Ebook Gustaw Holoubek. Wspomnienia z niepamięci Holoubek, Gustaw Marginesy

Gustaw Holoubek. Wspomnienia z niepamięci (ebook)

Author:

Holoubek, Gustaw

Price: 39,90 zł
+39 pts (buy for 19,95 zł)
Add to cart Publisher: Marginesy Year of publishing: 2009 Category: Biography Language: Polish Format: EPUB (DRM) (to download on e-reader, smartphone, tablet or computer)

W tej niezwykłej książce, Gustaw Holoubek wskrzesza czasy swego dzieciństwa i młodości w rodzinnym Krakowie. Opowiada o rodzinie, przyjaciołach, kolegach i nauczycielach. Prowadzi nas ulicami, którymi chodził codziennie, daje nam odczuć klimat, koloryt i magię tego miasta, odtwarza atmosferę lat przedwojennych, czasu okupacji i pierwszych lat po wojnie. Szczęśliwy los ocalił Kraków i zachował go w takim stanie, jak w czasach narratora, dzięki temu te wspomnienia mają i będą miały zawsze realne tło, są swoistym przewodnikiem po mieście wielkiego aktora, który opisuje je słowami zakochanego, zauroczonego jego pięknem. Drugie wydanie Wspomnień z niepamięci zostało wzbogacone o wspaniałą kolekcję zdjęć z archiwów rodzinnych i teatralnych. To książka dla miłośników teatru i pięknego słowa, dla tych, którzy podziwiali i kochali Gustawa, dla tych w których pamięci żyje on wciąż, choć odszedł już rok temu.

Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.

Table of contents

Informacje o książce
Wstęp
Ojciec

Copyright © by Magdalena Zawadzka
Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2009

Redakcja: Zespół

Korekta: Irma Iwaszko

Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: Anna Pol

Fotografia na okładce copyright © Włodzimierz Wasyluk

Źródła fotografii:
archiwum prywatne Magdaleny Zawadzkiej
archiwum rodzinne Krzysztofa Słysza
zbiory Muzeum Historycznego Miasta Krakowa
zbiory Archiwum Artystycznego i Biblioteki Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
zbiory Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem
archiwum wydawnictwa Marginesy

ISBN
978-83-928431-0-8

Wydawnictwo Marginesy
ul. Młynarska 18, 05-500 Piaseczno
tel./fax: (22) 737 04 17
marginesy@marginesy.com.pl, redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl

Warszawa 2009

Skład i łamanie: Paweł Zdanowicz

Druk i oprawa:
Toruńskie Zakłady Graficzne Zapolex Sp. z o.o.
ul. Gen. Sowińskiego 2/4
87-100 Toruń


Późną jesienią 2006 roku przystąpiłem do realizacji filmu dokumentalnego o moim Ojcu i jego wielkim przyjacielu Tadeuszu Konwickim, zatytułowanego Słońce i cień. Zdjęcia rozpoczynaliśmy zwykle około ósmej rano, a kończyliśmy już o czternastej, ponieważ panowie po obiedzie odmawiali dalszej współpracy, tłumacząc się zmęczeniem i znużeniem. Była to zresztą prawda. W dzikim, nietkniętym cywilizacją lesie warunki były trudne nawet dla naszej młodej ekipy, a co dopiero dla starszych panów, którzy dzielnie przedzierali się w mroźnym już wtedy powietrzu przez podmokłe tereny i gęste krzaki. Zdaje mi się, że trzeciego dnia zdjęciowego dobrnęliśmy do kolejnego tematu ich rozmowy, którym była śmierć. Postanowiłem poruszyć z Ojcem tę kwestię przed kamerą, ponieważ przez całe swoje życie, obserwując i słuchając Go, nigdy nie słyszałem w jego ustach słowa „śmierć”. On tego unikał, nie obciążał ani mnie, ani nikogo z bliskich tym znanym wszystkim zdaniem, używanym często przez dziadków i babcie: „...Bo kiedy ja umrę, to ty zrozumiesz...” albo „...zobaczysz”. Może dzięki takiej, a nie innej Jego postawie zawsze traktowałem Go jak młodego człowieka, wciąż idącego przed siebie, snującego fantastyczne plany mimo wyniszczających chorób i okrutnej starości.

Pamiętam, że kiedy Ojciec zaczął mówić przed kamerą, wszyscy zamilkli, nie tylko w sensie dosłownym, ale także zamilkli wewnątrz. Widziałem to w twarzach: dźwiękowca, asystenta kamery, kierowników produkcji i innych członków ekipy. Ja także czułem, że mówi coś bardzo ważnego, ale wtedy jeszcze nie do końca rozumiałem, co miał na myśli. Zaczął wywód od dowcipu. To było w Jego stylu. Mówić o rzeczach ważkich lekko, z dystansem, nie nadawać im zbyt patetycznego tonu. Potem padły słowa:

...To jest ciekawe, co powiedział mój syn mi,
że nigdy z moich ust nie słyszał słowa „śmierć”.
Są tacy ludzie, którzy na przykład wykupują miejsca na cmentarzach...
Pomniki sobie szykują już z napisami...
...Celebrują.
Dla mnie to jest nie do pojęcia.
Ja po prostu nie wierzę w śmierć, nie wierzę.
To jest strasznie głupie, co mówię,
ale to jest wynikiem
po pierwsze mojego lęku przed śmiercią,
a po drugie pewnego takiego domniemania,
czy ja wiem, jak to nazwać, jakiegoś przeczucia,
poczucia, że nikt nigdy jeszcze nie umarł.


Wszyscy, którzy odeszli, cały krąg moich przyjaciół,
znajomych, ludzi, których kochałem,
z którymi obcowałem bez przerwy,

łącznie z moimi rodzicami,
którzy odeszli, nie umarli.
Oni wszyscy nie umarli,
w dalszym ciągu żyją w mojej wyobraźni...

Tego dnia kiedy Ojciec zmarł, to, co powiedział dwa lata wcześniej przed kamerą, dotarło do mnie w całej swojej prostocie i mądrości. I wtedy, i teraz czuję się spokojny, bo wiem, że Ojciec tak naprawdę nie umarł i nigdy nie umrze. Żyje w mojej wyobraźni realny i prawdziwy. Wiem, że jest ze mną i przy mnie prawie na wyciągnięcie ręki.

Dla mnie Jego autobiografia Wspomnienia z niepamięci niesie w sobie nie tylko ładunek wspaniałej historii i pięknej literatury, ale także, a może przede wszystkim wielką pochwałę i umiłowanie życia, życia, w którym śmierć jest nieważna.

Jan Holoubek
Warszawa, styczeń 2009


Ojciec


Ojciec Gustaw Holoubek, lata trzydzieste XX w.

Matka moja była ze wsi. Pochodziła gdzieś ze wschodniej Małopolski i nigdy nie dowiedziałem się, jakim cudem znalazła się w Krakowie, aby wyjść za mąż za magistrackiego urzędnika. Zdążyła z nim mieć trzech synów, kiedy ten cichy, ujmujący człowiek zmarł na serce w wieku trzydziestu sześciu lat. Na fotografii miał ogromne, ciemne oczy, drobną, bladą twarz i czarne, podkręcone do góry wąsy. Ojciec mój mieszkał na tej samej ulicy – naprzeciwko. Miał może czterdzieści trzy albo czterdzieści cztery lata, kiedy umarła jego czeska żona, zostawiając syna i córkę. Matka mówiła, że był piękny, kiedy w letnią, słoneczną niedzielę stawał na balkonie swojego mieszkania, wśród pelargonii i nasturcji, rozglądając się pogodnie i bez powodu. Zwłaszcza jego koszula była olśniewająca, biała aż do niebieskości, dopasowana ściśle do ciała.

Tak więc kiedy się pobierali, mieli już pięcioro dzieci. Matka lubiła opowiadać, jak to kryła się ze mną przez pierwsze parę miesięcy, zanim objawiła ojcu radosną niespodziankę. Nie bardzo mogę sobie wyobrazić, jak to się odbyło w naszym wupokojowym mieszkaniu. Czy ojciec siedział zamknięty w kuchni z pięciorgiem dzieci, czy wysłano je do sąsiadów, kiedy akuszerka wniosła mnie na dłoni. Ojciec, wściekły, zapytał: „Chłopiec czy dziewczynka?”. „Dziecko” – odpowiedziała basem i zanurzyła mnie w wanience.

Pamiętam zapach matki, gdy pochylała się wieczorem nad moim łóżeczkiem, ubrana do wyjścia, wydekoltowana, ze sznurem pereł zwisającym z szyi. Kładła je ciężko na moich piersiach i ustami dziwnie małymi i wilgotnymi dotykała mojej buzi. Był to zapach perfum, słodkich, rozlewających się perfum. Zapach, który utkwił mi w pamięci na zawsze, ponieważ nigdy już takiego nie spotkałem. Łóżeczko było żelazne, z siatką, która zamykała się z trzaskiem, odcinając mnie od bezpiecznego świata, gdzie wszystko było dostępne i pełne przestrzeni. Teraz trzeba było się kulić, wtulać w najdalszy kąt, przykrywać szczelnie aż po czubek głowy, by stać się niewidzialnym dla oczu wszystkich potworów i zmór, które przychodziły do mnie zaraz po zamknięciu oczu. Miały kształt przenikających się nawzajem ramion i rozwartych ust – chciały mnie połknąć, udusić, wchłonąć. Tylko raz jeszcze powróciły do mnie te sny – później, w okresie dojrzewania, inne, ale równie uporczywe. Tym razem prześladowały mnie formy mniej konkretne, obłe, cielesne, ale bez twarzy, w ciągłym ruchu szukania najdogodniejszej pozycji do wzajemnego kontaktu, czułe, tulące się do siebie. Nie budziły grozy, ale męczyły ogromnie tym, że uciekały przed dotknięciem mojej dłoni, że nie dawały się objąć. Od tego czasu opuściły mnie sny albo straciłem umiejętność ich zapamiętywania. Ale te pierwsze, pełne zmór, powodowały, że za każdym razem byłem bliski umierania, i gdyby nie mój krzyk, wydarty ostatnim wysiłkiem woli i rozpaczy, pewnie doszłoby do tego.


Matka Eugenia Holoubek z trzema synami z pierwszego małżeństwa: Janem, Józefem i Zdzisławem, ok. 1920 r.

Płakałem potem cichutko, szczęśliwy z odzyskanej rzeczywistości, czekając na ojca sakramentalne: „Chodź już, chodź”. Biegłem w długiej aż do ziemi różowej koszulce, wślizgiwałem się dokładnie w tym miejscu, gdzie schodziły się dwa łóżka, potem, zagarniany przez matkę, ze szczęścia traciłem zmysły, zapadałem w sen bez snów.


Ojciec z córką Helenką i synem Sławomirem, dziećmi z pierwszego małżeństwa, ok. 1910 r.

A ojciec był rzeczywiście cudowny. Widzę go na końcu naszej ulicy, kiedy skręcając z placu Na Stawach, idzie prosto w kierunku domu, coraz bardziej wyrazisty, wsparty na lasce, którą za każdym krokiem wyrzuca wysoko w górę, w kapeluszu na bakier, w szerokim rozpiętym palcie, z pakunkiem zwisającym na sznurku zaczepionym o środkowy guzik kamizelki.


Pięcioletni Gucio na Plantach w Krakowie

Ojciec Gustaw Holoubek na czele pochodu drużyny Sokołów, Kraków, lata dwudzieste XX w.

Płynął jak okręt, kołysząc się lekko na boki, a mnie zamierało serce z lęku i dzikiej ciekawości – co za jego powrotem spadnie na mnie nowego, olśniewającego. Pędziłem jak wariat na górę, krzycząc od progu: „Ojciec idzie!”, i dom w jednej chwili zamieniał się w ul rojny od czynienia porządków, ustawiania wszystkiego na swoim miejscu – jakby złapany na gorącym uczynku chciał zdążyć jeszcze zatrzeć ślady występku. Bo ojciec był wojakiem z temperamentu i powołania. Oficer Drugiej Brygady Legionów Polskich, uczestnik kampanii karpackiej, swą niewielką resztkę życia, tę właśnie, którą wypełnił moje dzieciństwo, poświęcił innym, poza własnym domem.


Ojciec Gustaw Holoubek, zdjęcie z ok. 1900 r. wykonano w zakładzie artystyczno-fotograficznym ARTUR w Krakowie, na rewersie zdjęcia znajduje się dedykacja dla pierwszej żony Marii: Me předrahe Maránce vénuje Twuj Gustaw
(Mojej najdroższej Mariance dedykuje Twój Gustaw)

Działacz „Sokoła” krakowskiego, jeździł na zloty do miasteczek małopolskich, do Pragi czeskiej, przybrany w piękną czamarę zwisającą z jednego ramienia, w pąsowej koszuli, w butach z cholewami, w czapce z gołębim piórem pieczętowanym biało- -czerwoną rozetą. Patronował klubom sportowym, uczył gimnastyki. W zapamiętaniu, bez chwili zmęczenia. Uciekał z domu o ósmej rano, by wracać – niekoniecznie tego samego dnia – późnym popołudniem albo wieczorem. I te powroty właśnie były jak powrót słońca. Rozpromieniony, oszalały z radości, obdarowywał nas jakimiś straszliwymi dziwadłami. Za dużymi albo za małymi butami, nie na tę porę roku, albo kwiatami zaklętymi w szklanych kulach, albo ciastkami w ilości mogącej pożywić kompanię wojska. Nie miał gustu, a może jeszcze bardziej wstydził się kupować. Brał wszystko, co mu podsunięto albo co wydawało mu się ładne, bez wybierania, w panicznym pośpiechu. Biedna matka musiała używać podstępów, aby dowiedzieć się, skąd wytrzasnął dla niej np. niebieskie pończochy. Biegła potem do sklepu z pretensjami, domagając się zamiany: „Ten pan – mówiła sprzedawczyni – żądał tych z wystawy. Tłumaczyłam mu, że są spłowiałe od słońca, ale on oświadczył, że nic mnie to obchodzi”. „Na drugi raz niech pani nie słucha wariatów” – oświadczyła matka.

Czy pamiętam ojca? Wyłania mi się tylko z mgły, z nierzeczywistości, w kilku miejscach, na chwilę. W sali „Sokoła”. W czasie popisów gimnastycznych. Wśród widzów otaczających parkiet siedzi na wydzielonej ławce, pośrodku dłuższego boku prostokąta, w otoczeniu wąsatych panów, z których każdy ma założoną nogę na nogę, cwikier na nosie i zwisającą przy kamizelce dewizkę od zegarka. Ojciec ma przyklejony do twarzy napięty uśmiech i od czasu do czasu, podczas oklasków po udanym ćwiczeniu, sprawdza, jakie wrażenie zrobiło to na sąsiadach. Albo w czasie świąt Bożego Narodzenia. Przed wojną w dniach Wigilii i Bożego Narodzenia zawsze padał śnieg. Zmierzch zapadał podobnie jak dziś, koło wpół do czwartej, i wtedy w blasku gazowych latarni można było zobaczyć tysiące tańczących płatków, które bardzo długo utrzymywały się w powietrzu, zanim z niechęcią kładły się na chodniku lub jezdni.


Gmach Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” przy ul. Józefa Piłsudskiego 27, 1932 r., fot. Agencja Fotograficzna „Światowid”

Patrząc z okna ciepłego domu, przez wychuchaną „dziurkę” w zamarzniętej szybie, nie można było oderwać oczu od tego białego wirowania. Na ulicy robiło się coraz ciszej, tak że kroków biegnących przechodniów nie było już słychać. A spieszyli się wszyscy. W dzień wigilijny było nie do pomyślenia, by po godzinie piątej pozostawać poza domem. Kiedy otwór w szybie znowu wypełniał się szronem, wracałem do pokoju. Pachniał świeżą pastą do podłogi, czystością olbrzymiego stołu nakrytego białym obrusem i ledwie wyczuwalnym zapachem choinki. Nie było jej jeszcze. Stała, byłem tego prawie pewien, w sąsiednim pokoju zamkniętym na klucz, do którego wstęp był kategorycznie wzbroniony. Drzwi otwierały się nieskończenie później, po wigilijnej wieczerzy, kiedy z olbrzymiej tuby gramofonu, z szumu i charkotu postarzałej płyty wybuchała kolęda.

Ale najpierw był ranek tego cudownego dnia. A właściwie świt. Zdumiewający jest świat widziany oczami nagle obudzonego dziecka. W ten niezupełnie jeszcze jasny dzień, rozświetlony sztucznie przez pierwszy śnieg. Ciężar snu opada tak nagle, jak gwałtownie zdarta zasłona z czarodziejskiego lustra, i widzi się wszystko w ostrości jednoczesnej wszystkich planów. Włochatego konia na biegunach, ciepłą puszystość dywanu, przejrzystość firanek, śpiące jeszcze okna domu naprzeciwko, graficzną suchość zmarzniętych wokół niego drzew. Porażająca radość sprawia, że chciałoby się posiąść to wszystko naraz, wtulić w siebie, nikomu nigdy nie oddać. Skąd się bierze to olśnienie, to samolubne przywłaszczanie świata, jakby dany był tylko nam i nam jedynie objawiony? Może z potwornie mocnego bicia serca, z krwi, która – słyszysz to – płynie zasobnie przez wszystkie arterie, dociera w niezmierzonej obfitości do policzków, brzucha, czubków palców. Albo z wcześniejszego wyroku, z którego wówczas, u zarania świadomości, nie zdajemy sobie sprawy, którego nie tylko nie przeczuwamy, ale o którym w ogóle nie wiemy, że zapadł. Że oto w tym ułamku sekundy, w tej jednej chwili niezawinionego uniesienia powiek zostaliśmy skazani na wieczną pamięć o piękności świata. Choć całe życie będzie temu przeczyć. Choroby, ciemnota naszego umysłu, brzydota i nikczemność ludzi, rozpaczliwa odległość Boga i codzienna bliskość zła – na tym jednym śladzie, na tym jednym porażającym skurczu pamięci oprzemy cały sens istnienia, nieustającą tęsknotę do miłości. Bo czymże innym, jeśli nie znakiem miłości jest owo pragnienie, aby choć raz otoczyć czułością wszystko: ludzi, przedmioty, niebo i ziemię.


Ojciec Gustaw Holoubek w mundurze Legionów Polskich, 1915 r.

Rewers zdjęcia

Ojciec siedział u szczytu wigilijnego stołu. Już przy barszczu z uszkami sytuacja była napięta. Wyszukana grzeczność dzieci i liryczne milczenie matki nie mogły zmylić nikogo. Katastrofa wisiała w powietrzu. Jedynie ojciec nic nie przeczuwał. Gadał i był szczęśliwy. I dokładnie wtedy gdy nasza wytrzymałość osiągała kres – zawsze o tej samej porze, przy pierwszych kęsach smażonego karpia – ojciec przerywa w pół zdania, czerwienieje jak indyk, oczy wychodzą mu z orbit, rozpoczynając dziki taniec, ściąga wraz z obrusem filiżanki i talerze, po czym uderzony w kark przez najbliższego pasierba w szalonych spazmach odzyskuje oddech. „Ta cholerna ryba” – brzmi w ustach ojca jak tryumfalne bicie dzwonów. Na to właśnie czekaliśmy. Dalej leci już wszystko jak lawina. Babki, makowce, serniki, przekładańce, boski strudel jeszcze gorący, pachnący jabłkami i cynamonem, wreszcie otwarcie zakazanych drzwi, a za nimi rozżarzona choinka, wielka, do sufitu, i prezenty, prezenty. A wszystko w obłędnej radości, śmiechu i łzach.


Ojciec Gustaw Holoubek w młodości

Była w naszym mieszkaniu nyża. Nie pamiętam, czy w jednym z pokoi, czy może w kuchni. Chyba w kuchni, która była olbrzymia i pełna zakamarków. W tej nyży stało łóżko, szerokie, przyparte do ściany, otoczone makatkami. Spały tam od czasu do czasu osoby spoza domu. Jakieś ciotki z prowincji, zapóźnieni koledzy braci albo szwaczka, która obszywała dom. Na dłuższy czas zajmowałem to łóżko ja, kiedy nawiedzała mnie gorączka. Na taborecie, tuż przy mojej głowie, siadywała siostra i przy naftowej lampie, bo elektryczność tam nie docierała, czytała mi książki.


Ojciec Gustaw Holoubek, lata dwudzieste XX w.;

rewers zdjęcia

Wtedy w każdym domu były jeszcze naftowe lampy. Najbiedniejsze wisiały na gwoździach wbitych w ściany mrocznych, zagraconych pomieszczeń. W piwnicach albo na strychach. Nieduże, wsparte o metalową tarczę, miały zakopcone szkiełka, sczerniałe knoty i przysadziste zbiorniczki na naftę. Świeciły tak, jak wyglądały – nikłym, niedomówionym światłem. Dlatego aby zajrzeć do miejsc szczególnie skrytych, trzeba było zdejmować je ze ścian. Ostrożnie, powoli, koniecznie w pozycji pionowej, wędrowały wśród kurzu i pajęczyn, kładąc się ostrą teraz smugą na dziwacznych, fantastycznych przedmiotach. Żelaznych konstrukcjach zapomnianych łóżek, narzędziach do niczego niesłużących, rozprutych, porzuconych lalkach, na ciągle jeszcze kolorowych zwałach drewnianych pak po egzotycznych kolonialnych wiktuałach, na spiętrzonych do sufitu wilgotnych stertach granatowych węgli, skrzyniach porośniętych już ziemniaków albo na beczkach z kiszoną kapustą na zimę, nakrytych deseczkami przywalonymi olbrzymimi kamieniami. Potem, zdmuchiwane dokładnie przez niosących je ludzi, zawisały znowu na ścianie, porzucone nieczułością, zatrzaśnięte drzwiami, zamknięte na wielkie zardzewiałe kłódki. Te na wolności, w salonach i sypialniach rozległych mieszkań, były wspaniałe. Zwisały z sufitu nad jadalnymi stołami, stały na nocnych stolikach po obu stronach małżeńskich łóżek albo przy głębokich, miękkich fotelach, gdzie najwygodniej było czytać i zasypiać w atmosferze tej szczególnej beztroski, kiedy pamięć spożytego obiadu nie pozwala myśleć o niczym. Lampy te prześcigały się w urodzie. Majestatyczne wielkością, zmysłowe wyszukaną formą, walczyły o oryginalność, o niepowtarzalny, sobie tylko właściwy wyraz. Jak to się działo, że prawie niepodobieństwem było spotkać dwie takie same? Czy tylu było pomysłodawców, rzemieślników, aby spośród tysięcy nie znaleźć sobie podobnych?


Ojciec Gustaw Holoubek (trzeci od lewej) na strzelnicy, lata trzydzieste XX w.

Inkrustacje naftowych zbiorników z różnobarwnego szkła miały postać róż, lilii, bławatków, łączonych splątanymi łodygami. Na wpół ubrane damy z włosami upiętymi w kok omdlewały secesyjnie na szezlongach, kanapach, pośród zwiewnych muślinów i drapowanych jedwabiów. Pękate amorki zawieszone na błękitnym niebie dmuchały wzdętymi policzkami w srebrzyste albo złote trąby, zwiastując pochwałę miłości. Nad zbiorniczkami tkwiły szkiełka mieniące się przezroczystością, smukłe albo subtelnie wybrzuszone, a w nich serca lampy – naftowe płomyki, na które można patrzeć śmiało, bez zmrużenia powiek, dające tylko tyle jasności, ile trzeba dla wydobycia z mroku miejsca, które oświetlały. I wreszcie wieńczące klosze. Najbardziej wyrafinowane, bo najbardziej odpowiedzialne za ostateczny kształt i urodę. Zawieszone niezależnie nad korpusem lampy albo umieszczone na metalowych kręgach, ściśle wkomponowanych w całość konstrukcji. Forma ich miała dać ostateczną odpowiedź na sens pomysłu twórcy i zaświadczyć o jego guście. Były więc klosze skromne, z białego mlecznego szkła, jak obcięte górne połowy butli przeznaczonych do przechowywania octu albo fermentacji owocowych win. Inne, o kształtach olbrzymich odwróconych talerzy albo owalnych firanek ze szklanych dzwoniących wisiorków, albo przygiętych ciężarem dojrzałości tulipanów – mieniły się wszystkimi kolorami świata, chcąc za wszelką cenę dać świadectwo jego bogactwa.

Światło żadnej z tych lamp nie padało na mojego ojca, kiedy widziałem go po raz przedostatni. Choć nie jestem pewien, czy go widziałem. Zaciera mi się w mroku, w oddaleniu, w niedostępności. Bo przecież gdybym mógł być blisko niego, gdyby porażający strach nie bronił mi dostępu, pamiętałbym dotyk jego rąk albo jego słowa, albo niemożność ich wypowiedzenia. Wiem tylko, że cierpiał ponad siły, że potem w miarę upływu godzin cichł coraz bardziej, jakby przygotowując się na przyjęcie czegoś, co ma nadejść, a co trzeba przywitać w milczeniu.


Informacja prasowa o śmierci ojca Gustawa Holoubka, Kraków 1933 r.

A może było inaczej. Może to on mnie odepchnął, uciekł, skrył się przede mną w kuchennej nyży, w najdalszym kącie świata i zgasił wszystkie światła, żebym nie mógł zobaczyć jego brzydoty i poniżenia. Tak. Wszystko wtedy działo się poza nim. W jego obecności, ale poza nim. Lekarz pochylony nad łóżkiem, a potem w przyciszonej rozmowie z matką, gdzieś w przedpokoju, już koło drzwi wyjściowych. My wszyscy bez słowa krążący po mieszkaniu. Zamarli, kiedy w szalonym pośpiechu wpadli sanitariusze z noszami i wynieśli go okrytego pledem, jakoś tak krzywo, przekrzywionego, w ciemność schodów.

Był chyba piątek. Na pewno. Bo potem przez długie jeszcze lata myślałem sobie, że w tym dniu, co Chrystus. Albo w tydzień przed, albo po Wielkim Piątku, w kwietniu. Padał deszcz, kiedy wieczorem jechałem z matką dorożką do szpitala na ulicę Kopernika. Nienawidzę tej ulicy. Od kościoła Świętego Mikołaja aż do jej końca po obu stronach ciągną się szpitale. Brzydkie, zimne, sterylne, w oparach karbolu i zawsze w deszczu. Stoją obok siebie osobno, do wyboru, zapraszająco, ale ich bramy wyglądają tak, jakby otwierały się tylko do wewnątrz. W zakrytej budzie dorożki matka trzymała mnie za rękę i płakała. Mówiła, żebym się nie bał, że ojciec wygląda pięknie, jakby spał, że zawsze był piękny, że powinienem być z niego dumny, tylko że się nie szanował, nie słuchał, choć tyle razy prosiła, błagała.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Books similar to: Gustaw Holoubek. Wspomnienia z niepamięci

Books by: Holoubek, Gustaw

Last viewed books

Help
Terms and conditions