Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.
Bruno Jasieński
Człowiek bez ojczyzny
„Taka kara, choć na to nie zasłużyłem, będzie w pełni sprawiedliwą formą samoobrony radzieckiego państwa przed wrogami i przyjmęją bez sprzeciwu. Tylko niech Pan nie pozwoli dalej mnie męczyć – jestto moja ostatnia i jedyna prośba”.
Ten tragiczny w treści list wystosował do szefa NKWD i generalnego komisarza bezpieczeństwa państwowego Nikołaja Jeżowa, więzień polityczny, Bruno Jasieński w 1938 roku na krótko przed swoją śmiercią. Do niedawna znany i hołubiony przez władzę pisarz, autor licznych utworów prozatorskich tłumaczonych na języki zachodnie, stał się strzępem człowieka, przerażonym i steranym torturami desperatem błagającym jak o łaskę o szybką karę – śmierć. Przyjrzyjmy się jego życiu, charakterystycznemu w swojej kapryśnej zmienności, dla tamtej epoki. Epoki powstawania totalitaryzmów europejskich, będącej upiorną ilustracją chińskiego przysłowia-przekleństwa „Obyś żył w ciekawych czasach”. Nie tylko dla Jasieńskiego owe „ciekawe czasy” stały się tragicznym i beznadziejnym, chociaż początkowo jakże obiecująco-zwodniczym signum tempori.
Futurysta z pomieszanym rodowodem
Urodził się w Klimontowie, dużej wiosce, która utraciła prawa miejskie, położonej niedaleko Sandomierza, 17 lipca 1901 roku jako Wiktor Zysman. Niektóre źródła podają, że przyszedł na świat jako Bruno Zyskind, ale jego ojcem był lekarz, Jakub Zysman, do niedawna jeszcze członek żydowskiej wspólnoty wyznającej prawo mojżeszowe. Porzucił jednak swoją religię i przyjął chrzest, żeby poślubić Polkę i katoliczkę, Eufemię Marię Modzelewską. Zanim przyszedł na świat Wiktor- późniejszy Bruno – mieli już syna, Jerzego. W momencie narodzin drugiego potomka, jego ojciec miał czterdzieści lat, a matka trzydzieści cztery. Dziecko zostało natychmiast ochrzczone, nadano mu imię Wiktor. Pana Jakuba lubiano i szanowano we wsi. Po latach nazwano jego imieniem jedną z ulic obecnego Klimontowa Sandomierskiego. Państwo Zysmanowie mieli jeszcze córkę, Irenę.
Kiedy Wiktor miał siedem lat zmarł jego ojciec. Trójkę dzieci usynowił daleki krewny matki, mieszkaniec Kowna, Iwan Jasieński. Poza formalnym nadaniem dzieciom polskiego nazwiska, nic więcej z tego aktu nie wynikało. Być może Iwan Jasieński wspomagał finansowo byłych Zysmanów, ale na ten temat brakuje jak dotąd pewnych danych. Kolejne fakty z życia Wiktora są następujące.
Uczył się w warszawskim liceum im. Mikołaja Reja, ale edukację przerwał wybuch I wojny światowej. Matka z trójką dzieci wyjechała do Moskwy. Tam Wiktor ukończył polską szkołę średnią, tam również uległ fascynacji rosyjską poezją futurystyczną, zwłaszcza Włodzimierzem Majakowskim, bardzo popularnym w moskiewskim środowisku artystycznym, nie tylko jako poeta, ale i aktor (występował w filmach). Po przewrocie bolszewickim rodzina powróciła do kraju. Wiktor zaczął pisać oraz tłumaczyć poetów rosyjskich. W ten sposób narodził się Bruno Jasieński, bo właśnie tym imieniem i nazwiskiem nabytym w wieku siedmiu lat podpisywał własne i tłumaczone utwory. Zamieszkał w Krakowie i zapisał się na Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studiował filozofię oraz filologię polską. Kiedy Armia Czerwona ruszyła na Polskę, Bruno zaciągnął się na ochotnika do wojska. Spędził w armii cztery miesiące, ale trudno mówić o jego aktywnym wkładzie w obronę ojczyzny. Zorganizował w koszarach wieczór poetycki na którym odczytał utwory będące… pochwałą agresora. Trafił za to do aresztu (miał szczęście, że go nie rozstrzelano za dywersję ideologiczną) i w sumie spędził za kratkami dwa miesiące czyli połowę swojej wojskowej służby. Wrócił z wojska jeszcze bardziej zbuntowany i zaczął wyrażać swój protest wobec świata coraz bardziej dosadnie w twórczości literackiej. W 1921 roku ukazał się pierwszy tom jego wierszy futurystycznych zatytułowany „But w butonierce”.
Rozpoczął się pierwszy- skandalizujący – okres jego pisarstwa. Poeta atakował czytelnika warstwą wizualno-dźwiękową swoich wierszy, pisanych z urąganiem zasadom ortografii, a raczej zasady te łamiących w sposób prowokacyjny. Pisownia była fonetyczna (np. „dni dziwne” to „dńi dźiwne, a „chodnik” to przez przekorę „hodnik”, „rzeka” to „żeka” itp). Tak pisane utwory, sławiące „miastomasę-maszynę”, według ideologii twórcy włoskiego futuryzmu, Tomaso Marinettiego, wywoływały aplauz jednych, a do białej gorączki doprowadzały innych. Może nawet futuryzm polski przeszedłby bez większego rezonansu jako rodzaj pseudoartystycznego dziwactwa, gdyby nie to, że futuryści wkładali dużo sił i energii w odpowiednią autoreklamę. Autoreklamę kreowaną za pomocą skandalu.
A do skandali nadawały się wieczory autorskie, na których poeci futurystyczni recytowali swoje utwory. Pierwsze publiczne wystąpienia Jasieńskiego odbywały się w krakowskim klubie „Katarynka”, założonym razem z Tytusem Czyżewskim i Stanisławem Młodożeńcem. Trzech przyjaciół po piórze serwowało widzom niczym dania swoje recytacje nie stroniąc przy tym od różnego rodzaju błazeńskich popisów, a publiczność ryczała ze śmiechu lub gwizdała, a często robiła jedno i drugie.
Ten krakowski okres jego życia i twórczości tak wspominał po latach Witold Zechenter:
„Widzę go jak spaceruje po Plantach krakowskich w latach dwudziestych – i to wyłącznie na odcinku między ulicą Szewską a Uniwersytetem. Jakby nigdzie indziej nie chodził, jakby w dzień pogodny, w słońcu, które złotymi płatami sypało się przez cień kasztanówna aleję, jeszcze nie pokrytą twardym betonem, życzliwą miękką alejęplantową, pośrodku której co kilkadziesiąt metrów stały latarnie gazowe… jakby tylko na tym odcinku przebywał, przechadzał się, kłaniał, uśmiechał. (…) Chodził ekscentrycznie ubrany, inny surdut, innespodnie – spodnie jasne, surdut ciemny, chyba z malarskiego materiału, jakiegoś aksamitu czy sztruksu, kolorowa koszula, czarna atłasowa muszka, albo czerwona wstążka związana w kołnierzyku. Niekiedy nawet nosił monokl, zawsze – laskę, lekką ze srebrną gałką. (…)Takiego widzę go do dziś – z tą laseczką, w aksamitnej marynarce,w monoklu na alejce Plant krakowskich, czy też zaszytego w kąt paryskiej kawiarni – człowieka już bez ojczyzny, poetę, którego zaszczuto,banitę, dopytującego się, jak tam w Krakowie – i proszącego, by Kraków pozdrowić od niego”
(„Bruno Jasieński”, w: „Życie Literackie”, 5 grudnia 1965).
Wkrótce Jasieński wyjechał do Warszawy. Tutaj właśnie ukazał się „But w butonierce”, tutaj rozpoczęła się jego prawdziwa kariera. Wszedł do kręgu stołecznych futurystów, zaprzyjaźnił się z Anatolem Sternem, Tadeuszem Peiperem i innymi literackimi buntownikami. W marcu 1921 roku w sali Filharmonii Warszawskiej odczytał „Manifest w sprawie krytyki artystycznej”. Kolejne deklaracje artystyczne – „Manifest w sprawie poezji futurystycznej” oraz „Do narodu polskiego w sprawie natychmiastowej futuryzacji życia” (oba z kwietnia tego samego roku) – zostały odczytane w sali Towarzystwa Higienicznego przy akompaniamencie wrzawy, wygwizdów i hałaśliwego aplauzu.
Bruno i jego koledzy po futurystycznym piórze organizowali wieczory autorskie w różnych częściach ówczesnej Rzeczypospolitej. A publiczność tak zwanego terenu nie zawsze była tak wyrozumiała jak przyzwyczajeni do różnorodnych nowości i dziwactw mieszkańcy stolicy. Podczas futurystycznych recitali dochodziło do demonstracji, wyzwisk, a nawet obrzucania recytujących wiersze wykonawców jajkami. Często interweniowała policja. Zdarzało się nawet, że niektórzy trafiali za kratki. Tak było, na przykład, z Anatolem Sternem, który podczas wieczoru autorskiego w Wilnie odczytał wiersz, w którym porównywał Boga do lokaja. Zrobiła się nielicha zadyma. Autora omal nie zlinczowano, a następnie oskarżono o publiczne bluźnierstwo. Trafił do aresztu na kilka tygodni, zanim ostatecznie zwrócono mu wolność po licznych interwencjach wpływowych przyjaciół wspierających towarzystwo futurystów (jednym z nich był pisarz i pułkownik, Juliusz Kaden-Bandrowski).
Jak można było przewidzieć, fascynacja futuryzmem szybko przeszła Jasieńskiemu. Owszem, współpracował jeszcze z awangardową „Zwrotnicą” wydawaną przez Tadeusza Peipera, ale ciągnęło go w kierunku bardziej konkretnym, bardziej związanym z rzeczywistością. Zawsze wrażliwy na społeczną krzywdę, zaczął skłaniać się w stronę komunizującej lewicy. Nawiązał współpracę ze źle widzianymi w ówczesnej Polsce czasopismami: „Nową Kulturą” i „Trybuną Robotniczą”. Mówienie o kimś, że komunizuje, było wówczas wilczym biletem, wystawieniem poza nawias. Dotyczyło to każdego, bez względu na pochodzenie społeczne. W praktyce, rzecz jasna, na o wiele więcej mógł sobie pozwolić potomek szanowanej rodziny polskiej o szlacheckich lub mieszczańskich korzeniach niż pochodzący z małego miasteczka (a raczej większej wioski) parweniusz i w dodatku pochodzenia żydowskiego. Pochodzenie to – zawsze kłopotliwe w większości krajów Europy i nie tylko – było szczególnie niewygodne ze względu na fakt, że Komunistyczna Partia Polski, organizacja postrzegana przez ogół społeczny jako wywrotowa i szkodząca interesom państwa polskiego, składała się w dużym stopniu z Polaków o żydowskich korzeniach, zwabionych pod czerwone sztandary wizją nowych możliwości i mrzonką sprawiedliwości społecznej.
W 1924 roku wydał razem ze Sternem tom wierszy pt. „Ziemia na lewo”. Było to nowe określenie artystyczne Brunona. Korzystając z awangardowych środków wyrazu (obaj porzucili pisownię fonetyczną jako nie odpowiadającą oczekiwaniom mas) poeci wyrażali nowe treści, bardziej społeczne, kontestujące rzeczywistość, pełne buntu i radykalizmu. Jasieński zamieścił w tym tomie (wydanym w nakładzie 1000 egzemplarzy, a firmowanym przez oficynę KPP „Książka”) między innymi świetny, zrytmizowany „Marsz”, w którym to poetyckim majstersztyku słowa poszczególnych wersów padają niczym marszowa komenda tworząc onomatopeiczną ciągłość melodyczną.
Sytuacja poety komplikowała się coraz bardziej. Postrzegano go jako wywrotowca lub błazna, a sytuacji na pewno nie poprawiły dwa ataki na niego jakie wyszły spod piór wybitnych pisarzy.
Pierwszym był obszerny esej Stefana Żeromskiego „Snobizm i postęp”, opublikowany w 1923 roku. Autor „Siłaczki”, przyznając Jasieńskiemu niekwestionowany talent poetycki, zarzucił mu ślepe uleganie rosyjskim wzorom i działanie przez to na szkodę języka polskiego poprzez stosowanie udziwnionej, fonetycznej pisowni. Siła zarzutu była trafna, choć rychło utraciła swoje znaczenie, gdyż jak już wspomnieliśmy Jasieński sam zrezygnował z tego rodzaju literackiej awangardy.
Drugi atak był chronologicznie wcześniejszy (artykuł ukazał się w „Robotniku” w 1922 roku), a wyszedł spod pióra Karola Irzykowskiego, który w rozprawie „Plagiatowy charakter przełomów literackich w Polsce” z właściwą sobie bezwzględnością i analitycznym zmysłem rozpracował wpływy poezji Majakowskiego na polskich poetów futurystycznych. Wpływy niekiedy bardzo bliskie, pełne zapożyczeń, momentami faktycznie bliskie plagiatowi. Dostało się Sternowi, dostało Czyżewskiemu, Watowi, Słonimskiemu, a także Jasieńskiemu. Dzieło Irzykowskiego kończyło się mocnym akcentem: „To jestatmosfera pasożytnictwa, rozleniwienia umysłowego, w której żadnanowa myśl ani forma literacka zrodzić się nie może. Jesteśmy ciurami Zachodu. (…) Tolerancja dla plagiatu wiąże się z tolerancją wobec paska, wobec partactwa, niesprawiedliwości, brudu, kradzieży”. Artykuł ten, aczkolwiek nie pozbawiony istotnych uwag i bystrych spostrzeżeń, jako całość był krzywdzący i niesprawiedliwy wobec rodzimych futurystów, którzy zapatrzeni w Majakowskiego istotnie niekiedy powielali (zwłaszcza na początku swoich karier) pewne schematy i konwencje typowe dla kolegów zza wschodniej granicy. Ale mieli także swoje oryginalne osiągnięcia jako poeci futurystyczni, docenione przez czytelników i historyków literatury.
Pisząc o tym okresie życia i pracy twórczej Jasieńskiego nie sposób nie wspomnieć o jego „Prologu” do „Wesela” Wyspiańskiego oraz inscenizacjach dramatów polskich mistrzów w Klimontowie. W latach 1919-1922 Bruno odwiedzał swoje rodzinne strony i założył lokalny teatr dający spektakle w sali gimnastycznej miejscowego liceum ogólnokształcącego, mieszczącego się w zabytkowych murach byłego klasztoru. Poeta wyreżyserował i wystawił m.in. „Ich czworo” Gabrieli Zapolskiej oraz „Sędziów” Stanisława Wyspiańskiego, a także – a raczej przede wszystkim – „Wesele”. Prolog do arcydzieła Wyspiańskiego napisał w Krakowie i jest w nim mowa o zrywie narodowym, ale nie tyle przeciwko zaborcy, ile wyzyskiwaczom społecznym. Poeta wprowadza nową postać, jest nią Widmo Głodu. Sam wyrecytował prolog, a w roli Pana Młodego obsadził swojego brata, Jerzego. Rachelę zagrała siostra, Irena, zwana Renią. Wspomnieć należy w tym miejscu o rychłej śmierci ukochanej siostry poety i przejmującym wierszu „Pogrzeb Reni” jaki jej poświęcił. A napisany w 1922 roku poemat „Pieśń o głodzie” zadedykował zmarłej.
W 1923 roku poeta wyjechał do Lwowa. Współpracował tam m.in. z „Wiekiem Nowym” i kabaretem Mariana Hemara, w którym ostrzył swoje zapomniane dzisiaj pióro satyryka. Poznał tam i poślubił w 1925 roku Klarę Arem, córkę bogatego kupca żydowskiego. Za pożyczone od teścia – czy też podarowane w posagu – pieniądze wyjechali do Francji i osiedlili się w Paryżu. W życiu Jasieńskiego rozpoczął się nowy okres, najbardziej triumfalny, ale i pełen wyrzeczeń i bolesnych konfrontacji.
Sławny i wygnany
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com