Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.
I
Telefon dzwonił natarczywie. W ciszy mieszkania jego dźwięk odbijał się od ścian i brzmiał nieustannie. Magda, leżąc w wodzie pełnej wonnych olejków, nie przejmowała się tym wcale. Była akurat zajęta wymyślaniem uroczych przezwisk (a raczej wyzwisk) dla byłego małżonka, któremu urodziła dzieci, poświęciła najpiękniejsze lata życia i dla którego opuściła ojczyznę, a on w podzięce rozpłynął się na horyzoncie i wylądował w ramionach prześlicznej wiolonczelistki.
„Ale uparty- pomyślała. – Nie wstanę, nie chce mi się, niech sobie dzwoni. Na czym to ja stanęłam? Kudłate beztalencie, beznadziejny piłowacz skrzyneczki, domorosły artysta z Koziej Wólki, sukinsyn nieopierzony- rozległ się dzwonek telefonu- skurwiel powykręcany z małym kutasikiem- znowu zadzwonił telefon- małpiszon niedogolony, na łbie oskubany, skunks z podwiniętym ogonem, skrzeczące kruczysko, kurdupel na krzywych nóżkach, wszawy zasraniec, owłosiony Paganini dla ubogich, dupek, dupek, dupek!”.
Wykrzykiwała te inwektywy, podpierając się akustyką łazienki, i zachwycała się odgłosem własnych słów. Czuła się lepiej, o wiele lepiej! Czym gorsze było słowo, tym większy miód lał się na jej zbolałe serce.
Telefon przestawał dzwonić, lecz za parę minut znowu zaczynał swój koncert. Wreszcie nie wytrzymała, owinęła się w puszysty frotowy szlafrok, podeszła do telefonu i krzyknęła w słuchawkę uprzejme:
– Czego?
W telefonie na sekundę zapanowała cisza, a potem speszony męski głos zapytał:
– Mogę rozmawiać z Rurą?
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem, słysząc tę ksywkę. To mógł być tylko ktoś z jej liceum. Nazywali ją Rurą od nazwiska – Rurkiewicz. Wszyscy w klasie mieli przezwiska i to jej nie było jeszcze najgorsze.
– Tu Rura, tu Rura, odbiór – powiedziała ze śmiechem.
– Tu Miś, pamiętasz Misia?
Znowu uśmiech. Miś. Gruby, piegowaty w okularach. Był tak brzydki i niezdarny, że nie mieli sumienia nazywać go jakoś obraźliwie, więc został Misie
– Oczywiście, że pamiętam Misia – powiedziała już miłym głosem. – Jak mnie znalazłeś?
– No wiesz, jeśli ktoś czegoś bardzo chce, to to osiągnie, nie? – zarechotał Miś głupawo.
– Nie, ale na serio? Przecież nie mam kontaktu z nikim ze szkoły, a już tyle lat mieszkam za granicą!
– Popytałem tu, tam, ktoś coś słyszał, był na koncercie Romka w Warszawie w Filharmonii…
Na wspomnienie tego imienia Magda poczuła ukłucie w sercu, ale już nie bolało, nie tak, jak przed miesiącem...
– Dobra, stary, o co chodzi, bo jeśli dzwonisz po trzydziestu latach niewidzenia się, to sprawa na pewno jest ważna.
– Jak byś zgadła, jak byś zgadła, rzuciłaś właściwe hasło – trzydzieści lat! Wiesz, dorobiłem się przez te lata nieco grubego futerka i postanowiłem na swój koszt zaprosić całą naszą maturalną klasę! Organizuję wszystko, płacę wszystko i nie przyjmuję odmowy! Najtrudniej było namierzyć ciebie, więc jesteś ostatnia w kolejce. Wszyscy już się zgodzili!
– Janeczka też? – przerwała mu Magda.
– A coś ty myślała? Nie zaprosiłbym kobitki, co to największą karierę zrobiła z nas wszystkich? Teraz nazywa się Jennifer von Leinstein czy coś takiego – po mężu chyba, i mieszkanie ma w Nowym Jorku, ale tak naprawdę to jest obywatelką świata i jeździ od opery do opery. U nas też będzie miała mały występ i robi to za frajer!
– To wspaniale, przyjadę, bardzo bym chciała ją zobaczyć.
– Tylko ją? A mnie nie, albo też innych kolegów?
– Oj, Misiu, nie łap mnie tak za słowa. Was też oczywiście, ale nie wiem, czy pamiętasz – Janeczka była...
– Oczywiście, że pamiętam was jako papużki nierozłączki – wszedł jej w słowo. – Zapisuję cię więc na listę. W najbliższych dniach dostaniesz cały materiał, co gdzie i kiedy. Wiesz, wynająłem pokoje w hotelu „Holiday”, bo leży w środku miasta i naprzeciwko dworca Warszawa Śródmieście, a większość przyjedzie pociągiem z Krakowa. W hotelu mamy na dzień zero restaurację tylko dla nas i możemy się bawić aż do rana!
– Wspaniale, a więc do zobaczenia Misiu!
– Szykuj się Rura na świetną zabawę, trzymaj się!
Magda, powoli kładąc słuchawkę, zamyśliła się. Wycierała mokre włosy zapatrzona w dal. Wspomnienia wróciły jakby to było wczoraj. Zawinęła ręcznik dookoła głowy, otuliła się szlafrokiem, wyjęła z szafki stare albumy ze zdjęciami, nalała sobie kieliszek czerwonego wina i usiadła na wygodnej kanapie.
Przeglądając zdjęcia, odpłynęła myślami daleko do rodzinnego kraju, do Krakowa, gdzie się urodziła i wychowała. Przeniosła się na ulicę Szymanowskiego, gdzie spędziła dzieciństwo. Jej rodzice dostali tam mieszkanie jako czynni działacze ruchu socjalistyczno-ludowego. Oboje byli ze wsi – pracowicie zabitej deskami. Gdy nadarzyła się okazja przeniesienia do Krakowa, ponieważ pod tym pięknym miastem na najbardziej żyznych terenach, w tak zwanym ogrodzie Krakowa, zaczęto budować hutę stali imienia Lenina, już tam byli.
Przyjechali do huty, ale okazało się, że robota jest ciężka, a ponieważ oboje nie byli zbyt pracowici, zabrali się za propagandę. I tak się poznali. Zaczęli agitować, przesiadywać na zebraniach, potępiać kułaków i szukać wrogów narodu. W międzyczasie zdążyli spłodzić Magdę, ale to była jedyna ich praca. Byli przekonani, że resztę powinno za nich wykonać państwo ludowe, to znaczy żłobek, przedszkole. Magda zazwyczaj długo czekała na rodziców, ponieważ zajęci propagandą, zapominali ją odebrać – żłobek był całotygodniowy. Nie była ich dzieckiem, była przeszkodą. Gdy poszła do szkoły, była tą bez drugiego śniadania, z kluczem na szyi.
Mieszkali na bardzo ładnej ulicy, która miała jedną stronę zabudowaną, a po drugiej rozciągał się Park Krakowski. Po szkole plątała się po parku aż do zmroku. Na szczęście było tak tylko przez parę dni, ponieważ okazało się, że sąsiedzi mieszkający vis a vis jej drzwi mają córeczkę w jej wieku, a do tego obie dziewczynki chodzą do tej samej klasy.
Sąsiedzi wprowadzili się w czasie, gdy dziewczynki zaczęły szkołę podstawową. Mieszkali przedtem na ulicy Dzierżyńskiego (wcześniej Juliusza Lea) o rzut beretem oddalonej od Szymanowskiego. Tam, we własnym domu należącym do rodziny od pokoleń, mieszkali rodzinnie, a to się nie godziło z filozofią władzy ludowej. Budynek zabrano im na potrzeby partyjne, a w zamian dostali to mieszkanie – i tak mieli szczęście, że w tak ładnej okolicy i pięknym domu.
Dziewczynki od razu przypadły sobie do serca, a matkę Janeczki poruszył los opuszczonej Magdy. I dla tej ostatniej zaczął się szczęśliwy okres dzieciństwa. Mama Janeczki odbierała dziewczynki ze szkoły, jadły razem obiad, odrabiały lekcje i baraszkowały.
Rodzicom Magdy było to bardzo na rękę. Płacili miesięcznie za wyżywienie i do tego ograniczała się cała ich troska o dziecko. Często byli cały tydzień w drodze, nawracając na partyjną wiarę chłopów z odległych wsi, przy okazji tępiąc kułaków i stonkę, a Magda pomieszkiwała u przyjaciółki.
Janeczka od małego uwielbiała śpiew i śpiewała, gdzie się dało. Miała piękny niewyszkolony jeszcze głos i szlifowała go w szkole muzycznej, do której chodziła popołudniami.
Magda, przeglądając zdjęcia poukładane chronologicznie, zobaczyła dwie chude dziewczynki ubrane podobnie, obejmujące się ramionami i uśmiechające do fotografa zdrowymi zębami. Janeczka w drugiej ręce trzymała futerał ze skrzypcami, na których potrafiła już pięknie grać.
Następne zdjęcie, które Magda wzięła do ręki, było bardzo podobne do poprzedniego. Obejmującym ją też był posiadacz skrzypiec w futerale, ale płeć miał przeciwną. Romek. Pierwsze zdjęcie z Romkiem.
Na następnych fotografiach coraz mniej było Janeczki. Wyparł ją chudy wysoki chłopak patrzący na Magdę jak na ósmy cud świata. Poznała go, gdy przychodziła po Janeczkę do szkoły muzycznej odebrać ją po zajęciach. Romek był dwie klasy wyżej i wychodził właśnie z zajęć, gdy Magda czekała na przyjaciółkę. Zagadnął ją i tak się zaczęło.
Magda odłożyła z niesmakiem zdjęcia. Nie chciała ich oglądać, nie chciała rozdrapywać świeżych jeszcze ran.
Grzebała w fotografiach, by znaleźć tę w tej chwili ważną – maturalną. Jest! Wyjęła odbitkę i zaczęła się przyglądać młodym ludziom. Może nie pamiętała wszystkich nazwisk, ale ksywę każdego na pewno!
Wieczorem zadzwoniła do jednej z córek, tej bezdzietnej.
– Posłuchaj, Mona, chyba pojadę do Warszawy na zjazd absolwentów mojej klasy.
– Dlaczego chyba? Wahasz się jeszcze? W obecnej sytuacji powinnaś koniecznie jechać, rozerwiesz się trochę. Dobrze ci to zrobi, mamuś!
– Myślisz? Właściwie już się zdecydowałam, ale chciałam jeszcze usłyszeć aprobatę od którejś z was.
– Ale dlaczego w Warszawie? Przecież maturę zdawałaś w Krakowie?
– Bo to urządza Miś, czyli Zbyszek Koryński. Dorobił się fortuny i chce się pochwalić – wiesz, stare kompleksy. W szkole był mały, gruby, piegowaty w okularach i podartych portkach stale cerowanych. A teraz mieszka w Warszawie, ma niezły flus, jak mówią Arabowie, i organizuje wszystko na własny koszt!
– W takim razie do zobaczenia po powrocie, chyba że potrzebujesz mnie przed wyjazdem? Też jestem trochę zabiegana, bo lecę do Japonii.
– Ty do Tokio?
– Tak, służbowo. I nie tylko. Wygrałyśmy jako biuro konkurs na budynek pewnej korporacji i jadę dopilnować wszystkiego szczegółowo na miejscu.
– Ty lecisz? Przecież zawsze latała Lisa.
– Tak, ale wiesz, ona ma teraz dzieci i w ogóle.
– Sama lecisz taki kawał świata?
– A z kim mam lecieć? Mamuś, ja mam już swoje lata i nie ma takiej rzeczy, z którą bym sobie nie poradziła!
– Tak, wiem dziecko, wiem, jaka jesteś ostatnio samodzielna!
– No, właśnie, ale zaraz, zaraz, może poleciałabyś ze mną? Tak bardzo chciałabym pokazać ci Japonię! To taki fascynujący kraj! Tam jak warkocz splecione są ze sobą stara kultura i najnowocześniejsze technologie. Zabrałabym cię do Kioto. To jedno z nielicznych miast oszczędzonych przez wojnę. Tam można zobaczyć wiele ze starej Japonii i w wąskich starych uliczkach odwiedzić herbaciarnie. Wiesz, że w Kioto jest pięcioletnia szkoła gejsz?
– Tych japońskich kurtyzan?
– O, właśnie, nie ma nic bardziej błędnego niż takie myślenie! Może kiedyś, bardzo dawno temu, tak było, ale nie dziś. Gejsza to w tłumaczeniu artystka. Uczą się uprzyjemniania czasu uczestnikom spotkań towarzyskich, muzyką, śpiewem, rozmowami. To wszechstronnie wykształcone kobiety. Byłam w takiej knajpce z gejszami – są zachwycające i bardzo egzotyczne. Wprawdzie ta ich muzyka i śpiew to dla naszych europejskich uszu – można powiedzieć – wyzwanie, ale bardzo bym chciała ci to wszystko pokazać!
– To cudownie, córeczko, może zrealizujemy to kiedyś, ale teraz, gdy na tym szkolnym zjeździe mogę spotkać Janeczkę po tylu latach, to nawet się nie zastanawiam i wybieram kierunek Warszawa!
– Piękna decyzja, brawo! Więc jak, nie potrzebujesz mnie?
– Nie, chyba nie. Zobaczę jeszcze. Przeglądnę moje szafy, może znajdę coś nadającego się na tę okoliczność. Sama rozumiesz – trzydzieści lat!
Magda odłożyła słuchawkę i zaczęła remanent. Nazbierało się ciuchów przez te wszystkie lata. Każdy sweter, kostium, spódnica, związany był ze wspomnieniem chwil… chwil z Romkiem. W tym ją pocałował, w tym wyjechali do Wenecji, w tym to, w tamtym tamto.
„Nie, koniec z tymi wspomnieniami, które mnie zabijają!”
Wyrzuciła wszystko z szaf i popakowała w paczki. W okolicach jej domu stały małe drewniane domki „Humany” – pomoc dla trzeciego świata. Wrzuci tam przeszłość, a nowe życie zacznie w nowych ciuchach.
Gdy wyniosła ostatnią torbę, popatrzyła w puste wnętrza szaf.
„Jutro, jutro zacznę powoli kompletować moją nową garderobę i urządzać nowe życie. Dość siedzenia w domu i użalania się nad sobą. Nareszcie trzeba działać!”.
Kochany Miś, nie zdając sobie z tego sprawy, zjawił się ze swym pomysłem na spotkanie w najwłaściwszym momencie. Dał jej kopniaka. Zmusił do działania.
– RRROOOMMMEEEKKK, niech cię szlag trafi! Albo co więcej! – krzyknęła w puste szafy i imię to odbiło się echem po ścianach.
Musiała z zadowoleniem przyznać, że telefon Miśka zdziałał cuda. Poczuła taki przypływ energii, jakby odmłodniała o co najmniej dwadzieścia lat!
II
Samolot zbliżał się do lądowania. Przed oczami Magdy stolica roztaczała swe nowe wdzięki. Kobieta przyglądała się miastu z zaciekawieniem. Nie była w Warszawie całe wieki. Wtedy nad miastem górował szpic Pałacu Kultury i Nauki, a wokół była socjalistyczna ponurość. No, może jeszcze niegdysiejsza duma i chwała – „ściana wschodnia”. Teraz obrzeża miasta były pokryte pięknymi osiedlami, rezydencjami w lasach czy willami w ogrodach z basenami i kortami tenisowymi.
Magda była tak podekscytowana widokiem, że poklepała sąsiada, nie patrząc, w co trafi i nie odwracając się do niego, powiedziała:
– Niech pan patrzy, zrównali ze szpileczką!
Ponieważ nie otrzymała odpowiedzi, spojrzała na sąsiada zdziwiona. Facet patrzył na nią jak na wariatkę. Na kolanach miał otwartą „Rzeczpospolitą”, więc wiedziała, że rozumie po polsku.
– Nie, nie rozumiem – wydukał wreszcie.
– Czego pan nie rozumie?
– No, co pani do mnie mówi!
– To znaczy po polsku?
– Nie, po polsku to rozumiem, ale z tą szpileczką nie bardzo.
– Rany, no mówię, że wybudowali w Warszawie już tyle wieżowców i zrównali prawie z tym cudem radzieckim, co to nam towarzysz Stalin – ten, co usta słodsze miał od malin – podarował!
– A, a, a, teraz rozumiem – uśmiechnął się niepewnie i przykrył się szybko „Rzeczpospolitą”.
„Nie to nie, sama się pozachwycam” – pomyślała Magda i z zainteresowaniem śledziła lądowanie.
Przed hotelem zachwyciła ją architektura „Złotych Tarasów”. Pamiętała jeszcze nieciekawe miejsce przed dworcem, którego widok został jej teraz oszczędzony. Zakodowała tylko, że ta piękna architektura kryje w swym wnętrzu sklepy, a między innymi szczególnie przez nią lubiany „Marks and Spencer”, angielski sklep, który zniknął z rynku austriackiego.
„Zaraz po imprezce muszę tam polecieć – pomyślała. – Teraz jestem już spóźniona”.
W hotelu szybko nałożyła wieczorowy makijaż, ubrała sukienkę, mocowała się z zamkiem.
„Oj, przydałby się chłop” – właśnie przy takich drobiazgach najbardziej odczuwała brak męża.
Wreszcie się z tym uporała i w pustą przestrzeń hotelowego pokoju zawołała:
– Widzisz, skurczybyku, poradziłam sobie sama. Już nawet do tego nie jesteś mi potrzebny!
Potem zorientowała się, jak bardzo już późno.
„Dlaczego nie wzięłam wcześniejszego samolotu? Ten późniejszy musiał się oczywiście spóźnić, a ja wraz z nim”.
Gdy dobiegała do drzwi restauracji, usłyszała piękny tembr głosu przyjaciółki. Po cichu weszła na salę i zajęła miejsce w ostatnim rzędzie. Przy fortepianie stała śliczna brunetka i śpiewała fragmenty słynnych musicali. Magda patrzyła na nią jak na zjawisko. Ta kobieta na scenie bardzo różniła się od Janeczki – jej Janeczki – rozśpiewanej, zawsze uśmiechniętej czarodziejki z temperamentem i ciemnymi warkoczami.
Gdy skończył się występ, po długich i owacyjnych oklaskach, wszyscy rozeszli się do wspaniale przystrojonych stolików zaopatrzonych w wizytówki, na których napisano oczywiście ksywki. Magda patrzyła na Janeczkę, do którego stolika się udaje, i sama podążała w tym kierunku, nie zwracając uwagi na zaczepki koleżanek i kolegów, których mijała po drodze:
– Hej, Rura, usiądź z nami, świetnie wyglądasz, Rura.
Przyspieszyła kroku; o ile to było możliwe, prawie biegła. Wreszcie dopadła Jennifer i obejmując ją ramieniem, wyszeptała do ucha:
– Witaj Janeczko.
Peta (ksywka Janeczki – od małego marzyła o roli Carmen, a tak nazywały się wtedy wykwintne papierosy, czyli pety) odsunęła ją od siebie na wyciągnięcie ramion i z uśmiechem olśniewających białych, równiutkich jak perełki zębów zawołała:
– Moja Megi!
Przyjaciółki ucałowały się serdecznie i usiadły przy stole wraz z Sową, Pługiem, Zyziem, Rzeżuchą, Motyką i – wyraźnie byłą (teraz z nadwagą i rozlanymi rysami) pięknością klasową zwaną Kociakiem.
Rozmowa się nie kleiła, ponieważ już wcześniej za sobą nie przepadali. Widocznie Misio zapomniał, kto z kim się trzymał, a kto kogo nie znosił. W każdym razie ich stół był bardzo niedobrany.
Janeczka szepnęła na ucho Magdzie:
– Jak się trochę wstawią, to znikamy.
– Okej – odpowiedziała Rura krótko.
Nie czekały długo i po konsumpcji wykwintnych dań zaczęły się pierwsze pijackie chichoty.
– Idziemy przypudrować noski – podniosły się jednocześnie, uśmiechając się nieśmiało i zabierając torebki. Po wyjściu z sali pobiegły szybko do windy.
– Mój pokój czy twój? – spytała Magda.
– Mój – odparła szybko Janeczka – mam apartament.
Weszły do przestronnego pomieszczenia z wygodnymi kanapami. Na stoliku stał kubełek z lodem, a w nim butelka „Spumante” – włoskiej niedrogiej marki wina musującego.
– Ty pijesz spumante? Nie dom pérignon? – spytała Magda ze śmiechem.
Janeczka nalała alkohol do długich smukłych kieliszków.
– No co, zwykła chamka jestem, nie lubię francuskiego, tylko tanie smaczne, nakryłaś mnie.
– Nie chamka, zaraz chamka. Ja też wolę spumante, po prostu mamy lepszy wysublimowany damski smak. Francuski pić musi ten, co się chce odchamić, a my nie, my robimy to dla przyjemności, my już jesteśmy zdefiniowane, nie potrzebujemy tego robić – mówiła to wszystko przesadnym pseudoarystokratycznym tonem.
– Wariatka – Janeczka rzuciła w Magdę poduszką i roześmiały się obie.
– A w dodatku masz zupełną rację – jestem wielka i nie potrzebuję niczego nikomu udowadniać i to jest piękne – zaśmiała się gardłowo.
– No, ale nareszcie jesteśmy same – opowiadaj – skierowała kieliszek w stronę Magdy.
– Co?
– Jak to, co? Zgrywasz Gucia? (Gucio – najgłupsza istota w klasie; gdyby głupota była karalna, dostałby dożywocie) Opowiadaj wszystko, co robiłaś od momentu mojego wyjazdu na stypendium do Mediolanu. Wszystko, rozumiesz – wszystko!
– Dobra, siedzisz wygodnie? Bo to trochę przydługa historia.
– Zamieniam się cała w słuch.
– Mam mówić oględnie czy z tak zwanymi detalami?
– Każdy najmniejszy detaliczek!
– To będzie pewnie trudne – lata, skleroza – powiedziała ze śmiechem Magda.
– Dobra, już dobra, nie marudź, staruszko!
– Jak ty to najlepiej wiesz – zaczęła Magda usadowiwszy się wygodnie w fotelu – moich starych stale nie było w domu, więc z Romkiem dogłębnie – w pełnym tego słowa znaczeniu – zabawialiśmy się u nas. Romek rozsmakował się wielce w tej zabawie. Niestety dla jego apetytów seksualnych, czasy zaczęły się powoli zmieniać i moi rodzice nie mieli już za czym i kogo agitować, przez co stali się niepotrzebni i zaczęli przebywać coraz częściej w domu. A że nie byli do tego przyzwyczajeni, czas wspólny spędzali dość hałaśliwie, czyli na kłótniach i awanturach, nierzadko z rękoczynami. To z kolei mnie nie zachwycało i chciałam stamtąd zniknąć.
Odcięcie Romka od mych narządów płciowych spowodowało u niego myślenie o przyszłości, a raczej o tym, jak sprawić, by mieć mnie jak najczęściej. Jak wiesz, Romeczek mieszkał z mamunią, która w pocie czoła i do tego samotnie (za co jej cześć i chwała), bo tatunio dość wcześnie pożegnał się z tym pięknym światem – go wychowywała. W związku z powyższym Romeczek był dla niej od A do Z, to znaczy całym alfabetem. Poza nim nie istniało nic. Każda kobieta była traktowana jak – powiedzmy elegancko – intruz. Romeczek wiedział o tym doskonale. Dlatego wymyślił ślub po cichutku, to znaczy oświadczył mi się z kwiatami i pierścionkiem, jak trzeba, i w towarzystwie tylko dwóch (par) świadków, to znaczy Buby, Mynia, Strzygi i Brzytwy, sfinalizowaliśmy nasz nieformalny związek, zamieniając go na najmniejszą komórkę społeczną w urzędzie stanu cywilnego na placu Dominikańskim. Po ceremonii udaliśmy się do baru mlecznego na naleśniki z serem i kakao, potem do baru „Rio” na kawę, następnie naszą rundę barową zakończyliśmy prawdziwym alkoholem w restauracji „Kryształowa”, gdzie wypiliśmy nasze zdrowie, i świadkowie udali się we własnym kierunku, a my do mamusi – na wojnę domową.
Pięknie ubrani – ja z bukiecikiem ślubnym, który wręczyłam mamusi na wstępie – weszliśmy do tej jaskini lwa! Mamunia wzięła kwiaty z takim wyrazem twarzy, jakby chciała coś zwrócić.
Pamiętasz mamusię? Włosy skręcone w koczek, żaden kosmyczek nie miał prawa wymknąć się z tej fryzury. Twarz nigdy nie skażona makijażem, w najlepszym wypadku odrobina pudru na nos. Sukienki wysoko pod szyję i prawie do ziemi. Kolory dopuszczalne: czarny, ciemnozielony, brudnobordowy i wszystkie odcienie błota. Do tego buty! Skąd ona brała takie egzemplarze? Sznurowane, na czterocentymetrowym obcasie, model wiekowy – zawsze czarne.
Romek przedstawił mnie: „Moja żona”.
Mamusia poczerwieniała na twarzy, zaczęła się krztusić, trzepać rękami przed twarzą. Romek objął ją ramieniem i zaprowadził do pokoju. Posadził przy stole, wyjął z pięknej starej serwantki kryształową karafkę i kieliszek, nalał jej nalewki i zmusił do wypicia, potem jeszcze raz i jeszcze raz.
Po tej ceremonii siedliśmy przy niej. Mamusia nabrała rumieńców i złagodniała.
„Romeczku, co powiedziałeś w przedpokoju? Twoja żona? To ma być twoja żona? Jakim cudem?”.
Romek wyjął dokument ślubu i rozłożył go przed mamusią. Oglądnęła, przeczytała i zapytała: „Ale ona? Dlaczego ona?”.
„A dlaczego nie? Mamo, ja ją kocham już trzy lata i nie chcę bez niej żyć, czy to ci się podoba czy nie. Teraz idziemy do naszego pokoju i kładziemy się spać – razem – jak przystało na męża i żonę”.
„Po moim trupie!” – zawołała mamusia wojowniczo.
„Jak chcesz, i na to jestem gotowy” – odpowiedział w miarę poważnie Romek. Mamusia zgłupiała. Zatkało ją na chwilę, ale – jak się okazało – tylko na krótką chwilę.
„Siadajcie – powiedziała. – Mam dla was propozycję. Mieszkam w tym domu zanim jeszcze zaczęła się wojna. Znają mnie tu wszyscy, szczególnie wszystkie dewotki”.
„Do których ty też należysz” – przerwał jej Romek. Nie zwróciła na to uwagi i kontynuowała: „Gdybyście tu zamieszkali bez ślubu kościelnego, to te baby by mnie zjadły, razem z nogami. Musicie wziąć kościelny!”.
„W tym miejscu ja muszą wtrącić słówko” – powiedziałam.
Zostałam zmierzona takim spojrzeniem, jakby patrzyła na zdechłego jeża, ale było mi wszystko jedno – kontynuowałam: „Moi rodzice to zagorzali zwolennicy czerwonej gwiazdy. Z kościołem mają niewiele wspólnego i jak znam życie, nie przyłożą nie tylko ręki do tej uroczystości, ale i ani grosza”.
„Zrozumiałam – powiedziała grobowym głosem Mamuśka. – Twego ojca zamordowali czerwoni, a ty zadajesz się z komunistką!”.
„Ależ mamo, o ile mi wiadomo, tata zmarł na serce -powiedział Romek zirytowanym głosem – a moja żona z komunistami ma tyle wspólnego, ile ryba ze śpiewem w operze. Za poczynania naszych rodziców nie ponosimy odpowiedzialności, prawda? I pozwolisz, że ci przypomnę, że ten ślub, to twoje przedstawienie, nie nasze. Nam wystarczy ten, który mamy. W stosunku do państwa i całego świata jesteśmy małżeństwem i po tym może czołg przejechać. Jeżeli chcesz tego teatru, my możemy – jeśli nas poprosisz – wziąć w nim udział, ale za wszystko płacisz ty, kochana. Masz wybór”.
„Dobrze – powiedziała mamusia dzielnie. – Kupię wszystko i urządzę wesele, tu, w domu. Ale ja decyduję, kogo zapraszam” – zawołała wojowniczo.
„Oczywiście, oczywiście – powiedział Romek – to twój spektakl! A teraz pozwolisz, że pójdziemy spać – razem. Twoje dewotki nic nie widziały – zadbaliśmy o to, a o wynikach twych wysiłków zawiadom nas, proszę!”.
Potem pojechaliśmy z teściową do Warszawy, do tak zwanych prywatnych bud, i nabyliśmy ślubną suknię i białe buty, a dla Romka ciemnogranatowy garnitur.
Na ślub mamuśka ubrała się w kostium o odcieniu błota, ale była też nowość – kapelusik na głowie – koszmar, biała bluzka pod szyję okolona koronką i w uszach perełki! Czułam się zaszczycona.
Moi starzy – jak przypuszczałam – oświadczyli, że olewają te wygłupy, pod kościół jednak przyszli, złożyli życzenia, ale na znak protestu w okropnych owerolach. Jak można było przewidzieć, mamusia ich nie zaprosiła.
Ślub kościelny był piękny i wzruszający, za to wesele koszmarne, pełne zakłamanych bab z chłopami pijakami, z których każdy chciał całować pannę młodą, ale i przez to przebrnęliśmy.
A potem była podróż poślubna do Karwi. Było cudownie. O dziwo, nawet pogoda nam sprzyjała. Romek był uroczym młodym małżonkiem spełniającym każde moje – tu muszę dodać – niewygórowane marzenie.
A po powrocie – koszmar mieszkania z mamusią. Tak naprawdę, niewiele miała mi do zarzucenia. Umiałam ugotować, posprzątać. Dbałam o męża, studiowałam ekonomię. Ale nie byłam księżniczką Monaco, a tylko taka była godna jej syna. Wobec tego, cokolwiek zrobiłam, było źle.
Po pewnym czasie Romek miał dosyć naszych wzajemnych skarg – nadawania mamuni na mnie i vice versa. Wracał coraz później do domu, bo noce – jak dawniej – bardzo lubił spędzać ze mną, ja jednak lubiłam to coraz mniej – ciągle mnie uciszał ze względu na nią.
Po pewnym czasie prawie nabawiłam się nerwicy i też miałam dość. Do późna bywałam poza domem, co dostarczało mamusi kolejnych powodów do narzekań.
Gdzieś tak rok po ślubie Romek dostał stypendium na pół roku do Filharmonii Wiedeńskiej. Powiedział, że jedzie sam, a gdy znajdzie odpowiednie lokum, to mnie ściągnie. Kiedy wyjechał, bal z mamunią zaczął się na dobre: wszystko było przesolone lub niedosolone, niedogotowane i przegotowane lub przypalone, miałam za długą spódnicę lub za krótką, za dużo lub za mało makijażu.
Znosiłam ten cały cyrk z coraz mniejszą cierpliwością. Po pewnym czasie poczułam, że jestem w ciąży – wszystkie znane mi z książek objawy! Niestety, wtedy nie było testów ciążowych dostępnych w aptece. Poszłam do lekarza – potwierdził.
Przyszła rozterka, co robić. Jeśli zostanę tutaj z mamunią, będę fabryką mającą za zadanie doprowadzenie na świat jej wnuka w najlepszym stanie. Byłabym środkiem do celu. Czyli zakazy, nakazy – wszystko to, co w pojęciu mamuśki będzie dobre dla jej przyszłego wnuka. Bałam się okropnie.
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com