Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.
Spis treści
OkładkaKarta tytułowaKarta redakcyjnaCZĘŚĆ PIERWSZA Ósme przykazanie1. MATKA2. RODZICE CHRZESTNI3. MAREK4. ***5. KRZYSZTOF W.6. J.S., OJCIEC CHRZESTNY7. ***8. J.S., CIĄG DALSZY
Redaktor prowadzący
Ewa Niepokólczycka
Redakcja techniczna
Agnieszka Gąsior
Korekta
Dorota Dąbrowska
Copyright © by Hanna Krall, 2011
Copyright © by Świat Książki, 2011
Copyright © for the e-book edition by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011
Świat Książki
Warszawa 2011
Świat Książki Sp. z o.o.
ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa
Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub
w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
ISBN 978-83-247-2653-0
Nr 45096
Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu
Masz może fałszywe świadectwo?, spytałeś. (Lubiłeś zadawać podobne pytania. Masz szlachetnego komunistę? A iluzjonistę? A antykomunistę też masz?).
Tym razem chodziło o przykazanie. Ósme, dodałeś. Nie będziesz mówił...
I owszem, miałam. W sam raz dla twojego filmu.
O kobiecie i mężczyźnie, którzy stali u szczytu stołu...
Nie. O matce, która stała naprzeciw nich, w sporej odległości, bo stół był długi.
Też nie. O dziewczynce, którą matka trzymała za rękę...
Jednak o kobiecie i mężczyźnie. Uprzejmi, życzliwi, w średnim wieku, kobieta miała na ramionach góralską chustkę, kwiaciastą, obszytą frędzlami.
Stół był nakryty czymś białym, serwetą czy obrusem.
Matka nie chciała usiąść. Patrzała wyczekująco na gospodarzy, na tę parę za stołem, ale widać było, coraz jaśniej było widać, że nigdzie się nie spieszą.
Jak pani wie, zaczęła kobieta, my jesteśmy wierzącymi ludźmi...
(Matka skinęła głową. Poważnie, z szacunkiem).
A trzeba kłamać.
I gdzie, w kościele. W obliczu Pana Boga.
Po win na pa ni...
Splotła i rozplotła końce frędzli.
Po win na pa ni nas zrozumieć.
Jej nazwisko (gest ręką w stronę dziewczynki).
Jej imię (gest ręką).
Dlaczego duża taka, dlaczego tak późno, a z ojcem co? Jeśli ksiądz spyta, co z ojcem?
Wszystko zmyślone, no wszystko, i gdzie, w kościele...
Mówiła coraz nieskładniej, coraz bardzie nerwowo, powinna pani...
Nie musiała tego powtarzać, matka zrozumiała za pierwszym razem. Byli wierzącymi ludźmi, nie mogą kłamać, metryki chrztu nie będzie.
Pożegnała się.
Zeszły po schodach.
Stanęły na ulicy.
Stały i stały.
Ile można stać na środku ulicy. Z włosami, które matka tleniła tego rana wyjątkowo starannie, pasemko za pasemkiem, a które w świetle letniego dnia były jeszcze bardziej, jeszcze fatalniej żółte niż zazwyczaj.
Nie mówiąc już o oczach, ile można... Chodź, szepnęła dziewczynka. Chodź. No, chodź już.
Może być?
Jasne, ucieszyłeś się. Ale... zawiesiłeś głos, zdjąłeś okulary i sięgnąłeś po papierosa.
Ale...?
Tam było jeszcze coś.
Tak? A co?
Nie wiem.
Nic nie było.
Zacząłeś się upierać: było, tylko nie wiemy co.
No i dodaliście gestapo – ty i twój scenarzysta. Na wszelki wypadek. No i AK – gospodarz był w Kedywie. Ludzie, do których miała pójść z tą metryką, pracowali dla gestapo, chrzestni rodzice mogli wpaść i – co gorsza – cała akowska konspiracja. (Wiadomość była fałszywa, nikt dla gestapo nie pracował, ale okazało się za późno).
Wszystko stało się dla was jasne.
Napisaliście scenariusz.
Poza gestapo dodaliście opiekuna, to on trzymał małą za rękę. Z matki zrezygnowałeś. Postanowiliście – ty i współautor scenariusza – że wieczór. „Jest wieczór, zimno, dziewczynka jest zmarznięta”.
To nie był wieczór, dzień był. Tramwaje, ryksze, sporo przechodniów i żółte włosy.
Herbaty też nie było, ale mniejsza, chciałeś, żeby herbata, niech będzie. Postawiłeś filiżanki na stole (były z dobrej porcelany, dodałeś, choć każda inna). Napij się, zachęcała gospodyni tę małą.
Znowu pokazywali Dekalog, ósmą część. W niezłym czasie, zaraz po koncercie na plaży w Rio de Janeiro.
Znowu się dziwiłam. Że Bóg – nie uwierzyłeś? Dziewczynka uwierzyła. Wiem, znałam tę małą dość dobrze.
Na głos czytaj.
Quid petis ab eccl... ecclesia... To ksiądz. A my: wiary. Po polsku.
Co – wiary?
Że żąda. Bo spyta, czego żąda od Kościoła Bożego.
Kto?
No ona, przecież chrzczona będzie. Fides quid... to ksiądz. Co daje ci wiara.
Co daje?
Życie wieczne. To my.
A ksiądz do niej tylko?
Chrzczona będzie, to do niej.
Jak do niej, niech mu odpowiada.
Nie może. Do siedmiu lat mówią chrzestni, jak za niemowlę. A jakby rodzice umarli, to chrzestni już w ogóle.
W ogóle?
Opieka, wychowanie. Wszystko. Ksiądz mówił.
Z kartki nie można by?
Z pamięci, ksiądz prosił. Ale kościelny podpowie jakby co.
To i kościelny będzie?
Musi być. Teraz zapyta ją o szatana. Czy odrzekasz się ducha złego. Odrzekam. Powtórz.
Odrzekam.
I wszystkich spraw jego?
Odrzekam.
I wszelkiej pychy jego? No i chrzci ją. I świecę nam podaje i...
Czekaj. Jaki on jest?
Kto?
Kościelny. Pytał o coś?
Dlaczego tak późno. Dopiero chrzcicie? – dziwił się. Tłumaczyłam, że ojciec bezbożnik był, a dziadek, pyta, też bezbożnik? A matka z babką nie mogły chrztu dopilnować?
Tak pytał?
No. A jeszcze organista. O matkę. Będzie ją wpisywał do księgi chrztów. Chwalił się, że kaligrafii się uczył... To chcesz słuchać? Bierzemy świecę i ksiądz mówi: weźmij świecę płonącą i nienagannie strzeż chrztu swojego, abyś, gdy Pan przybędzie na gody, mogła wyjść na spotkanie Jego... Ładne to. Jakbyśmy dzieci mieli, też byśmy chrzcili tak pięknie... Co milczysz?
Myślę.
Że co?
Że jak rodzice... Ojca już nie ma, matka w każdej chwili... Wtedy my z nią już na zawsze?
Na zawsze. Ksiądz mówił.
Co milczysz?
W zakrystii będziemy chrzcili, pod krzyżem. Krzyż aż do sufitu, z całą postacią taką wyraźną. Patrzałam na twarz. Na stopy. Dobrze tak kłamać przy Nim? Ani wiary od kościoła ona nie żąda, ani w kościół nie wierzy, nawet imienia prawdziwego nie wymawia. Wiesz chociaż jak ma na imię?
Tak mogło to wyglądać
Tak mogliby rozmawiać i w twoim filmie, trzeba tylko dodać okupacyjne realia. Mdłe światło karbidówki, chleb z solą i odrobiną oleju, zaciemnione okna, twój scenograf wie zresztą, jak to się robi.
No nic, innego filmu już nie będzie.
Mieszkała u nich (ta mała) – kilka?, kilkanaście dni? Budziła się w nocy, znowu nie wiedziała, gdzie jest i jak idzie się do łazienki. Duża taka i moczy się, dziwiła się rano gospodyni. Nie było źle, mimo wszystko. W szafie szczelina, potem wnęka, dało się przysiąść. Wchodziła kiedy mieli przyjść obcy ludzie. Pewnego dnia przyszedł mężczyzna. Nie zapukał. Może miał klucz, może gospodarze drzwi za sobą nie zamknęli. Raczej klucz. Od razu ją zauważył. Jeszcze palta nie zdjął, jeszcze trzymał rękę na klamce, a już patrzał na nią. Zasunął wreszcie zamek – i uśmiechnął się.
Dzień dobry, powiedział.
Milczała.
Powtórzył: dzień dobry, Marek jestem...
Podniosła się.
Minęła mężczyznę i...
Czy to możliwe? Osoba, która nigdy w kryjówce nie zapłakała, nie zakasłała, która była roztropną sześcioletnią dziewczynką... Co zrobiła? Weszła do szafy!
Przy obcym!
Rozgarniała ubrania, szukając przejścia! Nie, nie bała się. Była zła. Więcej, wściekła była. Bo proszę, jak się zachowuje, i to przy ludziach. Jak idiotka. Nie dość, że dała się zaskoczyć, to jeszcze się chowa. I co on pomyśli o niej? Że głupia jakaś. Ze złości i wstydu zaczęła płakać. Jej płacz słychać było z szafy, spod palt, które zsunęły się z wieszaków... Daj spokój, mówił Marek, wyplątując ją z ubrań. Dziewczynko, daj spokój...
Nowi gospodarze zażądali metryki chrztu. Dawni mieli być rodzicami chrzestnymi. Resztę znasz: mężczyzna i kobieta u szczytu stołu – stół nakryty czymś białym...
No, nie jest po kolei, przecież wiem.
Powinno być – „Marek jestem”.
Potem rozmowa o chrzcie.
Potem – „Masz może fałszywe...”. A musi być po kolei?
To sobie przestaw.
– o ojcu chrzestnym.
Że był strachliwy.
(Nie był).
Jak to – nie. Boga nie bał się?
(A, Boga. No może...).
Ciekawe kiedy bardziej. Kiedy zgodził się na kłamstwo i chrzest, czy kiedy chrztu odmówił.
A może, zwyczajnie, zląkł się, że już się od niej nie uwolni?
(Od tej małej, czarnej, z zezowatymi, wielkimi, przerażonymi oczami...).
No tak. Jak tylko człowiek dotknie żydowskiej sprawy, czysty z tego nie wyjdzie. Tylko patrzeć, jak zacznie się nieszczęście w rodzinie. Tylko przyglądać się - co jeszcze spadnie na człowieka. Niech tylko dotknie...
I tyle twój imiennik, reżyser zresztą, kolega po fachu.
Miałeś rację, było jeszcze coś.
Partyzantka, okazało się. Termitówki i zadania specjalne. Nie AK, na odwrót, komunistyczne wszystko.
Termitówki? Ładunki odpalane z opóźnieniem, umieszczali je w niemieckich wojskowych pociągach jadących na front. O zadaniach specjalnych nadal nie wiem. Wspominał o nich, jak chciał po wojnie do kombatantów. Przyjęli go, miał doskonałe papiery: od ręczny list od generała brygady, jednego z dowódców polskiego wojska. „Znam J.S., oddany jest naszej sprawie”, napisał generał. „Może przydać się w milicji lub bezpieczeństwie na Ziemiach Zachodnich”.
J.S. przydał się na Ziemiach Zachodnich. Na życzenie generała brygady. (O którym mówiono – Marek, taki pseudonim miał podczas wojny).
Najpierw ślubował: obowiązki będzie spełniać gorliwie, polecenia wykonywać dokładnie, tajemnicy przestrzegać, a w postępowaniu kierować się honorem, uczciwością i równością społeczną. (Tekst dostał na kartce, wystarczyło podpisać).
Następnie otrzymał: dwa oficerskie mundury – z szewiotu i z gabardyny, trzewiki chromowe i z juchtu, pas parciany i skórzaną teczkę. Onuc letnich ani zimowych nie otrzymał, w rubryce onuce wpisano – orzełek, jedna sztuka.
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com