Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.
– Ten Herr Hitler za śmiało sobie poczyna... – powiedziała babka. Pokrywała tort truskawkowy grubą warstwą świeżo ubitej śmietany. – Znam takie charaktery... W porę nie utrzeć im rogów, a wejdą sąsiadom na głowę.
Babka znała się na ludziach, łatwo rozpoznawała, kto zacz i jakie są jego prawdziwe zamiary. W porę umiała przepłoszyć kawalerów, których zaloty nie wróżyły nic dobrego jej córkom. Kilku nawet przepłoszyła za wcześnie. Służące dobierała pod kątem właściwego prowadzenia się i schludnego wyglądu. I nigdy się nie myliła.
Podwieczorek podano w ogrodzie, lipcowe popołudnie było bardzo upalne. Drewniany stół się chwiał, herbata wylewała się do spodeczków. Filiżanki ociekały płynem i czekałem, aż babka powie: „I jak mamy teraz to pić?” Ciotka Urszula, wtedy już dorosła panna, trzymała stół nieruchomo, a ja podłożyłem pod nogi kamienie.
Podobnie jak w poprzednich latach, mieliśmy jechać na wakacje do Swarzewa. Chałupa u Kaszuba była już wynajęta, czekały na nas dwie sypialnie i jeden pokój wspólny. Pachniało wędzonym węgorzem. Ciotka Urszula w tym roku ukończyła gimnazjum w Warszawie. Od miesiąca planowała ten wyjazd nad morze. Układała w walizce kostiumy kąpielowe i letnie sukienki; wyjmowała je do ponownego prasowania.
– Wyjeżdżamy jutro o jedenastej wieczorem – przypomniała matka. – W Swarzewie znajdziemy się rano... I jak to było umówione, zabieramy Urszulę... Czy mnie słyszysz, mamo?
Ale babka błądziła myślami w dalekich rejonach. Ten Herr Hitler nie dawał jej spokoju.
– Słyszałam jego przemówienie w radio... Timbre głosu źle o nim świadczy. Chrapliwy i nienawistny. Dlaczego nikt mu nie powie, że powinien się uspokoić? Nie przywoła go do porządku? Nie wyznaczy mu granic? Dotąd i ani kroku dalej!
– To jest dyktator. Na agresję się nie poważy. Takie opinie przeważają w Ministerstwie... – matka powtarzała wiadomości zasłyszane od ojca.
Babka pamiętała inne czasy. Wielką Wojnę, niedawno ucichłą. Armie zwycięskie, pychy pełne, po kilku klęskach zamienione w bandy maruderów. Kobiety z bronią myśliwską zaczajone na progach, wyczekiwanie na odsiecz błękitnej dywizji.
Ta melancholia babki, te jej zamyślenia bardzo nas wszystkich martwiły. Nikt nie śmiał jej ofuknąć i zakazać niepotrzebnych zgryzot. O czym myślała babka? Ja się nie domyślałem. Ale starsze córki wiedziały.
W 1914 władze carskie zarządziły ewakuację rodziny na wschód, aż do Tweru. Na stacjach pilnowali porządku stójkowi, a po mieście w zwartych eszelonach cwałowały oddziały kozaków. Listy do Warszawy wciąż dochodziły, a msze za Najjaśniejszego Pana odprawiano codziennie.
W Twerze zaskoczyła rodzinę rewolucja. Kto był biały, a kto czerwony? Kirgizi czerwoni, a Tadżycy biali? Czy na odwrót? Zmiatani przez kulomioty, padali ludzie i konie. Z wyrzucanych na bruk fortepianów sypały się białe i czarne klawisze.
Gdy uciszyło się, przyszedł czas na Komitety. Polakom chodziło o powrót do kraju, więc też utworzyli Komitet. Mój dziadek stał na jego czele.
Babka nie pamiętała, czy to Dzierżyński znalazł się w Twerze, czy mój dziad udał się na rozmowy do Moskwy. Dość że na petycję o przydzielenie pociągu dla Polaków Dzierżyński odpowiedział życzliwie.
Sporządzono listy repatriantów, transport się szybko wypełniał. Z odległych wiosek ściągali ludzie, a także z miejsc katorgi i zesłania. Błagali, aby poczekać na tych, którzy jeszcze są w drodze, wszyscy się jakoś zmieszczą. „Ty pojedziesz, a ty zostaniesz, tej rodziny nie weźmiemy, bo mają za dużo dzieci”, ktoś musiał podejmować takie decyzje. Gdy pociąg ruszył, zostawieni na stacji ludzie biegli za nim. I wtedy okazało się, że gdyby ścisnąć się bardziej, dałoby się wygospodarować jeszcze kilka miejsc.
Wieść o mającym nadjechać pociągu rozniosła się szybko. Na zapadłych stacjach, w szczerym polu koczowały pełne nadziei rodziny. Ludzie stawali na torach, schodzili w ostatniej chwili. Mój dziad i kilku rodaków jechało w kabinie parowozu. Widząc śpieszące gromadki kobiet, przykładali nagan do głowy maszynisty i kazali zatrzymać pociąg. W wagonach już nikt nie odważył się odmówić im miejsca. Na przeładunkowej stacji, gdzie zaopatrywali się w wodę, pozbyli się rosyjskiej obsługi i odtąd sami prowadzili pociąg.
Babka nie pamiętała, jak długo trwała ta podróż i czym się w tym czasie żywili. Któregoś ranka, gdy było jeszcze ciemno, pociąg zatrzymał się na dużej stacji. Słychać było sapanie lokomotyw i przetaczanie wagonów. Jacyś ludzie dobijali się do drzwi, pasażerowie niechętnie wyjrzeli na zewnątrz.
Napis na budynku głosił: „Warszawa Wschodnia”. Na peronie spostrzegli uzbrojone posterunki, pełnili tę służbę żołnierze w nieznanych mundurach. Ktoś zapytał:
– Patrzcie no... Na czapkach mają orzełki?
– A orzełki...
W pociągu podniósł się krzyk. Kto mógł, cisnął się do drzwi.
– Ludzie, dlaczego płaczecie? – dziwili się żołnierze.
Mężczyźni ich ściskali, całowały kobiety. A ci wojacy chodzili od wagonu do wagonu i wszędzie to samo. Nie mogli zrozumieć.
– Mamo, mamo! – wołała ciotka Urszula. – Co ci jest?
Babka otrząsnęła się z zadumy.
– Zamyśliłam się... Tort wam smakuje? Bałam się, że krem mógł skwaśnieć.
Cieszyłem się, że na wakacje pojedzie z nami ciotka Urszula. Przepowiadano słoneczną pogodę. Dom w Swarzewie leżał blisko plaży i czekała na nas rybacka łódź.
Babka miała rację, ten Herr Hitler nie znał miary. Swoimi krzykami popsuł nam wakacje. Urlopowicze patrzyli z niepokojem na horyzont, jakby stamtąd miały paść pierwsze strzały. U wejścia do Zatoki Puckiej stały niemieckie okręty i rybacy nie wypływali daleko na połowy. Ludzie żałowali, że już nie było Piłsudskiego.
W drugim tygodniu sierpnia ojciec dostał telegram z poleceniem, aby natychmiast stawił się w Warszawie. „Nie tak wyobrażałam sobie wakacje nad morzem”, narzekała ciotka Urszula.
Kiedy wróciliśmy do domu, na stole leżały maski przeciwgazowe. Kiedy dorośli je włożyli, wyglądali jak ekipa nurków. Zza grubych szkieł patrzyli, jak moja głowa wpadała i wypadała z gumowych wiązadeł. Pozostawałem niezabezpieczony. I wtedy przyszła nowa instrukcja: w wypadku ataku gazowego miałem nasiusiać w ligninę i mocno przyciskać ją do twarzy.
Wkrótce nadeszło następne wezwanie. Pociąg ewakuacyjny stał pod parą. Na miasto spadły bomby i zapanowała ogromna nerwowość. Na szyi zawieszono mi tabliczkę z tektury, z nazwiskiem, imieniem i datą urodzenia. To na wypadek, gdybym się zgubił.
Na Dworcu Głównym mijały nas wózki wyładowane kuframi, biegali bagażowi objuczeni skórzanymi walizkami. Chłopcy roznoszący gazety wykrzykiwali ostatnie doniesienia z frontów, żandarmeria wojskowa, posterunkowi z paskami pod brodą, stali nieporuszeni.
Następnego ranka pociąg przecinał mazowiecką równinę. Staliśmy w otwartych oknach, przyjaźnie machając do zdziwionych ludzi na stacjach. Pasażerowie po wyjściu z przedziałów witali się z przyjaciółmi. Panie, ubrane w letnie sukienki, odnalazły znajome z przyjęć i rautów, a panowie partnerów do brydża. Był to pociąg ministra komunikacji. Po dotarciu w bezpieczne miejsce, przy pomocy radiostacji i telegrafu, specjaliści mieli zarządzać przebiegiem cywilnych i wojskowych transportów, regulować ruch kolejowy w kraju.
Pokazały się też różnice towarzyskie, za jedną z pań podsekretarzowych bagażowy przyniósł zgrzebny węzełek, z którego wypadła osełka masła i biały ser w liściu łopianu. Kobiety oceniały się nawzajem bezlitośnie. Ta podkasana, owa w fałszywych pretensjach. Tamta pewnie pochodzi ze społecznych nizin, bo ma nadmierne wymagania. Bliższe wzajemne poznanie tylko ujawni towarzyskie przepaście, lepiej pozostać na uprzejmym „dzień dobry”.
W jednym z zamkniętych przedziałów cały czas pracował sztab. Obmyślano nowe trasy pociągów, z pierwszeństwem dla transportów wojskowych.
Chodziłem wzdłuż korytarza i zadawałem pytania. Dokąd jedziemy, z jaką szybkością, kiedy pociąg zatrzyma się na stacji? Jak nazywa się ta następna stacja? Pytałem też o przebieg wojny i o zasięg pocisków artyleryjskich. Wtedy siwy pan z sąsiedniego przedziału pouczył mnie, że istnieją trzy rodzaje cierpliwości: cierpliwość, święta cierpliwość i anielska cierpliwość... Dalszy wywód przerwały wiwaty pasażerów. Od strony zachodniej nadlatywały trzy myśliwskie samoloty. Panie radośnie wołały: „Nasi!”, powiewały chusteczkami, wychylały się z okien, podawały na wiatr biusty i włosy.
W odpowiedzi posypało się kilka serii z karabinów maszynowych. Przelatując nad naszymi głowami, jedna z maszyn zrzuciła bombę. Nim samoloty miały czas zawrócić, wybiegliśmy na otwartą łąkę, aby ukryć się w karłowatych zaroślach. Kolorowe suknie kobiet odcinały się od świeżo ściętej trawy, jasne koszule mężczyzn stanowiły doskonały cel. Ale myśliwce nie powróciły. Odwołano alarm, pociąg ruszył. I wtedy się okazało, że zgubiłem tabliczkę z nazwiskiem.
Odtąd poruszaliśmy się tylko nocą. W ciągu dnia pociąg stał na bocznicach w lesie. Wiadomości z frontu były coraz gorsze. Pasażerowie prowadzili ciągłe narady, gromadzili się wokół aparatu radiowego.
Dojechaliśmy do stacji Równe. Był szesnasty września.
Stacja leżała w odległości pięciu kilometrów od centrum Równego. Ci, którzy znali miasto, chwalili „Hotel Królewski”: dysponuje znakomitą kuchnią i jest doskonale prowadzony. Zatrzymuje się w nim sam wojewoda, czasami ktoś z rządu, a te osoby nie lubią dzielić łoża z pluskwami.
Z czoła pociągu przyszło zalecenie, że kto chce, przecież może skorzystać z ofiarowanych wygód, zjeść kolację przy świecach i wziąć kąpiel. Pasażerom mniej spragnionym komfortu albo wykonującym obowiązki służbowe wolno było pozostać w przedziałach.
Podobno obiad podany w sali bankietowej był zbyt obfity, a przez to prowincjonalny. Natomiast chwalono wódki mrożone, przystawki ze świeżych ryb. Głośno żałowano kolegów, którzy zostali w pociągu, i otwarcie z nich dworowano.
Zgubił nas telegraf. Dyżurny ruchu na pierwszej stacji graniczącej z Rosją wystukał zastanawiający meldunek. Pasek papieru z kreskami i kropkami pojawił się na biurku zawiadowcy w Równem. Zawiadowca nie wierzył własnym oczom i aby się upewnić, zadzwonił do kolegi znad granicy. Nikt nie od powiadał.
Godzinę później w telegraficznej maszynie znowu zaczęło się stukanie.
Odezwał się następny posterunek, dwadzieścia kilometrów od sowieckiej granicy. Zawiadowca porównał to, co odczytał, z pierwszym meldunkiem. Obaj kolejarze donosili to samo. „Bolszewicy przekroczyli granicę, wozami i drezynami wjeżdżają na moją stację. Drogą ciągnie konnica, a za nią tabory”.
Zawiadowca włożył kolejarską rogatywkę i obciągnął służbowy mundur. Zanotował nadejście meldunku pod datą siedemnastego września. Zaalarmował kierownika stojącego na peronie pociągu i oczekiwał na rozkazy.
Gdy biesiadnicy układali się do snu w „Hotelu Królewskim”, obudzony maszynista gwizdnął trzy razy. Przeciągły i donośny sygnał nie dotarł do miasta. Za wszelką cenę należało ratować dokumenty, szyfry i radiostację. Kto został na pokładzie pociągu, ten miał szczęście. „Nie ma mowy, abyśmy na kogoś czekali”, zapadła ministerialna decyzja. „Równe i tak odbijemy”.
Zawiadowca wrócił do stacji rozdzielczej. Nakazał podniesienie semaforów. Pociąg zawrócono z torów prowadzących na wschód, przerzucono zwrotnice na południe.
Zawiadowca miał za sobą dwadzieścia lat służby. Odprawiał pociągi zdążające na wschód i na zachód, jedne wyładowane drewnem lub chemikaliami, inne zaplombowane. Podawał wodę więźniom, którzy spodziewali się, że po przekroczeniu sowieckiej granicy odzyskają wolność.
Teraz opadły go złe przeczucia. Z ciężkim sercem żegnał odjeżdżających, życzył im rychłego powrotu. Podniósł zieloną latarnię, nie śmiał im powiedzieć, że chciałby, żeby go ze sobą zabrali.
Następnego dnia gości hotelowych obudził uliczny szum. Żelazne obręcze wozów tłukły o kocie łby. Matka rozchyliła grube zasłony. Całą szerokością ulicy jechały chłopskie furmanki wypełnione obcymi żołnierzami.
– Jezus, Maria! – Odbiegła od okna. – Tatarzy!
Kałmuckie czapki, długie szynele, karabiny zakończone cienkimi sztychami. Jakiś lud najechał Rzeczpospolitą, jak to już nieraz bywało.
Do drzwi zapukał właściciel hotelu, uprzejmy jegomość w czarnym garniturze. Zaczął od przeprosin za najazd bolszewicki, radził, abyśmy nie schodzili do jadalni. Lepiej nie rzucać się w oczy, zanim się sprawy nie wyjaśnią. Za nim weszli kelnerzy, podali mleczną kawę, bułeczki, biały ser i wędliny.
– A pociąg? Czy znajdziemy dorożkę na dworzec? – zapytała matka.
– Pociąg tej nocy zagwizdał i odszedł.
Zaniepokojeni urzędnicy zebrali się w naszym pokoju. Z okna roztaczał się widok na główną ulicę, którą obecnie przeciągały tankietki. Deliberowali nerwowo.
– Wygląda, jakby wojna przybrała niespodziewany obrót... Jeżeli fronty na dłużej się ustalą, zostaniemy tutaj odcięci.
W południe wrócił właściciel hotelu. Nie miał na sobie czarnego ubrania i muszki, lecz szarą koszulę.
– Zaczęły się are-szto-wania – ostrzegł. – Zwłaszcza nie trzeba się nigdzie rejestrować.
– Rejestrować?
– Jako przesiedleńcy. Jako repatrianci... Ani po kartki żywnościowe. Książkę hotelową już zniszczyłem.
Oznajmił, że komisarze ochotnicy zaczynają już deptać mu po piętach. A kiedy jego zabraknie, służba w najlepszym razie się rozpierzchnie, w najgorszym weźmie się do grabienia. – Wiem, o czym mówię – zapewnił z naciskiem.
Wczoraj urzędnicy, a dzisiaj bieżeńcy. Pozycja służbowa, koligacje mogły nam tylko zaszkodzić. Uciekinierzy znowu przyszli do naszego pokoju, od drzwi oddzielała ich ciężka kotara. Cichymi głosami prowadzili spiskową naradę, chcieli uniknąć aresztowania i transportu na białe niedźwiedzie. Gdzie pójść i jak się przechować, pozostawało do rozstrzygnięcia.
Postanowili, że utworzą partię. Tak w czasie powstania styczniowego nazywano powstańcze grupy, które kryły się w lasach i atakowały kozaków. Nasza partia nie chciała nikogo atakować, tylko dostać się z powrotem za Bug i jeśli się to uda, wrócić do Warszawy. Wybrano naczelnika partii, został nim inżynier Pryffke. Mojego ojca mianowano zastępcą komendanta.
Gospodarz hotelu – tak zwał się teraz właściciel – sprowadził nam przewodnika. Był to Polak, rybak, właściciel dwóch łodzi na Bugu. Ktoś zaproponował, żeby mu z góry zapłacić, ktoś inny się temu sprzeciwił. Przewodnik, ponure chłopisko, brakiem ogłady wzbudzał zaufanie.
Znał boczne drogi prowadzące w kierunku Bugu. W ciągu dnia spaliśmy w stodołach, w nocy jechaliśmy furmankami. Gdy partia dotarła do rzeki, droga się skończyła. Pole omiótł reflektor. Padliśmy w kartoflisko. Teren łagodnie opadał. Rybak oznajmił, że pójdzie przodem, a nam kazał się trzymać bulgoczącego strumyka.
W świetle księżyca ukazała się rzeka i mroczny przeciwległy brzeg. Znaleźliśmy łódź na wpół przysypaną piaskiem. Było w niej jedno wiosło, deską można było zastąpić drugie. „A na czym mam siedzieć?” – zapytała żona dyrektora. „Na walizce”.
Ale walizek już prawie nie było. Część została na półkach w pociągu, inne w przechowalni hotelowej. W każdej odwiedzanej stodole zostawialiśmy kilka pakunków z wdzięczności dla gospodarza.
Łódź oderwała się od zamulonego dna, wypłynęliśmy zza osłony krzaków. Z obu stron byliśmy doskonale widoczni. Jak dotąd ciszy nie przecięło żadne zawołanie ani strzał. Wkrótce nasz statek zaczął tonąć. W szpary na dnie wciskały się cienkie strużki i łączyły się w coraz szerszą kałużę. Szczęśliwie prąd znosił nas ku zachodniemu brzegowi. Ojciec mnie podniósł i przykazał:
– Kiedy rzucę cię na brzeg, nie pisnąć słowa.
Zakreśliłem w powietrzu łuk, wylądowałem w przybrzeżnym bagnie. Czepiając się traw i kamieni, „pieskiem” wygrzebałem się na ląd i czekałem na resztę pasażerów. Tymczasem łódź nabierała coraz więcej wody. Namiękły pakunki, pasażerowie siedzieli cierpliwie z nogami zanurzonymi w wodzie. Dopiero gdy przez burtę przelała się fala, odkryli, że główny nurt rzeki biegł po wschodniej stronie, a tu było płytkie rozlewisko.
Rankiem napotkał nas niemiecki patrol. Bug był teraz granicą pomiędzy dwoma państwami, po obu stronach wystawiono posterunki.
Mokrych i oblepionych błotem żołnierze doprowadzili do komendantury. Mieściła się w biurze wójta, stara tabliczka wciąż widniała na ścianie domu. Bawiąc się metalowymi guzikami płaszcza, stanął przed nami młody oficer Wehrmachtu.
– Bolszewicy? – zapytał.
– Nie.
Leutnant się nieco zasępił.
– Szkoda... Bo bym was kazał rozstrzelać.
Za oficerem stał Gefreiter. Robił grymasy i miny, dawał nam poznać, że przełożony żartuje.