Please note: the following sample is a simplified text excerpt of this ebook; in order to view its composition, please download a free sample in the EPUB format.
CZĘŚĆ I - MAZURY
URLOP
Mówiło się zawsze, że wrzesień, październik to złota polska jesień, a tu leje, leje, leje! Urlop czy wakacje? No… formalnie urlop, ale słowo "wakacje" ma w sobie smak lata i beztroski, a "urlop" jest takie… drewniane, sztywne. Wakacje oznaczały zerwanie się z łańcucha, zapomnienie o szkole, obowiązkach - to był zapach lasów i pól, pastwisk, wolności i kwaśnych jabłek, i gacie rozdarte na płocie sąsiada, gdy się po te jabłka wdrapywałem.
Kiedy to było…? O, dawno. Bardzo dawno. Ciągle jeszcze czuję to ssanie w brzuchu na przednówku, wiosną, gdy tak się każdemu z nas chciało owoców! Byle co dojrzało na krzaku, drzewie - nie czekaliśmy, jedliśmy zielone, niedojrzałe jabłka, porzeczki kwaśne jak zbójecki ocet, rabarbar maczany w cukrze, morwy…
Dzisiaj dzieciaki mają owoce cały rok, i to takie, o których ja w dzieciństwie nie słyszałem nigdy - banany, mango, pomelo, grejpfruty, kiwi… Popatrzyłem z ciekawością w samochodowe lusterko, a nuż pokaże mnie tamtego - chudego piegusa z odrapanymi kolanami? No, nie. To ja dzisiejszy - pięćdziesięciolatek, z posiwiałą przedwcześnie głową, poszarzałymi oczami, stary, jak mi się zdaje, i zmęczony nieludzko. Czym? A przede wszystkim tym, co się wydarzyło ostatnio. Dostałem wolne we wrześniu. Tak napisałem w deklaracji urlopowej - September, żeby się załapać bez problemu, bo większość facetów z naszej stoczni, tych młodszych, wybiera się na wypoczynek latem, szczególnie ci, co mają dzieci. Ja nie mam małych dzieci, właściwie rodziny też. Od jakiegoś czasu jestem już sam. Ciężko to sobie uświadamiać, ale jakby nie było, paradoksalnie sam tego chciałem.
Od kilku lat pracuję za granicą, w Finlandii, w stoczni, w Turku. Tak wyszło. Stocznie w Polsce to ropiejący wrzód na naszych sercach. Kurczę! Porty, stocznie to okno na świat! Mamy tyle linii brzegowej morza, a stoczni nie umieliśmy utrzymać, powyzdychały jedna za drugą na wstyd i sromotę. Szlag by to trafił! Tylu nas wyleciało na bruk… Stąd moja emigracja zarobkowa, praca w Finlandii ciężka, ale satysfakcjonująca, bo w zawodzie. I teraz radość, że w końcu na urlop jadę do Polski. Wreszcie wakacje! Ech! Zapomnieć o wszystkim!
W Finlandii też jest piękna jesień, podobna do naszej. Jest ładnie, ciepło i w tym roku nie pada tak jak tu, ale… Polska to Polska, tu mogę do każdego się odezwać, wiem, co i jak, jestem u siebie. W Finlandii - ciągle nie. Niby już sporo rozumiem, niby znam przepisy, obyczaje, w końcu mieszkam już parę lat, ale… to nie mój kraj. Wciąż czuję się obco. Nie wiem, czy nauczę się jak Karol, mój najbliższy tam kumpel, Polak, być "obywatelem świata". Na razie przyjechałem do kraju i oto jestem!
Lubię wrzesień w Polsce. Lubię go tym bardziej, że będzie mniej ludzi wszędzie. U Ali, do której jadę, podobno w ogóle jest tylko jedna osoba, bo pada i ma padać, ludzie odwołali rezerwację. Szkoda, że tak leje, ale może przestanie i będą grzyby.
Zatrzymałem się na kilka dni u mamy i Krysi, na Śląsku, ale nie chciałem im siedzieć na głowie. Pobyłem z mamą, pogadałem z Grześkiem, siostrzeńcem, fajny chłopak z niego wyrósł, spędziłem z Maćkiem, mężem Kryśki, wieczór na "nocnych Polaków rozmowach", popijając znakomitą palinkę. Pojadłem domowych dań, głównie barszczu ukraińskiego i maminych pierogów, i wycałowałem na pożegnanie każdą z osobna - mamę i Kryśkę.
- Cześć, siostra, dzięki, że się tak mamą zajmujesz.
- Daj spokój, Wiesiek, mama martwi się o ciebie. Sam tak będziesz żył na obczyźnie? Nie masz tam nikogo? - Nie mam, Krysiu. Nie jest mi źle. Patrz, jestem zdrów i zadbany, praca jest, i to zaledwie o kilkanaście godzin jazdy samochodem stąd, jeśli nie liczyć promu, jakoś sobie radzę. Fińskiego wciąż nie znam, ale sporo rozumiem, zresztą w stoczni mówi się dużo po angielsku. Mama mnie nauczyła przyszywać guziki, prać, prasować też umiem, więc nie zginę. Radziłem sobie dotąd, to i dalej poradzę. No, pa! - westchnąłem i wsiadłem do samochodu.
Chyba jesteśmy jako rodzeństwo bliżej niż kiedyś. Więcej wiemy o życiu, o sobie, od kiedy jest internet, pisujemy do siebie co jakiś czas szczere maile. Trochę wspieram Krysię finansowo. Nie jest jej łatwo, bo mama wymaga rehabilitacji po wylewie. Taki lajf… Do mamy pisuję zwykłe, papierowe listy. Mama niby umie klikać w klawiaturę, ale woli papier. Jest trochę staromodna.
Na Mazury jechałem od nich przez Warszawę. Olga, moja przyjaciółka z Finlandii, Białorusinka, dała mi paczkę i list dla młodszej siostry Ludoczki, pracującej jako tancerka w Warszawie, i do przyrodniego brata - Oresta. Zakotwiczył się w Polsce od ponad roku. Rzeźbi ołtarz dla kościoła gdzieś koło Ornety. Jeszcze do tego wrócę…
***
Z LXDą XPÓZLłEP VLę Z WAUVZAZLE SUZED NQAMSą "SRfiA", Z NWÓUEM SUACXME. CZENAłA QA VCHRDACH. ZE ZDMęCLA SRZQAłEP Mą QAWYCHPLAVW. Śliczna, zgrabna, długowłosa blondynka, z twarzy podobna do Olgi, tylko szczuplejsza. Szczerze mówiąc, wygląda na jej córkę. W lokalu jeszcze pustawym, ciemnym wypiłem z nią kaZę L SRGADAłEP CHZLOę SR SROVNX. ZACLąGAłA Z URVYMVNLP ANCEQWEP. JEVW SRZAżQA, żADQEM NRNLEWEULL, VAPE NRQNUEWY - ZAZRDRZA XSUZEMPRść? LENNR VSLęWA, PLłA. NLE ZAWUZYPYZAłA PQLE, SRDZLęNRZAłA ZA FAWYGę L RDSURZADZLłA QA SAUNLQG, SYWAMąC, CR X OOL.
- A ty i u Oresta budiesz? - spytała mnie obojętnie i dodała jakby dla wyjaśnienia: - To moj dwojurodnyj* brat, mówiła Ola? - Mówiła - zapewniłem ją. - Dała mi dla niego przesyłkę. Spędzę teraz urlop na Mazurach, a on pracuje gdzieś tam niedaleko. Odwiedzę go, tylko później.
- Odwiedź, on jest bardzo miły, dobry. - Luda uśmiecha się i tłumaczy: - Zapraszał mnie, ale wiesz, cziasu mało. Ja dużo pracuju. Pozdrów go. My do siebie piszem maile - dodała po chwili.
- No to będę jechał, do widzenia! - pożegnałem Ludę, całując ją w dłoń, co w widoczny sposób ją skrępowało.
Lekko się zmieszała i pobiegła do lokalu, machając mi na odjezdne.
Z trudem wyjechałem z tego potwornego miasta. Nie mógłbym tu mieszkać. W domu zaś, w moim małym, nadmorskim mieście, nie mam czego szukać. Syn mieszka w Trójmieście i pływa, nie ma go aktualnie w kraju. Córka też ma swoje sprawy, właśnie jest na wakacjach w Chorwacji.
Choć Krysia nalegała, żebym u niej został dłużej, nie chciałem, wolałem pojechać gdzieś, gdzie się wybyczę i jakoś pozbieram, bo ostatnio wzięło mnie na użalanie się nad sobą i w klatce piersiowej coś ciaśniej mi bywa… Muszę odpocząć, pomilczeć, pomyśleć. Założyłem, że w starym, znanym mi miejscu na Mazurach będą wolne pokoje. Okazało się, że są i to dużo, z powodu wrednej aury.
Dawno temu, po ślubie, jeździliśmy z Aśką do kurortów, na wczasy. Później znaleźliśmy to mazurskie letnisko u pani Aliny. Dzisiaj jest to pensjonat o nazwie "Pod Dębem". Przypomniałem sobie Alę. Znamy się bardzo długo. Niemożliwe, że aż tyle! Mój Boże! Jeździliśmy do niej przez wiele lat, jak jeszcze dzieci były małe, Joanna milsza… Ala młodsza… Pamiętam jej męża Zygfryda. Zmarł dość młodo na wylew. Ala już tyle lat we wdowieństwie, ciągnie pensjonat sama z bratem Mietkiem - niemową.
Za późno wyjechałem z Warszawy! Ściemnia się i jeszcze ten deszcz. Żebym tylko nie przegapił skrętu z głównej szosy. Radio mnie wkurza. Rozprasza. To nie moja muzyka! Stara dobra Trójko - wróć! Gdzie jesteś, panie Kaczkowski, z Minimaxem? Gdzie są przeboje z dawnych lat? Posłucham Pink Floydów. Moje lata…! Moja młodość! Wish You Were Here – acoustic.
Jestem sam. Facet z odzysku. Singiel. Modne określenie kogoś, kto żyje samotnie. Oczywiście dorabia się do tego teorie, że to samotność z wyboru, że sam nie oznacza samotny… Tere-fere. Czasem ta samotność aż boli, gdy nie ma z kim pogadać. Przyjaciele to za mało. Pusty dom, cisza rozganiana muzyką, nikogo, kto by tę ciszę zburzył, zachwiał codzienną rutyną, coś mówił, robił inaczej niż ja. A tak… mam swoje rytuały, powtarzane do znudzenia, "Dzień Świstaka"… Ale i tak lepsze to niż sceny, jakie robiła Aśka, awantury, które męczyły, zostawiały przykry osad, gorycz, żal. Ech… O, jasna cholera! Pojechałem za daleko. Zamyśliłem się, zagapiłem. Przewaliłem o jakieś dziesięć kilometrów! Zaufałem pamięci, zamiast zdać się na GPS-a. Muszę zawrócić. Pada i pada. Robi się ciemno. U Ali walnę się spać i będę kimał dwa dni! W pokoju, po kąpieli, heineken zrobi swoje. Mam prawie całą skrzynkę w bagażniku. Nikt już mi nie będzie jeździł po głowie i sumieniu, że wpadam w alkoholizm, niszczę rodzinę i swoje zdrowie. Szklanica albo dwie dobrego piwska w knajpie z Karolem albo z Olgą, z kolegami. Okazjonalnie szklaneczka rudej, czyli whisky. Też mi alkoholizm!
Jest zjazd w lewo. OK. Ależ tu się pozmieniało! Byliśmy tu ostatni raz razem… dziesięć lat temu. Sądziłem wówczas, że to miejsce, wspomnienia, wakacje, Ala i jezioro uleczą moją złośnicę, że uratujemy nasz związek. Optymista! Po kilku zaledwie dniach podczas jakiejś rozmowy Aśka obraziła Alę i po totalnej awanturze musiałem ją odwieźć na przystanek PKS. Zaparła się i… wróciła do domu sama. Karała mnie za to, że stanąłem po stronie Ali. Głupi temat - dzieci i ich wolność. Argument Aśki, że Ala nic nie wie, bo nie jest matką i… się rozkręciła, rzucała ostre argumenty, krzyczała, obrażała. Niepotrzebnie jak zawsze.
Na przystanku PKS dostałem taką musztrę, że okolica słyszała. Z użyciem słów ostatecznych: "Jak śmiałeś mnie ośmieszać?!", "Naturalnie ja już nic dla ciebie nie znaczę!", "Wracaj sobie do swojej Aluni, skoro to taka wyrocznia!". - Aśka, zmiłuj się. Uważam, że Alka ma rację. Dorosłe dzieci nie wymagają aż takiej kontroli i już. Zdania nie zmienię, ale czy trzeba się o to tak awanturować?!
- Awanturować?! To ja się awanturuję? Ja się tylko bronię, bo zdanie matki już się nie liczy! A ja jako matka wiem, co mówię! - I terkot, że ona wraca sama i mam się jej nie pokazywać na oczy!
Wtedy, wieczorem, stara Alunia siedziała ze mą na werandzie i kiwała głową.
- Moim zdaniem, Wiesiek, to ona jakaś ranna na duszy jest.
- Ranna?! - zamyśliłem się. - Może masz rację, ale ja mam już dość. Pół życia walczyłem z tymi jej skokami nastrojów, emocjami. Namawiałem na specjalistę, na jakąś terapię. Sam bym z nią poszedł. Może faktycznie coś z nią nie tak, ale wbrew niej samej, no powiedz. A może ja jestem jakiś popaprany?
Siwa, stara Ala pogładziła mnie po głowie i westchnęła. - Albo wam niepisane… Nie ta kobieta, Wiesiu… Jak ty to wytrzymujesz? - dziwiła się. - Ona tak często?
Machnąłem ręką. Nie chciałem o tym rozmawiać, wydawało mi się, że nie wypada obgadywać Joanny za jej plecami. Gawłowo już za mną, zaraz będę na miejscu! Kościół… o, chyba odnowili. Wymurowali niskie ogrodzenie. W skrzynkach pełno tych, no… Nie cierpię ich zapachu! Pelargonii. Nawieszane na tym murku jak na majówki. I latarnie. Kiedyś nie było. A za Gawłowem już brak oświetlenia. Teraz muszę uważać na skręt w polną drogę, koło wielkiego dębu i kapliczki. Na polach ciemno, już po żniwach, ziemia po zbiorach, gdzieniegdzie po orce, w ogóle już ciemno. Dżdżysto, mglisto, wzrok już nie ten!
Kiedyś do Gawłowa jeździliśmy rowerami, często wracaliśmy z wycieczek nocą, bez problemu, a teraz oczy mi łzawią, gdy próbuję wypatrzeć w ciemnicy kapliczkę. Była biała, zawsze się rzucała w oczy. Jest! Szara. Chyba nikt jej nie malował od dawna. Polna droga, kręta jak sznur od telefonu, poprowadzi mnie już do Ali, nad jezioro. Jak dobrze, bo jestem potężnie zmęczony.
Alusia powitała mnie siwa i mniejsza, niż ją pamiętałem, postarzała się bardzo. Popłakała się na mój widok, ze wzruszenia. Jej brat, głuchy Mietek, poznał mnie, nawet przywitał z lekkim uśmiechem i podał rękę. Na dachu ich domu zobaczyłem talerz.
- O, Alu! Satelitę masz? - komentuję nową zdobycz.
- No. Teraz Miecio ma to, co lubi! Sporty se różne ogląda, zwierzaki… no!
Uśmiecha się już prawie bezzębna, chyba ciut zażenowana, ale wyraźnie rada.
- Jak interes, Alu? Mówiłaś, że mało masz ludzi we wrześniu.
- Mało, Wiesiu. Latem to było! A teraz nie mam dużo. Tylko jedna pani jest, to nie gotuję w pensjonacie. Wpadaj, zawsze talerz zupki ci dam, bo pitraszę dla mnie i Mietka. Śniadania i kolacje rób sobie sam, w kuchni, na parterze, co? Ona, ta pani, sama się obsługuje. Zresztą prawie nic nie je i nie widać jej. Mów, co u ciebie, u dzieciaczków. Pogadałem z Alą, skąpo opowiedziałem, co u mnie. Kiwała głową.
- No, to sobie odpocznij, masz tu klucze na górkę.
W apartamencie na pięterku, na które się wchodzi zewnętrznymi schodami, walnąłem się do spania, ukojony piwem i męczącą drogą. Deszcz bębnił miarowo o blachę na dachu, było mi ciepło i wszystko jedno, niech pada… Mam nadzieję, że jutro przestanie i pójdę sobie na grzyby za Czarcią Górkę, pooddycham lasem i pomyślę. O czymkolwiek, ale teraz - nie. Teraz spać, a… "budzikom śmierć"!
PENSJONAT "POD DĘBEM"
Rano obudził mnie pęcherz. Poranek był chyba wczesny, szary, cichy. Poszedłem do łazienki. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na nowe kafelki i wystrój. Czysto, ładnie, łazienka powiększona o przygórek pod dachem.
Wracając do łóżka, usłyszałem pianie koguta. Fantastyczne! Zapomniałem o istnieniu czegoś takiego jak kogut. Ala mówiła, że one w deszcz nie pieją. Czyżby? Eeee. Patrzę na zewnątrz. Mży… O, Ala idzie do stodoły z Mietkiem. Wstać? Nie? Ot, dylemat…
Obudziłem się ponownie. Teraz na pewno słyszałem koguta. O! Jeszcze raz! Już chyba południe, bo jaśniej. Jezuuuuuuu! Jak mi dobrze. Co za cisza! Mimo koguta. Głód wypędził mnie z legowiska. Nie golę się. Wakacje mam, a poza tym Karol zawsze namawiał mnie na lekki zarost. Jest okazja - zapuszczę się. W jadalnym pusto. Poszedłem do kuchni. Przy stole, tyłem do mnie, stała kobieta. Może to jest ta Gienia, która kiedyś pomagała Ali? Czajnik właśnie się wyłączył. - Dzień dobry - powiedziałem z całym urokiem. - Dostałbym kawy? Kobieta nawet się nie odwróciła.
- Nie jestem tu personelem. Musi pan sobie sam radzić oznajmiła sucho i nalała wrzątku do kubeczka. Odchodząc, rzuciła: - Tam w szafce jest kawa…
Poczułem się głupio. Jasne, że to nie Gienia. Ala mówiła, że nie ma gości, to i Gieni nie zatrudniła. Dureń! Trochę szkoda, bo nie chciało mi się gotować. Marzyłem o pełnym luzie, a tu, widzę, trzeba będzie jak w domu - gotować, zmywać… Na obiad to chyba skoczę do Gawłowa, albo zaraz! Przy głównej szosie, niedaleko stąd widziałem jakąś knajpę. Włoska? Węgierska? Dam sobie radę, ale szkoda, że nie ma posiłków na stołówce. Dobre były. Kiedyś.
Podszedłem do Ali, wieszającej pranie w ogrodzie. - Alu, daj kosz, pójdę za Czarcią Górkę.
- A, tam masz, koło tego snopa stoi! Się tylko nie zdziw, bo przed Czarcią, po lewej, las wycięli. Oczyszczalnia będzie. Patrz. Przeciera się! No, z Bogiem! Idź, idź!
Pensjonat Ali jest stary, ale jak widzę, ładnie odnowiony. Góra w szachulcu, jak ongiś. Ktoś, kto ocieplał, zachował styl. Dostałem jak zawsze ładny apartament z dwoma pokojami na górce. Na przygórku Ala zrobiła jeszcze jedno pomieszczenie - sypialenkę dla dzieci. W dużej sypialni stoi wielkie łóżko, w łazience nowa kabina. Miło i czysto. Dla mnie samego za obszernie, ale co tam! Gości nie ma. No, tylko ta opryskliwa lejdy.
Do jeziora żabi skok, widać z okna wielką taflę okoloną lasem, dalej polami i zakręt. Za zakrętem jest mała wyspa, na której z dzieciakami paliliśmy ogniska. Kiedyś, pamiętam, dopłynęliśmy z Joaśką do niej łódką. Mała ta wysepka i tak ładnie porośnięta szuwarami dookoła, a w środku trawa szmaragdowa, gęsta. Krzewy kruszyny i dzikich róż, olszyny wysokie, z ptaszyskami. Joanna wyciągnęła się na trawie obok mnie. Chłonęliśmy słońce. Kasia i Tomek poszli z Mietkiem na ryby, a więc mieliśmy chwilę wytchnienia. To tam Joanna pierwszy raz, sama z siebie zrobiła mi loda. Wtedy mówiło się "strzelić francuza". Latami nie mogłem jej namówić. Zastanawiałem się, skąd ten pomysł. Gdy już złapałem oddech i wróciły mi zmysły, spytałem zdyszany: - Joaśka?! Uśmiechnęła się filuternie.
- Oglądałyśmy u Ninki na urodzinach Emmanuelle. Namówiła mnie, żeby spróbować, bo oni z Zygmuntem… Joanna zmrużyła oczy. Ruszyłem do boju. Powoli i delikatnie zdjąłem jej majteczki od kostiumu, wycałowałem po napiętym, ślicznym brzuchu, a po upojnej, miłej chwili doprowadziłem do szczytu. Długiego i głośnego. Kwiliła cały czas, zachwycona nową formą zabawy, ale na końcu tak nią szarpnęło, że spłoszyła te ptaszyska, siedzące wysoko na gałęziach. Było bosko! Moja złośnica zachwycona, różowa i szczęśliwie patrząca mi w oczy. Ależ ja ją kochałem! Bywaliśmy szczęśliwi. Wtedy - bardzo.
Rozmyślając o tej boskiej chwili, zaszedłem aż za sad starego Mieczkowskiego. Kiedyś kupowaliśmy u niego jabłka, śliwki uleny, gruszki pełne soku. Teraz widzę resztki ogrodzenia, trawę wysoką na metr i zdziczałe drzewa. Chałupa chyba opuszczona… Znalazłem jakieś jabłka na drzewie, chyba kosztele. Lekko zdziczałe, ale pyszne. Twarde, takie jak lubię. Zabrałem do kosza kilka, także trochę gruszek, wielkich i ciężkich klapsów, i poszedłem na grzyby. Dalej, za zakrętem, rzeczywiście wycięty kawał lasu i plac budowy. Skręciłem w kierunku Czarciej Górki. A za nią, proszę! Las wyrósł nieco, znaczy się, zestarzał. Ja też jestem starszy. Cóż począć. Życie.
Popatrzyłem w niebo. Nie zanosi się na deszcz, ale ładnie, słonecznie też nie jest. Ważne, że ciepło, grzyby to lubią. Las jest cichy i ciut obcy. Inaczej go zapamiętałem. Poznaję drogę, ale tu był taki młodniaczek, a w nim maślaków zatrzęsienie! Tak było… Łaziłem długo, bo szukałem starych ścieżek, znanych miejsc. W koszu znalazły sobie miejsce koźlaki, kilka prawdziwków, jakieś gąski i podgrzybki. Zielonek nie zbierałem. Nie lubię.
Kilka razy siadałem na pniach i wciągałem zapach mokrego lasu, mchu, grzybni rozszalałej jesiennie. Od dawna nie byłem w lesie. W Turku, naprzeciw naszego domu rośnie mały lasek, ale to bardziej park niż las. Pobliskie lasy są inne, pagórkowate, sporo w nich skał, mało ścieżek, jakby ludzie niespecjalnie tam chodzili. To nie to, co nasze polskie, mokre, pachnące lasy. A może przesadzam?
Dobrze mi tu, staremu wilkowi. Trochę melancholijnie, ale dobrze. Jak to mi Kerstin napisała już po tym, jak się wyniosła: "Pozwoliłeś, żeby samotność rozciągnęła ci pajęczynę w sercu". Ale tekst! Ładny, prawdziwy. Czy faktycznie umarłem uczuciowo? Chyba tak, bo jakoś nie czuję w sobie niczego, co byłoby choć podobne do stanów zakochania się, nawet zainteresowania kimś. A może nie spotkałem właściwej osoby? Czytałem gdzieś takie zdanie: "Przez zamknięte okno motyl nie wleci".
Jabłka i gruszki zjadłem. Pora będzie na jakiś obiad, chyba. Zegarek zostawiłem na szafce. Po co mi on tu? Ala przywitała mnie radośnie jak zawsze.
- Pokaż. O! Nawet, nawet! Poradzisz sobie? Ja dopiero co z Gminy wracam. Zawracanie głowy z tymi dotacjami! Zostawiłem grzyby w zlewie. Zrobiłem się głodny, więc wybiorę się do Gawłowa. W pokoju zobaczyłem, że już prawie czwarta. Czas mi uciekł dzisiaj po cichu.
Gawłowska gospoda podupadła. Owszem, zjadłem kawał kiełbasy z grilla i małosolnego ogórka, ale to wszystko, co było w karcie. Kiedyś, pamiętam, bywała tu znakomita wątróbka, stek zamówiony na zawołanie, żurek zawsze pachniał czosnkiem… Ach! Gdzie te niegdysiejsze śniegi! Z atrakcji - czterech pijanych dziadygów, powtarzających słowo-wytrych: kurrrrwa. Może innych nie znają? Swoją drogą, dawniej nie do pomyślenia, żeby tak kląć bezkarnie. Nie żebym był jakąś dziewicą, w pracy też zdarza nam się bluzg, i to w kilku językach, ale w knajpie? Tak bez żadnych oporów? Barmanka oczywiście nie reaguje… Przykre.
Weszło kilku młodziaków, bez pytania odpalili radio i tym już skutecznie mnie przegnali. Jutro sprawdzę tę restaurację przy szosie albo spenetruję Olsztynek.
W sklepie koło przystanku kupiłem janka wędrowniczka! Musiał się tu biedak nastać. Sklepowa starła z butelki wieloletni kurz fartuchem i podała mi go w papierze. Elegancko! Po powrocie usiłowałem coś poczytać. Literki uciekały i nie tworzyły jakiejś logicznej całości. Próbowałem się skupić na wywiadzie z Markiem Kondratem. Fajny z niego gość, ale świadomość, że są wakacje i niczego już nie muszę, wpłynęła obciążająco na moje powieki i zwyczajnie przysnąłem. Obudziło mnie miarowe łupanie za oknem. To Mietek rąbał drewno. Jego święte prawo. Zresztą, ile można spać. Nie zaśpię wszystkich moich myśli. A właśnie zaczynają się pojawiać. Na ile jestem już stary?
Zszedłem na podwórko i stanąłem koło Mietka. Pokazałem mu na migi, żeby mi dał siekierę. Rany! Jak ja dawno nie rąbałem. Jaka to radość rozwalać siekierą kawały drewna. Czułem, że mam mięśnie na klatce piersiowej, w udach i brzuchu. Resztki bicepsów przypomniały sobie, co to znaczy napiąć się i zadać cios. Rewelacja! Mietek poszedł po Alę i teraz razem stali, przypatrując się, jak inspektor od statków robi za drwala. Zdjąłem polar i łupałem jak najęty. Zgrzałem się potężnie, więc ściągnąłem koszulę. Sterta drewienek rosła, a ja poczułem się jak młody bóg. Zza obórki wyszła ta jedyna tu wczasowiczka. Minęła nas owinięta w kolorową chustę, nie widząc chyba nikogo. Dopiero Ala ją zastopowała:
- Pani Beatko! Pani zobaczy, jak się to pan Wiesiek rozbuchał! Na co dzień statki buduje, a tu… o! Jaki mężczyzna! Kobieta przystanęła i popatrzyła na mnie niewidzącym wzrokiem. Nawet jej usta nie drgnęły.
- Witam! - powiedziałem, wyprostowałem się i sapnąłem radośnie.
Patrzyła na mnie, myśląc chyba o czymś odległym, bo po chwili uśmiechnęła się do Ali smętnie i poszła do siebie. Staliśmy, nic nie mówiąc. W końcu Alusia szepnęła do mnie: - Łazi taka zamyślona i często płacze. Coś kiepsko z nią… A ty ubierz się, bo jak spoconego zawieje, lumbago jak w banku! Dość na dziś! Eee! Wiesiek! Postawię ci w kuchni garnek smalcu, mam świeży! Ze skwareczkami!
- Dzięki, Alusiu! Łapki ci pocałuję, jak wrócę! Teraz idę nad jezioro. Muszę się schłodzić.
Smalec! Ach! Moja mama robiła smalczyki doskonałe! Jak bywało w domu biednie, mama kupowała podgardle i smażyła smalec, taki do chleba. Z różnymi dodatkami, z cebulą, jabłkiem, czosnkiem, ale ja najbardziej lubiłem taki zwyczajny, bez dodatków.
No, mi też wychodzi nie najgorzej. Czasem uruchamiam małą produkcję na nasze potrzeby. Karol go nawet uwielbia. Wpada z rudą i pijemy ją do chleba ze smalcem. A jak któryś z nas zakisi ogórki, to do szczęścia już… niczego! Finlandia jest miłym i dobrym krajem. Ciemne pieczywo mają pyszne. Śledzie fantastyczne! Te na słodko też polubiłem. Ale ogórki tylko nasze własne nam smakują. Mnie i Karolowi. Takie na polską nutę, kwaszone po domowemu. Nad jeziorem owionął mnie miły wietrzyk. Łaziłem po ścieżce biegnącej tuż przy brzegu, wzdłuż trzcin, gapiłem się na pomosty - puste i osamotnione. Żadnego wędkarza? Niesamowite. Kiedyś wszyscy wczasowicze od Ali, starego Kierdy, Wiśniewskiego, Roguca i z ośrodka, tego po prawej, za lasem, siadali na pomostach z kijami. Tyle tu ryb było, że nawet Tomek i Kaśka łowili jakieś płotki. Ala je smażyła na kolację, bo Joanna się brzydzi sprawianiem ryb.
Taka teraz tafla jeziora spokojna i cisza wokół. Jesień. Była taka piosenka Czerwonych Gitar. Aśka ją uwielbiała. Klenczon śpiewał, a ona klaskała i śpiewała:
Jesień, liść ostatni jużspadł. Jesień, deszcz zmył butów twych ślad…
Wczoraj
Minął miesiąc, jak list
Przyniósł mi listonosz,
A dziś niesie tylko liście i wiatr…*
Czasem mi się ckni do tamtych czasów. Jestem jednak zwierzakiem domowym, stadnym, rodzinnym, ale jak mawiają Czesi: To se ne wrati. Dziś jestem samotnikiem. Trudno. C,est la vie… Poczułem głód. Cóż taka kiełbaska w gospodzie? Mało, jak dla drwala!
W kuchni rzeczywiście zastałem na stole gliniany garniec. Co za zapach! Nalałem sobie szklanicę heinekena, posmarowałem chleb Alusinym smalcem i zabrałem się do czyszczenia grzybów. Smętna Beata weszła do kuchni i nastawiła wodę. Stała znów tyłem do mnie, patrząc w okno. Nagle się odezwała:
- Proszę sobie mną głowy nie zawracać. Jakby mnie nie
było.
- Ale pani jest - mruknąłem.
Nie odpowiedziała. Nalała sobie herbaty.
- Może kanapkę ze smalcem? Może napije się pani piwa?
- spytałem.
- Dziękuję - rzuciła oschle i wyszła.
"Dawać i prosić to już za wiele" - zacytowałem w myślach Karola.
Grzyby oczyściłem starannie, nie myjąc ich, bo miały być z patelni. Smażone, nie duszone. Znalazłem patelnię, nabrałem łychę smalcu i rzuciłem na nią. Z warkocza urwałem cebulę i pokroiłem w piórka i na tłuszcz, jak się zaczęła szklić, wrzuciłem na nią grzyby w wielkich kawałkach. W szafce znalazłem liść bobkowy i ziele. Coś śpiewałem, gwizdałem… Uwielbiam tak podane grzyby! Nawet jak czasem zachrzęści piasek w zębach, choć mnie się to prawie nie zdarza. Drewnianą łopatką przewracałem delikatnie, żeby się nie porozwalały. Co za zapach! Porządnie przysmażone, pikantne od pieprzu, zaległy górką na wielkim talerzu. Gęba mi się zaśmiała.
Piwo spieniło się w szklance, gdy nagle żal mi się zrobiło tego, co jeszcze zostało na patelni. A! Niech tam! Zapukałem do naszej smętnej.
Otworzyła zdziwiona, chyba zaryczana.
- Pani… Beato, proszę do kuchni. Usmażyłem pyszne grzyby! Nie chce mi się samemu ich jeść. Zapraszam! Zapraszam serdecznie.
Zgodnie z przewidywaniami odmówiła:
- Nie, dziękuję. - Zaraz jednak chrząknęła, chyba z poczucia przyzwoitości, i rzuciła: - Dobrze. Dobrze, ale ja zaraz… chwilę, proszę. - I zamknęła drzwi.
Przyszła po tej chwili umyta i sztuczna. Usiadła jak marionetka i popatrzyła bezradnie. Postawiłem przed nią talerz mojej dumy.
- A… trujące? - chciała zażartować.
- Dwa, no, może trzy dla smaku - odpowiedziałem w konwencji i nalałem jej piwo.
Nie zareagowała, wzniosła szklankę jak do toastu, ale nic nie powiedziała, tylko upiła. Otarła pianę spod nosa i próbowała się uśmiechnąć. "Kura troska - pomyślałem. - Może i niebrzydka, ale smętna jak… dym. Dym, też coś". Niewielka, znaczy niewysoka, dość szczupła, ale nie przesadnie. Włosy zwinięte w coś tam, niby bez ładu, ale ujdzie. Jakie? Rudawe? Rudawoszare. I cała taka… szara mysza.
Jadła, a właściwie ledwo dziubała. Miała chyba ściśnięte gardło. Mówiłem coś o sposobie smażenia, puszyłem się wiedzą, gdy nagle zadzwoniła jej komórka.
- Przepraszam. - Wstała i wyszła przed kuchnię, na podwórko.
Słyszałem tę jej rozmowę. Nic nie poradzę, stała blisko uchylonych drzwi.
- Przemek, Przemek, proszę cię, nic nie rozumiesz!… Nie, nie zgadzam się. Prze… Nie! Ale czemu mnie nie słuchasz?! Przemo! Nie może tak być, daj spokój! Przemek! Cisza. Popatrzyłem przez kuchenne okno. Nie było jej. Chyba czmychnęła do swojego pokoju. Zaniosłem jej talerz z grzybami i piwo, stukałem, ale mi nie otwierała. Trudno!
TELEFON
WOlsztynku nie znalazłem powalających knajp, ale za to kupiłem… wędkę! Ja, który w życiu nie złowiłem choćby karasia! Pan w sklepie z nudów objaśnił mi wszystko tak, że poczułem się niemal rybakiem. Wykupiłem zezwolenie, robaki, ciasto waniliowe, wiaderko i siatkę do podbierania jak idiota. Jakbym się tu spodziewał ławic łososi co najmniej. Czytanie mi nie szło. Kondrata zostawiam na zaś. Fajnie mówi o polityce i winie, ale ja postanowiłem się zdegenerować, dokładnie tak - zdegenerować! Żadnego czytania, oglądania, wiadomości. Nic. Niente. Pilota od telewizora wsadziłem do szuflady. Na twarzy już mam zarost, zawsze był szpakowaty, teraz - siwy. Całkiem, całkiem! Myję się - to mi zostało. Lubię być czysty, no! Przedpołudniami jestem grzybiarzem, po powrocie czyszczę zbiory, robię zalewę octową i zalewam nią małe kapelutki w słoikach, może Oli dam kilka, Karolowi… Gdy wpada czasem z meksykanką, uważa, że najlepszy pod tequilę jest grzyb z octu. Ucieszy się. Większe kapelusze nawlekam na nić i wieszam pod schodami zewnętrznymi, tam jest przewiew i ładnie, powoli schną. Nóżki też nawlekam. Będą na przemiał do grzybowej albo kapusty.
Któregoś dnia, gdy wróciłem z grzybów, zobaczyłem na podwórku cudo ze skórzanymi siedzeniami. "Full wypas" powiedziałby mój syn. Niby terenówka, ale w terenie by się chyba ubrudziła, bidulka…
Ala szła z komórki, z koszem pełnym ziemniaków. Podeszła do mnie blisko i zniżyła głos:
- Przyjechał ten jej… Tłumaczyć się. Cholera z tymi chłopami! Że też zawsze fiut ich zaswędzi do młodszej, a ta i tak ma swój krzyż…! - Machnęła ręką i poszła się przebrać. Zobaczyłem, że Beata ze swoim najmilszym stanęli koło komórki. Słychać ich było jak w teatrze, więc wszedłem do kuchni. To samo…
- Jolka nic mi nie powiedziała, ty też nie! Tyle kłamstw po tym wszystkim!
- Proszę, zachowaj spokój…
- Przemo, słyszysz siebie? Jak możesz?! Najpierw ta katastrofa, ledwo doszłam do siebie, a później dowiaduję się, że mój mąż mnie zdradza z najlepszą przyjaciółką, a ty: "zachowaj spokój"? Ty?! Jak długo z nią sypiasz? Rok, dłużej? Bo ze mną nie sypiasz od dawna. "Źle się czuję, skarbie, mam tyle kłopotów"! - prychnęła i rozpłakała się. Szkoda. Traci pozycję. Powinna być zimna!
- Bea, ale to nie tak. Kłopoty nie miały na to wpływu. Tak wyszło, biznes się czasem nie udaje, uprzedzałem cię. Stało się, ja to rozumiem, że ci ciężko, miałaś plany, runęły, ale ja ci mówiłem, że to nie był najlepszy pomysł. Ludziom się czasem nie udaje, normalne…
- A faceci od lat pocieszają się w ramionach innych kobiet! "Normalne"! Daj spokój, jesteś żałosnym kabotynem! Chcę orzeczenia o winie! - krzyknęła.
- O nie, moja kochana! Nie ma w tym mojej winy! Tak byłaś pochłonięta swoim pomysłem, że nie miałaś dla mnie czasu ani uwagi! Poza tym zawsze byłaś wyrachowana i zimna… Tak, zimna, zapatrzona w siebie, w ten swój pensjonat, a Jola była zawsze blisko, umiała mnie wysłuchać. Zresztą utopiłaś i moje pieniądze i co, teraz oczekujesz, że będę bulił na ciebie kasę? Alimenty do końca życia? W życiu! Przegrasz! Już przegrałaś.
Wnerwił mnie ten gość. Klasy ani sumienia nie ma za grosz! "Przegrałaś"? I to mówi facet, który zdradzał ją z jej koleżanką! Cham. Kutas złamany! Mimowolnie zaangażowałem się w ten dramat. Stałem jak baba ze wsi za firanką i słuchałem. Beacie odebrało mowę.
- Przegrałam? Przemek, ja?! A w ogóle grałam w coś? Byłam dopuszczona do gry? Czy skreślona z góry?! Tyle się na mnie zwaliło… I ty… - Sorry, no, źle się wyraziłem, przepraszam…
Mięknie, bo mu zależy, żeby podpisała zgodę o porozumieniu stron.
- Zrozum. Beata, popatrz na mnie!
Oj, kolego… Manipulujesz - drażnił mnie ten Przemek. Popatrzyłem uważnie. Chyba młodszy od niej. Skórzana kurteczka, podwinięte rękawy. Wygląda jak włoski żigolo. - Bea, przecież już dawno między nami wygasło. Beata, słyszysz? Pieniądze mi zwrócisz kiedyś, jak się odbijesz. Dobrze? Podpisz. No, weź na logikę. Co wygrasz, że mi nie dasz rozwodu? Tak na logikę!
- Na logikę? A ty posłużyłeś się logiką, zdradzając mnie, Przemek? Przemo! Dlaczego? Przecież było, mogło być dobrze - ściszyła głos, ale znów szarpnął nią szloch. Jezuuuuu! Poddaje się! Prosi! Nieee! Beata, nie daj się! kombinowałem za firanką.
- No nie! - krzyknął żigolak. - Z tobą po dobroci się nie da! O, proszę, dureń się uniósł. - Ty jesteś rozregulowana emocjonalnie!
Nasz mistrz subtelności klepie się po pośladkach. Nie po tyłku, tyłek mają faceci, a ten tu to mały fiutek, dupek. Tak się z kobietą nie rozmawia! Kopnąłbym mu do rzyci - jak mawiają górale.
- Przemek, zostań! - ta kobieta traci rozum. - Zostań do jutra, porozmawiamy! Tak mi teraz ciężko… Tak nie można! - Nie mogę, jutro mam montaż. Zgadzasz się czy nie?
"Przemo" wysiadł nerwowo. Z cichym "kurrrrrwa" sadzi krokami do swojej bryki. Trzaskają drzwiczki. Odjeżdża. Ależ palant! Beata biegnie do pokoju z płaczem. Ta też głupia. Beczeć przez takiego złamasa… W życiu nie zrozumiem kobiet!
Poszedłem do Alusi. Z nią jakoś łatwiej. Ugościła mnie na swojej werandzie kapuśniakiem i ziemniakami ze słoniną, dorzucając garść sensacji:
- Była u mnie rano po kardiamid. - Pokręciła głową na moje rewelacje. - Kiepska jest, bekiem nic nie wskóra… A ty? Co u ciebie, Wiesiu? Też sam… Ożeniłbyś się, niejedna by cię chciała! - Nie, Alu. Przywykłem już być sam.
- No, nie musisz krowy kupować, żeby się mleka napić, tak?
- Tak jakby, ale nie do końca. Za stary już jestem. Gdzie ja znajdę taką, co by mnie chciała? Alu, przecież każda po czterdziestce ma tu jakąś rodzinę, życie… No tak? Ala nie bardzo się zgadza.
- A… te Finlandki?
- Finki? - poprawiłem. - Nie, zbyt obce kulturowo. Jakoś… nie.
- O, tak, tak. - Ala pokiwała głową. - Niektórzy z nas to jak łabędzie, już zawsze same, do końca. Ale ciebie szkoda! Zdałaby ci się jeszcze jakaś, co by cię po pleckach podrapała! Fajny jesteś, Wiesiu! Wysoki, postawny i nawet wyglądasz jak ten, no, aktor amerykański… taki, co agenta grał… No wypisz wymaluj, tak teraz patrzę, z tym zarostem! Jak on…? - Sean Connery czy Roger Moore, Alu? - Z bródką, ten!
- Sean? Komplementujesz mnie, ale niezasłużenie chyba. A co z nią? Z tą smętną Beatą. Jak myślisz? A w ogóle, skąd ona się tu wzięła? - zmieniłem temat.
- Jej mąż jakimś menadżerem jest czy prezesem, forsiasty gość! Ona chyba rzeźbiarka, no… artystka, ale postanowiła zbudować na Mazurach pensjonat. Zapożyczyła się, no i nie wyszło jej. Nie powiem, bo nie wiem, ale chyba szarpnęła się i przeliczyła. Jakiś pałacyk kupiła, remontowała, dobudowała piętro, skłóciła się z konserwatorem zabytków i wiesz, dupa blada. Paskud jeden zahamował rozbudowę, a ona straciła kupę czasu i pieniądze. Teraz bidaczka nie ma nawet komu tego sprzedać. - A on co? Nie pomagał?
- Podobno pożyczył trochę kasy, ale nie był zachwycony jej pomysłem na biznes. A potem puścił się w tango z sekretarką czy jakąś asystentką. Wstydu te babska nie mają! Mało to chłopów wolnych chodzi? O… ty, na przykład… - Aluś, tylko mnie nie swataj… I co, wypłakuje się tu u ciebie? - Przyjechała… jakoś tak będzie tydzień przed tobą i nic, tylko chodzi sama, gada przez komórkę, beczy i śpi. Chociaż czasem długo światło pali. Koleżanka poleciła jej mój pensjonat, bo ta bidulka swój własny musiała oddać syndykowi. Chciała odpocząć, bo podobno mieszkanie w Warszawie sprzedała czy coś… Mój Boże! - westchnęła współczująco. - Jaka szkoda! Tyle pracy włożyła w ten interes, zapożyczyła się, budowała i fiuuuut! Poszło w cholerę. Głupia! Ja bym tam się nie porywała na takie coś. Wystarczy mi to, co mam. Latami budowalim to z Zygusiem i Mieciem. Pamiętasz, jak było z początku? Ja nigdy od nikogo pieniędzy nie pożyczam!
- Aha - tylko na takie potwierdzenie było mnie stać.
- Patrz, Wiesiek, kiedyś to się nazywało letnisko, a teraz pensjonat…
- No, ale kiedyś, Alusiu, miałaś po jednym kibelku na piętrze, gorącą wodę tylko po osiemnastej i prysznice na podwórku, tam gdzie teraz masz "bungalow". Pamiętam, moja droga! Joanna prychnęła za pierwszym razem, że prymityw, ale za to kupiłaś ją pierogami.
- Taaak? Patrz, pierogami… - Ala westchnęła na wspomnienie dawnych czasów.
Ówczesna prostota mnie urzekła. Kochałem i kocham to miejsce jak drugi dom. Alę jak kogoś z rodziny. Czemu tak długo tu nie wracałem? Nie wiem. Tak mi tu dobrze z Alą przy kubku herbaty z cytryną, na werandce jej domku. Wciągnąłem powietrze - wilgotne, rześkie, jesienne. Właśnie nadszedł Mietek i przyniósł wielki kosz jabłek.
- To z sadu Mieczkowskiego - wyjaśniła Ala. - Zmarło mu się, kilka lat już będzie, a dzieciaki ma w Holandii. I tak o, stoi samo. To jabłka biorę i gruszki, żeby na zmarnowanie nie szło. W moim sadzie tylko tę starą czereśnię zostawiłam, a Mietek posadził mi wiśni. Nowe odmiany, fajne! Szkoda, Wiesiu, że cię latem nie było. Pierogów bym ci nalepiła z wiśniami.
- Ala, nie rań serducha. Nigdzie nie jadałem takiej zupy wiśniowej jak wtedy, u ciebie, z domowymi łazankami. Powinienem się z tobą ożenić, a nie z Królową Śniegu… - Idźże, głupi! - Machnęła ręką rozbawiona. - Za stara jestem dla ciebie, ale… wiesz co? Pomożesz mi jabłka poobierać, to szybciej skończę i łazanek ci zagniotę!
- Pomogę, Alu, i bez łazanek. Na co te antonówki? - A tak, do słoików, na szarlotkę.
- A co z gruszek robisz, tych od Mieczkowskiego?
- A, winko, Wiesiu! Wpadnij wieczorkiem, to się napijemy. O! Wiesz co? Każę Mietkowi stół postawić pod czereśnią. Jak kiedyś, pamiętasz?
Jakże bym miał nie pamiętać? Podwieczorki pod starą czereśnią. Sterta naleśników, z lasu przyniesione maliny, potem rozciapane z cukrem, i mleko. Ciche rozmowy z Alą, starym Mieczkowskim, z letnikami. O życiu, o dzieciach. Dziś ja i Ala, dwa samotne grzyby. Ona stareńka, pomarszczona, ja jeszcze jakoś się trzymam, ale przecież to już druga połowa życia. Kierunek - emerytura. A może nie? Może brać z życia, ile wlezie? Ala wspomniała Seana. Chłopisko czerpie z życia garściami - sława, uroda i pieniądze. Moja Kasia uważa, że Connery jak wino - im starszy, tym lepszy. - Kasieńko - odpowiedziałem zdumiony - on jest starszy od węgla, to prawie równolatek dziadka!
- Tatku, ale popatrz, jaki był nieciekawy za młodu, lowelasik taki… A jaki jest teraz! Mmmm! Ciacho!
Ta młodzież! Nie trafisz za nimi. Kaśki pokój był oplakatowany takim… ciemnoskórym, faktycznie doskonale umięśnionym facetem. Jak mu? Dwayne Johnson. Ale zachwyt jej budzi też siwy Sean… Ciekawe.
Obieraliśmy te antonówki popołudniem leniwym. Nie padało, było ciepło. Nawet bardzo, jak na wrzesień. Ze spaceru wraca Smętna Beata. Ala woła po tutejszemu, stylem półpoufałym:
- Chodź do nas, pani Beatko! Jabłuszka mam pyszne!
O dziwo, podeszła. Stała i gryzła jabłko, jakby weselsza niż zazwyczaj.
- Przepraszam pana za te grzyby. Miałam przykry telefon i tak jakoś…
- Nic się nie stało. Piwa mam jeszcze zapas, jakby pani chciała, a grzyby znoszę codziennie, więc proszę dać znać, usmażę ponownie.
- Skarb! - westchnęła z lekką kpiną. - Gotuje, obiera, zbiera i jeszcze drwa rąbie. No, skarb prawdziwy! Uśmiechnęła się i poszła do siebie.
- Pani Beato! - krzyknąłem. - Wieczorem idę na pomost, na ryby! Zapraszam!
Tylko pokręciła głową. Nawet się nie odwróciła. Nie wiem, czemu zawołałem. Nie lubię histeryczek, a ten jej smuty i czerwony nos to ewidentny dowód, że histeryczka. - Będzie - Ala zawyrokowała, że już wystarczy i zabrała gar jabłek do przesmażenia.
Pod wieczór wziąłem sprzęt rybaka i poszedłem na "mój pierwszy raz". Niebo rozmazane pomarańczowymi smugami odbijało się w tafli jeziora. U schyłku dnia wciąż było ciepło. Usiadłem na pomoście, długo bawiąc się wędką, oglądaniem jej, zakładaniem kulek ciasta na haczyk. Robaki zostawiłem na potem. Mieszkały sobie w pudełeczku, w jakichś wilgotnych trocinach i niech tam!
- Taś, taś, taś, rybeńki! Do ciasta! Waniliowego!
Zarzuciłem wędkę w miarę zgrabnie i jako że było mi niewygodnie, zdjąłem buty, skarpety, siadłem na pomoście i zanurzyłem stopy w wodzie. Zimna! Na razie. Lekko szurałem po tafli, chlapałem delikatnie, oswajałem wodę i rybki. Doprawdy było cicho i bosko. Pomost zaskrzypiał. Przyszedł Chodzący Smętek. Usiadła opodal, na słupku, znów gryząc jabłko. - Jak będzie pan tak chlapał stopami, to nic nie podejdzie do haczyka… - oświeciła mnie.
- Wierzy pani, że taki fajtłapa jak ja coś złowi?
- Łaska pańska na pstrym koniu jeździ - odpowiedziała. - Albo… - chciałem się powymądrzać, ale jakoś mi myśl uciekła, więc zamilkłem.
- Albo głupi ma szczęście, niech pan podetnie! No! - ponagliła mnie.
Szarpnąłem wędziskiem i ujrzałem szamocącą się rybkę. - Proszę dać mi podbierak, tę siatkę! - zawołałem.
- Głupi - powiedziała i wyjęła mi wędkę z rąk, po czym bez wysiłku wyciągnęła rybę i położyła drgającą na pomoście. Roześmiała się. - Przepraszam. - Spojrzała na mnie rozbawiona. - Ale pan z tym podbierakiem! Zdjąć? - Co? - spytałem inteligentnie. - No, rybę z haczyka. - A umie pani?
- A pan? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. Zdjęła zdobycz jakoś tak sprytnie i wrzuciła do wiaderka. - Wody nie ma - stwierdziła.
Nie odpowiedziałem, bo poczułem się na cenzurowanym. Nie nalałem i co? Zapomniałem. Początkujący jestem. Beata uklękła i zaczerpnęła wody dla rybki.
- Masz, pożyj jeszcze przed śmiercią - powiedziała.
Puściłem tę uwagę mimo uszu. Kotleta zjada zapewne bez biadolenia nad losem świń… Wrzuciła ogryzek do wody. Popatrzyłem, jak wpadł i narobił kręgów, potem przeniosłem wzrok na nią.
- No, co? - zdziwiła się. - Rybki też muszą mieć z czego zrobić szarlotkę!
Powiedziała to poważnie. Nawet jakby z zazdrością, że rybki sobie zrobią, a ona… Eeee. Nadinterpretacja. Po prostu smętna jest i tyle. Ponownie zrobiłem kulkę z ciasta. Machnąłem wędką z przyświstem, aż chlupnęło.
- Nie tak - odezwała się. - Proszę mi dać, pokażę.
Najzwyczajniej wyjęła mi moją wędkę z rąk. Chwyciła ją w prawą rękę, lewą przytrzymała żyłkę tuż nad haczykiem i ciężarkiem. Zatoczyła kijem łagodny łuk i puściła haczyk z żyłką, a ta poszybowawszy nisko nad wodą, osiadła delikatnie i daleko przed nami, zatapiając ciasto waniliowe dla rybek cichuteńkim "chlup"!
I pani instruktor poszła sobie. "No i dobrze. Moje ryby, moje wędkowanie" - pomyślałem jak mały chłopczyk. Na pierwszej lekcji wolałem być sam! Spławik podrygiwał mi na wodzie jeszcze kilka razy, obiecując rybę, ale one cwańsze od tej w wiaderku, objadały waniliową przynętę i zostawiały mnie z drżącym sercem i nadzieją. Szarpałem wędką i szarpałem, ale nic. Jak już mi się znudziło i zapadł zmierzch, włożyłem skarpetki, buty i pożegnałem moją jedynaczkę, i wypuściłem ją do jeziora. Ten gest sprawił mi radość i smutek jednocześnie, choć może lepszym słowem byłby tu zawód. Marzyłem o triumfie, o skrobaniu ryb, zupie rybnej, zachwytach Ali, że taki ze mnie kozak… A tu kicha. Puste wiaderko. Na kolację zrobiłem sobie furę kanapek ze smalcem i świeżą cebulą. Do tego piwo, a co! I tak się z nikim nie będę całował. Mimo gorących przyrzeczeń odpaliłem telewizję. Mistrzostwa Europy w siatkówce. No proszę! Leżałem z talerzem kanapek na brzuchu i piwem pod ręką - czułem się rewelacyjnie. Niestety nie za długo. Do drzwi ktoś zapukał cicho, potem odważniej. Zwlokłem się niechętnie. Za drzwiami stała Smętna Beata. Nie miała już nadwodnego luzu. Znów czerwony nos, zapłakane oczy i drżący głos. Skojarzyła mi się z Jęczącą Martą z Harry,ego Pottera. - Przepraszam pana, niech mnie pan nie weźmie za wariatkę… Ja mam w pokoju… pająka - powiedziała z przejęciem. Patrzyła z nadzieją. To chyba nie była żadna podpucha. Moja córka też panicznie boi się pająków. Ruszyłem na odsiecz. Rzeczywiście, nad tapczanem siedziało na ścianie bydlę. Spore, czarne, nawet sam się wzdrygnąłem. Byłem na bosaka, więc rozglądałem się za jakimś butem.
- Proszę - Beata podała mi szklankę i pocztówkę. - Co to?
- No, proszę nie zabijać, tylko nakryć szklanką i wynieść. Wariatka! Umiera ze strachu przed czarnym bydlątkiem, ale zabić go nie da. Szurnięta "Zielona" albo co…
- Żal pani? - Nawet nie, ale to niefart zabijać pająka.
- A, niefart… - powtórzyłem z wyczuwalną kpiną. Nakryłem zwierzaka szklanką i podsunąłem pocztówkę. - Dzięki i przepraszam - powiedziała zdecydowanie.
Dopiero teraz zauważyłem wokół jej tapczanu masę chusteczek. Zużytych. Leżały jako nieme świadectwo jej… rozpaczy? No, płaczu na pewno, bo na zaziębienie i katar to nie wygląda. Podążyła za moim wzrokiem, zrobiła nieokreślony gest w powietrzu i odprowadzając mnie do drzwi, rzuciła na usprawiedliwienie: - Mam takie bad days…
- To może wpadnie pani do mnie na mecz? - zaproponowałem, sam żałując tego, co mówię, bo było mi tak dobrze samemu.
- Nie, dziękuję - ucięła krótko i zamknęła drzwi.
Zostałem przed jej drzwiami jak ten debil, na bosaka, z pająkiem w szklance. Doleciał mnie ryk z mojego pokoju na górze. No tak, końcówa, a ja tu! Szlag! Wyszedłem na dwór uwolnić straszydło. Stopami stanąłem na kępie chłodnej trawy. Na niebie gwiazdy świeciły tak jasno, jak po obróbce w Photoshopie. Było cicho, sennie. Poszedłem w stronę jeziora, ale zawróciłem. Nie umiem chodzić na bosaka, wszystko mnie kłuje, piach się przykleja, a kurze gówna brzydzą. Odwykłem! Jutro pójdę nocą nad jezioro i tam połażę sobie na bosaka. Dziś już nie. Odruchowo popatrzyłem w okna Jęczącej Beaty. Gadała z kimś przez telefon, nerwowo chodząc po pokoju. Ale ma bal… Zdradził ją, to zdradził! Szlag z nim, a tu płacz i zgrzytanie zębów. Ja pierdolę!
Widziałem taką książkę w księgarni. O kobietach, które kochają za bardzo. Ciekawe, czy ona kocha za bardzo, czy tylko poczuła gorycz odrzucenia? Boli ją urażona duma czy złamane serce? A mnie - co boli bardziej? I czy jeszcze w ogóle coś boli, czy tylko czasem doskwiera samotność? Eee, jestem singiel i już.
WIRY
Kilka kolejnych dni było tak ciepłych, że odważyłem się nawet popływać, ale przeżycie… hardkorowe. Przy brzegu dało się jakoś wytrzymać, nawet, nawet, ale jak się rzuciłem, poczułem zwykłe zimno i na chwilę mnie przytkało. Jajka zrobiły się jak orzeszki i wskoczyły do brzucha, z wacka też pewnie niewiele zostało. Niemniej kilkanaście zgrabnych ruchów crawlem sprawiło mi frajdę. Parskałem i prychałem, wypłynąłem kawałek za pomost. Oj, jednak przyjemnie! Na pomoście mam wielki ręcznik. To ważne, bo słońce nie grzeje jak w lipcu, więc się owinę.
Gdy już wytarty próbowałem się ogrzać w jego promieniach, przypomniałem sobie, jak była u nas w stoczni latem wycieczka kolegów z Czarnego Lądu. Młodzi inżynierowie na staż. Po jakichś wspólnych szkoleniach zabrano nas i ich do sportowego ośrodka nad wodą. Najpierw zabawy w lesie, jak w harcerstwie, trochę paint balla, wietnamskie mostki… Teraz to się nazywa integracja. Ponieważ były same chłopy, uradziliśmy, że się wypluskamy po jakimś surwiwalowym biegu nago. My Europejczycy doznaliśmy szoku. Koledzy z Afryki (wśród nich wielu czarnych) byli żywym dowodem na to, że faktycznie istnieje coś takiego jak african size. Zmarkotnieliśmy. Z powodu tego size nabawiliśmy się kompleksów. Dopiero koleżanki Karola, u Miriam, zdjęły z nas zły czar, mówiąc, że Afrykańczycy są kompletnie beznadziejni w te klocki. Postanowiliśmy uwierzyć. W coś trzeba…
Gdy wróciłem, z jakiejś chmury już kropiło, ale co tam! Alusia postawiła mi (nam?) w kuchni gęstą i dość słodką zupę wiśniową, a do tego wielką michę łazanek. Smutnej nie było, zjadłem sam dwa talerze!
Zaczął padać deszcz, zupełnie jak w lipcu, bo przy dość pogodnym niebie. Ciepła mżawa nie była niczym, co mnie mogło odstraszyć od mojej nowej pasji i próby poprawienia wyniku. Zabrałem wędzicho, wiaderko, resztki ciasta, i na pomost! Wybrałem ten maleńki, w szuwarach, z dala od nas. Może tam lepiej pójdzie.
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com