo nie jest zazdrosne o prowincjonalną władzę! Państwo wyłącznie troszczy się o obywateli. Zapewne więc dlatego nowymi przepisami nawet z aptek wymiata nalewkę głogową na spirytusie oraz każdą inną, a także wydaje walkę wodzie kolońskiej marki Potrójna, wymagając wykupienia i dla niej akcyzy na alkohol. Może słusznie, ale co zrobi sinonosy ludek bez dotychczasowego wsparcia moralnego? Rozpuści pastę do butów? Bywały już podobne praktyki...

„No więc zanotujcie sobie przepis na «Balsam Kanaański». Człowiek ma tylko jedno życie i przeżyć je trzeba tak, żeby nie zrobić błędu w przepisach: denaturat – 100 g; piwo ciemne – 200 g; oczyszczona politura – 100 g”. Miłośnicy Rosji natychmiast poznają prozę Wieniedikta Jerofiejewa [22] z 1969 roku – Moskwa – Pietuszki. „I oto macie «Balsam Kanaański» (potocznie zwany «srebrny lis»). Płyn o kolorze czarnoburym, umiarkowanej mocy i trwałym zapachu. Właściwie to już nie jest zapach, to już jest hymn. Hymn młodzieży demokratycznej” [23]. Inny przepis Wienieczki w koktajlu Duch Genewy poleca wodę kolońską Biały Bez, preparat przeciwko poceniu się nóg, piwo Żygulowskie i lakier do podłóg.

Czy Wienieczka żartował? Chyba nie. O takich miksturach wspomina także klasyk prozy komunistycznej Nikołaj Ostrowski w dziele Jak hartowała się stal. Zaś we wszystkich eleganckich i sympatycznych aptekach (apteki w Moskwie to przybytki naprawdę życzliwej obsługi, często z dyżurującymi lekarzami) spotyka się nie żebraków nawet, tylko zwykłych obywateli, którzy drżącymi rękami supłają ostatnie grosze na różnego rodzaju „nalewki zdrowotne”, a w perfumeriach – na najtańsze wody kolońskie. Po ostatnich ustawach muszą tych groszy supłać więcej.


BOMŻ (biez opriedielionnogo miest żitielstwa – bez określonego miejsca zamieszkania). Tu: na stacji metra Dmitrowskaja.

Gdy się przemierza Europę z zachodu na wschód, staje się jasne, że do Renu pije się inaczej niż za nim. Europa Środkowa zaadaptowała (w górnych warstwach) whisky i inne zachodnie brewerie, ale naprawdę to nadal pije wódkę. Tyle że Polak odmierza ją kieliszkami pięćdziesięcio-, no – powiedzmy – stugramowymi, a Rosjanin szklankami. I nie ma najmniejszego żartu w twierdzeniu, że Rosjanin jest genetycznie znakomicie uodporniony na trucizny zawarte w alkoholu. Wieść gminna niesie, że książę Włodzimierz w 988 roku zdecydował się przyjąć chrześcijaństwo obrządku wschodniego, bo zezwalało na częste użytkowanie lubianych już wtedy krzepkich trunków.

Moskwa, początek roku 2004, skwer między domami. W jednym mieści się liceum humanistyczne. Wysypuje się z niego młodzież, rozsiada na ławkach, wyciąga butelkę, pije „z gwinta”. Dziewczęta też. Zapijają piwem. Posiedzą, pogadają, idą do domu. Czasem tylko, prawie niewidocznie, się zataczając. Nie pamiętam, by jakoś szczególnie hałasowali. Awantur też nie widziałam, a mieszkałam obok.

A jednak nie przejdzie się przez ulicę, by tu i tam nie zobaczyć indywiduów ledwo trzymających się na nogach, leżących na ławkach albo pod nimi, ledwie powłóczących nogami. W wagonach metra wieczorem zawsze śpi paru szczególnie „zmęczonych” obywateli płci obojga. Jeśli w Rosji do sklepu wchodzi mężczyzna, to w osiemdziesięciu wypadkach na sto wpadł tu po wódkę, no, może z jakąś minimalną zakąską. Kobiety ustępują pola mężczyznom, ale nie tak bardzo. Nieoficjalne statystyki ostatnich lat mówią o około 9 milionach zarejestrowanych alkoholików i przeszło 2 milionach alkoholiczek.

W samej Moskwie co roku 2,4 tysiąca osób wypadało, wyskakiwało albo było wypychanych z okna; prawie trzy czwarte z nich umierało, a niemal wszyscy w chwili wypadku byli pijani [24].

Leczenie państwowe? Oczywiście się odbywa. Nienachalnie i oszczędnie. Kwitnie za to biznes rozmaitych hochsztaplerów leczących z alkoholizmu w ciągu doby itp. W gazetach ogłaszają się cudotwórcy, którzy „kodują” (zamawiają) dolegliwość. Ustawiają się do nich kolejki. Przy metrze, w każdym kiosku o nazwie Sklepik Życia, znajdzie się dziesiątki roślinnych specyfików, krajowych i zagranicznych, mających zmniejszyć skutki nadużycia spirtnogo lub – zgodnie z etykietką – wyzwolić z nałogu raz na zawsze. Kosztują majątek. Są kupowane.

Czasem ma się wrażenie, że Rosja naprawdę chciałaby pewnego dnia obudzić się trzeźwa, czysta i wesoła. Szczęśliwsza. Mniej obolała. Mikstury tu nie pomogą. Musiałaby się zmienić atmosfera. Musiałaby zaistnieć władza, która choć trochę szanowałaby poddanych i mniej raniła ich duszę. Dusza to jednak nie jest oficjalna kategoria polityczna. Jest nią rezultat wyborów. Rezultat manipulowania tą duszą i tumanienia umysłów. Władzę wybierają ciągle tacy sami, tak samo okłamywani i tumanieni obywatele. „Instytucje narodowe są takie, jak naród, i nawet gdy zmieniają formę, nie zmieniają swej istoty” [25]– konstatuje Gustave Le Bon, pierwszy w dziejach specjalista od psychologii tłumu.

Alkoholika Jelcyna Rosja znienawidziła przede wszystkim za wstyd, którego jej przysparzał i którym ją poniżał. Putina pokochała za trzeźwość. Ale trzeźwość to nie gwarant szacunku dla wyborców. I choć jego popularność ciągle plasuje się w notowaniach wysoko, to właśnie pod rządami Putina nastąpił widoczny wzrost alkoholizmu.

Roczny zysk ze sprzedaży napojów alkoholowych w 2005 roku osiągnął najwyższy w historii wskaźnik: 9 miliardów dolarów.


Szpiegomania

Nadszedł maj 1990 roku. W Polsce przed rokiem de facto skończył się socjalizm. Nastały dla mnie nowe czasy. Mam nowy adres: Moskwa, ulica Bolszaja Spasskaja 12, a na drzwiach mieszkania numer 132 – wywieszkę: „Telewizja Polska”. To z powodu męża. Ja całe dotychczasowe życie byłam tylko wyrobnikiem maszyny do pisania. Zanim jej tu zacznę używać, muszę choć trochę pojąć, gdzie jestem.

Mieszkam w superdomu. Przy ogrodzeniu – budka strażnika. Dalej – parking, większość samochodów to dobre, zachodnie marki. Trawniki starannie strzyżone, klatki schodowe pucowane, windy myte czymś pachnącym, zsypy na śmieci – też. To dom dla obcokrajowców. Dipkorpus. Dla korpusu dyplomatycznego, pracowników różnych instytucji zagranicznych i dziennikarzy. Zajmuje się nim (i wszystkimi mu podobnymi) specjalne przedsiębiorstwo, ściągając za arendę miesięcznie tyle, ile przeciętny Rosjanin nie zarobi przez rok. Cudzoziemcy zatrudnieni w Moskwie musieli tam mieszkać jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych. Gdzie indziej zameldowania by nie dostali. A zameldowanie w Rosji to rzecz absolutnie podstawowa. Ani dnia bez meldunku!

Lata dziewięćdziesiąte nadal ciągnęły za sobą zwyczaje socjalistyczne – wszystkie mieszkania przedstawicieli tak zwanych demoludów były opłacane przez ministerstwa, firmy, redakcje. Ale kapitalizm przetrzepał kasę i firm, i redakcji, więc coraz częściej ich pracownicy starali się mieszkać poza dipkorpusami. Władze z wolna przyjęły to do wiadomości. Dla cudzoziemca życie poza specjalną enklawą bez ochrony nie jest jednak zbyt bezpieczne i stanowi ostateczność. No i w zwykłych domach windy tudzież zsypy na śmieci miewają specyficzny, miejscowy zapach.

Na początku lat dziewięćdziesiątych – tak jak przez cały czas trwania ZSRR – cudzoziemców wciąż traktuje się wyjątkowo. Żeby więc nie narażać ich na zetknięcie ze zwykłym radzieckim sklepem, gdzie oprócz odrzucającego zapachu nie ma nic, co dzień przyjeżdżają z zarządu dipkorpusów (Uprawlenije po dipkorpusam – UPDK), biorą zamówienia i przywożą do mieszkania to, co zamówiono wczoraj: kawior czerwony (rzadziej czarny), łososia w puszkach, kraby w puszkach i inne luksusowe konserwy, salami węgierskie, kury bułgarskie oraz wyriezkę. Wyriezka, czyli polędwica wołowa. Luksus. Tyle że jako jedyne mięso nadające się do jedzenia, zamrażane gdzieś tam i rozmrażane, a więc o dość dziwnym, słodkawym smaku – po pewnym czasie śniła się po nocach.

Potem mieliśmy do dyspozycji specjalny sklep. Dla mnie powód do wstydu. Wobec tutejszych czułam się głupio. Proponowałam Wali, która u nas sprzątała, że jej coś w tym sklepie kupię. Odmawiała. Nie kojarzyłam, że UPDK jest ściśle związane z MSW. Potem się dowiedziałam, że pracownicy UPDK też mają swoje sklepy. Może mniej specjalne, ale zawsze – pałace luksusu wobec tych zwyczajnych. Nie wiedziałam też, że ścisły regulamin określa kontakty z obcokrajowcami. Przyjmowanie od nich świadczeń (w postaci choćby zakupów w sklepie) w zakres tych kontaktów zdecydowanie nie wchodziło. Mieli za to inne wobec nas obowiązki...

Powoli wtapiałam się w Moskwę, popełniając rozliczne błędy.

Na przykład błąd metodologiczny. Oczywistości, że „jednostka zerem, jednostka bzdurą” [26], nie przyjęłam za aksjomat. Ciągle zadziwiała mnie pozycja człowieka wobec władzy. Na kolanach, na czworakach, plackiem. Dziwił, a raczej przerażał, stopień unicestwiania człowieczeństwa w człowieku: unicestwiania moralnego, fizycznego, psychicznego. Codziennego i odświętnego. Naiwnie myślałam, że my – bracia w socjalizmie – mamy to już za sobą. Niewiedza o Związku Radzieckim mściła się stratą czasu i energii na poznawanie tego, co inni wiedzieli od dawna. Inni, którzy mieli z nim do czynienia wcześniej. I boleśniej. Ale dostępna mi lektura czasopism ukazujących się na Zachodzie była w tej kwestii dość oszczędna. W naukowych analizach czy zwykłych artykułach roztrząsano różne układy na Kremlu, prognozowano (jak choćby sławny sowietolog amerykański Jerry F. Hough) wieczne trwanie ZSRR, nie zajmowano się natomiast człowiekiem.

Może dlatego moją pierwszą wysłaną do kraju notatką (z 1990 roku) była ta o nieszczęsnym obywatelu Kazaczkowie:

Chyba nikt się nie spodziewał, że – z czasem – takich Kazaczkowów będzie przybywało, a nie ubywało. Rosyjscy liberałowie, adepci młodej demokracji, nie widzieli tego w najbardziej ponurych koszmarach sennych. Ani oni, ani my – obserwatorzy – nie przypuszczaliśmy też, że demokratyczny Zachód zezwoli Kremlowi na terror, koniunkturalnie przymykając oczy. Że będzie milczeć ONZ, a organizacje obrony praw człowieka – zauważywszy dramat – nie uratują człowieka. Pierwszego, drugiego, dziesiątego, następnego. Dziś, pod koniec drugiej kadencji prezydenckiej Władimira Putina, trudno już zliczyć ludzi niewinnych, siłą bezprawia wpychanych do więzień i łagrów.

Czy taki obrót spraw przewidywali doradcy Jelcyna, dzięki którym 24 lipca 1998 roku Putin objął – na dwa lata przed prezydenturą – stanowisko szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa? Może nie przewidywali, ale się z nim pogodzili. Bo właśnie od tamtego czasu Rosję przesłonił cień procesów stalinowskich. Cień terroru. Dziś, kiedy bezprawie jest normą, na jakikolwiek opór już za późno. Zaś gwarant wszechświatowej demokracji, prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush, ogłasza światu, że „widzi w Putinie porządnego człowieka”. A przywódcy państw, potęg światowych, przybyli w lipcu 2006 roku do Petersburga na szczyt G8, milczą o narastającym w Rosji terrorze, bo tak sobie życzy gospodarz.

Czyż Putin nie jest genialnym politykiem? Zmusza do milczenia nie tylko swój naród, ale i najpotężniejszych na świecie! Pomyśleć tylko, jak wyglądałby ten świat, gdyby taką potęgę siły i woli skierować nie na utrwalanie Imperium Zła, lecz przeciwnie...

Tak więc jedenaście lat po notatce o Kazaczkowie (który podobno jednak wyjechał wreszcie do USA) trzeba było wrócić do tematu szpiegowskiego. W 2001 roku powstał więc tekst o tym ponurym problemie:

Nowa Rosja, Rosja Władimira Putina, to kraj krzepnącej gospodarki, liberalnych reform, wielopartyjności, wolności słowa. Można ją tak – przy dobrej woli – widzieć. Można i inaczej.

Zmonopolizowana przez władzę informacja telewizyjna jest – jak dawniej – propagandą. Wśród powracających z przeszłości tematów „antyzachodniość” pobrzmiewa w niej jak refren. Jak refren wracają „elementy zagrażające państwu”, nienazywane wprawdzie – jak w czasach Wielkiego Terroru – wrogami narodu, lecz zwyczajnie szpiegami.

Wśród słuchaczy „inteligenckiej” radiostacji Echo Moskwy zapytanych w czerwcu 2001 roku, czy wierzą we wrogi stosunek Zachodu (szczególnie USA) do Rosji, 70 procent odpowiedziało twierdząco. Wierzą w to nawet ludzie trzydziestoparoletni, bo ta prawda, choć podawana inaczej niż w ich dzieciństwie i młodości, budzi znane emocje. Przekonanie o wszechstronnym zagrożeniu omija chyba tylko najmłodsze pokolenie.

Obywatel Federacji Rosyjskiej powinien wzmocnić czujność w stosunku do innych (i do siebie). Wierzyć we wrogów za granicą i we wrogów „wewnętrznych”, własnych. W pierwszym szeregu na tym apelu postawiono naukowców, ekologów, dyplomatów i dziennikarzy.

Kto następny? Może nim być każdy.

4 grudnia 2000 roku w FSB pojawiło się zarządzenie zezwalające na rozpoczęcie „działań operacyjnych” (podsłuchiwanie, śledzenie itp.) na podstawie anonimowego donosu. Sąd Najwyższy Federacji Rosyjskiej zarządzenia nie unieważnił. Orzekł jedynie, że „FSB doniesienia anonimowe ma tylko s p r a w d z a ć, a nie r o z p a t r y w a ć”.

Z kolei w maju 2001 roku ukazała się nowa instrukcja Rosyjskiej Akademii Nauk (RAN) dotycząca „zabezpieczenia przed stratami, które może ponieść Federacja Rosyjska”. Instrukcję otrzymały wszystkie instytuty naukowe Rosji. Zgodnie z nią władze tych instytutów i ich pracownicy muszą wcześniej powiadamiać odpowiednie instancje o kontaktach z osobami z zagranicy, o wspólnych pracach i podaniach o międzynarodowe granty. Odpowiedzialni za kontakty z zagranicą pracownicy instytutów i akademii naukowych muszą być wcześniej poinformowani o wszystkich planowanych przez laboratorium lub grupę badawczą wizytach obcokrajowców. Wyjeżdżający za granicę pracownicy naukowi będą zobowiązani do składania sprawozdań ze swego tam pobytu, a także kopii swych artykułów mających się tam ukazać.

Szpiegomania, niemal zanikająca za późnego Gorbaczowa, pojawiła się na krótko w początkowym okresie „demokracji” Jelcyna. W 1993 roku FSB aresztowała dwóch naukowców – chemików związanych z opracowywaniem i likwidacją broni chemicznej – Wila Mirzojanowa i Lwa Fiodorowa. Sprawa rozsypała się po paru miesiącach. Naukowcy spędzili je w areszcie.

Alergia na szpiegów nasiliła się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, a pod ich koniec – wraz ze zmianami w strukturze i kierownictwie FSB – przerodziła się w epidemię. Wprowadzono nową kategorię oskarżenia o zdradę państwa: szpiegostwo analityczne.

Rok 1997. Najbardziej znaną ze spraw tego typu była sprawa Grigorija Paśko, dziennikarza wojskowego gazety „Bojewoja Wachta” oskarżonego o zdradę państwa. Sąd Floty Oceanu Spokojnego utrzymywał, że Paśko był współpracownikiem japońskiego wywiadu. Zwolniono go w lipcu 1999 roku z braku dowodów przestępstwa, ponownie aresztowano w listopadzie 2000 roku. Kolegium wojskowe Sądu Najwyższego skierowało jego sprawę do powtórnego rozpatrzenia, nie powołano jednak ani jednego obiektywnego eksperta do zbadania dokumentów „szpiegowskich” (de facto dziennikarskich). Paśko znalazł się ponownie w więzieniu. Petycje (w tym do prezydenta Federacji Rosyjskiej) licznych komitetów społecznych, a także Olega Mironowa, rzecznika praw człowieka w Rosji, domagające się, by Paśko odpowiadał z wolnej stopy, nie odniosły rezultatu.

Rozprawy toczyły się przy drzwiach zamkniętych. Prośbę o umożliwienie robienia zapisu wideo, który pozostałby w sądzie – odrzucono. Przy powtórnym rozpatrywaniu sprawy okazało się, że radykalnie zmieniono wiele dokumentów zawierających zeznania świadków.

Rok 1998. Do więzienia w Moskwie wędruje pięćdziesięciotrzyletni Walentin Mojsiejew, wicedyrektor I Departamentu Azji w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. 16 grudnia 1999 roku moskiewski sąd miejski uznaje go winnym szpiegostwa i skazuje na dwanaście lat pozbawienia wolności oraz konfiskatę majątku. O sprawie szczegółowo piszę dalej.

Rok 1999. Aresztowany zostaje w Kałudze i oskarżony o szpiegostwo oraz przekazanie tajnych informacji wywiadom USA i Wielkiej Brytanii trzydziestopięcioletni Igor Sutiagin – fizyk, doktor historii, kierownik wydziału badań wojskowo-politycznych Instytutu USA i Kanady przy Rosyjskiej Akademii Nauk, autor prac drukowanych także za granicą, między innymi wydanej w 1998 roku w Moskwie książki Strategiczeskoje jadiernoje woorużenije Rossiji (Strategiczne uzbrojenie jądrowe Rosji).

Sutiagin nie miał dostępu do tajnych materiałów i korzystał wyłącznie ze źródeł powszechnie dostępnych (naukowych i prasowych). W akcie oskarżenia czytamy, że „wprowadzał je do kategorii materiałów tajnych”, ale co to znaczy – trudno zgadnąć.

Dyrektor FSB Nikołaj Patruszew oskarżył o działalność szpiegowską konsultującego się z Sutiaginem Joshuę Hendlera, aspiranta ze Stanów Zjednoczonych, który pisał dysertację o rozbrojeniu jądrowym. Mieszkanie Hendlera zrewidowano, zabrano komputer, a jego samego zmuszono do opuszczenia Federacji Rosyjskiej.

Ten sam rok 1999, Władywostok. O „przekazanie technologii, które mogą być wykorzystane w celach wojskowych”, oskarżony jest Władimir Szczurow. W sierpniu 1999 roku zatrzymano na cle moduły akustyczne, które profesor Szczurow, twórca i kierownik laboratorium szumów akustycznych przy Instytucie Oceanu Spokojnego RAN, członek rzeczywisty Nowojorskiej Akademii Nauk, przygotowywał do wysyłki do Chin. Moduły te miały wziąć udział – na podstawie kontraktu międzynarodowego zatwierdzonego przez Instytut i wszystkie kompetentne instancje – w dawno zaplanowanych wspólnych badaniach z naukowcami chińskimi. Laboratorium szumów akustycznych to ostatnia tego typu jednostka w Rosji i jedna z nielicznych na świecie. Jego prace mogły się przyczynić do unowocześnienia poszukiwań łodzi podwodnych.

W sierpniu 2000 roku Szczurow znalazł w mieszkaniu powieszonego syna. Milicja twierdziła, że to samobójstwo. Równocześnie zniknęły dyskietki zawierające wszystkie prace syna i ojca: rezultaty ekspedycji, szkice i schematy.

Rok 2001, Krasnojarsk. Aresztowany zostaje fizyk Walentin Daniłow. FSB utrzymuje, że przekazywał on Chińczykom dane stanowiące tajemnicę państwową. W imieniu Krasnojarskiego Uniwersytetu Państwowego Daniłow podpisał z chińską firmą kontrakt na przygotowanie stanowiska doświadczalnego do prób z chińskimi sputnikami. Koledzy naukowca skierowali list otwarty do organów śledczych, w którym twierdzą, że jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych zdjęto z jego prac naukowych pieczęć tajności. Obrona, powołując się na opinie ekspertów, utrzymywała, że do oskarżenia o zdradę państwa nie ma żadnych podstaw.

Rok 2001, Czelabińsk. Wędruje za kraty oskarżony o współpracę z zagranicą Walerij Kowalczuk, wynalazca pocisku do strzelania bezdźwiękowego, właściciel patentu, którym nikt w Rosji nie zechciał się zainteresować.

Rok 2001, Woroneż. 27 kwietnia sąd rejonowy skazał dwudziestotrzyletniego Johna Edwarda Tobbina na trzy lata i miesiąc kolonii karnej za posiadanie narkotyków (2,5 grama marihuany) i za handel nimi. Do zarzutów związanych z – jawnie podrzuconymi – narkotykami dodano później oskarżenie o szpiegostwo.

Tobbin jest absolwentem amerykańskiej wyższej szkoły wojskowej w stanie Nowy Meksyk. W Woroneżu przygotowywał pracę doktorską na temat zmiany upodobań politycznych Rosjan w ostatnich latach. Dowodem oskarżającym Tobbina są zeznania rosyjskiego naukowca Kuzmina, który podczas pobytu w amerykańskim więzieniu miał rozmawiać z Tobbinem (wówczas dziewiętnastoletnim), który przedstawił się jako pracownik CIA.

Tobbin nie zwrócił się do prezydenta Putina z prośbą o ułaskawienie, twierdząc, że oznaczałoby to przyznanie się do winy.

Rok 2001, Omsk. Została przesłuchana przez FSB amerykańska profesor ekonomii Elizabeth Swift. Usiłowaniem szpiegostwa nazwano to, iż studenci profesor Swift interesowali się działalnością przedsiębiorstw Omska.

Tyle suche fakty. Co za nimi stoi? 8 lipca 1999 roku Władimir Putin powiedział „Komsomolskiej Prawdzie”:

Przypatrzmy się więc bliżej sprawie Mojsiejewa, inne są do niej w znacznym stopniu podobne. Wszystkie toczą się przy drzwiach zamkniętych, materiał dowodowy oskarżenia ma podobnie znikome oparcie w faktach i podobnie lekceważący jest w nich stosunek do prawa.

Wieczorem 3 lipca 1999 roku Mojsiejew przyjmował u siebie południowokoreańskiego dyplomatę Czo Son U. Po jego wyjściu Mojsiejewa aresztowano. Od północy do rana przeprowadzano rewizję, także na daczy. Nie znaleziono żadnych dowodów działalności szpiegowskiej.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Help
Terms and conditions