Ebook Steve Jobs Walter Isaacson Insignis

Steve Jobs (ebook)

Author:

Walter Isaacson

Price: 54,99 zł 34,00 zł (you save 38%)
+34 pts (buy for 17,00 zł)
Add to cart Download a sample Publisher: Insignis Provider: Virtualo Dystrybucja Year of publishing: 2011 Category: Biography Language: Polish Format: EPUB (DRM) (to download on e-reader, smartphone, tablet or computer)

Opierając się na ponad czterdziestu rozmowach z Jobsem, przeprowadzonych w ciągu dwóch lat, a także na wywiadach z ponad setką osób: członkami rodziny, przyjaciółmi, przeciwnikami, konkurentami i kolegami Jobsa, Walter Isaacson spisał wciągającą opowieść o pełnym wzlotów i upadków życiu oraz płomiennej osobowości twórczego przedsiębiorcy, którego wykraczająca poza wszelkie schematy pasja i perfekcjonizm zrewolucjonizowały sześć branż: komputery osobiste, filmy animowane, muzykę, telefony, tablety i publikacje cyfrowe.

Gnany przez wewnętrzne demony, Jobs potrafił doprowadzać swoje otoczenie do furii i rozpaczy. Ale jego żywiołowa osobowość i tworzone przez niego produkty były ściśle zespolone – podobnie jak warstwa sprzętowa i oprogramowanie urządzeń Apple – funkcjonując jak jeden zintegrowany organizm. Przemawiająca do wyobraźni historia Jobsa ukazuje, jak ważne są w życiu pomysłowość, siła charakteru, talenty przywódcze i wierność wartościom.

Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.

Table of contents












Tytuł oryginału Steve Jobs

Copyright © Walter Isaacson, 2011

through Simon & Schuster, www.simonandschuster.com

Simon & Schuster: 1230 Ave of the Americas, New York 10020

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Przekład Przemysław Bieliński (rozdziały 4-22, 36-41, Bibliografia, Przypisy),

Michał Strąkow (Wprowadzenie, rozdziały 1-3, 23-35)

Redakcja Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta Zuzanna Szatanik, Anna Woś, Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl Skład d2d.pl

Konsultacja Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2011

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-61428-53-4 (e-book)

Insignis Media

ul. Sereno Fenna 6/10, 31-143 Kraków

telefon/fax +48 12 636 01 90

biuro@insignis.pl

www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu


WALTER ISAACSON, dyrektor generalny Aspen Institute, były szef CNN i redaktor naczelny magazynu „Time”. Autor książek Einstein. Jego życie, jego wszechświat; Benjamin Franklin: An American Life; Kissinger: A Biography oraz The Wise Men: Six Friends and the World They Made (wspólnie z Evanem Tomasem). Mieszka wraz z żoną w Waszyngtonie.

EKSKLUZYWNA BIOGRAFIA

TWÓRCY FIRMY APPLE – STEVE’A JOBSA (JEDYNA NAPISANA PRZY JEGO WSPÓŁPRACY) PIÓRA WALTERA ISAACSONA, AUTORA BESTSELLEROWYCH BIOGRAFII BENJAMINA FRANKLINA I ALBERTA EINSTEINA

Opierając się na ponad czterdziestu rozmowach z Jobsem, przeprowadzonych w ciągu dwóch lat, a także na wywiadach z ponad setką osób: członkami rodziny, przyjaciółmi, przeciwnikami, konkurentami i kolegami Jobsa, Walter Isaacson spisał wciągającą opowieść o pełnym wzlotów i upadków życiu oraz płomiennej osobowości twórczego przedsiębiorcy, którego wykraczająca poza wszelkie schematy pasja i perfekcjonizm zrewolucjonizowały sześć branż: komputery osobiste, filmy animowane, muzykę, telefony, tablety i publikacje cyfrowe.

W czasach, kiedy społeczeństwa całego świata dążą do zbudowania gospodarek ery cyfrowej, Jobs pozostaje najbardziej wyrazistą ikoną wynalazczości i wyobraźni kształtującej rzeczywistość. Wychodząc z przeświadczenia, że najlepszym sposobem stworzenia wartości w XXI wieku jest zintegrowanie kreatywności z technologią, założył firmę, w której nieskrępowane niczym wizjonerstwo połączyło się z zadziwiającymi osiągnięciami nowoczesnej techniki.

Choć Jobs współpracował przy powstawaniu tej książki, nie domagał się ani kontroli nad tym, co zostanie w niej ujęte, ani nawet prawa do przeczytania jej przed wydaniem. Niczego nie zatajał, wręcz przeciwnie: zachęcał ludzi, których znał, do szczerych wypowiedzi.

O osobach, z którymi pracował i rywalizował, wypowiadał się bez ogródek, czasem nawet brutalnie. A równie szczere relacje przyjaciół, wrogów i kolegów Jobsa sprawiają, że jego pasje, pragnienia, perfekcjonizm, artyzm, przewrotność i obsesyjna potrzeba kontroli – słowem: wszystko to, co ukształtowało jego podejście do biznesu oraz doprowadziło do powstania innowacyjnych produktów – poznajemy bez upiększeń i koloryzowania.

Gnany przez wewnętrzne demony, Jobs potrafił doprowadzać swoje otoczenie do furii i rozpaczy. Ale jego żywiołowa osobowość i tworzone przez niego produkty były ściśle zespolone – podobnie jak warstwa sprzętowa i oprogramowanie urządzeń Apple – funkcjonując jak jeden zintegrowany organizm. Przemawiająca do wyobraźni historia Jobsa ukazuje, jak ważne są w życiu pomysłowość, siła charakteru, talenty przywódcze i wierność wartościom.

Zdjęcie z przodu okładki: © Albert Watson

Zdjęcie z tyłu okładki: © Norman Seeff

Zdjęcie Waltera Isaacsona: © Patrice Gilbert


Ludzie wystarczająco szaleni,

by sądzić, że mogą zmienić świat,

są tymi, którzy go zmieniają.

Fragment tekstu z reklamy Apple

„Think Different”, 1997 r.


Wczesnym latem 2004 roku zadzwonił do mnie Steve Jobs. W ciągu minionych lat miał do mnie stosunek niedbale przyjazny, a nasza znajomość od czasu do czasu zyskiwała na intensywności, zwłaszcza wtedy, gdy Steve wprowadzał na rynek jakiś nowy produkt i chciał, by trafił on na okładkę „Time’a” albo został przedstawiony w CNN – w obu tych miejscach zdarzyło mi się bowiem pracować. Jednak od czasu, kiedy stamtąd odszedłem, nie odzywał się do mnie zbyt często. Porozmawialiśmy trochę o Aspen Institute, do którego ostatnio dołączyłem, po czym poprosiłem go, by wygłosił przemówienie na naszym letnim obozie w Colorado. Odparł, że z przyjemnością przy-jedzie, ale nie wystąpi na scenie. Zamiast tego chciał wybrać się ze mną na spacer, abyśmy mogli spokojnie porozmawiać.

Wydało mi się to dosyć osobliwe. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zwykł odbywać poważne rozmowy właśnie podczas długich spacerów. Okazało się, że chce, abym napisał jego biografię. Niedługo przedtem opublikowałem biografię Benjamina Franklina i byłem w trakcie pisania kolejnej, poświęconej Albertowi Einsteinowi – w pierwszej chwili zacząłem się więc półżartem zastanawiać, czy widział siebie jako naturalne następne ogniwo tej serii. Ponieważ zakładałem, że znajduje się w samym środku swojej pełnej wahań kariery i ma przed sobą jeszcze wiele wzlotów i upadków, odmówiłem.

„Nie teraz – powiedziałem. – Może za dziesięć lub dwadzieścia lat, kiedy będziesz już na emeryturze”.

Znałem go od 1984 roku, kiedy to przyszedł do biurowca Time-Life Building na Manhattanie, by na lunchu z redaktorami wychwalać pod niebiosa swojego nowego Macintosha. Nawet wówczas był drażliwy i skrytykował korespondenta „Time’a” za artykuł, którym poczuł się urażony, bo ujawniono w nim zbyt wiele informacji. Jednak podczas naszej późniejszej rozmowy ujął mnie, podobnie jak tylu innych ludzi w ciągu tych wielu lat jego kariery, urokiem swojej żywiołowości. Pozostaliśmy w kontakcie nawet po tym, jak usunięto go z Apple. Kiedy tylko miał coś, co chciał sprzedać, czy był to komputer NeXT, czy też film ze studia Pixar, w jednej chwili skupiał się na mojej osobie i zabierał mnie do restauracji sushi na dolnym Manhattanie, aby oznajmić, że to, co właśnie zachwala, jest najlepszą rzeczą, jaką zdarzyło mu się stworzyć. Lubiłem go.

Kiedy powrócił na tron Apple, umieściliśmy go na okładce „Time’a”. Wkrótce potem zaczął podrzucać mi swoje pomysły dotyczące publikowanej przez nas serii artykułów o najbardziej wpływowych postaciach stulecia. Rozpoczął też własną kampanię pod hasłem „Think Different” [Myśl inaczej], w której wykorzystywał najlepiej rozpoznawalne zdjęcia niektórych spośród uwzględnionych przez nas postaci. Próby oceny ich wpływu na historię wydawały mu się pasjonujące.

Po tym, jak odrzuciłem propozycję napisania biografii Jobsa, od czasu do czasu docierały do mnie wieści od niego. Pewnego razu wysłałem mu e-maila z pytaniem, czy prawdą jest to, o czym opowiedziała mi moja córka: że logo Apple stanowiło hołd dla Alana Turinga, brytyjskiego pioniera komputeryzacji, znanego ze złamania niemieckich szyfrów w czasie wojny, który popełnił samobójstwo, ugryzłszy nasączone cyjankiem jabłko. Odpowiedział, że nie, choć bardzo chciałby właśnie to mieć na myśli. W ten sposób zaczęła się między nami dyskusja o początkach firmy Apple, ja zaś złapałem się na tym, że zbieram materiały w razie, gdybym kiedyś zdecydował się napisać na ten temat książkę. Gdy ukazała się moja biografia Einsteina, Jobs przyszedł na spotkanie autorskie w Palo Alto1 i wziął mnie na stronę, by ponownie zasugerować, że jego życiorys stanowiłby dobry temat.

Zaskoczył mnie jego upór. Był znany z tego, że strzegł swojej prywatności; poza tym nie miałem podstaw, by sądzić, że kiedykolwiek przeczytał którąś z moich książek. „Może kiedyś” – odpowiadałem konsekwentnie. Jednak w 2009 roku jego żona Laurene Powell powiedziała wprost: „Jeśli zamierzasz kiedykolwiek zabrać się do napisania książki o Stevie, lepiej zrób to teraz”. Było to tuż po tym, jak udał się na drugi urlop zdrowotny. Przyznałem się jej, że gdy po raz pierwszy poddał mi pomysł książki, nie wiedziałem o jego chorobie. Odparła, że niemal nikt o niej nie wiedział. „Zadzwonił do mnie tuż przed pierwszą operacją nowotworu, ale nawet wtedy zaledwie mi o tym wspomniał” – wyjaśniła.

Zdecydowałem więc, że napiszę tę książkę. Jobs zaskoczył mnie, przystając chętnie na to, że nie będzie jej kontrolował, ani nawet nie zastrzegł sobie prawa do wcześniejszego wglądu w jej treść. „To twoja książka – powiedział. – Ja nawet jej nie przeczytam”. Wydawało się jednak, że późną jesienią naszły go wątpliwości co do naszej współpracy; pojawiły się też u niego, o czym wówczas nie wiedziałem, nowotworowe powikłania. Przestał odpowiadać na moje telefony, a ja na pewien czas odłożyłem ten projekt.

A potem niespodziewanie późnym popołudniem w sylwestra 2009 roku zadzwonił do mnie. Był w domu tylko ze swoją siostrą, pisarką Moną Simpson. Jego żona wraz z trójką dzieci urządziła krótki wypad na narty, ale stan jego zdrowia nie pozwalał na towarzyszenie im. Był w refleksyjnym nastroju i przegadaliśmy ponad godzinę. Zaczął od wspomnienia, jak w wieku dwunastu lat, chcąc skonstruować miernik częstotliwości, odnalazł w książce telefonicznej Billa Hewletta, założyciela firmy HP i zadzwonił do niego, by zdobyć potrzebne części. Jobs stwierdził, że ostatnie dwanaście lat jego życia, od powrotu do Apple, było najpłodniejszym okresem pod względem tworzenia nowych produktów. Lecz, jak sam przyznał, dla niego ważniejszym celem było dokonanie tego, co udało się Hewlettowi oraz jego koledze Davidowi Packardowi – stworzenie firmy, która była do tego stopnia przepojona nowatorską kreatywnością, że zdołała przeżyć założycieli.

„Jako dzieciak zawsze uważałem się za humanistę, ale lubiłem też elektronikę – powiedział. – Potem przeczytałem to, co jeden z moich bohaterów, Edwin Land z Polaroida, powiedział na temat znaczenia ludzi działających na styku humanistyki i nauk ścisłych, i uznałem, że to właśnie chcę zrobić”.

Było to zupełnie tak, jakby podsuwał mi tematy do biografii (i przynajmniej w tym przypadku temat okazał się ważny). Kreatywność, która może się objawić, gdy zdolności humanistyczne oraz zdolności w zakresie nauk ścisłych splotą się w jednej, obdarzonej silnym charakterem osobie, stanowiła przedmiot mojego największego zainteresowania w biografiach Franklina oraz Einsteina; jestem też przekonany, że będzie ona stanowić klucz do tworzenia innowacyjnych gospodarek XXI wieku.

Zapytałem Jobsa, dlaczego chciał, żebym to akurat ja napisał jego biografię. „Sądzę, że jesteś dobry w nakłanianiu ludzi do mówienia” – odparł. Była to zaskakująca odpowiedź. Zdawałem sobie sprawę, że będę musiał odbyć rozmowy z całym mnóstwem ludzi, których Jobs zwolnił, znieważył, porzucił lub w inny jeszcze sposób rozwścieczył, i obawiałem się, iż nie będzie czuł się dobrze z tym, że nakłaniam ich do mówienia. I rzeczywiście, okazało się, że reagował w humorzasty sposób, kiedy kolejno docierały do niego opinie tych, z którymi przeprowadzałem wywiady. Jednak po kilku miesiącach sam zaczął zachęcać ludzi, by ze mną porozmawiali – dotyczyło to nawet jego wrogów i byłych dziewczyn. Nie próbował też uczynić niczego tematem tabu. „Z wielu rzeczy w moim życiu nie jestem dumny, wliczając w to zrobienie mojej dziewczynie dziecka, gdy miałem dwadzieścia trzy lata, i sposób, w jaki załatwiłem tę sprawę – powiedział. – Ale nie ma w mojej szafie żadnych trupów, których nie wolno byłoby z niej wyciągać”.

Odbyłem z nim około czterdziestu rozmów. Niektóre z nich miały charakter formalny i przeprowadzone zostały w jego salonie w Palo Alto, inne odbyły się podczas długich spacerów, jazdy samochodem, albo też telefonicznie. W czasie osiemnastu miesięcy, kiedy odwiedzałem Jobsa, stawał się on wobec mnie coraz bardziej otwarty, choć chwilami byłem też świadkiem tego, co jego starzy koledzy z Apple określali mianem pola zniekształcania rzeczywistości. Czasem było to po prostu przypadkowe odcięcie zapłonu w komórkach pamięciowych, coś, co przydarza się każdemu z nas; czasem zaś Jobs roztaczał zarówno przede mną, jak i przed samym sobą swoją własną wersję rzeczywistości. Aby sprawdzić i uzupełnić jego historię, przeprowadziłem rozmowy z ponad setką jego przyjaciół, krewnych, konkurentów, adwersarzy i kolegów.

Jego żona Laurene, która pomagała przy całym tym przedsięwzięciu, również nie prosiła o żadne ograniczenia lub prawo do kontroli, ani też nie domagała się wcześniejszego wglądu w to, co zamierzałem opublikować. Właściwie to usilnie zachęcała mnie, bym był szczery zarówno w odniesieniu do wad, jak i zalet jej męża. To jedna z najbardziej bystrych i twardo stąpających po ziemi osób, jakie kiedykolwiek poznałem. „Prawda jest taka, że w jego życiorysie i w jego osobowości są miejsca, w których panuje straszny bałagan – powiedziała mi na samym początku. – Nie powinieneś ich wybielać. On jest dobry w zmyślaniu, ale ma też za sobą niezwykłą historię i chciałabym, żeby to wszystko zostało opowiedziane zgodnie z prawdą”.

Ocenę tego, czy moja misja się powiodła, pozostawiam czytelnikowi. Jestem przekonany, że wśród bohaterów tej opowieści znajdą się tacy, którzy niektóre z wydarzeń zapamiętali inaczej lub którzy uznają, że zdarzyło mi się czasem wpaść w pułapkę roztaczanego przez Jobsa pola zniekształcania. Podobnie jak zdarzało mi się to podczas pisania książki na temat Henryego Kissingera, co pod pewnymi względami stanowiło dobre przygotowanie do tego projektu. Zauważyłem, że osoba Jobsa wzbudza wśród ludzi tak silne pozytywne lub negatywne emocje, iż często widoczny staje się efekt Rashömona. Zrobiłem jednak co w mojej mocy, by zachować równowagę w przypadku sprzecznych relacji oraz przejrzystość, jeśli chodzi o źródła, z których korzystałem.

Książka ta opowiada o pełnym wzlotów i upadków życiu oraz żywiołowej osobowości twórczego przedsiębiorcy, którego zamiłowanie do perfekcji i nieokiełznany zapał zrewolucjonizowały sześć różnych dziedzin: komputery osobiste, animację, tworzenie muzyki, telefony, komputery przenośne oraz system publikacji elektronicznych. Można by nawet dodać jeszcze siódmą – system sprzedaży detalicznej, jakkolwiek Jobs raczej zmienił nasze o nim wyobrażenie, niż go zrewolucjonizował. Do tego utorował drogę dla nowego rynku cyfrowych treści, opartego w większym stopniu na aplikacjach, niż stronach internetowych. Przy okazji tworzenia przełomowych produktów Jobs zdołał, wprawdzie za drugim podejściem, ale jednak zbudować solidną, obdarzoną jego własnym kodem genetycznym firmę, pełną twórczych projektantów i śmiałych inżynierów, zdolnych nieść dalej jego wizję.

Jest to także książka poświęcona innowacjom. W czasach gdy Stany Zjednoczone poszukują sposobu na podtrzymanie swojej przewagi w tej dziedzinie, a społeczeństwa na całym świecie próbują budować niekonwencjonalną gospodarkę ery cyfrowej, Jobs stał się ikoną pomysłowości, wyobraźni i ciągłego nowatorstwa. Zdał sobie sprawę, że w XXI wieku najlepszym sposobem na wytworzenie wartości dodanej jest powiązanie kreatywności z technologią – stworzył więc firmę, w której wysiłek wyobraźni połączony został z wyjątkowymi dokonaniami z zakresu inżynierii. Jobs oraz jego koledzy z Apple potrafili „myśleć inaczej”, a nie tylko ograniczać się do skromnego ulepszania swoich produktów na podstawie wyników badań grup fokusowych, wprowadzali nowe urządzenia i usługi, o których sami klienci nie wiedzieli jeszcze, że będą im potrzebne.

Jobs nie był wzorem szefa ani człowieka, nie był gotowym przykładem do naśladowania. Sam prześladowany przez swoje demony, potrafił doprowadzać do furii bądź rozpaczy ludzi, którzy go otaczali. Jednak jego osobowość, jego namiętności oraz jego dzieła były, tak jak w przypadku oprogramowania oraz komputerów Apple, wzajemnie ze sobą związane – zupełnie jakby stanowiły części zintegrowanego systemu. Historia Jobsa jest więc pouczaj ąca, a przy tym zawiera przestrogę; nie brak też w niej lekcji nowatorstwa, charakteru, przywództwa oraz wartości.

Król Henryk V Szekspira (będący opowieścią o upartym i niedojrzałym Księciu Hal, który staje się gwałtownym, choć wrażliwym; bezlitosnym, choć sentymentalnym; porywającym, choć pełnym wad królem) rozpoczyna się wezwaniem: „Ach, muzo płomienna, ześlij nam rajski dar wynalazczości”2. Książę Hal miał łatwiejsze zadanie – musiał uporać się z dziedzictwem jednego tylko ojca. W przypadku Steve’a Jobsa wiodąca pod górę droga ku rajskiemu darowi wynalazczości zaczyna się od opowieści o dwóch parach rodziców oraz dorastaniu w dolinie, która właśnie uczyła się, jak przemieniać krzem w złoto.

Fotografia ze szkolnej księgi absolwentów

Jobs i jego ojciec Paul

Jobs i Allen Baum

Dom, w którym Jobs spędził dzieciństwo


Adopcja

Kiedy Paul Jobs po drugiej wojnie światowej został zwolniony ze straży wybrzeża, zawarł zakład ze swoimi kolegami z załogi. Przybyli do San Francisco, gdzie ich okręt został wycofany ze służby, a Paul założył się, że w ciągu dwóch tygodni znajdzie sobie żonę. Był gibkim, wytatuowanym, mierzącym metr i osiemdziesiąt centymetrów mechanikiem silnikowym, przypominającym nieco Jamesa Deana. Jednak to nie dzięki swojej aparycji udało mu się umówić na randkę z Clarą Hagopian, uroczą i pogodną córką ormiańskich imigrantów. Zawdzięczał to temu, że wraz ze swoimi kolegami miał dostęp do samochodu, w przeciwieństwie do grupy, z którą Clara planowała początkowo wyjść tego wieczoru. Po dziesięciu dniach, w marcu 1946 roku, Paul zaręczył się z Clarą i wygrał zakład. Małżeństwo okazało się szczęśliwe i trwało ponad czterdzieści lat, aż do chwili, kiedy śmierć ich rozłączyła.

Paul Reinhold Jobs wychowywał się na farmie mlecznej w Germantown w stanie Wisconsin. Jego ojciec był alkoholikiem i czasem uciekał się do przemocy, ale Paul wyrósł na mężczyznę, który pod pozorami szorstkości skrywał łagodne i spokojne usposobienie. Porzuciwszy szkołę średnią, włóczył się po Środkowym Zachodzie, od czasu do czasu pracując jako mechanik, aż w wieku dziewiętnastu lat zaciągnął się do straży wybrzeża, choć nie miał pojęcia o pływaniu. Przydzielono go na okręt USS M.C. Meigs, na którym spędził większą część wojny, przewożąc żołnierzy do Włoch, do oddziałów generała Pattona. Jego talenty operatora maszyn oraz strażaka przynosiły mu wyróżnienia, ponieważ jednak zdarzało mu się pakować w drobne kłopoty, nigdy nie awansował powyżej stopnia marynarza3.

Clara urodziła się w New Jersey, gdzie wylądowali jej rodzice, uciekając z Armenii przed Turkami. Gdy była jeszcze dzieckiem, przeprowadzili się do San Fancisco, do dzielnicy zwanej Mission. Clara miała pewien sekret, zdradziła go niewielu osobom: była wcześniej zamężna, lecz jej mąż zginął na wojnie. Poznawszy Paula Jobsa na tamtej pierwszej randce, była już gotowa rozpocząć nowe życie.

Jak wielu innych ludzi, którzy przeżyli wojnę, oni również przeszli w jej trakcie wystarczająco wiele, by w czasach pokoju chcieć już tylko się ustatkować, założyć rodzinę i wieść życie mniej obfitujące w wydarzenia. Mieli niewiele pieniędzy, przenieśli się więc do Wisconsin i przez kilka lat mieszkali z rodzicami Paula, by następnie wyruszyć do Indiany, gdzie Paul dostał pracę jako operator maszyn w International Harvester4. Jego pasją było majstrowanie przy starych samochodach; w wolnym czasie dorabiał, skupując je, remontując, a następnie odsprzedając. W końcu zrezygnował z pracy na etat i zajął się wyłącznie handlem używanymi autami.

Clara kochała jednak San Francisco i w 1952 roku przekonała męża, by tam wrócić. Kupili mieszkanie w położonej nad Pacyfikiem dzielnicy Sunset, tuż przy południowej granicy Golden Gate Park. Paul zatrudnił się w firmie finansującej sprzedaż ratalną, gdzie został swego rodzaju „komornikiem” – jego zadaniem było otwieranie wytrychem samochodów, których właściciele nie spłacili pożyczek, a następnie przejmowanie takich pojazdów. Oprócz tego kupował, reperował i sprzedawał samochody, zarabiając w ten sposób całkiem przyzwoite pieniądze.

Czegoś jednak w ich życiu brakowało. Chcieli mieć dzieci. Clara zaszła w ciążę, ale była to ciąża pozamaciczna – zapłodniona komórka jajowa zamiast w macicy zagnieździła się w jajowodzie – i w efekcie stała się bezpłodna. W roku 1955, po dziewięciu latach małżeństwa, zaczęli więc rozważać możliwość adopcji.

Joanne Schieble, podobnie jak Paul Jobs, pochodziła z mieszkającej w Wisconsin rolniczej rodziny o niemieckich korzeniach. Jej ojciec, Arthur Schieble, przybył jako imigrant na przedmieścia Green Bay, gdzie wraz z żoną prowadził fermę norek i z powodzeniem parał się rozmaitymi innymi interesami, począwszy od prowadzenia agencji nieruchomości, aż po chemigrafię. Był bardzo surowy, zwłaszcza jeśli chodziło o związki jego córki, i z wielką dezaprobatą odnosił się do jej pierwszej miłości – artysty niebędącego katolikiem. Nie było zatem niespodzianką, że gdy Joanne podczas studiów magisterskich na Uniwersytecie Wisconsin zakochała się w asystencie Abdulfattahu „Johnie” Jandalim, muzułmaninie pochodzącym z Syrii, jej ojciec zagroził, że zerwie z nią wszelkie kontakty.

Jandali był najmłodszym z dziewięciorga dzieci w prominentnej syryjskiej rodzinie. Jego ojciec posiadał rafinerie ropy oraz wiele innych firm; wśród nich były także duże gospodarstwa rolne w Damaszku oraz w Homs, dzięki czemu w pewnym okresie właściwie kontrolował ceny pszenicy w regionie. Podobnie jak rodzina Schieble, Jandali również wysoko cenili sobie wykształcenie. Kolejne pokolenia członków rodziny wyjeżdżały studiować w Stambule lub na Sorbonie. Chociaż Abdulfattah Jandali był muzułmaninem, został wysłany do prowadzonej przez jezuitów szkoły z internatem; dyplom licencjata uzyskał na Amerykańskim Uniwersytecie w Bejrucie, a następnie kształcił się na Uniwersytecie Wisconsin, gdzie został też asystentem wykładowcy z dziedziny nauk politycznych.

Latem 1954 roku Joanne pojechała z Abdulfattahem do Syrii. Spędzili dwa miesiące w mieście Homs, gdzie jego rodzina nauczyła Joanne gotować syryjskie potrawy. Kiedy wrócili do Wisconsin, Joanne odkryła, że jest w ciąży. Oboje mieli po dwadzieścia trzy lata, jednak zdecydowali się nie zawierać małżeństwa. Jej ojciec był wówczas umierający i groził, że wydziedziczy córkę, jeśli ta poślubi Abdulfattaha. W małej katolickiej społeczności aborcja też nie wchodziła w grę. Na początku 1955 roku Joanne udała się więc do San Francisco, gdzie trafiła pod skrzydła życzliwego lekarza, który udzielał schronienia niezamężnym przyszłym matkom, odbierał ich porody i załatwiał ciche adopcje.

Joanne zastrzegła, że jej dziecko musi trafić do ludzi, którzy ukończyli wyższą uczelnię. Lekarz załatwił więc przekazanie noworodka pewnemu prawnikowi i jego żonie. Kiedy jednak na świat przyszedł chłopiec – stało się to 24 lutego 1955 roku – owa para uznała, że wolałaby dziewczynkę, i wycofała się z umowy. W ten sposób chłopiec zamiast zostać synem prawnika, wylądował u pasjonata mechaniki, który porzucił szkołę średnią, oraz u jego żony, będącej prawdziwą solą tej ziemi, która pracowała jako księgowa. Paul i Clara nadali swemu nowo narodzonemu dziecku imiona Steven Paul.

Wciąż jednak otwarta pozostawała kwestia postawionego przez Joanne warunku, by nowi rodzice jej dziecka byli absolwentami szkoły wyższej. Dowiedziawszy się, że dziecko trafiło do pary, która nie ukończyła choćby szkoły średniej, odmówiła podpisania dokumentów adopcyjnych. Impas trwał przez całe tygodnie, nawet po tym, jak mały Steve zadomowił się już w rodzinie Jobsów. Ostatecznie Joanne ustąpiła, pod warunkiem, że para złoży obietnicę – właściwie to podpisze stosowne zobowiązanie – iż utworzą fundusz, który pozwoli im wysłać chłopca na studia.

Był jeszcze jeden powód, dla którego Joanne wzbraniała się przed podpisaniem dokumentów adopcyjnych. Jej ojciec był bliski śmierci, ona zaś planowała, że tuż po niej poślubi Jandaliego. Jak wyznawała później swoim bliskim – czasem czyniąc to ze łzami w oczach na samo wspomnienie – żywiła wtedy nadzieję, że kiedy już się pobiorą, będzie mogła odzyskać swoje dziecko.

Arthur Schieble zmarł w sierpniu 1955 roku, kilka tygodni po sfinalizowaniu adopcji. W tym samym roku, tuż po świętach Bożego Narodzenia, Joanne i Abdulfattah Jandali wzięli ślub w katolickim kościele pod wezwaniem Świętego Filipa Apostoła w Green Bay. W następnym roku Abdulfattah uzyskał doktorat z polityki międzynarodowej; później mieli jeszcze jedno dziecko – dziewczynkę o imieniu Mona.

Po rozwodzie z Jandalim w roku 1962 Joanne rozpoczęła marzycielskie, wędrowne życie, opisane we wzruszającej powieści Anywhere But Here przez Monę Simpson, jej własną córkę, która wyrosła na wspaniałą pisarkę. Ponieważ znalezienie domu dla Steve’a odbyło się w ramach prywatnej i zamkniętej adopcji, musiało minąć dwadzieścia lat, zanim wszyscy spotkali się ponownie.

*

Steve Jobs od najmłodszych lat wiedział, że został adoptowany. „Moi rodzice byli ze mną w tej kwestii bardzo szczerzy” – wspominał. Pamięta doskonale, j ak w wieku sześciu lub siedmiu lat, siedząc na trawniku przed swoim domem, zwierzył się z tego dziewczynce, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. „Czy to znaczy, że twoi prawdziwi rodzice cię nie chcieli?” – spytała dziewczynka. „Ooooch! Z mojej głowy posypały się wtedy błyskawice – opowiadał o tym Jobs. – Pamiętam, jak wbiegłem z płaczem do domu. A rodzice powiedzieli: »Nie, musisz to zrozumieć«. Byli bardzo poważni i patrzyli mi prosto w oczy. Powiedzieli: »My specjalnie wybraliśmy właśnie ciebie«. Powiedzieli to oboje, a potem powoli powtórzyli. Akcentując każde słowo”.

Porzucony. Wybrany. Wyjątkowy. Te pojęcia stały się częścią tego, kim był Jobs i w jaki sposób sam o sobie myślał. Jego najbliższy przyjaciel uważa, że świadomość tego, iż został oddany po narodzinach, zostawiła w nim pewne blizny. „Myślę, że jego pragnienie posiadania całkowitej kontroli nad wszystkim, co tworzy, wynika bezpośrednio z jego osobowości i z faktu, że tuż po narodzinach został porzucony – mówi jego wieloletni kolega Del Yocam. – Pragnie kontrolować swoje otoczenie, a produkt postrzega jako przedłużenie siebie samego”.

Greg Calhoun, który zbliżył się do Jobsa tuż po studiach, zauważa jeszcze jedną rzecz. „Steve mówił mi wiele o swoim porzuceniu i o bólu, jaki ono wywołało – opowiada. – To uczyniło go niezależnym. Zawsze chadzał innymi ścieżkami niż pozostali, a wzięło się to stąd, że żył w świecie innym niż ten, w którym się urodził”.

W późniejszym okresie życia, gdy osiągnął dokładnie ten sam wiek (23 lata), w jakim był jego biologiczny ojciec, kiedy go porzucił, Jobs sam został ojcem i także opuścił swoje dziecko, choć ostatecznie wziął za swoją córkę odpowiedzialność. Chrisann Brennan, matka dziecka, mówi, że bycie oddanym do adopcji sprawiło, iż wnętrze Jobsa „wypełniło się rozbitym szkłem”; uważa też, że pozwala to wyjaśnić niektóre z jego zachowań. „Został porzucony i teraz sam porzuca” – stwierdziła. Andy Hertzfeld, blisko współpracujący z Jobsem w Apple we wczesnych latach osiemdziesiątych, należy do tych niewielu osób, które pozostały w zażyłych stosunkach zarówno z Brennan, jak i z Jobsem. „Kluczowe pytanie dotyczące Steve’a brzmi: dlaczego czasem nie potrafi nad sobą zapanować i powstrzymać się przed byciem okrutnym i wyrządzaniem komuś krzywdy – mówi Hertzfeld. – Tym samym wracamy do doświadczenia bycia porzuconym po urodzeniu. Motyw porzucenia to naprawdę zasadniczy problem w życiu Steve’a”.

Jobs odnosi się do tych stwierdzeń z niejakim lekceważeniem.

„Niektórym wydaje się, że ponieważ zostałem porzucony, pracowałem bardzo ciężko tylko po to, aby dobrze mi się powodziło i aby w ten sposób sprawić, że moi rodzice zechcą mnie z powrotem. Albo inne tego typu nonsensy. To niedorzeczne – podkreśla z naciskiem. – Świadomość bycia adoptowanym mogła sprawić, że miałem większe poczucie niezależności; nigdy jednak nie prześladowała mnie myśl, że zostałem porzucony. Zawsze miałem poczucie pewnej wyjątkowości. To moi rodzice sprawili, że taki się czułem”. Później obruszał się za każdym razem, kiedy ktoś mówił o Paulu i Clarze Jobsach jako o jego rodzicach „adopcyjnych” lub kiedy sugerowano, że nie byli oni jego „prawdziwymi” rodzicami. „Byli moimi rodzicami na tysiąc procent” – zapewnia. Z drugiej strony, gdy mówi o rodzicach biologicznych, jego ton staje się szorstki: „Byli dla mnie wyłącznie bankiem spermy i komórek jajowych. To nie jest nic bolesnego, po prostu tak właśnie było. Bank spermy, nic poza tym”.

Dolina Krzemowa

Dzieciństwo, jakie Paul i Clara Jobsowie stworzyli swojemu synowi, było pod wieloma względami typowe dla późnych lat pięćdziesiątych. Gdy Steve miał dwa lata, adoptowali córkę o imieniu Patty, zaś trzy lata później rodzina przeprowadziła się do jednorodzinnego domu na przedmieściach. CIT, czyli firma finansująca sprzedaż ratalną, w której Paul pracował jako komornik, przeniosła go do biura w Palo Alto; ponieważ jednak nie było go stać na to, by tam zamieszkać, Jobsowie wylądowali ostatecznie na osiedlu w Mountain View – mieście położonym nieco bardziej na południe, a przy tym tańszym.

Tam też Paul Jobs próbował przekazać synowi swoją miłość do mechaniki i samochodów. „Steve, od teraz to będzie twój warsztat pracy” – powiedział, wydzielając część stołu w garażu. Jobs pamięta, że był pod wrażeniem wagi, jaką jego ojciec przywiązywał do staranności wykonania. „Uważałem, że zmysł konstrukcyjny mojego taty jest całkiem niezły, bo przecież potrafił zbudować dowolną rzecz. Jeśli potrzebowaliśmy szafki, budował szafkę. Kiedy zaś stawialiśmy płot, wręczył mi młotek, żebym mógł pracować razem z nim”.

Pięćdziesiąt lat później ten płot dalej otacza ogród z tyłu i z boku domu w Mountain View. Gdy Jobs mi go pokazywał, gładził pieszczotliwie deski ogrodzenia i przypomniał to, co głęboko zaszczepił w nim jego ojciec. Ważne jest, mawiał Paul Jobs, by starannie wykonać tył szafki czy płotu, nawet jeśli pozostanie on niewidoczny. „Uwielbiał robić wszystko jak należy. Przykładał wagę nawet do tych części, których nie było widać”.

Jego ojciec w dalszym ciągu odnawiał, a następnie odsprzedawał używane samochody; ściany garażu przyozdobił zdjęciami swoich ulubionych aut. Zwracał uwagę syna na ich detale: linie, wloty powietrza, chromowania, obszycia foteli. Codziennie po powrocie z pracy przebierał się w roboczy kombinezon i znikał w garażu, gdzie często towarzyszył mu Steve.

„Sądziłem, że jeśli zdobędzie trochę umiejętności z zakresu mechaniki, uda mi się utrzymać go w jednym miejscu. Jednak tak naprawdę nie interesowała go ciężka praca – wspominał później Paul. – Nigdy nie zaprzątał sobie głowy mechaniką”.

Grzebanie pod maską faktycznie nigdy nie wydawało się Jobsowi szczególnie pociągające. Powiedział kiedyś: „Nie ciągnęło mnie do naprawiania samochodów, ale chętnie spędzałem czas w towarzystwie taty”.

Choć rósł, mając świadomość, że jest dzieckiem adoptowanym, wzmacniało się jego przywiązanie do ojca. Pewnego dnia, kiedy miał osiem lat, Steve Jobs odkrył fotografię ojca z czasów służby w straży wybrzeża – „Stał w maszynowni, nie miał na sobie koszuli i wyglądał jak James Dean. Dla dzieciaka to był jeden z tych momentów Oh wow. Wow, więc moi rodzice byli kiedyś bardzo młodzi i naprawdę dobrze wyglądali”.

Dzięki samochodom ojciec Steve’a umożliwił mu pierwszy kontakt z elektroniką. „Nie miał jakiegoś wielkiego pojęcia o elektronice, ale często stykał się z nią w samochodach i innych naprawianych przez siebie rzeczach. Wprowadził mnie w jej podstawy, a ja bardzo się tym zainteresowałem”. Jeszcze bardziej interesujące okazały się wyprawy w poszukiwaniu części. „W każdy weekend urządzaliśmy wycieczkę na złomowisko. Szukaliśmy akumulatora, gaźnika, wszystkich możliwych elementów”. Pamięta też, jak jego ojciec negocjował przy kasie – „Był dobry w targowaniu się, bo lepiej od sprzedawców zdawał sobie sprawę, ile te części naprawdę powinny kosztować”. To pomogło wypełnić przyrzeczenie, złożone przez jego rodziców podczas adopcji. „Mój fundusz studencki uzbierał się dzięki temu, że tata płacił pięćdziesiąt dolarów za forda falcona albo jakiś inny rozbity, niesprawny samochód, pracował nad nim przez kilka tygodni, a następnie sprzedawał go za dwieście pięćdziesiąt dolarów. Nie mówiąc o niczym urzędowi podatkowemu”.

Dom Jobsów, położony przy alei Diablo 286, podobnie jak pozostałe domy w sąsiedztwie został wzniesiony przez dewelopera Josepha Eichlera, którego firma pomiędzy rokiem 1950 a 1974 zbudowała ponad jedenaście tysięcy domów na rozmaitych kalifornijskich osiedlach. Zainspirowany roztoczoną przez Franka Lloyda Wrighta5 wizją prostych, nowoczesnych mieszkań dla amerykańskiego „szarego człowieka”, Eichler budował niedrogie domy o konstrukcji słupowo-ryglowej, z sięgającymi od podłogi aż po sufit szklanymi ścianami, z otwartymi przestrzeniami, z podłogami z płyt betonowych oraz całym mnóstwem przesuwanych szklanych drzwi.

„Eichler dokonał czegoś wspaniałego – stwierdził Jobs podczas jednego z naszych spacerów po okolicy. – Jego domy były modne, tanie i dobre. Dzięki nim porządny design i styl stały się dostępne dla ludzi z niższymi dochodami. Tamte domy miały wiele niepozornych, a przy tym wspaniałych elementów, na przykład ogrzewanie podłogowe. Kiedy byliśmy dziećmi, wystarczyło położyć dywan i miało się przyjemnie cieplutką podłogę”.

Jobs twierdzi, że uznanie, jakim darzył domy Eichlera, stało się inspiracją dla jego pasji do tworzenia modnie zaprojektowanych produktów z myślą o masowym rynku zbytu. „To wspaniałe, gdy świetny design i czystą wydajność udaje się zawrzeć w czymś, co nie kosztuje zbyt wiele – powiedział, zwracając uwagę na prostą elegancję domów Eichlera. – Taka właśnie była oryginalna wizja przyświecająca Apple. Próbowaliśmy to osiągnąć, konstruując pierwszy komputer Mac. Udało nam się to w przypadku iPoda”.

Naprzeciwko Jobsów mieszkał człowiek, który odniósł sukces jako handlarz nieruchomościami. „Nie był szczególnie bystry – powiedział Jobs – ale sprawiał wrażenie kogoś, kto zbija fortunę. Mój tata pomyślał więc: Ja też tak potrafię. Pamiętam, jak bardzo ciężko pracował. Chodził na wieczorowe kursy, zdał test, żeby uzyskać licencję, i wreszcie dostał się do branży handlu nieruchomościami. A potem nastąpiło załamanie rynku”.

W rezultacie rodzina Jobsów popadła w trwające około roku finansowe tarapaty. Steve chodził wtedy do szkoły podstawowej. Jego matka podjęła pracę jako księgowa w Varian Associates, firmie zajmującej się produkcją przyrządów naukowych; Jobsowie wzięli też drugi kredyt hipoteczny. Pewnego dnia, gdy nauczyciel w czwartej klasie zapytał Jobsa: „Czego nie rozumiesz we wszechświecie?”, ten odparł: „Nie rozumiem, dlaczego mój tata nagle został bez grosza”. Mimo to był bardzo dumny, że jego ojciec nigdy nie wyrobił w sobie służalczego podejścia i lizusowskiego stylu, które mogły uczynić go lepszym sprzedawcą. „Aby sprzedawać nieruchomości, trzeba podlizywać się ludziom, a on nie był w tym dobry. To nie leżało w jego naturze. Podziwiałem go za to”. Paul Jobs wrócił więc do zawodu mechanika.

Ojciec Steve’a Jobsa był człowiekiem spokojnym i łagodnym – te dwie cechy jego syn bardziej wychwala, niż naśladuje. Paul Jobs był jednak także stanowczy.

Nieopodal nas mieszkał inżynier pracujący nad fotoogniwami w Westinghouse6. Był kawalerem, typem bitnika. Miał dziewczynę, która czasem dorabiała jako moja niania. Oboje moi rodzice pracowali, więc po szkole chodziłem do nich na kilka godzin. Kilka razy zdarzyło się, że facet upił się i uderzył tę dziewczynę. Pewnego wieczoru pojawiła się u nas, śmiertelnie przerażona, a za nią przyszedł także ten facet, pijany. Mój tata usadził go, mówiąc: „Ona jest tutaj, ale ty nie wejdziesz”. Tamten momentalnie się zatrzymał. Lubimy sobie myśleć, że lata pięćdziesiąte były jedną wielką idyllą, ale tamten gość był jednym z tych inżynierów, którzy zawalili własne życie.

Tym, co odróżniało tamtą okolicę od tysięcy innych upstrzonych krzewami trzmieliny amerykańskich osiedli, było to, że nawet lokalni hultaje byli inżynierami. „Kiedy się tam sprowadziliśmy, na każdym rogu rosły sady śliwkowe i morelowe – wspominał Jobs. – Jednak z powodu inwestycji wojskowych okolica zaczynała dynamicznie się rozwijać”. Jobs chłonął historię doliny i zapragnął odegrać w niej jakąś rolę. Edwin Land z firmy Polaroid opowiedział mu później o tym, jak Eisenhower poprosił go o pomoc przy budowie aparatów fotograficznych w samolocie szpiegowskim U-2, za pomocą których chciano sprawdzić skalę sowieckiego zagrożenia. Klisza została zrzucona z samolotu w metalowym pojemniku, a następnie przekazana do należącego do NASA ośrodka badawczego Ames w Sunnyvale, nieopodal miejsca, w którym mieszkał Jobs. „Terminal komputerowy zobaczyłem po raz pierwszy wtedy, gdy tata zabrał mnie do ośrodka Ames – powiedział Jobs. – Zakochałem się w nim”.

W latach pięćdziesiątych na tym terenie pojawili się kolejni dostawcy sprzętu i usług dla wojska. Missiles and Space, czyli oddział firmy Lockheed, w którym zbudowano wystrzeliwane z łodzi podwodnych rakiety balistyczne, powstał obok ośrodka NASA w roku 1956. Kiedy cztery lata później w okolicy osiedlili się Jobsowie, zatrudniano tam już dwadzieścia tysięcy ludzi. Kilkaset metrów dalej Westinghouse zbudował zakłady, w których wytwarzano lampy elektronowe oraz transformatory stosowane w systemach rakietowych. „Żyliśmy w otoczeniu tych wszystkich nowatorskich firm wojskowych – wspominał Jobs. – Było to tajemnicze i bardzo nowoczesne i sprawiało, że życie tam było niezwykle ekscytujące”.

W ślad za przemysłem obronnym ruszył świetnie prosperujący dział gospodarki oparty na technologii. Jej korzenie sięgały roku 1938, kiedy to Dave Packard i jego świeżo poślubiona żona wprowadzili się do mieszkania w Palo Alto. Na zewnątrz stała szopa, w której wkrótce ulokował się przyjaciel Packarda Bill Hewlett. Dom, w którym mieszkali Packardowie, miał także garaż (dodatek, który w tej dolinie nie tylko okazał się użyteczny, ale też miał zacząć pełnić funkcję jej symbolu). Packard i Hewlett majstrowali w nim tak długo, aż wreszcie gotowy był ich pierwszy produkt: oscylator dźwiękowy. W latach pięćdziesiątych Hewlett-Packard była już szybko rozwijającą się firmą, produkującą urządzenia elektroniczne.

Na szczęście w okolicy nie brakowało miejsca dla tych przedsiębiorców, którzy wyrośli już z garaży. Tym, co pomogło przekształcić ten obszar w kolebkę technologicznej rewolucji, była podjęta przez dziekana Wydziału Inżynierii Uniwersytetu Stanforda, Fredericka Termana, decyzja o stworzeniu na należącym do uniwersytetu i liczącym dwieście osiemdziesiąt hektarów obszarze parku przemysłowego dla prywatnych firm, które mogłyby wprowadzać na rynek pomysły jego studentów. Pierwszym lokatorem parku była firma Varian Associates, w której pracowała Clara Jobs. „Terman miał świetny pomysł, który w największym stopniu przyczynił się do tego, że rozwinął się tutaj przemysł technologiczny” – stwierdził Jobs. Do czasu, gdy Jobs skończył dziesięć lat, firma Hewlett-Packard zatrudniała już dziewięć tysięcy pracowników, miała renomę i odpowiednio wysokie dochody; chciał dla niej pracować każdy szukający finansowego bezpieczeństwa inżynier.

Najbardziej znaczący dla rozwoju regionu był, rzecz jasna, półprzewodnik. William Shockley, jeden z wynalazców tranzystora w zakładach Bell Labs w New Jersey, przeprowadził się do Mountain View i w roku 1956 założył firmę, która miała produkować tranzystory przy użyciu krzemu, zamiast droższego i powszechnie wówczas stosowanego germanu. Shockley był jednak coraz bardziej niekonsekwentny i w końcu porzucił swój krzemowy projekt, co skłoniło ośmiu z jego inżynierów – a w szczególności Roberta Noyce’a oraz Gordona Moore’a – do odejścia i utworzenia Fairchild Semiconductor. Firma ta wkrótce rozrosła się i zatrudniała dwanaście tysięcy osób, lecz w roku 1968 doszło w niej do podziału po tym, jak Noyce przegrał walkę o fotel dyrektora generalnego. Zabrał ze sobą Gordona Moore’a i założyli firmę, która stała się znana jako Integrated Electronics Corporation – nazwę tę mądrze skrócili do Intel. Trzecim wspólnikiem został Andrew Grove, który w latach osiemdziesiątych rozwinął firmę, kładąc nacisk nie na układy pamięci, lecz na mikroprocesory. W ciągu zaledwie kilku lat w regionie pojawiło się ponad pięćdziesiąt przedsiębiorstw wytwarzających półprzewodniki.

Szybki rozwój tego przemysłu korelował z fenomenem odkrytym przez Moore’a, który w roku 1965 narysował wykres przedstawiający prędkości układów scalonych, w zależności od liczby tranzystorów, które można było umieścić w danym układzie. Wykres pokazywał, że liczba tranzystorów podwajała się co dwa lata; wykres pozwalał też oczekiwać, że ten trend utrzyma się w przyszłości. To potwierdziło się w roku 1971, gdy Intel zdołał wytrawić kompletną centralną jednostkę przetwarzającą na jednym układzie (nazwanym Intel 4004), który został ochrzczony mianem mikroprocesora. Prawo Moore’a utrzymało się aż po dziś dzień, a dokonywane na jego podstawie wiarygodne przewidywania zależności pomiędzy wydajnością a ceną pozwoliły dwóm generacjom młodych przedsiębiorców, do których należeli Steve Jobs oraz Bill Gates, przewidywać koszty ich przyszłych produktów.

Region zawdzięczał produkcji układów swą nową nazwę – w styczniu 1971 roku Don Hoefler, felietonista z branżowego tygodnika „Electronic News”, rozpoczął cykl zatytułowany „Dolina Krzemowa USA”. Licząca sobie sześćdziesiąt pięć kilometrów Dolina Santa Clara, rozciągająca się od południowego San Francisco, przez Palo Alto, aż do San Jose, posiada swój handlowy kręgosłup w postaci El Camino Real, czyli Królewskiej Drogi. Niegdyś łączyła ona dwadzieścia jeden misyjnych kościołów w Kalifornii, zaś obecnie stanowi ruchliwą aleję, która łączy istniejące tu już firmy oraz nowe przedsięwzięcia, stanowiące jedną trzecią wszystkich inwestycji typu venture capital 7, jakie dokonywane są każdego roku w USA. „Dorastając tutaj, byłem inspirowany przez historię tego miejsca – stwierdził Jobs. – To sprawiło, że zapragnąłem stać się jej częścią”.

Podobnie jak większość dzieciaków, znajdował się pod wpływem pasji otaczających go dorosłych. „Większość ojców w sąsiedztwie zajmowała się naprawdę świetnymi rzeczami, takimi jak fotoogniwa, baterie i radary – opowiadał Jobs. – Dorastałem więc pełen podziwu dla tych rzeczy i wypytywałem o nie ludzi”. Najważniejszym z owych sąsiadów był mieszkający siedem domów dalej Larry Lang. „Był dla mnie wzorem tego, jaki powinien być inżynier HP: zapalony radioamator, facet do szpiku kości przesiąknięty zamiłowaniem do elektroniki – wspominał Jobs. – Przynosił mi do zabawy najróżniejszy sprzęt”. Kiedy podeszliśmy do dawnego domu Langa, Jobs wskazał na podjazd: „Pewnego razu wziął mikrofon węglowy, akumulator i głośnik i postawił to wszystko na tym podjeździe. Kazał mi mówić do mikrofonu, a z głośnika dobiegał wzmocniony głos”. Ojciec powiedział kiedyś Jobsowi, że mikrofony zawsze potrzebują elektronicznego wzmacniacza. „Pobiegłem więc do domu i oświadczyłem tacie, że nie miał racji”.

Ojciec zapewnił go, że mikrofon potrzebuje wzmacniacza. A gdy Steve mimo to oponował, jego ojciec stwierdził, że syn zwariował: „On nie może działać bez wzmacniacza. To musi być jakaś sztuczka”.

„W kółko zaprzeczałem i powtarzałem tacie, że musi to zobaczyć. W końcu faktycznie poszedł ze mną to obejrzeć. A potem powiedział: »A niech mnie«”.

Jobs przywołuje to zdarzenie, ponieważ to wtedy po raz pierwszy uświadomił sobie, że jego ojciec nie wie wszystkiego. Następnie zaświtało mu w głowie jeszcze bardziej niepokojące spostrzeżenie: że jest bystrzejszy od swoich rodziców. Zawsze podziwiał swego ojca: „Nie był wykształcony, ale zawsze uważałem go za cholernie bystrego. Nie czytał wiele, ale wiele potrafił. Umiał rozpracować niemal wszystko, co miało związek z mechaniką”. A jednak, jak przyznał Jobs, zdarzenie z węglowym mikrofonem zapoczątkowało irytujący proces uświadamiania sobie, że w gruncie rzeczy jest inteligentniejszy i błyskotliwszy od swoich rodziców. „To był bardzo ważny moment, który zapadł mi głęboko w pamięć. Kiedy uświadomiłem sobie, że jestem bystrzejszy niż moi rodzice, poczułem dojmujący wstyd z powodu tego, że w ogóle coś takiego pomyślałem. Nigdy nie zapomnę tamtej chwili”. Jak powiedział później swoim przyjaciołom, tamto odkrycie w połączeniu z faktem, że był adoptowany, sprawiło, że poczuł się nieco wyobcowany – odrębny i oddzielony – zarówno od swojej rodziny, jak i od świata.

Kolejny stopień świadomości osiągnął wkrótce potem. Nie tylko spostrzegł, że jest lotniejszy od rodziców, ale odkrył, że oni także mają tego świadomość. Paul i Clara Jobsowie byli kochającymi rodzicami, gotowymi dostosować swoje życie do sytuacji, w jakiej się znaleźli – do posiadania syna, który był nad wyraz inteligentny, ale też samowolny. Zadali sobie wiele trudu, by go zadowolić, by traktować go jak kogoś wyjątkowego. Wkrótce Steve odkrył także i to. „Oboje moi rodzice mnie rozumieli. Czuli wielką odpowiedzialność, odkąd pojęli, że jestem kimś wyjątkowym. Potrafili podsuwać mi coraz to nowe rzeczy i umieszczać mnie w coraz to lepszych szkołach. Gotowi byli podporządkować się moim potrzebom”.

Jobs dorastał zatem nie tylko z poczuciem, że został kiedyś porzucony, ale też z przeświadczeniem o własnej wyjątkowości. To ostatnie jego zdaniem miało większe znaczenie dla procesu formowania się jego osobowości.

Szkoła

Matka nauczyła go czytać, jeszcze zanim poszedł do szkoły podstawowej. Wyniknęły z tego jednak pewne problemy. Jobs wspomina: „Przez kilka pierwszych lat szkoły byłem dosyć znudzony, znajdowałem więc sobie zajęcie, pakując się w rozmaite tarapaty”. Stało się też szybko jasne, że ani geny Jobsa, ani jego wychowanie nie skłaniają go do poszanowania autorytetów. „Zetknąłem się z autorytetami zupełnie innego rodzaju niż te, z którymi spotykałem się wcześniej, i wcale mi się to nie podobało. Prawie udało im się mnie dopaść. Byli blisko wybicia mi z głowy wszelkiej ciekawości”.

Szkoła podstawowa Monta Loma Elementary, do której uczęszczał Jobs, składała się z kilku niskich budynków pochodzących z lat pięćdziesiątych i była oddalona o cztery przecznice od jego domu. Szkolną nudę zwalczał robieniem kawałów. „Miałem dobrego kolegę, nazywał się Rick Ferrentino. Razem pakowaliśmy się we wszelkie możliwe kłopoty – wspominał. – Jak wtedy, gdy zrobiliśmy małe plakaty: »Przynieś do szkoły swoje zwierzątko«. To było szaleństwo, wszędzie dookoła psy uganiały się za kotami, a nauczyciele wychodzili z siebie ze złości”. Innym razem przekonali dzieciaki, by podały im kombinacje cyfr do swoich zapięć do rowerów: „Następnie wyszliśmy na zewnątrz, pozamienialiśmy wszystkie zapięcia, i nikt nie mógł dostać się do swojego roweru. Była już późna noc, zanim doszli z tym wszystkim do ładu”. Kiedy Jobs dotarł do trzeciej klasy, psikusy stały się nieco bardziej niebezpieczne: „Pewnego razu zdetonowaliśmy ładunek wybuchowy pod krzesłem naszej nauczycielki, pani Thurman. Nabawiła się przez nas tiku nerwowego”.

Nie zaskakuje więc, że zanim skończył trzecią klasę, został dwa lub trzy razy odesłany do domu. Jego ojciec jednak, który zaczął już traktować go jak kogoś wyjątkowego, we właściwy sobie spokojny, ale stanowczy sposób dał do zrozumienia, że tego samego oczekuje od szkoły. „Posłuchajcie państwo, to nie jego wina... – To powiedział nauczycielom, zdaniem jego syna, Paul Jobs. – Jeśli nie potraficie go zainteresować, to jest to wasza wina”.

Jobs nie przypomina sobie, by rodzice ukarali go kiedyś za wykroczenia, których dopuszczał się w szkole. „Ojciec mojego ojca był alkoholikiem i chłostał go pasem, ale ja nie pamiętam, żebym kiedykolwiek dostał klapsa. – I dodaje: – Oboje rodzice zdawali sobie sprawę, że problem tkwił w samej szkole, która starała się zmusić mnie do uczenia się na pamięć głupot, zamiast mnie stymulować”. Zaczynał już wtedy przejawiać mieszaninę wrażliwości i zobojętnienia, zniecierpliwienia i dystansu, która charakteryzować go będzie przez resztę życia.

Kiedy miał pójść do czwartej klasy, szkoła uznała, że Jobsa i Ferrontino lepiej będzie rozdzielić. Nauczycielką w klasie dla najzdolniejszych dzieci była obdarzona zdecydowanym charakterem kobieta, Imogene Hill, znana też jako „Teddy”, która – jak to określił Jobs – stała się „jedną ze świętych mojego życia”. Obserwowała go przez kilka tygodni i zrozumiała, że najlepszą metodą poradzenia sobie z nim będzie przekupstwo. „Pewnego dnia po szkole wręczyła mi książkę z problemami matematycznymi do rozwiązania i powiedziała, że chce, bym zajął się tym w domu. Pomyślałem: »Czyś ty oszalała?«. Potem jednak wyjęła jeden z tych gigantycznych lizaków, które wydają się wielkie jak cały świat. I powiedziała, że kiedy uporam się z zadaniami, a większość z nich będzie rozwiązana poprawnie, da mi tego lizaka i dorzuci jeszcze pięć dolarów. Oddałem jej książkę po dwóch dniach”. Po kilku miesiącach łapówki nie były już potrzebne: „Po prostu chciałem się uczyć, by sprawić jej przyjemność”.

Rewanżowała mu się, ofiarowując zestawy dla majsterkowiczów, pozwalające na przykład samodzielnie oszlifować soczewkę albo skonstruować aparat fotograficzny. „Nauczyłem się od niej więcej, niż od jakiegokolwiek innego nauczyciela; gdyby nie ona, z pewnością trafiłbym do więzienia”. Po raz kolejny wzmocniło to jego przekonanie, że jest kimś wyjątkowym: „Spośród całej klasy dbała tak tylko o mnie. Coś we mnie dostrzegła”.

Tym czymś była nie tylko inteligencja. Wiele lat później nauczycielka lubiła chwalić się zdjęciem tamtej klasy, zrobionym z okazji Dnia Hawajskiego. Jobs przyszedł do szkoły bez zalecanej hawajskiej koszuli, ale na zdjęciu widać, jak stoi z przodu, w samym środku, ubrany w taką właśnie koszulę. Zdołał przekonać innego dzieciaka, by oddał mu swoją.

Pod koniec czwartej klasy pani Hill zrobiła Jobsowi test. „Uzyskałem wynik na poziomie ucznia drugiej klasy szkoły średniej” – wspominał. Kiedy fakt, że Jobs jest wyjątkowo inteligentny, stał się jasny nie tylko dla niego samego oraz jego rodziców, ale także dla nauczycieli, szkoła wysunęła niecodzienną propozycję, aby pozwolić mu przeskoczyć dwie klasy i aby od razu po ukończeniu czwartej przeniósł się do siódmej. To byłby najprostszy sposób, by zapewnić mu intelektualne wyzwania i odpowiednią stymulację. Jego rodzice wykazali się jednak większą rozwagą i postanowili, że przeskoczy tylko jedną klasę.

Przenosiny okazały się bolesne. Jobs był nieporadnym towarzysko samotnikiem, który znalazł się w otoczeniu dzieciaków starszych od siebie o rok. Co gorsza, szósta klasa znajdowała się w innej szkole – Crittenden Middle. Od Monta Loma Elementary dzieliło ją zaledwie osiem przecznic, pod wieloma względami był to jednak inny świat, położony w okolicy, w której roiło się od gangów. „Bójki były na porządku dziennym, tak samo jak wymuszenia pieniędzy w łazienkach – wspomina Michael S. Malone, dziennikarz z Doliny Krzemowej. – Do szkoły regularnie przynoszono noże, by udowodnić, że jest się macho”. Mniej więcej wtedy, gdy do tej szkoły zaczął uczęszczać Jobs, grupa uczniów trafiła do więzienia za zbiorowy gwałt; spalono też autobus należący do sąsiedniej szkoły, po tym jak tamtejsza drużyna pokonała reprezentację Crittenden w zawodach zapaśniczych.

Jobs często padał ofiarą prześladowań i w siódmej klasie, w środku roku szkolnego, postawił rodzicom ultimatum. „Nalegałem, by przenieśli mnie do innej szkoły” – wspominał. Ze względów finansowych było to żądanie trudne do spełnienia. Jego rodzice ledwo wiązali koniec z końcem. Jednak na tym etapie nie było już właściwie wątpliwości, że ustąpią. „Kiedy się opierali, powiedziałem im, że jeśli będę musiał wrócić do Crittenden, po prostu w ogóle przestanę chodzić do szkoły. Sprawdzili więc, gdzie są najlepsze szkoły, po czym wspólnie zebrali grosz do grosza i za dwadzieścia jeden tysięcy dolarów kupili dom w lepszej dzielnicy”.

Przenieśli się zaledwie pięć kilometrów na południe, gdzie na miejscu dawnego sadu morelowego w południowym Los Altos powstało osiedle niczym się od siebie nieróżniących domów jednorodzinnych. Ich dom, stojący przy Crist Drive 2066, miał jedno piętro, trzy sypialnie i bardzo ważny garaż z opuszczaną, wychodzącą na ulicę bramą. Paul Jobs mógł w nim dłubać przy samochodach, zaś jego syn przy elektronice. Kolejną istotną cechą tego domu było usytuowanie w obrębie, choć tuż przy granicy okręgu szkolnego Cupertino-Sunnyvale – jednego z najlepszych i najbezpieczniejszych w Dolinie. „Kiedy się tu przeprowadziliśmy, na rogach ulic wciąż jeszcze rosły sady – pokazywał Jobs, gdy przechodziliśmy obok jego dawnego domu. – Gość, który tu mieszkał, nauczył mnie, na czym polega naturalne ogrodnictwo i jak zrobić kompost. Wszystko, co uprawiał, rosło doskonale. Nigdy w życiu nie jadłem smaczniejszych owoców. To wtedy zacząłem doceniać owoce i warzywa z ekologicznych upraw”.

Mimo że rodzice Jobsa nie byli żarliwie wierzący, to chcieli, by ich syn odebrał wychowanie religijne i w większość niedziel zabierali go do luterańskiego kościoła. Skończyło się to, gdy Steve miał trzynaście lat. Rodzina Jobsów prenumerowała magazyn „Life”, na którego okładce w lipcu 1968 znalazło się zdjęcie dwójki głodujących dzieci z Biafry. Jobs zabrał ją do szkółki niedzielnej i stanął naprzeciw pastora:

– Czy jeśli podniosę palec, Bóg będzie wiedział, który to będzie, jeszcze zanim to zrobię?

Pastor odparł:

– Tak, Bóg wie wszystko.

Wówczas Jobs wyciągnął okładkę „Life’a” i zapytał:

– Dobrze, a czy Bóg wie o tym i czy wie, co stanie się z tymi dziećmi?

– Steve, rozumiem, że tego nie pojmujesz, ale tak, Bóg o tym wie.

Jobs oznajmił, że nie chce mieć nic wspólnego z oddawaniem czci takiemu Bogu, i nigdy więcej nie poszedł do kościoła. Spędził jednak lata na studiowaniu i próbach praktykowania zasad buddyzmu zen. Rozważając po latach własne poglądy na sprawy duchowe, stwierdził, że jego zdaniem religia ma się najlepiej, gdy kładzie nacisk na duchowe doświadczenia, zamiast na ogólnie przyjęte dogmaty. „Chrześcijaństwo traci soki, gdy zaczyna bazować w zbyt dużym stopniu na wierze, zamiast na życiu i postrzeganiu świata w taki sposób, w jaki robił to Jezus – powiedział mi Steve Jobs. – Wydaje mi się, że różne religie to różne drzwi do tego samego domu. Czasem myślę, że ten dom istnieje, a czasem, że nie. To wielka tajemnica”.

Ojciec Jobsa pracował w tym czasie w położonej opodal Santa Clara firmie Spectra-Physics, produkującej lasery wykorzystywane w sprzęcie elektronicznym i medycznym. Jako operator maszyny wykonywał prototypy produktów zaprojektowanych przez inżynierów. Jego syn był zafascynowany tym, jak ważna była tu precyzja. „Lasery wymagają precyzyjnych ustawień – powiedział Jobs. – Te najbardziej wyrafinowane, stosowane w lotnictwie czy medycynie, miały niezwykle dokładnie wykonane elementy. Przychodzili więc do mojego taty i mówili mu coś w rodzaju: »tego nam potrzeba i chcemy, żeby to było zrobione z jednego kawałka metalu, tak by współczynniki rozszerzalności były jednakowe«. A on musiał sam wykombinować, jak tego dokonać”. Większość części trzeba było wykonywać zupełnie od zera, co oznaczało, że Paul Jobs musiał konstruować narzędzia i matryce według własnego projektu. Jego syn interesował się tym, jednak w warsztacie mechanicznym pojawiał się rzadko. „To byłaby frajda, gdyby tak ojciec nauczył mnie używać frezarki i tokarki. Ale niestety nigdy tam nie chodziłem, bo bardziej interesowała mnie elektronika”.

Pewnego lata Paul Jobs zabrał Steve’a do Wisconsin, by odwiedzić rodzinną farmę. Wiejskie życie do niego nie przemawiało, lecz w pamięci utkwił mu jeden obraz. Obserwował narodziny cielęcia i zdumiało go, jak nowo narodzone zwierzę po trwających kilka minut usiłowaniach zaczyna chodzić. „Nie było to coś, czego się ono nauczyło, ale co było w nim zapisane, niczym informacja na twardym dysku – wspominał. – Ludzkie dziecko by tego nie potrafiło. Wydawało mi się to niezwykłe, nawet jeśli nikt inny tak na to nie patrzył”. Ujął to w kategoriach hardware’u i software’u: „To było zupełnie tak, jakby coś w ciele zwierzęcia i w jego mózgu zostało skonstruowane w ten sposób, by od razu zacząć współpracę, zamiast dopiero się jej uczyć”.

Dziewiątą klasę Jobs rozpoczął w liceum Homestead High, posiadającym rozległy kampus dwupiętrowych budynków z pustaków, w tamtym okresie pomalowanych na kolor różowy. Służyły one dwóm tysiącom uczniów. „Ten kompleks zaprojektował słynny architekt specjalizujący się w więzieniach – wspominał Jobs. – Chcieli, żeby było to niezniszczalne”. Jobs nabrał upodobania do spacerów i każdego dnia maszerował do szkoły przez piętnaście kwartałów.

Miał paru kolegów w swoim wieku, ale poznał też kilka osób z ostatniej klasy, zaangażowanych w kontrkulturę późnych lat sześćdziesiątych. Był to okres, w którym światy technomaniaków i hipisów zaczynały się przenikać. „Moi koledzy byli naprawdę bystrymi dzieciakami – powiedział. – Ja interesowałem się matematyką, naukami ścisłymi i elektroniką. Oni również, a oprócz tego także LSD i całymi tymi kontrkulturowymi »tripami«”.

W tym czasie do swoich kawałów wykorzystywał już elektronikę. W całym domu zainstalował głośniki. Ponieważ zaś głośniki mogą być też wykorzystywane jako mikrofony, zbudował w swojej szafie centrum kontrolne, w którym mógł słuchać wszystkiego, co działo się w innych pomieszczeniach. Pewnej nocy, gdy ze słuchawkami na uszach podsłuchiwał odgłosy z sypialni rodziców, przyłapał go ojciec i ze złością zażądał demontażu całego systemu. Jobs spędził też wiele wieczorów na wizytach w garażu Larryego Langa, inżyniera mieszkającego opodal jego dawnego domu. Lang w końcu podarował Jobsowi mikrofon węglowy, który tak bardzo go fascynował, a także zwrócił jego uwagę na ukochane w tamtych czasach przez miłośników zabawy lutownicą zestawy „zrób-to-sam” firmy Heath, umożliwiające samodzielne zbudowanie odbiornika radiowego oraz innego sprzętu elektronicznego. „Zestawy Heath zawierały płytki i części oznaczone odpowiednimi kolorami, ale oprócz tego w instrukcji tłumaczono też teoretyczne podstawy działania – wspominał Jobs. – Dzięki temu zdawałeś sobie sprawę, że możesz zbudować i zrozumieć właściwie wszystko. Kiedy już zbudowałeś kilka radioodbiorników, patrzyłeś na telewizor w katalogu i mówiłeś sobie: »To również potrafiłbym zbudować«, nawet jeśli wcale tak nie było. Miałem wielkie szczęście, bo kiedy byłem dzieckiem, mój tata oraz zestawy Heath przekonali mnie, że jestem w stanie skonstruować wszystko”.

Lang wprowadził go także do Klubu Odkrywcy Hewletta-Packarda – gdzie odbywały się cotygodniowe spotkania, na których gromadziło się około piętnastu uczniów; odbywały się one we wtorkowe wieczory w firmowej kantynie. „Przychodził na nie inżynier z jednego z laboratoriów i opowiadał, nad czym pracuje – wspominał Jobs. – Zawoził mnie tam tata. Byłem wniebowzięty. HP był pionierem w dziedzinie diod świecących. Rozmawialiśmy więc o tym, jak można je wykorzystać”. Temat ten interesował go szczególnie, ponieważ jego ojciec pracował w tamtym czasie dla firmy produkującej lasery. Pewnego wieczoru po dyskusji zaczepił jednego z inżynierów zajmujących się w HP laserami i załatwił sobie zwiedzanie laboratorium holograficznego. Największe wrażenie wywarł na nim widok małych komputerów, nad którymi firma pracowała. „To tam zobaczyłem pierwszy biurkowy komputer w moim życiu. Nazywał się 9100A i był zwykłym kalkulatorem, ale zarazem pierwszym biurkowym komputerem. Był olbrzymi, ważył może z osiemnaście kilogramów, ale był piękny. Zakochałem się w nim”.

Dzieciaki w Klubie Odkrywcy zachęcano do robienia własnych projektów. Jobs postanowił zbudować miernik częstotliwości, służący do pomiaru liczby impulsów na sekundę w sygnale elektrycznym. Potrzebował trochę części produkowanych przez HP, chwycił więc za telefon i zadzwonił do dyrektora generalnego firmy. „W tamtych czasach ludzie nie miewali zastrzeżonych numerów. Znalazłem więc Billa Hewletta w Palo Alto i zadzwoniłem do niego do domu. Odebrał telefon i gawędził ze mną przez dwadzieścia minut. Obiecał mi te części, ale też załatwił mi pracę w fabryce, w której produkowali mierniki częstotliwości”. Jobs pracował tam latem, po ukończeniu pierwszej klasy w Homestead High. „Tata zawoził mnie tam rano i odbierał wieczorem”.

Praca polegała głównie na staniu przy taśmie produkcyjnej i „wkładaniu nakrętek i śrubek w różne rzeczy”. W śród jego kolegów z pracy panowała pewna niechęć do bezczelnego dzieciaka, który wkręcił się do fabryki, gadając z dyrektorem generalnym. „Pamiętam, że powtarzałem jednemu z brygadzistów: »Uwielbiam tę robotę, uwielbiam tę robotę«, po czym zapytałem, co on lubi robić najbardziej. A on odpowiedział: »Ruchać, ruchać«”. Łatwiejszym zadaniem okazała się dla Jobsa integracja z inżynierami pracującymi piętro wyżej. „Codziennie o dziesiątej rano serwowano tam kawę i pączki. Szedłem więc na górę i siedziałem w ich towarzystwie”.

Jobs lubił pracować. Roznosił też gazety – gdy padało, ojciec woził go samochodem – a w drugiej klasie szkoły średniej pracował w weekendy oraz wakacje jako ekspedient w wielkim sklepie elektronicznym o nazwie Haltek. Był on dla ludzi zajmujących się elektroniką tym, czym złomowiska, po których buszował jego ojciec, dla mechaników samochodowych: rajem poszukiwacza, ciągnącym się na długość całej ulicy, pełnym nowych, używanych, odratowanych i nadmiarowych części, które poupychano w labiryntach półek, powrzucano nieposortowane do koszy i spiętrzono na zewnętrznym dziedzińcu. „Na tyłach, w pobliżu zatoki, mieli ogrodzony obszar, gdzie można było znaleźć takie rzeczy, jak wnętrze łodzi podwodnej Polaris, które zostało wyrwane i sprzedane na części – wspominał Jobs. – Wszystkie kontrolki i przyciski były na swoim miejscu. Kolorystycznie dominowały wojskowa zieleń i szarość, ale przełączniki i osłonki żarówek były bursztynowe i czerwone. Były tam też takie duże, staromodne przełączniki dźwigniowe – kiedy je przełączałeś, czułeś się tak, jakbyś właśnie wysadzał w powietrze Chicago”.

Przy drewnianych, wyładowanych katalogami w obszarpanych segregatorach ladach z przodu sklepu ludzie targowali się o przełączniki, rezystory, kondensatory, a czasem o najnowsze układy pamięci. Ojciec Jobsa tak samo targował się, kupując części do samochodów, i odnosił sukces, ponieważ znał ich wartość lepiej niż sprzedawcy. Jobs poszedł za jego przykładem. Pogłębiał wiedzę na temat części elektronicznych, wspomaganą przez upodobanie do negocjowania i osiągania zysku. Odwiedzał pchle targi z elektroniką, takie jak giełda w San Jose, targował się o obwód drukowany z jakimś wartościowym układem albo o inne części, a następnie sprzedawał je swojemu kierownikowi w sklepie Haltek.

Z pomocą ojca Jobs mógł sobie pozwolić na swój pierwszy samochód, kiedy miał piętnaście lat. Był to dwutonowy nash metropolitan, który ojciec wyposażył w silnik MG. Jobs tak naprawdę nie lubił tego samochodu, ale nie chciał mówić tego ojcu, ani też zaprzepaścić szansy na posiadanie własnego auta. „Z perspektywy czasu nash metropolitan może się wydawać, na swój paskudny sposób, odjazdowym samochodem – powiedział później. – Wtedy był to najbardziej nieodjazdowy samochód na świecie. A jednak był to jakiś samochód i już samo to było świetne”. W ciągu roku dzięki swoim różnym pracom zaoszczędził wystarczająco dużo, by wymienić go na czerwonego fiata 850 z silnikiem Abartha. „Mój tato pomógł mi go kupić i zrobić przegląd. Wyjątkowo ekscytująca była sama satysfakcja płynąca z tego, że na coś zaoszczędziłem i zapłaciłem za to”.

Tego samego lata, między pierwszym a drugim rokiem nauki w Homestead, Jobs zaczął palić marihuanę. „Tamtego lata najarałem się po raz pierwszy, miałem wtedy piętnaście lat. Od tamtej pory paliłem trawkę regularnie”. Pewnego razu ojciec znalazł nieco narkotyku w fiacie należącym do syna. „Co to jest?” – zapytał. Steve spokojnie odparł: „To marihuana”. Był to jeden z niewielu momentów w jego życiu, gdy musiał stawić czoła gniewowi ojca. „To była jedyna prawdziwa kłótnia, w jaką wdałem się z tatą” – stwierdził. Jednak ojciec ponownie nagiął się do jego woli. – „Chciał, żebym obiecał, że nigdy już nie zapalę trawki, ale ja tego nie obiecałem”. W ostatniej klasie zaczął eksperymentować z LSD oraz haszyszem, a także badać odurzające efekty deprywacji snu. „Zacząłem narkotyzować się trochę częściej. Od czasu do czasu zdarzało nam się też zarzucić kwas, zwykle gdzieś na polach lub w samochodzie”.

W ciągu ostatnich dwóch lat spędzonych w liceum Jobs rozwinął się także intelektualnie i znalazł się, jak sam to postrzegał, na skrzyżowaniu dróg tych, którzy maniakalnie wsiąknęli w elektronikę, oraz tych, którzy interesowali się literaturą i podejmowaniem wysiłków twórczych. „Zacząłem częściej słuchać muzyki oraz czytać więcej rzeczy spoza nauk ścisłych i elektroniki – Szekspira, Platona. Uwielbiałem Króla Leara”. Do jego ulubionych pozycji należały także Moby Dick oraz wiersze Dylana Thomasa. Zapytałem go, dlaczego przemawiali do niego akurat król Lear i kapitan Ahab – dwaj spośród najbardziej upartych i pełnych determinacji bohaterów literackich, ale ponieważ nie odniósł się do związku, który ja zauważałem, porzuciłem ten temat. „Kiedy byłem w ostatniej klasie, chodziłem na fenomenalne zajęcia z literatury angielskiej. Nauczycielem był gość, który wyglądał jak Ernest Hemingway. Zabrał kilkoro z nas na zimową wędrówkę z rakietami śnieżnymi po Parku Narodowym Yosemite”.

Jeden z kursów, na które uczęszczał Jobs, stał się częścią dziedzictwa Doliny Krzemowej. Były to lekcje elektroniki prowadzone przez Johna McColluma, byłego pilota lotnictwa marynarki wojennej. Miał showmański talent do wzbudzania emocji uczniów za pomocą takich trików, jak uruchomienie cewki Tesli. Jego mały składzik, do którego klucz pożyczał ulubionym uczniom, zapchany był tranzystorami i innymi elementami, które zdobył. Posiadał godną pana Chipsa8 umiejętność wyjaśniania teorii z zakresu elektroniki oraz wiązania ich z praktycznymi umiejętnościami, takimi jak wykonywanie połączenia szeregowo-równoległego oporników i kondensatorów, a następnie wykorzystywanie zdobytych umiejętności do budowy wzmacniaczy czy radioodbiorników.

Klasa, w której odbywały się zajęcia McCulloma, znajdowała się w przypominającym szopę budynku na skraju kampusu, tuż obok parkingu. „To było tutaj – oświadczył Jobs, zaglądając przez okno. – A te drzwi obok prowadziły kiedyś do warsztatu, w którym odbywały się zajęcia z mechaniki samochodowej”. To zestawienie pokazuje, jak różniły się zainteresowania Jobsa i jego rówieśników od tego, co interesowało pokolenie jego ojca. „Pan McCullom uważał zajęcia z elektroniki za nowe wcielenie warsztatu mechaniki samochodowej”.

McCullom wierzył w wojskową dyscyplinę i szacunek dla autorytetów. Jobs jednak tej wiary nie podzielał. Swojej awersji do autorytetów nie starał się już nawet ukrywać; przyjął postawę stanowiącą połączenie nieokrzesanej i niesamowitej żywiołowości z pełną dystansu buntowniczością. „Przeważnie siedział w kącie, robiąc coś w pojedynkę i nie chcąc mieć tak naprawdę nic wspólnego ani ze mną, ani z resztą klasy” – wspominał McCullom. Nigdy nie powierzył Jobsowi klucza do swojego składziku. Pewnego dnia Jobs potrzebował części, która była niedostępna. Zadzwonił więc na koszt rozmówcy do producenta, firmy Burroughs w Detroit, i powiedział, że projektuje nowy wyrób i chciałby ową część przetestować. Przysłano mu ją pocztą lotniczą kilka dni później. Gdy McCullom zapytał, jak ją zdobył, Jobs opisał – z arogancką dumą – swój telefon na koszt rozmówcy oraz historyjkę, którą opowiedział producentowi. „Byłem wściekły – powiedział McCullom. – To nie było zachowanie, jakiego oczekiwałem od moich uczniów”. Odpowiedź Jobsa brzmiała: „Ja nie mam pieniędzy na telefon. Oni mają ich mnóstwo”.

Jobs chodził na zajęcia McCulloma tylko przez jeden rok, mimo że uczniowie mogli uczęszczać na nie przez trzy lata. Jednym z projektów, jakie tam przygotował, było urządzenie z fotokomórką, która pod wpływem światła powodowała zamknięcie obwodu elektrycznego – taki projekt mógł wykonać każdy uczeń szkoły średniej. Jobsa o wiele bardziej interesowała zabawa laserami, coś, co przejął od swojego ojca. Wraz z kilkoma kolegami tworzył na imprezach pokazy łączące muzykę ze światłem – w tym celu odbijał promień lasera od luster przytwierdzonych do głośników zestawu stereo.

Steve Jobs i Steve Wozniak


Woz

Uczestnicząc w zajęciach prowadzonych przez McCulloma, Jobs zaprzyjaźnił się z największym ulubieńcem nauczyciela – absolwentem szkoły, który dzięki prezentowanym na zajęciach czarodziejskim umiejętnościom zyskał status szkolnej legendy. Stephen Wozniak, którego młodszy brat należał do tej samej co Jobs drużyny pływackiej, był prawie pięć lat od niego starszy i o wiele lepiej znał się na elektronice. Pozostawał jednak licealnym technomaniakiem i nie angażował się w życie towarzyskie.

Wozniak, podobnie jak Jobs, nauczył się wiele od swojego ojca. Lekcje, jakie odebrali, były jednak różne. Paul Jobs był niedoszłym absolwentem szkoły średniej, który potrafił nieźle zarabiać na naprawie samochodów dzięki umiejętności zdobywania części zamiennych po korzystnych cenach. Francis Wozniak, zwany Jerrym, był natomiast błyskotliwym inżynierem wykształconym w Caltech9, gdzie grał na pozycji rozgrywającego w uczelnianej drużynie futbollu amerykańskiego. Inżynierię cenił ponad wszystko inne i patrzył z góry na tych, którzy parali się biznesem, marketingiem i sprzedażą. Został specjalistą w dziedzinie budowy rakiet w koncernie Lockheed, gdzie odpowiadał za systemy naprowadzania rakietowych pocisków kierowanych. „Pamiętam, jak mówił mi, że zostanie inżynierem równa się osiągnięciu najwyższego statusu we współczesnym świecie – wspominał później Steve Wozniak. – Inżynieria przenosi społeczeństwo na wyższy poziom”.

Jednym z pierwszych wspomnień młodego Wozniaka była weekendowa wizyta w miejscu pracy ojca, który pokazał mu różne elektroniczne części, po czym „rozłożył je przede mną i pozwolił się nimi bawić”. Obserwował zafascynowany, jak ojciec próbował wyrównać krzywą widoczną na monitorze, by w ten sposób zaprezentować prawidłową pracę jednego z zaprojektowanych przez siebie obwodów. Woz – jak nazywano go już wtedy – wypytywał o leżące w domu rezystory i tranzystory, a jego ojciec wyciągał szkolną tablicę, by na niej wyjaśnić zasadę ich działania. „Tłumaczył mi, czym jest rezystor, wychodząc od atomów i elektronów. Gdy chodziłem do drugiej klasy, działanie rezystora wyjaśniał nie za pomocą równań, ale obrazowych przykładów”.

Ojciec Woza nauczył go też czegoś, co głęboko wryło się w jego dziecinny, niewyrobiony towarzysko charakter: nigdy nie kłamać. „Mój tata wierzył w uczciwość. Skrajną uczciwość. To najważniejsza rzecz, jakiej mnie nauczył. Ja nigdy nie kłamię, nawet dziś”. (Jedynym, częściowym wyjątkiem było kłamstwo na potrzeby dobrego dowcipu). Dodatkowo ojciec wpoił synowi awersję do niepohamowanej ambicji – to różniło Woza od Jobsa. W 2010 roku, czterdzieści lat po tym, jak się poznali, Woz pojawił się na spotkaniu z okazji wprowadzenia na rynek nowego produktu Apple; wypowiedział się wówczas na temat dzielącej ich różnicy. „Mój ojciec poradził mi: zawsze staraj się być w środku – powiedział. – Nie chciałem dołączyć do grona ludzi na wysokim szczeblu, takich jak Steve. Mój tata był inżynierem i ja również chciałem nim być. Byłem zbyt nieśmiały, by zostać biznesowym liderem, jakim jest Steve”.

W czwartej klasie Wozniak stał się, jak sam to ujął, jednym z „elektronicznych dzieciaków”. Łatwiej było mu nawiązać kontakt wzrokowy z tranzystorem, niż z dziewczyną; nabawił się też przysadzistej i przygarbionej postury gościa, który większość czasu spędza nad płytkami obwodów drukowanych. Gdy Jobs głowił się nad mikrofonem węglowym, którego działania nie potrafił wyjaśnić jego ojciec, Wozniak posługiwał się tranzystorami, by skonstruować system łączności wewnętrznej wyposażony we wzmacniacze, przekaźniki elektryczne, światełka i dzwonki, który połączyłby sypialnie sześciu dzieciaków z sąsiedztwa. Natomiast w wieku, w którym Jobs składał zestawy Heath, Wozniak zajmował się już montażem nadajnika oraz odbiornika firmy Hallicrafters, producenta najbardziej zaawansowanych aparatów radiowych, a także razem ze swoim ojcem zdobywał uprawnienia radioamatorskie.

Woz spędzał dużo czasu w domu, czytając poświęcone elektronice czasopisma ojca. Zafascynowały go artykuły o nowych komputerach, takich jak potężny ENIAC10. A ponieważ algebra Bolle’a nie nastręczała mu żadnych trudności, zachwycał się prostotą owych komputerów, a nie poziomem ich skomplikowania. W ósmej klasie skonstruował kalkulator wykorzystuj ący system binarny, do którego budowy użył stu tranzystorów, dwustu diod oraz dwustu rezystorów umieszczonych na dziesięciu płytkach obwodów drukowanych. Zdobył w ten sposób pierwsze miejsce w lokalnym konkursie organizowanym przez amerykańskie siły powietrzne – a należy podkreślić, że startowali w nim uczniowie do dwunastej klasy włącznie.

Woz stał się jeszcze większym samotnikiem, kiedy chłopcy w jego wieku zaczęli umawiać się z dziewczynami i imprezować – te działania wydawały mu się bardziej skomplikowane od projektowania obwodów. „Podczas gdy wcześniej byłem lubiany, jeździliśmy na rowerach i w ogóle, nagle zostałem wykluczony z życia towarzyskiego – wspominał. – Czułem się tak, jakby od długiego czasu nikt się do mnie nie odzywał”. Upust swoim emocjom dawał, robiąc szczeniackie kawały. W dwunastej klasie skonstruował elektroniczny metronom – jedno z tych robiących „tik-tik-tik” urządzeń, które wybijają rytm na lekcjach muzyki – i zorientował się, że brzmi on jak bomba. Ściągnął więc etykiety z kilku baterii, które następnie skleił taśmą i włożył do szafki w szkolnej szatni. Dostroił metronom tak, by tykanie przyspieszyło po otwarciu szafki. Później tego samego dnia został wezwany do gabinetu dyrektora. Przypuszczał, że ma to związek ze zdobyciem, po raz kolejny, głównej nagrody w szkolnym konkursie matematycznym.

Okazało się jednak, że czekała go konfrontacja z policją. Dowiedział się, że kiedy podrzucone przez niego urządzenie zostało znalezione, wezwano dyrektora szkoły, pana Brylda, który chwycił je i kurczowo przyciskając do piersi, odważnie pobiegł na boisko futbolowe, gdzie wyrwał z niego przewody. Woz na próżno usiłował powstrzymać się od śmiechu. Został wysłany do zakładu poprawczego, gdzie spędził noc. Dla Woza było to pamiętne doświadczenie. Nauczył wtedy innych przebywających tam chłopców, w jaki sposób prowadzące do wiatraków na sufitach przewody elektryczne podłączyć do krat, tak aby każdego, kto ich dotknie, raził prąd.

Porażenie prądem stanowiło swoistą próbę odwagi. Szczycił się, że jest hardware’owym inżynierem, co oznaczało, że przypadkowe porażenia to dla niego codzienność. Pewnego razu zbudował grę na bazie ruletki, w której cztery osoby wsuwały kciuki do czterech otworów; od tego, gdzie wylądowała kulka, zależało, która z nich zostanie porażona. „Hardware’owi goście zagrają w tę grę, ale software’owcy będą mieli zbyt dużego cykora” – zauważył.

W ostatniej klasie podjął pracę na pół etatu w Sylvanii11, gdzie po raz pierwszy miał okazję pracować na komputerze. Z podręcznika nauczył się języka FORTRAN12, przeczytał też instrukcje do większości z używanych w tamtym okresie systemów, poczynając od Digital Equipment PDP-813. Następnie przestudiował specyfikacje techniczne najnowszych mikrochipów i używając tych nowszych części, próbował przeprojektować komputery. Zadaniem, jakie sobie postawił, było wykonanie replik projektów przy zastosowaniu jak najmniejszej liczby komponentów. „Zajmowałem się tym w swoim pokoju, samotnie i przy zamkniętych drzwiach” – wspomina. Co noc próbował udoskonalić swoje rysunki z poprzedniej nocy. Zanim ostatni rok nauki w szkole średniej dobiegł końca, osiągnął prawdziwe mistrzostwo.

„Projektowałem wtedy komputery wymagające użycia zaledwie połowy z tych układów, które w swoich projektach wykorzystywały firmy komputerowe; jednak robiłem to tylko na papierze”. Nigdy nie powiedział o tym swoim kolegom. W końcu większości siedemnastolatków frajdę sprawiały zupełnie innych rzeczy.

W weekend Święta Dziękczynienia podczas ostatniego roku nauki w szkole Wozniak odwiedził Uniwersytet Colorado. Uczelnia była zamknięta z powodu święta, jednak udało mu się znaleźć studenta inżynierii, który oprowadził go po pracowniach. Wozniak błagał ojca, by pozwolił mu tam studiować, chociaż edukacja w innym stanie przekraczała możliwości finansowe rodziny. Dobili targu: Woz mógł wyjechać na rok, po upływie którego miał jednak wrócić do domu i przenieść się do lokalnego dwuletniego college’u De Anza. W końcu został zmuszony do dotrzymania swojej części umowy. Po przybyciu jesienią 1969 roku do Colorado spędzał tak wiele czasu na robieniu kawałów (na przykład zadrukowywaniu całych ryz papieru napisem „Pieprzyć Nixona”), że nie zdołał zaliczyć kilku kursów, co skończyło się dla niego warunkiem. Na dodatek stworzył program służący do obliczania liczb Fibonacciego6, który pochłonął tak wiele czasu pracy komputera, że uniwersytet zagroził obciążeniem Woza rachunkiem za spowodowane koszty. Zamiast poinformować o tym rodziców, Wozniak przeniósł się do De Anzy.

Po przyjemnym roku spędzonym w De Anzie Wozniak wziął urlop, by zarobić nieco pieniędzy. Znalazł pracę w firmie wytwarzającej komputery dla wydziału pojazdów mechanicznych; kolega z pracy złożył mu wspaniałą propozycję: zgodził się dostarczyć zbędne układy scalone, by Woz mógł z nich zbudować jeden z komputerów, które wcześniej szkicował na papierze. Wozniak postanowił użyć tak niewielu układów, jak tylko będzie to możliwe – częściowo dlatego, że potraktował to jako wyzwanie, a częściowo dlatego, że nie chciał nadmiernie wykorzystywać uprzejmości kolegi.

Znaczną część pracy wykonał w garażu mieszkającego nieopodal przyjaciela, Billa Fernandeza, który nadal uczęszczał do Homestead High. By dodać sobie energii, wypijali wielkie ilości napoju Cragmont Cream Soda. Jeździli rowerami do sklepu sieci Safeway w Sunnyvale, gdzie sprzedawali butelki i kupowali nowe zapasy. „W końcu zaczęliśmy określać nasze dzieło mianem komputera Cream Soda” – powiedział Wozniak. Właściwie był to kalkulator, zdolny mnożyć wprowadzane za pomocą zestawu przełączników liczby i wyświetlać wyniki w postaci kodu binarnego, wykorzystując do tego małe lampki.

Kiedy komputer został ukończony, Fernandez powiedział Wozniakowi, że w Homestead High jest ktoś, kogo powinien poznać. „Ma na imię Steve. Tak samo jak ty lubi robić kawały i zajmować się elektroniką”. To mogło być najbardziej doniosłe garażowe spotkanie w historii Doliny Krzemowej od czasu, gdy trzydzieści dwa lata wcześniej Hewlett wkroczył do garażu Packarda. „Steve i ja przez bardzo długi czas siedzieliśmy na chodniku przed domem Billa, opowiadając sobie różne historie: głównie o dowcipach, jakie zrobiliśmy, oraz o tym, jakie elektroniczne projekty udało nam się zrealizować – wspominał Wozniak. – Mieliśmy ze sobą tak wiele wspólnego. Zwykle było mi bardzo ciężko wyjaśnić ludziom, nad czym właśnie pracuję, ale Steve w mig wszystko chwytał. Lubiłem go. Był chudy, żylasty i pełen energii”. Jobs również był pod wrażeniem. „Woz był pierwszą poznaną przeze mnie osobą, która wiedziała o elektronice więcej niż ja – powiedział kiedyś, przeceniając przy tym nieco swoje umiejętności. – Polubiłem go od pierwszej chwili. Ja sam byłem nieco bardziej dojrzały, niż wskazywał na to mój wiek, a u niego było na odwrót; w sumie więc wszystko się wyrównywało. Woz był niezwykle bystry, ale pod względem emocjonalnym byliśmy rówieśnikami”.

Poza zainteresowaniem komputerami łączyło ich też zamiłowanie do muzyki. „To był niesamowity okres dla muzyki – wspominał Jobs. – Było zupełnie tak, jakbyśmy żyli w czasach Beethovena czy Mozarta. Naprawdę. Kiedyś ludzie będą patrzeć na to w ten sposób. A Woz i ja wsiąknęliśmy w to głęboko”. Wozniak szczególnie zainteresował Jobsa muzyką Boba Dylana. „Namierzyliśmy gościa, niejakiego Stephena Pickeringa, który w Santa Cruz wydawał biuletyn poświęcony Dylanowi – powiedział Jobs. – Dylan nagrywał wszystkie swoje koncerty, a że niektórzy w jego otoczeniu nie byli wystarczająco sumienni, po niedługim czasie taśmy te zaczęły krążyć wśród ludzi. Były to bootlegi wszelkiego rodzaju. A tamten gość miał je wszystkie”.

Polowanie na taśmy Dylana stało się wkrótce wspólnym przedsięwzięciem. „Nasza dwójka wyruszała na włóczęgę po San Jose i Berkeley, wypytując o bootlegi Dylana – opisywał Wozniak. – Kupowaliśmy też broszury z jego tekstami i siedzieliśmy nad nimi do późna, próbując je interpretować. Słowa Dylana pobudzały do twórczego myślenia”. Jobs dodawał: „Miałem więcej niż sto godzin muzyki, w tym każdy koncert zagrany w czasie trasy z 1965 i 1966 roku” – tej samej, na której Dylan wykonał zwrot w kierunku muzyki elektrycznej14. Obaj kupili sobie magnetofony szpulowe TEAC z najwyższej półki. „Nagrywałem muzykę z niską prędkością przesuwu, dzięki temu na jednej taśmie mieściło się wiele koncertów – opowiadał Wozniak”. Jobs podzielał jego obsesję: „Zamiast wielkich głośników kupiłem sobie fantastyczne słuchawki i godzinami leżałem na łóżku, po prostu słuchając muzyki”.

Jobs zorganizował w Homestead High klub, w którym mogli urządzać pokazy światła i muzyki, a także robić kawały (pewnego razu przykleili do żardyniery pomalowaną złotą farbą deskę klozetową). Nadano mu nazwę Buck Fry Club, będącą żartem z nazwiska dyrektora15. Chociaż Wozniak oraz jego kolega Allen Baum byli już absolwentami szkoły, połączyli siły z uczącym się w pierwszej klasie Jobsem, by pod koniec roku wspólnie wykonać pożegnalny gest wobec opuszczających szkołę uczniów ostatniej klasy. Cztery dekady później Jobs, oprowadzając mnie po kampusie Homestead, zatrzymał się w miejscu, które było sceną ich dowcipu, i wskazał palcem: „Widzisz ten balkon? To tam wywinęliśmy numer z transparentem, który przypieczętował naszą przyjaźń”. Na podwórku za domem Bauma rozpostarli duże prześcieradło, które Baum przefarbował tak, by pasowało do zielono-białych barw ich szkoły, po czym namalowali na nim wielką dłoń z wyprostowanym środkowym palcem. Matka Bauma, miła kobieta żydowskiego pochodzenia, pomogła im nawet w rysowaniu i pokazała, jak zrobić cieniowania, by całość wyglądała bardziej realistycznie. „Wiem, co to jest” – parsknęła. Zaprojektowali system lin i rolek, dzięki którym transparent mógł zostać teatralnie opuszczony w momencie przemarszu obok balkonu świeżo upieczonych absolwentów; podpisali go też wielkimi literami „SWAB JOB” – były to inicjały Wozniaka i Bauma, połączone z częścią nazwiska Jobsa. Dowcip stał się częścią historii szkoły, a Jobsa po raz kolejny zawieszono w prawach ucznia.

W innym dowcipie użyto skonstruowanego przez Wozniaka kieszonkowego urządzenia, które zakłócało sygnał telewizyjny. Mógł on wnieść je do pomieszczenia, w którym grupa ludzi oglądała telewizję, na przykład w internacie, po czym dyskretnie nacisnąć przycisk i sprawić, że obraz na ekranie zamazywał się na skutek zakłóceń. Kiedy ktoś wstał i grzmotnął w odbiornik, Wozniak zwalniał przycisk i obraz się poprawiał. Sprawiwszy już, że niepodejrzewający niczego widzowie co chwila zrywali się zgodnie z jego wolą, mógł następnie jeszcze bardziej uprzykrzyć im życie. Utrzymywał na przykład zamazany obraz tak długo, aż ktoś nie dotknął anteny. W końcu doprowadzał widzów do przekonania, że muszą trzymać antenę, stojąc na jednej nodze lub dotykając górnej ścianki odbiornika. Po latach, kiedy podczas pewnej prezentacji związanej z wprowadzeniem na rynek nowego produktu Jobs miał problemy z uruchomieniem filmu, odszedł od ustalonego scenariusza i opisał ubaw, jaki mieli dzięki urządzeniu Wozniaka: „Woz trzymał je w kieszeni i szliśmy razem do internatu... gdzie grupa ludzi oglądała, dajmy na to, Star Treka. Woz psuł telewizor i ktoś podchodził, żeby go naprawić. Gdy tylko podniósł stopę z podłogi, z powrotem włączał obraz, a gdy tamten opuścił stopę, Woz psuł go ponownie”. Jobs wykręcił się na scenie w kształt precla i przy akompaniamencie salwy śmiechu zakończył: „Wystarczyło pięć minut, by Woz doprowadził kogoś do właśnie takiej pozycji”.

Blue Box

Wyskok, który przyczynił się do powstania firmy Apple, będący przy tym najwyższych lotów połączeniem dowcipu oraz elektroniki, miał swój początek w pewne niedzielne popołudnie, kiedy to Wozniak przeczytał artykuł w „Esquirerze”, zostawionym mu przez matkę na kuchennym stole. Był wrzesień 1971 roku, a Wozniak miał następnego dnia wyjechać do Berkeley, swojego trzeciego college’u. Artykuł autorstwa Rona Rosenbauma, zatytułowany Tajemnice małego niebieskiego pudełka, opisywał, jak hakerzy i łamacze zabezpieczeń sieci telefonicznych znajdują sposób na wykonywanie za darmo połączeń zamiejscowych, naśladując w tym celu tony, za pomocą których wysyłane były impulsy w sieci AT&T. „Byłem w połowie, kiedy poczułem, że muszę zadzwonić do mojego najlepszego przyjaciela Steve’a Jobsa i przeczytać mu fragmenty tego długiego artykułu” – wspominał Wozniak. Był pewien, że Jobs, zaczynający wówczas ostatni rok nauki w szkole średniej, będzie jedną z niewielu osób, które podzielą jego ekscytację.

Bohaterem artykułu był John Draper – haker znany jako Captain Crunch, ponieważ odkrył, że dźwięk emitowany przez gwizdek dołączany do płatków śniadaniowych tej marki ma taką samą częstotliwość, 2600 herców, co ton wykorzystywany przez centrale przekierowujące połączenia w sieci telefonicznej. Użycie gwizdka pozwalało oszukać system, który w efekcie zezwalał na wykonanie połączenia międzymiastowego bez dodatkowych opłat. Artykuł ujawniał też, że pozostałe tony o pojedynczych częstotliwościach, służące do przekierowania połączeń i przesyłane tą samą linią telefoniczną, którą przesyłany był głos, można znaleźć w jednym z numerów pisma „Bell System Technical Journal” – AT&T natychmiast zaczęło zwracać się do bibliotek z prośbą o usunięcie go z półek.

Gdy tylko Jobs odebrał w niedzielne popołudnie telefon od Wozniaka, zrozumiał, że muszą natychmiast dostać w swoje ręce owo czasopismo techniczne. „Woz podjechał po mnie po kilku minutach i razem wyruszyliśmy do biblioteki w SLAC [Centrum Linearnego Akceleratora Stanforda]16, by sprawdzić, czy uda nam się je tam znaleźć” – opowiadał Jobs. Była niedziela, biblioteka była więc nieczynna; wiedzieli jednak, że do środka można się dostać przez pewne rzadko zamykane drzwi. „Pamiętam, że jak szaleni przekopywaliśmy się przez stosy czasopism i że w końcu Wozowi udało się znaleźć pismo z wszystkimi częstotliwościami. Nasza reakcja to było coś w rodzaju: »To naprawdę tu jest, jasna cholera, to naprawdę tu jest!«. Tony, częstotliwości – wszystko było tam wyłożone”.

Wieczorem, tuż przed zamknięciem sklepu Sunnyvale Electronics, Wozniak zdążył kupić części potrzebne do skonstruowania analogowego generatora tonów. Jobs jeszcze w Klubie Odkrywcy Hewletta-Packarda zbudował miernik częstotliwości, którego użyli teraz do wyskalowania potrzebnych im tonów. Posiadając generator, mogli odtworzyć i nagrać na taśmę dźwięki wymienione w artykule. O północy byli gotowi do przeprowadzenia testu. Niestety, zastosowane przez nich oscylatory nie były wystarczająco stabilne, by odtworzyć właściwy świergot, mogący oszukać firmę telekomunikacyjną. „Mogliśmy zaobserwować tę niestabilność za pomocą miernika częstotliwości Steve’a – opowiadał Wozniak – i nie byliśmy w stanie nic z tym zrobić. Następnego dnia rano musiałem wyjechać do Berkeley, postanowiliśmy więc, że kiedy już tam będę, zacznę pracować nad budową cyfrowej wersji generatora”.

Nikt nigdy nie wykonał cyfrowej wersji Blue Boxa, ale Woz uwielbiał wyzwania. Używając diod oraz tranzystorów kupionych w Radio Shack17 i korzystając z pomocy posiadającego znakomity słuch studenta studiów muzycznych, który mieszkał w jego akademiku, Woz zdołał skonstruować cyfrowy generator przed Świętem Dziękczynienia. „Nigdy nie zaprojektowałem układu, z którego byłbym bardziej dumny – powiedział. – Wciąż uważam, że był wspaniały”.

Pewnego wieczoru Wozniak przyjechał z Berkeley do domu Jobsa, by przeprowadzić próbę. Próbowali dodzwonić się do wujka Woza w Los Angeles, ale wykręcili niewłaściwy numer. Nie miało to jednak znaczenia. Urządzenie działało. „Cześć! Dzwonimy do ciebie za darmo! Dzwonimy do ciebie za darmo!” – wrzeszczał Wozniak. Osoba po drugiej stronie linii była zdezorientowana i zirytowana. Jobs wtrącił: „Dzwonimy z Kalifornii! Z Kalifornii! Z Blue Boxem”. To prawdopodobnie jeszcze bardziej zbiło z tropu tamtego człowieka, ponieważ on sam także mieszkał w Kalifornii.

Na początku Blue Box służył do zabawy i robienia dowcipów. Najsłynniejszym z nich był telefon do Watykanu, kiedy to Wozniak udawał Henryego Kissingera i domagał się rozmowy z papieżem. Wozniak przypomina sobie, że naśladując niemiecki akcent, oznajmił: „Mamy tu spotkanie na szczycie w Moskwie i musimy porozmawiać z papieżem”. Powiedziano mu, że jest godzina 5:30 nad ranem i papież śpi. Kiedy zadzwonił ponownie, do telefonu podszedł biskup, który miał służyć za tłumacza. Ostatecznie z papieżem ich nie połączono. „Zorientowali się, że Woz nie jest Henrym Kissingerem – wspomina Jobs. – Byliśmy przecież w budce telefonicznej”.

To był kamień milowy w kształtowaniu się ich dalszej współpracy: Jobs wpadł bowiem na pomysł, że Blue Box mógłby stać się czymś więcej niż tylko hobby. Mogliby je budować i sprzedawać. „Zgromadziłem resztę części: obudowę, źródło zasilania oraz klawiaturę i zastanowiłem się, na ile moglibyśmy wycenić to urządzenie” – powiedział Jobs, zwiastując tym samym rolę, jaką miał odgrywać po założeniu Apple. Gotowy produkt był wielkości dwóch opakowań kart do gry. Części kosztowały czterdzieści dolarów, a Jobs uznał, że powinni sprzedawać go za sto pięćdziesiąt.

Wzorem innych łamaczy zabezpieczeń sieci telefonicznych, takich jak Captain Crunch, nadali sobie przydomki. Wozniak został „Berkeleyem Blue”, natomiast Jobs – „Oafem Tobarkiem”. Pukali do kolejnych drzwi w akademiku, próbując znaleźć zainteresowane osoby, po czym przeprowadzali pokaz, przystawiając Blue Boxa do telefonu i słuchawki. Potencjalni klienci przyglądali się, oni zaś dzwonili w rozmaite miejsca, na przykład do hotelu Ritz w Londynie albo też na australijską linię Wykręć Dowcip18. „Zrobiliśmy około stu Blue Boxów i wszystkie sprzedaliśmy” – wspominał Jobs.

Zabawa i zyski skończyły się w pizzerii w Sunnyvale. Jobs i Wozniak mieli wyruszyć do Berkeley z Blue Boxem, który dopiero co skończyli budować. Jobs potrzebował pieniędzy i spieszno mu było do sprzedania go, pokazał więc urządzenie facetom siedzącym przy stoliku obok. Byli zainteresowani, więc Jobs poszedł do budki telefonicznej i przeprowadził pokaz, dzwoniąc do Chicago. Potencjalni klienci stwierdzili, że muszą pójść do samochodu po pieniądze. „Razem z Wozem idziemy więc do ich auta; ja trzymam Blue Boxa w dłoni. Facet wsiada do środka, sięga pod siedzenie i wyciąga stamtąd pistolet” – wspominał Jobs. Nigdy w życiu nie znajdował się tak blisko broni i był przerażony. „Tamten mierzy prosto w mój brzuch i mówi: »Daj no mi to, bracie«. Moje myśli zaczęły galopować. Drzwi samochodu były otwarte i pomyślałem, że może zdołałbym przytrzasnąć nimi jego nogi, a wtedy moglibyśmy uciec. Było jednak bardzo prawdopodobne, że zostanę przez niego postrzelony. Wręczyłem mu więc pudełko, powoli i bardzo ostrożnie”. Był to dziwny rabunek. Facet, który zabrał Blue Boxa, podał Jobsowi numer telefonu i powiedział, że postara się zapłacić później, o ile urządzenie będzie działać. Jobs dzwonił pod ten numer i w końcu udało mu się złapać faceta, który, jak się okazało, nie potrafił wykombinować, jak powinno się używać Blue Boxa. Jobs we właściwy sobie sposób przekonał go więc, by umówił się z nim oraz Wozniakiem w jakimś publicznym miejscu. Ostatecznie jednak obleciał ich strach i postanowili nie ryzykować kolejnego spotkania z uzbrojonym bandytą, nawet jeśli była to szansa na odzyskanie stu pięćdziesięciu dolarów.

Historia ta utorowała drogę do ich największej wspólnej przygody. „Bez Blue Boxów nie byłoby Apple – zadumał się później Jobs. – Jestem o tym przekonany na sto procent. Woz i ja nauczyliśmy się, jak razem pracować, i upewniliśmy się, że potrafimy rozwiązywać techniczne problemy oraz naprawdę wprowadzić coś do produkcji”. Wykorzystując maleńką płytkę drukowaną, stworzyli urządzenie zdolne kontrolować wartą miliardy dolarów infrastrukturę. „Nie uwierzysz, jak wielką pewność siebie nam to dało” – Woz doszedł do takiego samego wniosku jak Jobs. „Sprzedawanie Blue Boxów było prawdopodobnie złym pomysłem, ale pozwoliło nam poczuć smak tego, co możemy osiągnąć z moimi umiejętnościami inżynierskimi oraz jego wizją” – powiedział. Przygoda z Blue Boxem stanowiła podwaliny ich spółki, która wkrótce miała się narodzić. Wozniak pełnił w niej funkcję szlachetnego czarodzieja, wymyślającego odlotowe wynalazki, które najchętniej po prostu by porozdawał, podczas gdy Jobs główkował nad tym, jak uczynić je przyjaznymi dla użytkownika, poskładać i wsadzić do opakowania, wprowadzić na rynek oraz zarobić na tym kilka dolców.


Chrisann Brennan

Wiosną 1972 roku, pod koniec ostatniego roku nauki w Homestead High, Jobs zaczął umawiać się z eteryczną, hipisującą dziewczyną, Chrisann Brennan, która, choć była mniej więcej w jego wieku, chodziła dopiero do pierwszej klasy. Jasnobrązowe włosy, zielone oczy, wydatne kości policzkowe i emanująca od niej delikatność sprawiały, że była bardzo atrakcyjna. Przeżywała wtedy rozpad małżeństwa swoich rodziców, co czyniło ją szczególnie bezbronną. „Pracowaliśmy razem nad pewnym filmem animowanym, potem zaczęliśmy ze sobą chodzić i tak została moją pierwszą prawdziwą dziewczyną” – wspominał Jobs. Jak stwierdziła później Brennan: „Steve był w pewien sposób szalony. I to mnie w nim pociągało”.

Szaleństwo Jobsa było z rodzaju tych wyszukanych. Zaczął wtedy mające trwać przez resztę jego życia i noszące znamiona zachowań kompulsywnych eksperymenty z dietą – jadał wyłącznie owoce i warzywa – był więc szczupły i smukły niczym chart. Nauczył się wpatrywać w ludzi bez mrugania i opanował do perfekcji długie milczenie, które od czasu do czasu przerywało staccato rwącego potoku słów. Ta dziwaczna mieszanka żywiołowości i powściągliwości, w połączeniu z sięgającymi do ramion włosami i rzadką brodą, przydawały mu aury szalonego szamana. Balansował między byciem charyzmatycznym i przerażającym. „Powłóczył nogami przy chodzeniu i sprawiał wrażenie na wpół obłąkanego – wspominała Brennan. – Miał wiele lęków. Wokół niego panowała jak gdyby wielka ciemność”.

Jobs brał wtedy kwas na polu pszenicy leżącym nieopodal Sunnyvale i zachęcił do tego także Brennan. „To było wspaniałe – wspominał. – Słuchałem wówczas dużo Bacha. Nagle pole pszenicy zaczęło grać jego muzykę. Było to najcudowniejsze uczucie w całym moim dotychczasowym życiu. Muzyka Bacha przenikała pszenicę, a ja czułem się tak, jakbym był dyrygentem tej symfonii”.

Latem 1972 roku, po ukończeniu szkoły średniej, Jobs wprowadził się z Brennan do chatki na wzgórzach rozciągających się nad Los Altos. „Zamieszkam z Chrisann w chacie” – oznajmił pewnego dnia rodzicom. Jego ojciec był wściekły. „Nie zamieszkasz – powiedział. – Po moim trupie”. Niedługo przedtem kłócili się o marihuanę; młodszy Jobs i tym razem okazał się nieposłuszny. Powiedział po prostu „do widzenia” i wyszedł z domu.

Tego lata Brennan spędzała większość czasu na malowaniu; była utalentowana i namalowała dla Jobsa przedstawiający klauna obrazek, który ten powiesił się na ścianie. Jobs pisał wiersze i grał na gitarze. Czasem bywał wobec Brennan okrutnie oziębły i opryskliwy, ale potrafił też być czarujący, umiał także narzucać swoją wolę. „Był oświeconą istotą, którą cechowało okrucieństwo – wspominała Brennan. – To dziwne połączenie”.

W połowie tamtego lata Jobs omal nie zginął, kiedy jego czerwony fiat zajął się ogniem. Jechał drogą zwaną Skyline Boulevard w górach Santa Cruz w towarzystwie swojego kolegi ze szkoły Tima Browna, który w pewnym momencie obejrzał się za siebie, zobaczył płomienie wydobywające się z silnika i jak gdyby nigdy nic powiedział do Jobsa: „Zjedź na pobocze. Samochód ci się pali”. Jobs tak właśnie zrobił. Jego ojciec, pomimo wcześniejszych kłótni, przyjechał w góry, by odholować fiata do domu.

Jobs szukał sposobu na zarobienie pieniędzy na nowy samochód i w tym celu namówił Wozniaka, by zawiózł go do college’u De Anza, gdzie chciał sprawdzić tablicę z ogłoszeniami o pracy. Dowiedzieli się z niej, że Centrum Handlowe Westgate w San Jose szuka studentów, którzy przebrani w kostiumy zabawialiby dzieci. Za trzy dolary za godzinę Jobs, Wozniak oraz Brennan przywdziali więc ciężkie, okrywające całe ciało kostiumy oraz nakrycia głowy, by odgrywać role Alicji w Krainie Czarów, Kapelusznika i Białego Królika. Wozniak w charakterystyczny dla siebie szczery i uroczy sposób uznał to za doskonałą zabawę: „Powiedziałem: »Chcę to robić. To dla mnie okazja, bo uwielbiam dzieci«. Wziąłem urlop w mojej pracy w HP. Wydaje mi się, że dla Steve’a było to kiepskie zajęcie, ale ja podszedłem do tego jak do fajnej przygody”. Jobs w rzeczy samej uznał to za istne utrapienie: „Było gorąco, kostiumy były ciężkie i już po chwili miałem ochotę dać niektórym dzieciakom klapsa”. Cierpliwość nigdy nie należała do jego cnót.

Reed College

Po siedemnastu latach rodzice Jobsa wypełnili obietnicę, którą złożyli przed jego adopcją: że pójdzie na wyższą uczelnię. Pracowali ciężko i oszczędzali sumiennie, gromadząc środki na fundusz edukacyjny Jobsa; dzięki temu w momencie ukończenia szkoły średniej miał on do dyspozycji skromną, lecz wystarczającą kwotę. Jednakże sam Jobs, który stał się jeszcze bardziej samowolny, nie ułatwiał sprawy. Początkowo zastanawiał się czy w ogóle iść na wyższą uczelnię. „Myślałem, że gdybym nie poszedł do college’u, mógłbym wyjechać do Nowego Jorku” – wspominał, zastanawiając się, jak bardzo inny mógłby być jego – i zapewne każdego z nas – świat, gdyby wybrał taką właśnie drogę. Kiedy jego rodzice naciskali, by poszedł na studia, zareagował bierną agresją. Nie brał pod uwagę uczelni stanowych, takich jak Berkeley, gdzie studiował Woz, choć na nie najłatwiej byłoby sobie pozwolić. Nie spojrzał też na Uniwersytet Stanforda, który znajdował się opodal i w którym prawdopodobnie otrzymałby stypendium. „Dzieciaki, które szły na Stanford, wiedziały już, co chcą robić – mówi. – Nie miały w sobie naprawdę artystycznego ducha. Ja zaś chciałem czegoś, co byłoby bardziej artystyczne i interesujące”.

Upierał się przy jednej tylko możliwości: był nią Reed College, prywatna uczelnia w Portland w stanie Oregon, należąca do tak zwanych „college’ów sztuk wyzwolonych”19 i będąca jedną z najdroższych w kraju. Kiedy Jobs gościł z wizytą u Woza w Berkeley, odebrał telefon od ojca. Paul Jobs dzwonił, by poinformować syna, że nadeszła wiadomość o przyjęciu go na studia w Reed, a także by spróbować odwieść go od pójścia na tę właśnie uczelnię. Podobne próby podejmowała też jego matka. Oboje przekonywali, że koszty będą znacznie wyższe od tego, na co mogą sobie pozwolić. W odpowiedzi ich syn postawił ultimatum: stwierdził, że jeśli nie może pójść do Reed, to nie pójdzie nigdzie. Rodzice jak zwykle ustąpili.

Reed miał zaledwie tysiąc studentów, czyli połowę liczby uczniów Homestead High. Uczelnia znana była z panującego tam niezależnego i hipisowskiego stylu życia, który nie bez trudu łączył się z wysokimi standardami naukowymi oraz rygorystycznym minimum programowym. Pięć lat wcześniej Timothy Leary, guru psychodelicznego oświecenia, siedział po turecku w stołówce Reed College; było to podczas jego trasy objazdowej po uczelniach, zorganizowanej pod patronatem Ligi Duchowych Odkryć20, podczas której nawoływał: „Podobnie jak wszystkie wielkie religie z przeszłości staramy się odnaleźć boskość w naszym wnętrzu [...]. Te starożytne cele definiujemy za pomocą współczesnej metafory: włącz się, dostrój, odrzuć”. Wielu studentów Reed potraktowało poważnie wszystkie trzy zalecenia – w latach siedemdziesiątych ponad jedna trzecia wszystkich studentów rezygnowała z kontynuowania nauki i porzucała studia.

Kiedy jesienią 1972 roku nadeszła pora immatrykulacji, rodzice zawieźli Jobsa do Portland, on jednak w kolejnym akcie buntu nie zgodził się, by weszli na teren kampusu. Właściwie to nie zdobył się nawet na słowo pożegnania czy podziękowania. Tamtą chwilę opisywał później z nietypowym dla siebie ubolewaniem:

To jedna z tych rzeczy w moim życiu, których się wstydzę. Nie byłem za bardzo wrażliwy i zraniłem ich uczucia. Nie powinienem był. Oni zrobili tak wiele, by zapewnić mi możliwość wyjazdu na te studia, ale ja po prostu nie chciałem, by byli w pobliżu. Nie chciałem, by ktokolwiek wiedział, że mam rodziców. Chciałem być jak sierota, który włóczył się po całym kraju pociągami i oto pojawił się tam znikąd, nie mając żadnych korzeni, żadnych krewnych, żadnego środowiska, z którego by się wywodził.

Pod koniec 1972 roku, gdy Jobs przybył do Reed, w życiu amerykańskich kampusów dokonała się fundamentalna zmiana. Zaangażowanie kraju w wojnę wietnamską oraz towarzyszący temu pobór do wojska powoli się kończyły. Polityczna aktywność na uczelniach zmalała; zamiast tego tematem wielu prowadzonych do późna w akademikach rozmów stały się drogi samorealizacji. Jobs znalazł się pod przemożnym wpływem książek poświęconych duchowości i oświeceniu, a zwłaszcza Be Here Now [Bądź tutaj teraz], opisującej różne rodzaje medytacji oraz wspaniałe właściwości psychodelicznych narkotyków, autorstwa Baby Ram Dassa, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Richard Aplert. „To była głęboka książka – powiedział Jobs. – Odmieniła mnie i wielu moich przyjaciół”.

Najbliższym z owych przyjaciół był inny pierwszoroczniak z rzadką brodą – Daniel Kottke; poznał on Jobsa tydzień po przybyciu do Reed i podzielał jego zainteresowanie buddyzmem zen, kwasem oraz Dylanem. Pochodzący z bogatych przedmieść Nowego Jorku Kottke był bystry, choć mało energiczny; miał łagodny sposób bycia, charakterystyczny dla dzieci kwiatów i pogłębiony jeszcze przez zainteresowanie buddyzmem. Duchowe poszukiwania skłoniły go do wyrzeczenia się dóbr materialnych, niemniej jednak magnetofon Jobsa zrobił na nim wrażenie. „Steve był posiadaczem szpulowca TEAC i olbrzymiej liczby bootlegów Dylana – wspominał Kottke. – Był jednocześnie odjazdowy i nowoczesny”.

Jobs zaczął spędzać większość czasu w towarzystwie Kottkego oraz jego dziewczyny Elizabeth Holmes, chociaż podczas ich pierwszego spotkania obraził ją, uporczywie wypytując, jaka kwota skłoniłaby ją do seksu z innym mężczyzną. Odbywali wspólne wędrówki na wybrzeże, urządzali typowe akademikowe pogaduszki na temat sensu życia, bywali na festiwalach miłości w miejscowej świątyni Hare Kriszna i chadzali do ośrodka zen na wegetariańskie posiłki. „To była świetna zabawa – powiedział Kottke – ale zarazem swego rodzaju filozofia, a my traktowaliśmy zen bardzo poważnie”.

Jobs chodził do biblioteki i wymieniał się z Kottkem książkami o zen, wśród których były: Umysł zen, umysł początkującego autorstwa Shunryü Suzukiego, Autobiografia Jogina Paramahamsy Joganandy, Cosmic Consciousness [Kosmiczna świadomość] Richarda Maurice’a Bucke’a oraz Wolność od duchowego materializmu Chögy-ama Trungpy. Niski stryszek nad pokojem Elizabeth Holmes posłużył im do urządzenia pokoju do medytacji, który ozdobili hinduskimi obrazkami, ręcznie tkanym dywanikiem „dhurrie”, świecami, kadzidełkami i poduszkami do medytacji. „W suficie znajdowały się drzwiczki prowadzące na dach, gdzie była spora wolna przestrzeń – opowiada Jobs. – Czasem braliśmy tam psychodeliczne narkotyki, zwykle jednak po prostu medytowaliśmy”.

Zaangażowanie Jobsa we wschodnią duchowość, a zwłaszcza w buddyzm zen, nie było jedynie przelotnym kaprysem czy młodzieńczą zabawą. Przyjął zen z właściwą sobie żarliwością i stał się on głęboko zakorzenionym elementem jego osobowości. „Steve jest bardzo zen – powiedział Kottke. – Zen wywarł na niego głęboki wpływ. Widać to po jego surowym i minimalistycznym podejściu do estetyki, a także po intensywnej koncentracji”. Znaczący wpływ na Jobsa wywarł również nacisk, jaki buddyzm kładzie na intuicję. „Zacząłem zdawać sobie sprawę, że intuicyjne rozumienie oraz świadomość mają większe znaczenie niż myślenie abstrakcyjne i logiczna analiza oparta na intelekcie” – stwierdził później. Żywiołowość Jobsa sprawiała jednak, że w jego przypadku trudne było osiągnięcie prawdziwej nirwany; świadomości zen nie towarzyszyło u niego wewnętrzne wyciszenie, spokój umysłu czy łagodność w relacjach międzyludzkich.

Wraz z Kottkem grywał także w dziewiętnastowieczną niemiecką odmianę szachów, zwaną Kriegspiel, w której dwaj gracze siedzą obróceni plecami do siebie, każdy z nich ma własną szachownicę z bierkami, lecz nie widzi szachownicy należącej do przeciwnika. Arbiter informuje ich, czy ruch, który chcą wykonać, jest możliwy, czy też niemożliwy, oni zaś muszą sami dojść do tego, gdzie znajdują się bierki przeciwnika. „Najbardziej szalona gra, w jaką z nimi grałam, odbyła się przy kominku, podczas gwałtownej burzy – wspomina Holmes, która pełniła funkcję arbitra. – Mieli wtedy odlot po zażyciu kwasu. Wykonywali swoje ruchy tak szybko, że ledwo za nimi nadążałam”.

Kolejną książką, która mocno – był może nawet zbyt mocno – wpłynęła na Jobsa na pierwszym roku studiów, była Diet for a Small Planet [Dieta dla małej planety], autorstwa Frances Moore Lappé, zachwalająca korzyści, jakie dieta wegetariańska przynosi jednostce oraz całej planecie. „To wtedy właściwie na dobre wyrzekłem się mięsa” – wspominał. Książka ta wzmocniła jednak także jego skłonność do ekstremalnych diet, obejmujących przeczyszczenia, posty, albo też jedzenie całymi tygodniami wyłącznie jednego czy dwóch produktów, na przykład marchewek albo jabłek.

Jobs i Kottke zostali zdeklarowanymi wegetarianami na pierwszym roku studiów. „Steve zaangażował się w to nawet bardziej ode mnie – opowiada Kottke. – Żywił się płatkami zbożowymi Roman Meal”. Jeździli na zakupy do sklepu spółdzielni rolniczej, gdzie Jobs nabywał wystarczające na tydzień pudełko płatków oraz hurtowe ilości innego zdrowego jedzenia. „Kupował płaskie ciasteczka z daktyli albo migdałów oraz całe mnóstwo marchewek; miał sokowirówkę marki Champion, robiliśmy więc sok marchwiowy i surówki z marchewki. Krąży historia, że na skutek jedzenia olbrzymich ilości marchwi Steve zrobił się pomarańczowy, i jest w niej ziarno prawdy”. Znajomi pamiętają, że jego skóra miewała pomarańczowy, przypominający opaleniznę odcień.

Obsesje Jobsa na punkcie żywienia stały się jeszcze dziwaczniejsze po tym, jak przeczytał książkę Mucusless Diet Healing System [System bezśluzowej diety leczniczej], napisaną przez Arnolda Ehreta – urodzonego na początku XX wieku niemieckiego fanatyka żywieniowego. Uważał on, że nie należy jeść niczego poza owocami i niezawierającymi skrobi warzywami, by w ten sposób zapobiegać wytwarzaniu przez organizm szkodliwego śluzu; był także zwolennikiem oczyszczania organizmu poprzez długotrwałe posty. To oznaczało koniec nawet z płatkami Roman Meal, podobnie zresztą jak z wszelkim ryżem, chlebem, zbożami czy mlekiem. Jobs zaczął przestrzegać znajomych przed śluzowymi zagrożeniami, czającymi się w ich bajglach. „Wciągnąłem się w to w mój typowy, wariacki sposób” – stwierdził. Pewnego razu wraz z Kottkem przez cały tydzień jedli wyłącznie jabłka; później Jobs zaczął próbować jeszcze ściślejszych postów. Zaczął od poszczenia przez dwa dni, by w końcu starać się przedłużać posty do tygodnia, a nawet dłużej, przerywając je ostrożnie przyjmowaniem dużych ilości wody oraz zielonych warzyw. „Po tygodniu zaczynasz się czuć fantastycznie – powiedział. – Masz mnóstwo witalności dzięki temu, że nie musisz trawić całego tego jedzenia. Byłem w świetnej kondycji. Czułem, że w dowolnej chwili mógłbym wstać i ruszyć na piechotę do San Francisco”. (Ehret zginął w wieku pięćdziesięciu sześciu lat, kiedy podczas spaceru upadł i uderzył się w głowę).

Wegetarianizm i buddyzm zen, medytacje i duchowość, kwas i rock – Jobs połączył (w synergiczny sposób) rozmaite charakterystyczne bodźce, których dostarczała poszukująca oświecenia subkultura uniwersyteckich kampusów tamtego okresu. W duszy Jobsa nadal było też miejsce dla jego elektronicznej pasji i chociaż w Reed folgował jej w niewielkim stopniu, to pewnego dnia miała ona zaskakująco owocnie połączyć się z resztą tej mieszanki.

Robert Friedland

Pewnego dnia Jobs, chcąc zdobyć nieco gotówki, postanowił sprzedać swoją maszynę do pisania IBM Selectric. Kiedy wszedł do pokoju studenta, który chciał ją kupić, zorientował się, że tamten właśnie uprawia seks ze swoją dziewczyną. Jobs już zbierał się do wyjścia, gdy ów student poprosił go, by usiadł i poczekał, aż skończą. „Pomyślałem sobie: »Dosyć to pokręcone«” – wspominał później Jobs. I tak właśnie zaczęła się jego znajomość z Robertem Friedlandem, jedną z niewielu osób w życiu Jobsa, którym udało się go zafascynować. Przejął kilka z charakterystycznych cech Friedlanda i przez kilka lat traktował go niemal jak guru – zanim w końcu zaczął dostrzegać w nim szarlatana i oszusta.

Friedland był cztery lata starszy od Jobsa, wciąż jednak nie ukończył studiów. Był synem ocalałego z Auschwitz, zamożnego chicagowskiego architekta. Wcześniej uczęszczał do Bowdoin, college’u sztuk wyzwolonych w Maine, ale na drugim roku studiów został zatrzymany z dwudziestoma czterema tysiącami tabletek LSD, wartymi sto dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. W miejscowej gazecie ukazało się zdjęcie, na którym odprowadzany przez policję Friedland, z sięgającymi do ramion falistymi blond włosami, uśmiechał się do fotoreporterów. Skazano go na dwuletni pobyt w federalnym więzieniu w Wirginii, skąd zwolniono go warunkowo w 1972 roku. Jesienią tego roku wyjechał do Reed, gdzie natychmiast zgłosił swoją kandydaturę w wyborach na przewodniczącego samorządu studenckiego, twierdząc, że musi oczyścić swoje imię po „sądowej pomyłce”, której padł ofiarą. Wybory wygrał.

Friedland usłyszał w Bostonie wystąpienie Baby Ram Dassa, autora Be Here Now, i podobnie jak Jobs i Kottke żywo zainteresował się wschodnią duchowością. Latem 1973 roku wyjechał do Indii, by spotkać się z hinduskim guru Ram Dassa – Neem Karoli Babą, doskonale znanym rzeszom wyznawców jako Maharadża. Wróciwszy jesienią, Friedland przyjął duchowe imię i zaczął chadzać w sandałach, powiewając swoimi hinduskimi szatami. Mieszkał poza kampusem, w pokoju nad garażem, gdzie popołudniami wielokrotnie znajdował go Jobs – oczarowany widoczną żarliwością przekonania Friedlanda, że stan oświecenia naprawdę istnieje i można go osiągnąć. „Skierował mnie w stronę innego poziomu świadomości” – powiedział Jobs.

Friedland również przejawiał fascynację Jobsem. „Zawsze chadzał boso – opowiadał później. – Tym, co mnie w nim uderzyło, była jego żywiołowość. Czymkolwiek by się zainteresował, na ogół popadał przy tym w irracjonalną skrajność”. Jobs doprowadził do perfekcji swoją sztuczkę polegającą na zdobywaniu kontroli nad ludźmi za pomocą wzroku oraz milczenia. „Jednym z jego numerów było wpatrywanie się w osobę, do której mówił. Gapił się prosto w jej pieprzone oczy, zadawał jakieś pytanie i chciał, żeby ta osoba odpowiedziała bez odwracania wzroku”.

Według Kottkego, niektóre z cech charakteru Jobsa – wliczając w to kilka takich, które dawały o sobie znać przez całą jego późniejszą karierę – zostały przejęte od Friedlanda. „Friedland nauczył Steve’a pola zniekształcania rzeczywistości – twierdził Kottke. – Miał charyzmę i miał w sobie coś z kanciarza, potrafił też nagiąć sytuację do swojej bardzo silnej woli. Był zmienny, pewny siebie, nieco autorytatywny. Steve to podziwiał i po tym, jak spędził pewien czas z Robertem, stał się do niego podobny”.

Jobs przejął też od Friedlanda sposób, w jaki tamten ustawiał się w centrum uwagi. „Robert był niezwykle otwartym, charyzmatycznym gościem, specem od sprzedaży – wspominał Kottke. – Kiedy pierwszy raz spotkałem Steve’a, był nieśmiały i trzymał się na uboczu; to był taki zamknięty w sobie facet. Wydaje mi się, że Robert nauczył go wiele o tym, w jaki sposób się sprzedać, jak wyjść z własnej skorupy, otwierać się i przejmować kontrolę nad sytuacją”. Friedland roztaczał silną aurę. „Wchodził do pokoju i natychmiast go zauważałeś. Kiedy Steve przyjechał do Reed, był jego zupełnym przeciwieństwem. Po tym, jak spędził trochę czasu w towarzystwie Roberta, zaczął przejmować niektóre z jego cech”.

W niedzielne wieczory Jobs i Friedland chadzali do świątyni Hare Kriszna na zachodnich obrzeżach Portland, często w towarzystwie Kottkego i Holmes. Tańczyli i śpiewali pieśni ile sił w płucach. „Wpadaliśmy w ekstatyczną gorączkę – wspomina Holmes. – Robert wariował i tańczył jak oszalały. Steve był bardziej opanowany, jakby wstydził się wyluzować”. Po wszystkim raczyli się wegetariańskim jedzeniem, piętrzącym się na papierowych talerzykach.

Friedland zarządzał położoną ponad sześćdziesiąt kilometrów od Portland dziewięciohektrową farmą z sadem jabłkowym, należącą do jego wuja Marcela Müllera – ekscentrycznego milionera ze Szwajcarii, który dorobił się fortuny, zdominowawszy rynek śrubek w Rodezji. Po tym jak Friedland zaangażował się we wschodnią duchowość, zmienił gospodarstwo w komunę o nazwie Farma Wszystko Jest Jednym, w której Jobs spędzał weekendy w towarzystwie Kottkego, Holmes i innych poszukiwaczy oświecenia. Był tam dom, duża stodoła oraz szopa ogrodowa, w której sypiali Kottke i Holmes. Jobs wraz z innym mieszkańcem komuny, Gregiem Calhounem, zajęli się przycinaniem jabłoni odmiany Gravensteiner. „Steve kierował sadem jabłkowym – mówił Friedland. – Zaczęliśmy prowadzić interes polegający na produkcji ekologicznego cydru. Zadaniem Steve’a było kierowanie ekipą dziwaków, mających oczyścić sad i przywrócić mu dobry stan”.

Mnisi i uczniowie ze świątyni Hare Kriszna przyjeżdżali przygotowywać wegetariańskie uczty, pachnące kuminem, kolendrą i kurkumą. „Kiedy zjawiał się Steve, był bardzo głodny i napychał się tym jedzeniem – wspomina Holmes. – Potem odchodził i zmuszał się do wymiotów. Przez wiele lat sądziłam, że cierpi na bulimię. To było bardzo irytujące, bo zadawaliśmy sobie tyle trudu, by przygotować te uczty, a on nie był w stanie się przed tym powstrzymać”.

Dla Jobsa pewien problem zaczęło stanowić również przełknięcie stylu życia przywódcy sekty, który przyjął Friedland. „Być może w sobie samym dostrzegł trochę za wiele z Roberta” – mówi Kottke. Mimo że komuna miała stanowić ucieczkę od materializmu, Friedland zaczął prowadzić ją bardziej jak przedsiębiorstwo; kazał swoim zwolennikom rąbać i sprzedawać drewno na opał, wytwarzać prasy do wyciskania jabłek i angażować się w inne komercyjne przedsięwzięcia, za które nie otrzymywali wynagrodzenia. Pewnej nocy Jobs spał pod kuchennym stołem i z rozbawieniem obserwował, jak ludzie zakradają się i podprowadzają sobie nawzajem jedzenie z lodówki. Wspólne gospodarowanie było nie dla niego. „Zaczęło się to robić bardzo materialistyczne – wspominał Jobs. – Wszyscy dochodzili do wniosku, że pracują bardzo ciężko na rzecz farmy Roberta, i jeden po drugim zaczęli odchodzić. Miałem tego serdecznie dość”.

Wiele lat później, gdy Friedland był już miliarderem kierującym kopalniami miedzi i złota – eksploatującymi złoża w regionie Vancouver, Singapuru oraz w Mongolii – umówiłem się z nim na drinka w Nowym Jorku. Tamtego wieczora wysłałem e-mail do Jobsa, w którym wspomniałem mu o moim spotkaniu. Nie minęła godzina, jak zadzwonił do mnie z Kalifornii i ostrzegł przed słuchaniem Friedlanda. Opowiedział, że kiedy Friedland wpadł w tarapaty z powodu dewastacji środowiska, spowodowanej przez niektóre z jego kopalni, próbował skontaktować się z Jobsem, by poprosić o interwencję u Billa Clintona. Jobs jednak nie zareagował na tę prośbę. „Robert zawsze przedstawiał się jako osoba uduchowiona, ale przekroczył granicę pomiędzy charyzmatycznym przywódcą a hochsztaplerem – powiedział Jobs. – To dziwne, gdy jedna z osób, które za twoich młodych lat należały do ludzi uduchowionych, okazuje się później, symbolicznie i faktycznie, poszukiwaczem złota”.

...odrzuć

Jobsowi szybko znudziła się uczelnia. Lubił przebywać w Reed, tyle że nie na zwykłych zajęciach. Był wręcz zaskoczony, kiedy odkrył, że pomimo panującej w Reed hipisowskiej atmosfery istniały tam obowiązkowe przedmioty, na których wymagano od niego, by czytał Iliadę albo studiował historię wojny peloponeskiej. Kiedy w odwiedziny przyjechał do niego Wozniak, Jobs, wymachując swoim harmonogramem zajęć, poskarżył się: „Każą mi robić te wszystkie kursy”. Woz odparł: „No, tak, właśnie tak to wygląda na uczelni, wyznaczają ci kursy”. Jobs odmówił uczęszczania na obowiązkowe zajęcia i zamiast tego chodził na te, na które miał ochotę, na przykład na zajęcia z tańca – które uważał za kreatywne, a przy tym dające szansę poznania jakichś dziewczyn. „Ja nigdy nie odmawiałem chodzenia na zajęcia, na które kazano mi chodzić. Tym różnią się nasze charaktery” – stwierdził zaskoczony Wozniak.

Jobs, jak później przyznał, zaczął czuć się winny z powodu utopienia tylu pieniędzy swoich rodziców w edukację, która nie wydawała się tego warta. „Wszystkie oszczędności moich należących do klasy robotniczej rodziców szły na finansowanie mojej nauki – opisywał podczas swojego słynnego przemówienia z okazji rozdania dyplomów na Uniwersytecie Stanforda. – Nie miałem pojęcia, co chcę robić w życiu, ani też w jaki sposób studia mogłyby pomóc mi to ustalić. Tymczasem marnotrawiłem pieniądze, które rodzice oszczędzali przez całe swoje życie. Postanowiłem więc rzucić studia, wierząc, że wszystko się jakoś ułoży”.

Tak naprawdę nie chciał opuszczać Reed, a jedynie przestać płacić czesne i uczestniczyć w zajęciach, które go nie interesowały. Co zaskakujące, uczelnia wyraziła na to zgodę: „Miał bardzo dociekliwy, niezwykle atrakcyjny umysł – powiedział dziekan do spraw studenckich Jack Dudman. – Odmawiał automatycznego uznawania za prawdę tego, co mu podawano, i chciał zgłębić wszystko sam”. Dudman zgodził się, by Jobs uczęszczał na zajęcia jako wolny słuchacz, i pozwolił mu przebywać z przyjaciółmi w akademikach nawet po tym, jak Jobs przestał opłacać czesne.

„Z chwilą, gdy rzuciłem studia, mogłem przestać chodzić na obowiązkowe zajęcia, które mnie nie interesowały, i zacząłem pojawiać się na tych, które zapowiadały się ciekawie” – powiedział. Do tych drugich należał kurs kaligrafii, na który Jobs zwrócił uwagę, ponieważ większość plakatów rozwieszanych na terenie kampusu była pięknie narysowana. „Dowiedziałem się tam o krojach pism szeryfowych i bezszeryfowych, o zmiennych odstępach pomiędzy kombinacjami różnych liter, o tym, co cechuje doskonałą typografię. To było coś pięknego, historycznego i artystycznie wysublimowanego w sposób, w jaki nie zdoła tego ująć nauka. I to mnie zafascynowało”.

Był to kolejny przykład tego, jak Jobs nieustannie łączył sztukę oraz technologię. We wszystkich jego produktach dokonywał się mariaż technologii z pięknem projektu, wyglądem, dotykiem, elegancją, ludzkim ciepłem, a nawet romantyzmem. Jobs jako jeden z pierwszych forsował wprowadzanie przyjaznego dla użytkownika interfejsu graficznego. Kurs kaligrafii miał na to niebagatelny wpływ. „Gdybym nigdy nie pojawił się na tych zajęciach, Mac nie miałby tak wielu wzorów krojów czcionek, nie byłyby też one tak proporcjonalnie rozmieszczone. A ponieważ Windows po prostu kopiował Maca, prawdopodobnie nie miałby ich żaden komputer osobisty”.

Tymczasem Jobs z trudem wiązał koniec z końcem, żyjąc na obrzeżach Reed na przekór konwenansom. Chodził boso, sandały zakładając tylko wtedy, gdy padał śnieg. Elizabeth Holmes przygotowywała mu posiłki, starając się robić to w zgodzie z jego obsesyjnymi dietami. Jobs oddawał butelki, by zarobić nieco drobnych, w dalszym ciągu odbywał też niedzielne wyprawy do świątyni Hare Kriszna, gdzie rozdawano darmowe jedzenie; w wynajmowanym za dwadzieścia dolarów miesięcznie, pozbawionym ogrzewania garażu, który służył mu za mieszkanie, przesiadywał w puchowej kurtce. Gdy potrzebował pieniędzy, podejmował pracę na wydziale psychologii, gdzie zajmował się konserwacją sprzętu służącego do eksperymentów na zwierzętach. Sporadycznie wpadała z wizytą Chrisann Brennan. Ich związek funkcjonował tylko w takich nieregularnych porywach. Przez większość czasu Jobs zajmował się tym, co działo się w jego duszy, i oddawał się poszukiwaniom osobistego oświecenia.

„Osiągnąłem pełnoletniość w magicznym okresie – stwierdził później. – Nasza świadomość rozwijała się za sprawą zen, ale także pod wpływem LSD”. Nawet w późniejszym życiu doceniał wkład, jaki psychodeliczne narkotyki wniosły w jego przybliżenie się do stanu oświecenia. „Przyjmowanie LSD było dojmującym doświadczeniem i jedną z najważniejszych rzeczy w moim życiu. LSD pokazuje ci, że istnieje druga strona monety. Wiesz o tym, choć kiedy LSD przestaje działać, nie możesz sobie tego przypomnieć. Dzięki temu wzmocniło się we mnie poczucie tego, co jest naprawdę ważne: nie robienie pieniędzy, lecz tworzenie wielkich rzeczy i wytężanie wszystkich sił, by umieścić je w strumieniu historii i ludzkiej świadomości”.


Atari

W lutym 1974 roku, po półtorarocznym kręceniu się po Reed, Jobs postanowił wrócić do domu rodziców w Los Altos i poszukać pracy. Nie było to trudne. W szczytowym okresie lat siedemdziesiątych dział ogłoszeń „San Jose Mercury” miał około sześćdziesięciu stron ofert pracy w branżach związanych z nowymi technologiami. Jedno z ogłoszeń przykuło uwagę Jobsa – „Baw się dobrze, zarabiaj pieniądze”. Tego samego dnia Steve wszedł do siedziby firmy Atari, producenta gier wideo, i powiedział dyrektorowi działu kadr, którego zresztą nieco spłoszył jego niechlujny wygląd, że nie wyjdzie, dopóki nie dadzą mu jakiejś posady.

W tamtym czasie Atari było bardzo modnym pracodawcą. Tę firmę założył Nolan Bushnell, wysoki i krzepki, charyzmatyczny wizjoner z domieszką showmana – innymi słowy, kolejny potencjalny wzór do naśladowania. Kiedy stał się sławny, lubił jeździć rolls-royce’em, popalać trawkę i urządzać zebrania personelu w gorących źródłach. Potrafił, jak Friedland przed nim i Jobs później, wykorzystywać urok osobisty jako podstępną siłę – namawiać, zastraszać i zniekształcać rzeczywistość mocą swojej osobowości. Jego głównym inżynierem był Al Alcorn, zwalisty, jowialny i nieco bardziej twardo stąpający po ziemi człowiek. To on w tym zespole odgrywał rolę dorosłego, który wprowadza w życie wizje Bushnella i powściąga jego entuzjazm.

W 1972 roku Bushnell przydzielił Alcorna do pracy przy tworzeniu automatowej wersji gry wideo o nazwie Pong, w której dwóch graczy odbijało kropkę na ekranie dwoma przesuwanymi liniami służącymi za paletki (jeśli masz mniej niż czterdzieści lat, zapytaj o nią rodziców). Mając pięćset dolarów kapitału, Alcorn stworzył konsolę i zainstalował ją w barze przy Camino Real w Sunnyvale. Kilka dni później Bushnell odebrał telefon z informacją, że maszyna nie działa. Wysłał Alcorna, który odkrył, na czym polegał problem: konsola była tak zapchana ćwierćdolarówkami, że nie mogła ich już więcej przyjąć. Trafili w dziesiątkę.

Kiedy w siedzibie Atari zjawił się Jobs w sandałach, żądając pracy, wezwano właśnie Alcorna. „Powiedzieli mi: »W recepcji jest jakiś hipis, który mówi, że nie wyjdzie, dopóki go nie zatrudnimy. Mamy wezwać gliny czy go wpuścić?«. Ja na to: »Dawać go tu!«”.

W ten sposób Jobs został jednym z pierwszych pięćdziesięciu pracowników Atari i zaczął zarabiać pięć dolarów za godzinę na stanowisku technika.

„Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się dziwne, że przyjęliśmy gościa, który wyleciał z Reed – mówi Alcorn. – Ale ja coś w nim dostrzegłem. Był bardzo inteligentny, pełen entuzjazmu i zafascynowany nowymi technologiami”.

Alcorn przydzielił go do zespołu prostego, porządnego inżyniera Dona Langa. Następnego dnia Lang się poskarżył: „Ten gość to jakiś cholerny niedomyty hipis. Dlaczego mi to zrobiłeś? Do tego nie da się z nim pracować”. Jobs twardo trzymał się przekonania, że jego bogata w owoce wegetariańska dieta zapobiega nie tylko powstawaniu śluzu, ale też smrodowi potu, nawet jeśli nie używa dezodorantu i nie kąpie się regularnie. Była to błędna teoria.

Lang i inni chcieli go wyrzucić, ale Bushnell wypracował rozwiązanie.

„Smród i jego zachowanie nie były dla mnie problemem – mówi. – Steve był nieprzyjemny, ale na swój sposób go polubiłem. Dlatego poprosiłem go, żeby zaczął pracować na nocną zmianę. W ten sposób mogłem go uratować”.

Jobs przychodził do pracy długo po wyjściu Langa i pozostałych i pracował prawie przez całą noc. Mimo tej izolacji zasłynął z opryskliwości. W rzadkich sytuacjach, kiedy zdarzało mu się mieć kontakt z innymi pracownikami, miał zwyczaj informować ich, że są „debilami”. Z dzisiejszej perspektywy podtrzymuje tę opinię, wspomina: „Wybijałem się tam tylko dlatego, że wszyscy inni byli beznadziejni”.

Mimo swojej arogancji (a może właśnie dzięki niej) udało mu się zauroczyć szefa Atari.

„Miał o wiele bardziej filozoficzne podejście niż inni ludzie, z którymi pracowałem – wspomina Bushnell. – Dyskutowaliśmy o wolnej woli i determinizmie. Ja skłaniałem się ku wierze, że wszystko jest z góry ustalone, że jesteśmy jakby zaprogramowani. Gdybyśmy mieli doskonałe dane, moglibyśmy przewidywać ludzkie zachowania. Steve uważał, że jest odwrotnie”. To podejście zgadzało się z wiarą Jobsa, że ludzka wola może zmieniać rzeczywistość.

W Atari Jobs bardzo dużo się nauczył. Przyczynił się do poprawienia niektórych gier, forsując ciekawe projekty i pomysły atrakcyjnych interakcji. Inspirująca skłonność Bushnella do grania według własnych zasad odcisnęła na Jobsie swoiste piętno. Steve intuicyjnie doceniał prostotę gier Atari. Nie dołączano do nich instrukcji i musiały być na tyle nieskomplikowane, by poradził sobie z nimi naćpany pierwszoroczniak. Całość instrukcji do Star Treka Atari sprowadzała się do: „1. Wrzuć monetę. 2. Uważaj na Klingonów”.

Nie wszyscy współpracownicy unikali Jobsa. Zaprzyjaźnił się z Ronem Wayne’em, projektantem, który wcześniej prowadził własną firmę produkującą automaty na monety. Przedsiębiorstwo upadło, ale Jobsa zafascynowała myśl, że można by założyć własną działalność.

„Ron był niesamowitym facetem – powiedział Jobs. – Zakładał firmy. Nigdy wcześniej nikogo takiego nie poznałem”.

Jobs zaproponował Wayne’owi, by razem zrobili interes. Powiedział, że może pożyczyć pięćdziesiąt tysięcy dolarów i razem zaprojektują i wypuszczą na rynek automat na monety. Ale Wayne już raz się na tym sparzył, więc odmówił.

„Stwierdziłem, że to najszybszy sposób, żeby utopić pięćdziesiąt tysięcy – wspomina – ale mój podziw wzbudziło to, jak bardzo Steve pragnął założyć własną firmę”.

W któryś weekend Jobs odwiedził Wayne’a w jego mieszkaniu. Jak często wcześniej, rozmawiali o filozofii, kiedy Wayne oświadczył, że musi Jobsowi coś powiedzieć. „Tak, chyba wiem co – odparł Steve. – Moim zdaniem lubisz mężczyzn”. Wayne przytaknął. „To było moje pierwsze spotkanie z kimś, o kim wiedziałem, że jest gejem – wspomina Jobs. – Ustawił mi wszystko w odpowiedniej perspektywie”. Jobs przycisnął Wayne’a: „Kiedy widzisz piękną kobietę, to co czujesz?”. Wayne odparł: „To samo co ty, kiedy patrzysz na pięknego konia. Podziwiasz go, ale nie masz ochoty się z nim przespać. Podziwiasz piękno jako takie”.

Wayne mówi, że to, iż postanowił ujawnić się właśnie przed Jobsem, stanowi świadectwo o nim. „Nikt w Atari o tym nie wiedział, mogłem na palcach rąk i nóg policzyć wszystkich, którym w ciągu całego dotychczasowego życia się z tego zwierzyłem – mówi Wayne. – Ale chyba po prostu uznałem, że jemu powinienem powiedzieć, bo on to zrozumie i nie będzie to miało żadnego wpływu na nasze stosunki”.

Indie

Jednym z powodów, dla których Jobs tak bardzo chciał zarobić trochę pieniędzy na początku 1974 roku, było to, że Robert Friedland, który poprzedniego lata pojechał do Indii, zachęcał go do odbycia podobnej duchowej podróży. Friedland pobierał nauki w Indiach od Neema Karoli Baby (Maharadży), guru znacznej części hipisow-skiego ruchu lat sześćdziesiątych. Jobs uznał, że musi zrobić to samo, i przekonał do wspólnego wyjazdu Daniela Kottkego. Steve’owi nie chodziło tylko o przygodę. „Dla mnie były to poważne poszukiwania – powiedział. – Nakręciłem się na ideę oświecenia, na próbę ustalenia, kim jestem i jakie jest moje miejsce na świecie”. Kottke dodaje, że wyprawa Jobsa wydawała się wynikać po części z tego, że nie znał swoich biologicznych rodziców – „Była w nim dziura i próbował ją czymś wypełnić”.

Kiedy Jobs poinformował ludzi w Atari, że odchodzi, by wyjechać na poszukiwanie guru w Indiach, jowialny Alcorn się uśmiał. „Wchodzi, gapi się na mnie i oznajmia: »Jadę odnaleźć swojego guru«, a ja na to: »Bez jaj, to super. Pisz do mnie!«. A on mówi, że chce, żebym mu pomógł to sfinansować, więc kazałem mu spadać”. Wtedy Alcorn wpadł na pewien pomysł. Atari produkowało zestawy i wysyłało je do Monachium, gdzie składano z nich gotowe maszyny, które rozprowadzał hurtownik w Turynie. Ale był pewien problem. Ponieważ gry były produkowane pod amerykańską prędkość odświeżania – sześćdziesiąt klatek na sekundę, Europa, gdzie przyjęła się prędkość odświeżania pięćdziesiąt klatek na sekundę, miała frustrujące trudności z interferencją. Alcorn naszkicował Jobsowi rozwiązanie, a potem powiedział, że zapłaci mu za podróż do Europy, żeby je wdrożył. „Stamtąd zapewne taniej dostaniesz się do Indii” – powiedział. Jobs się zgodził. I tak Alcorn wysłał go w drogę, dodając: „Pozdrów ode mnie swojego guru”.

Jobs spędził kilka dni w Monachium, gdzie rozwiązał problem interferencji, ale jednocześnie wprawił w zakłopotanie niemieckich menedżerów w ciemnych garniturach. Poskarżyli się Alcornowi, że Jobs ubiera się i cuchnie jak kloszard i że jest nieuprzejmy. „Spytałem, czy rozwiązał problem. A oni, że tak, więc ja na to: »Jak będziecie mieli jeszcze jakieś problemy, wystarczy, że zadzwonicie, mam więcej takich jak on!«. Odpowiedzieli: »Nie, nie, następnym razem sami sobie poradzimy«”. Sam Jobs był oburzony, że Niemcy próbują karmić go mięsem i ziemniakami. „Oni nawet nie znają słowa wegetarianin” – skarżył się Alcornowi przez telefon.

Humor mu się poprawił, kiedy pojechał pociągiem do dystrybutora w Turynie, gdzie włoskie makarony i gościnność gospodarza bardziej przypadły mu do gustu. „Spędziłem cudowne dwa tygodnie w Turynie, który jest pełnym życia, przemysłowym miastem – wspominał. – Dystrybutor był świetnym facetem. Codziennie zabierał mnie na kolację do takiego lokalu, gdzie było tylko osiem stolików i nie mieli menu. Mówiło się, co by się chciało zjeść, a oni to robili. Jeden stolik był zarezerwowany dla prezesa Fiata. Było tam naprawdę super”.

Potem pojechał do Lugano w Szwajcarii, gdzie zatrzymał się u wuja Friedlanda, a stamtąd poleciał do Indii.

Kiedy wysiadł z samolotu w New Delhi, poczuł fale żaru bijące od płyty lotniska, choć był dopiero kwiecień. Jobs znał nazwę hotelu, ale ten był pełny, więc pojechał do innego, który według zapewnień taksówkarza miał być niezły. „Na pewno dostawał jakiś bakszysz, bo zabrał mnie do kompletnej nory”. Jobs spytał właściciela, czy woda jest filtrowana, i lekkomyślnie uwierzył jego odpowiedzi. „Bardzo szybko dostałem dyzenterii. Byłem chory, bardzo chory, miałem bardzo wysoką gorączkę. W tydzień spadłem na wadze z siedemdziesięciu do pięćdziesięciu pięciu kilo”.

Kiedy wydobrzał na tyle, żeby zacząć się przemieszczać, uznał, że musi się wydostać z Delhi. Pojechał do miasta Haridwar, w zachodnich Indiach, blisko źródeł Gangesu, gdzie co trzy lata odbywa się wielkie religijne święto zwane Mela. Tak się złożyło, że w roku 1974 przypadała kulminacja dwunastoletniego cyklu, odbywał się więc naprawdę ogromny festiwal, znany jako Kumbha Mela. Do miasta porównywalnego wielkością do Palo Alto, zamieszkiwanego na co dzień przez mniej więcej sto tysięcy osób, zjechało ponad dziesięć milionów ludzi. „Wszędzie pełno było świętych mężów. W jednym namiocie ten nauczyciel, w innym kolejny. Ludzie jeździli na słoniach, w ogóle pełno było wszystkiego. Spędziłem tam kilka dni, ale uznałem, że stamtąd też muszę się wydostać”.

Jadąc pociągiem i autobusem, Jobs dotarł do wioski pod Naini-talem u podnóża Himalajów. Tam właśnie mieszkał Neem Karoli Baba. Kiedy jednak Steve dotarł na miejsce, guru już nie żył – przynajmniej nie w tym wcieleniu. Jobs wynajął pokój z materacem na podłodze u rodziny, która pomogła mu wrócić do sił, karmiąc go wegetariańskimi potrawami. „Mieli tam egzemplarz Autobiografii jogina po angielsku, który zostawił poprzedni podróżnik. Przeczytałem tę książkę kilka razy, bo nie miałem nic innego do roboty. Spacerowałem od wioski do wioski, dochodząc do zdrowia po dyzenterii”.

Wśród tych, którzy wciąż pozostawali w aśramie, był Larry Brilliant, epidemiolog usiłujący wyplenić ospę – potem kierował charytatywnym działem Google’a oraz Fundacją Skolla. Został przyjacielem Jobsa na całe życie.

W którymś momencie Jobs usłyszał o młodym hinduskim świętym mężu, który organizował zebranie swoich uczniów w himalajskiej posiadłości bogatego biznesmena. „To była szansa, by spotkać kogoś uduchowionego i poprzebywać z jego uczniami, ale też okazja, by zjeść coś naprawdę dobrego. Kiedy się zbliżyliśmy, poczułem zapach jedzenia, a byłem bardzo głodny”. Gdy Jobs jadł, święty mąż – niewiele starszy od niego – wypatrzył go w tłumie, pokazał palcem, a potem zaczął się obłąkańczo śmiać. „Podbiegł do mnie, chwycił mnie, zacmokał i powiedział: »Jesteś jak małe dziecko« – wspomina Jobs. – Nie podobało mi się, że tak na mnie zwrócił uwagę”.

Hindus wziął Steve’a za rękę, wyprowadził go z rozmodlonego tłumu i zabrał na wzgórze, gdzie znajdowała się studnia i mały staw. „Usiedliśmy, a on wyciąga brzytwę. Pomyślałem, że to czubek, i zacząłem się martwić. Wtedy on wyjął kostkę mydła – miałem wtedy długie włosy – namydlił mi głowę i zgolił włosy. Powiedział, że ratuje mi zdrowie”.

Daniel Kottke przyjechał do Indii na początku lata, a Jobs przybył po niego do New Delhi. Przemieszczali się, głównie autobusami, raczej bez celu. Jobs nie próbował już odnaleźć guru, który podzieliłby się z nim mądrością; szukał oświecenia przez ascezę, post i prostotę. Nie potrafił odnaleźć wewnętrznego spokoju. Kottke pamięta, jak Steve wdał się we wściekłą awanturę z Hinduską na wiejskim targu, która, jak twierdził Jobs, rozwadniała sprzedawane im mleko.

Przy tym potrafił być także hojny. Kiedy przyjechali do miasta Manali, w pobliżu tybetańskiej granicy, ktoś ukradł śpiwór Kottkego razem ze schowanymi w nim czekami podróżnymi. „Steve zapłacił za moje jedzenie i bilet autobusowy z powrotem do Delhi” – wspomina Kottke. Oddał też Kottkemu swoje ostatnie sto dolarów, żeby ten mógł jakoś wrócić do domu.

Jesienią, w drodze powrotnej, po siedmiu miesiącach wędrówek, Jobs zatrzymał się w Londynie, gdzie odwiedził poznaną w Indiach kobietę. Stamtąd tanimi liniami poleciał do Oakland. Do rodziców pisał sporadycznie – odbierał pocztę w biurze American Express w New Delhi, kiedy tamtędy przejeżdżał – dlatego byli nieco zaskoczeni, kiedy zadzwonił do nich z lotniska w Oakland, prosząc, żeby go odebrali. Natychmiast pojechali tam z Los Altos. „Miałem ogoloną głowę, na sobie hinduską, bawełnianą sukmanę, a moja skóra od słońca nabrała ciemnego, czekoladowego odcienia – wspomina Jobs. – Siedzę tam, a moi rodzice minęli mnie z pięć razy, w końcu matka podeszła i spytała: »Steve?«, a ja na to: »Cześć!«”.

Zabrali go do domu w Los Altos, gdzie spędził trochę czasu, usiłując się odnaleźć. Była to podróż wieloma ścieżkami prowadzącymi ku oświeceniu. Rano i wieczorem medytował i studiował zen, a w wolnych chwilach wpadał na zajęcia z audiofizyki czy inżynierii na Stanfordzie.

Poszukiwania

Zainteresowanie Jobsa duchowością Wschodu, hinduizmem i buddyzmem zen, a także poszukiwanie oświecenia nie były jedynie chwilowym kaprysem dziewiętnastolatka. Przez całe życie starał się przestrzegać podstawowych nakazów wschodnich religii, takich jak nacisk na empiryczną pradźńę – wiedzę i rozumowe zrozumienie, intuicyjnie doświadczane przez skupienie umysłu. Wiele lat później, siedząc w swoim ogrodzie w Palo Alto, wspominał niesłabnący wpływ swojej podróży do Indii:

Powrót do Ameryki był dla mnie większym szokiem kulturowym niż wyjazd do Indii. Ludzie w hinduskich wioskach nie używają intelektu tak jak my, posługują się intuicją, a ich intuicja jest o wiele lepiej rozwinięta niż gdziekolwiek indziej na świecie. Intuicja to potężna sprawa, moim zdaniem potężniejsza niż intelekt. To przekonanie wywarło duży wpływ na moją pracę.

Zachodni racjonalizm nie jest wrodzoną cechą człowieka; to rzecz wyuczona i wielkie osiągnięcie zachodniej cywilizacji. W Indiach nikt go sobie nie przyswoił. Ludzie nauczyli się tam czegoś innego, pod pewnymi względami równie cennego, a pod innymi nie. To potęga intuicji i mądrość empiryczna.

Wróciwszy do kraju po siedmiu miesiącach spędzonych w hinduskich wsiach, dostrzegłem obłęd zachodniego świata równie wyraźnie, jak jego umiejętność racjonalnego myślenia. Jeśli tylko będziesz siedział i obserwował, zobaczysz, jak niespokojny jest twój umysł. Próbując go uspokoić, tylko wszystko pogorszysz, ale z czasem sam się ukoi, a kiedy to nastąpi, będziesz mógł usłyszeć rzeczy bardziej subtelne – wtedy właśnie rozkwita twoja intuicja, zaczynasz widzieć wyraźniej i bardziej przebywać w teraźniejszości. Twój umysł po prostu zwalnia i widzisz w każdej chwili olbrzymi przestwór. Widzisz o wiele więcej, niż dostrzegałeś przedtem. To sztuka, która wymaga ćwiczeń.

Od tamtej pory zen miał wielki wpływ na moje życie. W którymś momencie zastanawiałem się nad podróżą do Japonii, by spróbować dostać się do klasztoru Eihei-ji, ale mój duchowy doradca nalegał, żebym został. Powiedział, że nie ma tam niczego, czego nie byłoby tutaj, i miał rację. Poznałem prawdę powiedzenia zen, że jeśli jesteś gotów objechać świat w poszukiwaniu nauczyciela, nauczyciel pojawi się tuż obok ciebie.

Jobs rzeczywiście znalazł nauczyciela we własnej dzielnicy Los Altos. Shunryu Suzuki, który napisał Umysł zen, umysł początkującego i kierował Centrum Zen w San Francisco, przyjeżdżał tam w każdą środę wieczorem, by wygłosić wykład i medytować z niewielką grupą uczniów. Po jakimś czasie Jobs i inni zapragnęli czegoś więcej, więc Suzuki poprosił swojego asystenta Kobuna Chino, by otworzył tam filię ośrodka. Jobs stał się wiernym uczniem, wraz ze swoją ówczesną dziewczyną Chrisann Brennan, Danielem Kottkem i Elizabeth Holmes. Zaczął również sam odwiedzać Centrum Zen Tassajara, klasztor niedaleko Carmel, gdzie także wykładał Kobun.

Kottke uważał, że Kobun jest zabawny. „Mówił po angielsku okropnie – wspominał. – Trochę jakby wygłaszał haiku, poetyckie, sugestywne zdania. Siedzieliśmy i słuchaliśmy go, a przez połowę czasu nie mieliśmy pojęcia, o co mu chodzi. Wszystko to traktowałem jako coś w rodzaju lekkiej rozrywki”. Jego dziewczyna, Holmes, bardziej zaangażowała się w to środowisko. „Chodziliśmy na medytacje Kobuna, siadaliśmy na poduszkach zafu, a on na podwyższeniu – opowiadała. – Uczyliśmy się odcinać od wszystkiego, co nas rozpraszało. To było jak czary. Któregoś wieczora medytowaliśmy z Kobunem, kiedy padało, a on pokazał nam, jak wykorzystywać dźwięki tła, by skupić się na medytacji”.

Co do Jobsa – jego oddanie było bardzo głębokie. „Zrobił się bardzo poważny, zadufany w sobie i w ogóle nieznośny” – mówił Kottke. Jobs zaczął spotykać się z Kobunem prawie codziennie, a kilka razy w miesiącu razem jeździli medytować. „Poznanie Kobuna było dla mnie bardzo głębokim doświadczeniem i ostatecznie zacząłem z nim spędzać tyle czasu, ile tylko mogłem – wspominał Jobs. – Miał żonę, która była pielęgniarką na Stanfordzie, i dwójkę dzieci. Ona pracowała na drugą zmianę, więc jeździłem do niego i siedziałem tam wieczorami. Wracała około północy i przeganiała mnie”.

Czasami dyskutowali o tym, czy Jobs powinien się całkowicie poświęcić duchowym poszukiwaniom, ale Kobun mu to odradzał. Tłumaczył, że Steve może pozostawać w kontakcie ze swoją duchową stroną, jednocześnie pracując w swojej branży. Ich relacja okazała się trwała i głęboka; siedemnaście lat później Kobun poprowadził ceremonię zaślubin Jobsa.

Kompulsywne poszukiwania samoświadomości skłoniły Steve’a także do podjęcia terapii pierwotnym krzykiem, którą akurat niedawno opracował i spopularyzował w Los Angeles psychoterapeuta Arthur Janov. Opierała się na Freudowskiej teorii, że problemy psychiczne są wywołane tłumionym cierpieniem z dzieciństwa; Janov przekonywał, że można je rozwiązać, przeżywając na nowo te pierwotne chwile cierpienia, w pełni wyrażając ból – czasami przez krzyk. Jobs wolał to niż terapię polegającą na rozmowie, ponieważ tu liczyło się intuicyjne odczuwanie i działanie emocjonalne, a nie tylko racjonalna analiza. „Nie chodziło o myślenie – powiedział później. – Chodziło o działanie: zamykasz oczy, wstrzymujesz oddech, skaczesz i wychodzisz z tego mądrzejszy”.

Grupa zwolenników Janova prowadziła Oregońskie Centrum Odczuwania, które na swą siedzibę wybrało stary hotel w Eugene, zarządzany (co chyba nie powinno być zaskoczeniem) przez dawnego guru Jobsa z Reed Roberta Friedlanda, którego komuna Wszystko Jest Jednym mieściła się w pobliżu. Pod koniec 1974 roku Jobs zapisał się na dwunastotygodniowy kurs terapeutyczny kosztujący tysiąc dolarów. „Steve i ja interesowaliśmy się rozwojem osobistym, więc chciałem iść tam z nim – mówi Kottke – ale nie było mnie na to stać”.

Jobs zwierzył się bliskim przyjaciołom, że gna go ból, który wzbudza w nim fakt, że oddano go do adopcji i że nie zna swoich biologicznych rodziców. „Steve odczuwał wielką potrzebę poznania prawdziwych rodziców, żeby lepiej poznać samego siebie” – powiedział później Friedland. Dowiedział się od Paula i Clary Jobsów, że jego biologiczni rodzice studiowali na uniwersytecie i że jego ojciec mógł być Syryjczykiem. Steve myślał nawet o wynajęciu prywatnego detektywa, ale postanowił na razie z tego zrezygnować. „Nie chciałem robić przykrości swoim rodzicom” – wspominał, mówiąc o Paulu i Clarze Jobsach.

„Zmagał się z faktem, że był adoptowany – mówi Elizabeth Holmes. – Uważał, że to problem, nad którym musi emocjonalnie zapanować”. To jego własne słowa. „To stanowi dla mnie trudność i muszę się nad tym skupić” – powiedział jej. Z Gregiem Calhounem był jeszcze bardziej szczery. „Prowadził bardzo dużo duchowych poszukiwań w sprawie swojej adopcji i często o tym ze mną rozmawiał – mówi Calhoun. – Pierwotny krzyk i dieta bezśluzowa; próbował się oczyścić i zgłębić frustrację wywołaną swoim urodzeniem. Powiedział mi, że jest bardzo rozgniewany faktem, że go oddano”.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.


Kreatywność, która może się objawić, gdy zdolności humanistyczne oraz zdolności w zakresie nauk ścisłych splotą się w jednej, obdarzonej silnym charakterem osobie
Jego koronnym argumentem było, że wielki inżynier zostanie zapamiętany tylko wtedy, jeśli będzie współpracował z wielkim marketingowcem, a to wymagało, by jego projekty należały do spółki.
Gdyby został i zatrzymał swoje dziesięć procent, pod koniec 2010 roku jego majątek byłby wart około dwóch miliardów sześciuset milionów dolarów. On jednak mieszka samotnie w małym domku w Pahrump, w Newadzie, gdzie gra na automatach i żyje z emerytury
Opierając się na ponad czterdziestu rozmowach z Jobsem, przeprowadzonych w ciągu dwóch lat, a także na wywiadach z ponad setką osób: członkami rodziny, przyjaciółmi
szczere relacje przyjaciół, wrogów i kolegów Jobsa sprawiają, że jego pasje, pragnienia, perfekcjonizm
współpracował przy powstawaniu tej książki, nie domagał się ani kontroli nad tym, co zostanie w niej ujęte, ani nawet prawa do przeczytania
otoczenie do furii i rozpaczy. Ale jego żywiołowa osobowość i tworzone przez niego
Pewnego razu zbudował grę na bazie ruletki, w której cztery osoby wsuwały kciuki do czterech otworów; od tego, gdzie wylądowała kulka, zależało, która z nich zostanie porażona. „Hardware’owi goście zagrają w tę grę, ale software’owcy będą mieli zbyt dużego cykora” – zauważył.
„wrzuć monetę, uważaj na Klingonów”.
wielki inżynier zostanie zapamiętany tylko wtedy, jeśli będzie współpracował z wielkim marketingowcem,
Jestem frutarianinem i będę jadł tylko liście zrywane przez dziewice w blasku księżyca«”
„Wszystko sprowadza się do tego, że próbujesz zobaczyć najlepsze rzeczy, które wymyśliła ludzkość, a potem zastosować je w tym, co robisz – stwierdził. – Picasso mawiał, że dobrzy artyści naśladują, a wielcy artyści kradną. A my nigdy nie wstydziliśmy się podkradania świetnych pomysłów”.
„Był niewiarygodnie fałszywy, skończony pozer – powiedział później. – Udawał, że interesuje go technologia, ale wcale tak nie było. To był gość od marketingu, a tym właśnie są marketingowcy: opłacanymi pozerami”.
Unaoczniało to estetyczną skazę w działaniu wszechświata: najlepsze i najbardziej innowacyjne produkty nie zawsze zwyciężają
Zgodziłem
Smalltalka
kolegami
Zestawy
Celem nigdy nie było pokonanie konkurencji czy zarobienie dużych pieniędzy; celem, który miał nam przyświecać, było osiąganie najlepszego możliwego rezultatu, a może nawet jeszcze lepszego
„Żadnych kompromisów”
pole zniekształcające rzeczywistość
Henckelsa
„Jeśli jesteś stolarzem i robisz piękną komodę, nie użyjesz kawałka sklejki na tył, chociaż jest odwrócony do ściany i nikt go nigdy nie zobaczy. Będziesz wiedział, że tam jest, więc użyjesz dobrego kawałka drewna. Żeby można było spokojnie spać, estetyka i jakość wykonania muszą być w równej mierze zachowane w całości dzieła”.
„Nacisnąłem kilka przycisków na klawiaturze i byłem w szoku! Litery wyświetliły się na ekranie”. Była niedziela, 29 czerwca 1975 roku, przełomowy moment w historii rozwoju komputerów osobistych. „To był pierwszy raz w dziejach – powiedział później Wozniak – kiedy ktoś nacisnął klawisz litery na klawiaturze i zobaczył ją na ekranie własnego komputera”.
Żeby zdobyć konieczne fundusze, Wozniak sprzedał swój kalkulator HP 65 za pięćset dolarów, choć kupujący ostatecznie oszukał go i zapłacił tylko połowę. Jobs sprzedał volkswagena za tysiąc pięćset dolarów. Ojciec odradzał mu już jego kupno i Steve musiał przyznać mu rację. To był kiepski wóz. Człowiek, który odkupił go od Jobsa, odszukał go dwa tygodnie później i powiedział, że silnik się popsuł. Jobs zgodził się pokryć połowę kosztów naprawy. Mimo tych niewielkich przeciwności losu, kiedy dorzucili swoje skromne oszczędności, dysponowali kapitałem około tysiąca trzystu dolarów, projektem produktu i planem. Mieli założyć własną firmę komputerową.
W końcu zaproponował Apple Computers. „Byłem akurat na jednej ze swoich owocowych diet – wyjaśnił. – Dopiero co wróciłem z farmy jabłoni. Brzmiało to zabawnie, inspirująco i przystępnie. Apple [Jabłko] łagodziło brzmienie słowa komputer. Poza tym w książce telefonicznej bylibyśmy przed Atari”. Powiedział Wozniakowi, że jeśli do następnego popołudnia nie wpadną na coś lepszego, zostaną przy Apple. I tak się stało.
Plan Markkuli określał sposoby wydostania się poza rynek hobbystów. „Mówił o tym, żeby wprowadzić komputery do zwyczajnych domów zwykłych ludzi, żeby mogli na nich na przykład zapisywać ulubione przepisy albo pilnować domowych budżetów” – wspomina Wozniak. Markkula wygłosił wariacką przepowiednię: „Za dwa lata będziemy na liście Fortune 500. To początek branży. Takie coś zdarza się raz na dziesięć lat”. Apple potrzebowało siedmiu lat, żeby wejść na listę 500 najbogatszych firm, ale duch przepowiedni Markkuli okazał się proroczy
Apple miało uzyskać osobowość prawną, a on, wraz z Jobsem i Wozniakiem, mieli posiadać po dwadzieścia sześć procent udziałów. Reszta miała przyciągnąć przyszłych inwestorów. Cała trójka spotkała się w namiocie-przebieralni nad basenem Markkuli i przypieczętowała umowę. „Myślałem, że to mało prawdopodobne, by Mike zobaczył jeszcze kiedyś swoje dwieście pięćdziesiąt tysięcy, i zaimponowało mi, że był gotów zaryzykować” – wspomina Jobs.
3 stycznia 1977 roku oficjalnie stworzono nową korporację – Apple Computer Co. – która wykupiła spółkę stworzoną przez Jobsa i Wozniaka dziewięć miesięcy wcześniej.
Markkula spisał swoje zasady na kartce papieru pod nagłówkiem: „Filozofia marketingu Apple”. Streszczały się one w trzech punktach. Pierwszym była „empatia” – intymna więź z uczuciami klienta. „Będziemy rozumieli ich potrzeby lepiej niż jakakolwiek inna firma”. Drugim było „skupienie”. „Żeby dobrze zrobić wszystko to, co sobie postanowimy, musimy wyeliminować wszelkie nieistotne okoliczności”. Trzecią i równie ważną zasadą, niezręcznie nazwaną, było „imputowanie”. Chodziło o to, jak ludzie wyrabiają sobie opinię o firmie czy produkcie na podstawie przekazywanych przez nie sygnałów. „Ludzie naprawdę oceniają książkę po okładce – napisał Markkula. – Możemy mieć najlepszy produkt, najwyższą jakość, najużyteczniejszy software itd.; jeśli zaprezentujemy je byle jak, będą postrzegane jako byle jakie. Jeśli zaprezentujemy je w sposób twórczy i profesjonalny, będziemy »imputować« pożądane cechy”.
Dom Jobsów, położony przy alei Diablo 286, podobnie jak pozostałe domy w sąsiedztwie został wzniesiony przez dewelopera Josepha Eichlera, którego firma pomiędzy rokiem 1950 a 1974 zbudowała ponad jedenaście tysięcy domów na rozmaitych kalifornijskich osiedlach. Zainspirowany roztoczoną przez Franka Lloyda Wrighta5 wizją prostych, nowoczesnych mieszkań dla amerykańskiego „szarego człowieka”, Eichler budował niedrogie domy o konstrukcji słupowo-ryglowej, z sięgającymi od podłogi aż po sufit szklanymi ścianami, z otwartymi przestrzeniami, z podłogami z płyt betonowych oraz całym mnóstwem przesuwanych szklanych drzwi. „Eichler dokonał czegoś wspaniałego – stwierdził Jobs podczas jednego z naszych spacerów po okolicy. – Jego domy były modne, tanie i dobre. Dzięki nim porządny design i styl stały się dostępne dla ludzi z niższymi dochodami. Tamte domy miały wiele niepozornych, a przy tym wspaniałych elementów, na przykład ogrzewanie podłogowe. Kiedy byliśmy dziećmi, wystarczyło położyć dywan i miało się przyjemnie cieplutką podłogę”.
Jeśli czegoś nie kochasz, to nie pokonasz dodatkowych kilometrów, nie przepracujesz dodatkowego weekendu i nie będziesz próbował z taką determinacją zmienić status quo.
Umysł zen, umysł początkującego autorstwa Shunryü Suzukiego, Autobiografia Jogina Paramahamsy Joganandy, Cosmic Consciousness [Kosmiczna świadomość] Richarda Maurice’a Bucke’a oraz Wolność od duchowego materializmu Chögy-ama Trungpy. Niski stryszek nad pokojem Elizabeth Holmes
Zacząłem zdawać sobie sprawę, że intuicyjne rozumienie oraz świadomość mają większe znaczenie niż myślenie abstrakcyjne i logiczna analiza oparta na intelekcie”
dotarł do wioski pod Naini-talem u podnóża Himalajów. Tam właśnie mieszkał Neem Karoli Baba.
Powrót do Ameryki był dla mnie większym szokiem kulturowym niż wyjazd do Indii. Ludzie w hinduskich wioskach nie używają intelektu tak jak my, posługują się intuicją, a ich intuicja jest o wiele lepiej rozwinięta niż gdziekolwiek indziej na świecie. Intuicja to potężna sprawa, moim zdaniem potężniejsza niż intelekt. To przekonanie wywarło duży wpływ na moją pracę. Zachodni racjonalizm nie jest wrodzoną cechą człowieka; to rzecz wyuczona i wielkie osiągnięcie zachodniej cywilizacji. W Indiach nikt go sobie nie przyswoił. Ludzie nauczyli się tam czegoś innego, pod pewnymi względami równie cennego, a pod innymi nie. To potęga intuicji i mądrość empiryczna.
Wróciwszy do kraju po siedmiu miesiącach spędzonych w hinduskich wsiach, dostrzegłem obłęd zachodniego świata równie wyraźnie, jak jego umiejętność racjonalnego myślenia. Jeśli tylko będziesz siedział i obserwował, zobaczysz, jak niespokojny jest twój umysł. Próbując go uspokoić, tylko wszystko pogorszysz, ale z czasem sam się ukoi, a kiedy to nastąpi, będziesz mógł usłyszeć rzeczy bardziej subtelne – wtedy właśnie rozkwita twoja intuicja, zaczynasz widzieć wyraźniej i bardziej przebywać w teraźniejszości. Twój umysł po prostu zwalnia i widzisz w każdej chwili olbrzymi przestwór. Widzisz o wiele więcej, niż dostrzegałeś przedtem. To sztuka, która wymaga ćwiczeń.
Nauczyłem go, że jeśli się zachowujesz, jakbyś potrafił coś zrobić, to wtedy to się uda. Powiedziałem mu tak: »Udawaj, że masz wszystko pod kontrolą, a ludzie uwierzą, że tak jest
Pozostań głodnym. Pozostań lekkomyślnym«”.
Podkreślał, że nie powinno się zakładać firmy z myślą o zarobku. Celem powinno być robienie czegoś, w co się wierzy, i stworzenie firmy, która przetrwa”.
Filozofia marketingu Apple”. Streszczały się one w trzech punktach. Pierwszym była „empatia” – intymna więź z uczuciami klienta. „Będziemy rozumieli ich potrzeby lepiej niż jakakolwiek inna firma”. Drugim było „skupienie”. „Żeby dobrze zrobić
wszystko to, co sobie postanowimy, musimy wyeliminować wszelkie nieistotne okoliczności”.
Trzecią i równie ważną zasadą, niezręcznie nazwaną, było „imputowanie”. Chodziło o to, jak ludzie wyrabiają sobie opinię o firmie czy produkcie na podstawie przekazywanych przez nie sygnałów. „Ludzie naprawdę oceniają książkę po okładce – napisał Markkula. – Możemy mieć najlepszy produkt, najwyższą jakość, najużyteczniejszy software itd.; jeśli zaprezentujemy je byle jak, będą postrzegane jako byle jakie. Jeśli zaprezentujemy je w sposób twórczy i profesjonalny, będziemy »imputować
Przez resztę swojej kariery Jobs dbał, czasami obsesyjnie, o marketing, image, a nawet szczegóły opakowania. „Kiedy otwierasz pudełko z iPhone’em czy iPadem, chcemy, żeby zmysł dotyku wpłynął na to, jak postrzegasz produkt – powiedział. – To Mike mnie tego nauczył”.
Prostota jest szczytem wyrafinowania”.
U podstaw zniekształcania rzeczywistości leży głębokie i niezachwiane przekonanie Jobsa, że zasady go nie dotyczą. Przemawiały za tym pewne dowody: w dzieciństwie często udawało mu się naginać rzeczywistość do swoich pragnień. Ale głębszym źródłem owego przekonania, że może lekceważyć zasady, były jego wrodzona bun-towniczość i stanowczość. Miał poczucie wyjątkowości: tego, że jest wybrańcem i oświeconym.
Celem nigdy nie było pokonanie konkurencji czy zarobienie dużych pieniędzy; celem, który miał nam przyświecać, było osiąganie najlepszego możliwego rezultatu, a może nawet jeszcze lepszego
Powiedzieliśmy sobie: »jeśli już mamy coś w życiu robić, niech to będzie coś pięknego«”.
Rozdział 12 Wzornictwo Prawdziwi artyści upraszczają
Niech to będzie bardzo proste”. Mantrą Apple miały pozostać słowa z pierwszej reklamówki: „Prostota to szczyt wyrafinowania
Był człowiekiem tak zajętym, że nie miał czasu spuszczać wody w toalecie
rennan do chatki na wzgórzach rozciągających się nad Los Altos. „Zamieszkam z Chrisann w chacie” – oznajmił pewnego dnia rodzicom. Jego ojciec był wściekły. „Nie zamieszkasz – powiedział. – Po moim trupie”. Niedługo przedtem kłócili się o marihuanę; młodszy Jobs i tym razem okazał się nieposłuszny. Powiedział po prostu „do widzenia
Ponieważ to ludzie wystarczająco szaleni, by sądzić, że mogą zmienić świat. są tymi, którzy go zmieniają.
The Innovator’s Dilemma
Yo-Yo
Pozwólcie, że opowiem wam pewną historię”. Nikt nie ma bowiem specjalnej ochoty na
fotel Le Corbusiera
TBWA/Media Arts Lab
Autobiografia jogina
Wynajął biuro projektowe, które uważał za najlepsze na świecie – pracownię sir Normana Fostera
świątynie zen w Kioto
dieta owocowa Arnolda Ehreta
zupełnie serio, a Jobs
dyspozycji skromną, lecz wystarczającą kwotę. Jednakże sam Jobs, który stał się jeszcze bardziej samowolny, nie
Help
Terms and conditions