Książka ebook Bidul  Mariusz Maślanka Świat Książki

Bidul (ebook)

Autor:

Mariusz Maślanka

Cena: 26,00 zł 15,90 zł (oszczędzasz 39%)
+15 pkt (kup za 7,95 zł)
Dodaj do koszyka Pobierz fragment Wydawnictwo: Świat Książki Dostawca: NetPress Digital Kategoria: Literatura obyczajowa Język: polski Format: EPUB (DRM) (do pobrania na e-czytnik, smartfon, tablet lub komputer)

Głośny i kontrowersyjny debiut powieściowy Mariusza Maślanki. Napisana w formie listów do wymyślonego Pana Nikt, relacja dziesięcioletniego chłopca, Borysa, wychowującego się w domu opieki społecznej. Drastyczna i bolesna opowieść o złu, bólu i ludzkim okrucieństwie na tle Polski lat 1980. Książka, oparta na wątkach autobiograficznych, operuje mocnym, wyrazistym językiem i robi niezwykle sugestywne wrażenie. Historia trudnego dzieciństwa i dorastania, prawdziwa psychologicznie i, mimo wszystko, niosąca nadzieję.

Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.

Spis treści






Świat Książki

Bidul

Świat Książki

Warszawa 2004


Projekt okładki

Małgorzata Karkowska


Zdjęcie na okładce

Flash Press Media


Redaktor serii

Paweł Szwed


Redaktor prowadzący

Ewa Niepokólczycka


Redakcja

Mira Łątkowska


Redakcja techniczna

Lidia Lamparska


Korekta

Bożenna Burzyńska

Elżbieta Jaroszuk


Copyright © by Mariusz Maślanka, 2004

Copyright © for the Polish edition by Bertelsmann Media Sp. z o.o., 2004


Świat Książki

Warszawa 2004

Bertelsmann Media Sp. z o.o.

Konwersja: Nexto Digital Services


Wieśniaki

Gdyby teraz ktoś niewidzialny odezwał się do mnie, na przykład Pan Nikt, i poprosiłby mnie, żebym mu się przedstawił, to powiedziałbym tak: „Dzień dobry. Nazywam się Borys Mleczko i mam dziesięć lat". I tyle. Nie lubię o sobie mówić.

A gdyby Pana Nikt to nie zadowoliło i dalej prosiłby mnie, żebym powiedział mu coś więcej o sobie, i dodawałby, że chce zostać moim kumplem i takie tam różne, to dla świętego spokoju – żeby mnie więcej nie denerwował, bo i tak jestem już nieźle wnerwiony – powiedziałbym, że obecnie siedzę w autobusie wtulony w szybę. Autobus przed chwilą wjechał do miasta.

W mieście jestem po raz drugi w życiu, ale nie interesują mnie mijane widoki, tak jak za pierwszym razem, kiedy byłem w mieście.

Panie Nikt, teraz autobus zatrzymuje się na światłach, ludzie przechodzą przez ulicę, zmienia się światło, po czym autobus rusza i jedzie dalej, do dworca, a ja ciągle gapię się tępo przez okno i nic mnie nie interesuje: budynki, ludzie, drzewa, samochody. Myślę o tym, co będzie i jak to wszystko będzie wyglądać, kiedy dojedziemy tam, gdzie mamy dojechać.

Autobus jest pełen pasażerów. Obok mnie siedzi gruba baba z wąsami, która dosiadła się do mnie jakiś czas temu, ponieważ siedziałem sam. Baba wcina chrupki i po twornie przy tym szeleści torebką. Od czasu do czasu spoglądam na te chrupki. Wtedy baba zerka na mnie podejrzliwie i rękoma zakrywa chrupki, jakby się bała, że je zjem oczami.

W dupci mam jej chrupki!

Przede mną siedzą moi młodsi bracia – Tytus i Dawid – i od czasu do czasu odwracają się do mnie, i z tej baby się śmieją. Wtedy tato, który siedzi przed nimi z naszą młodszą siostrą Nadią, mówi do nich, żeby siedzieli spokojnie i nie rechotali. Tytus z Dawidem wówczas się uspokajają, ale po chwili z powrotem zaczynają rechotać.

Z nami nie jedzie nasz najmłodszy brat Kuba i mama. Kuba przebywa w szpitalu albo cholera wie, gdzie on teraz jest, ale tato mówił, że się dowiemy, kiedy dojedziemy na miejsce. Natomiast mama została w domu na wsi, ponieważ nie chciała z nami jechać.

Pierwszym razem byłem w mieście dwa lata temu. Wtedy wujek zabrał mnie do fryzjera. Był to prezent dla mnie na moją Pierwszą Komunię Świętą.

Gdy fryzjer posadził mnie na krześle i zabrał się do obcinania moich włosów – byłem podekscytowany, stremowany i trochę wystraszony. I siedziałem nieruchomo na krześle, żeby fryzjer przypadkiem nie obciął mojego ucha, gdyż był to mój debiut u fryzjera. Wcześniej moje włosy obcinał tylko tato. Również tato obcina włosy mojemu rodzeństwu. Tato także obcina włosy swoim kolegom, z którymi potem pije wina. Gdy wypiją wina, wtedy koledzy taty idą do swoich domów „krokiem wężowym" i czasem się wywracają na ziemię, bo się potykają o własne nogi, ale po chwili się podnoszą i idą dalej. Kiedy jestem w domu, to zawsze ich obserwuję, jak tak idą, i zastanawiam się, ile razy się wywrócą, zanim znikną z moich oczu. Gdy ktoś upadnie, śmieję się do rozpuku, a gdy nikt nie upada – jestem zły, bo nie ma się z czego śmiać.

Kiedy fryzjer obciął moje włosy, wstałem i przejrzałem się w lustrze. Wtedy wujek, który stał za mną, zapytał: „No i jak łopcino fryzjyr? Jak ci się podobo?". Ja na to odparłem: „Tak samo jak tata!". Wówczas fryzjer z niedowierzaniem spojrzał na mnie. Po chwili wujek mu zapłacił, po czym wyszliśmy od fryzjera i poszliśmy na spacer po mieście.

Gdy tak spacerowaliśmy, to wchodziliśmy do różnych sklepów, a wujek kupował sobie jakieś śrubki i części zamienne do roweru. Drepcząc przy wujku, nie wiedziałem, na co mam się patrzeć, bo tyle było sklepów, samochodów, ludzi i jeszcze nie wiadomo czego. Rozglądałem się na wszystkie strony i żałowałem, że nie mam dodatkowej pary oczu tam, gdzie mam uszy, albo z tyłu głowy – tyle wtedy chciałem zobaczyć i aż taki byłem napalony na patrzenie na to wszystko, co mnie otaczało. A że mam tylko jedną parę oczu, moja głowa ciągle latała na wszystkie strony, aż w pewnym momencie wszedłem w słup i do domu wróciłem z guzem na czole.

A teraz to co?! No co? Siedzę w autobusie wtulony w szybę i nie interesują mnie mijane widoki. Ciągle myślę, jak to wszystko będzie wyglądało, kiedy dojedziemy tam, gdzie mamy dojechać. Ciekawość potwornie mnie zżera. Robię się mniejszy i mniejszy. Jeszcze jestem, ale ciekawość niedługo mnie pożre. Nie będzie mnie. Dojedźmy już tam, gdzie mamy dojechać! Panie Nikt, koniec na razie z tymi gadkami. I nie powiem panu, dokąd jedziemy. Daj mi pan trochę spokoju. Potem panu opowiem więcej. A jak będzie się pan upierał, żebym dalej opowiadał, to panu powiem: „ Fakju!"

Przed chwilą wysiedliśmy z autobusu.

Teraz stoimy na peronie dla wysiadających. Tato zapina guziki przy kurtce Nadii, Dawid dłubie w nosie, a Tytus śmieje się z niego. No a ja stoję kilka metrów od nich i się im przyglądam.

– Chodźta – mówi tato, kiedy kończy zapinać guziki przy kurtce Nadii.

Idziemy. Po chwili wychodzimy z dworca. Tato zatrzymuje się i wyciąga kartkę z kieszeni. Czyta. Po chwili zatrzymuje starszą kobietę i pyta się jej, jak dojechać na ulicę Szczęśliwą. Kobieta patrzy się na nas jak na zjawy, po czym odpowiada, że trzeba wsiąść w autobus miejski z numerem 7, 25, 30 lub 51.

– Z przystanku obok tego budynku – i pokazuje ręką na budynek po drugiej stronie ulicy. – A po co pan tam jedzie?

Tato mówi: dziękuję, i odchodzi od kobiety, lecz ona go zatrzymuje i mówi, że mu wytłumaczy. Tato patrzy się na kobietę, a ona mówi, że 7 jedzie do ulicy Równej i trzeba się jeszcze kawałek przejść. 25 jedzie na ulicę Szczęśliwą, ale kursuje bardzo rzadko. A jeśli się pojedzie 30, to także trzeba kawałek przejść. Natomiast 51 jedzie tylko do ulicy Głębokiej i trzeba jeszcze iść przez mały park, a potem ulicą Równą, żeby dojść do Szczęśliwej.

Tato, słuchając tego wszystkiego, drapie się po głowie, dziękuje kobiecie i mówi, że i tak tego wszystkiego nie zapamięta, bo on nie jest z tego miasta, tylko ze wsi, a gdzie ma wysiąść, to będzie się pytał ludzi w autobusie.

– Ale ja panu wytłumaczę – nalega kobieta. – Zapamięta pan.

I tato, słuchając kobiety dalej, non stop jej dziękuje i mówi, że nie zapamięta, a ona dalej mu tłumaczy, jak ma dojechać na ulicę Szczęśliwą.

– A najlepiej będzie, jak pan będzie się pytał ludzi w autobusie, gdzie ma pan wysiąść, bo to jest daleko i może pan nie zapamiętać – kończy kobieta po kilku minutach tłumaczenia. – To pana dzieci? – pyta się taty, patrząc na nas.

– No! – odpowiada tato. – Moje.

– A skąd pan jest?

– Z Cornego Lasu.

– A gdzie to jest?

– Dziękuję pani. – Tato odchodzi od kobiety i mówi do nas: – Chodźta, dzieci.

Idziemy. Obok taty idzie Nadia. Za nimi idzie Tytus z Dawidem. A ja idę na końcu i oglądam się za siebie, i widzę, że kobieta ciągle stoi w miejscu i patrzy się na nas, jak się oddalamy.

Nie polubiłem tej kobiety, chociaż wytłumaczyła nam, jak mamy dojechać na ulicę Szczęśliwą. A nie polubiłem jej dlatego, bo przypomina mi pewną kobietę, która przyjeżdża na moją wieś podczas wakacji do swojej rodziny i wszystko ją interesuje, a szczególnie moja rodzina. W zeszłe wakacje czasem wchodziłem z moim kolegą Marcinem między kłosy żyta lub chowaliśmy się w krzakach i rzucaliśmy w jej stronę jabłkami, kiedy ona spacerowała. Wtedy ona rozglądała się wokół siebie i nie wiedziała, skąd nadlatują jabłka, i mamrotała pod nosem: „Jezus Maria, skąd te jabłka?". No i dalej rozglądając się wokół siebie, szybko się oddalała, a my cicho chichotaliśmy tam, gdzie byliśmy schowani.

A może ta baba teraz patrzy się tak na nas, jak się oddalamy, bo jesteśmy obdarci i mamy obciachowe ubrania? Ciekawe, czy ona wie, że jedziemy do domu dziecka?... Panie Nikt, teraz opowiem panu, dokąd jedziemy.

Ponad miesiąc temu tato powiedział nam, że będzie nas musiał oddać do domu dziecka. Wtedy spytałem się go: „Co to jest dom dziecka?". A on odpowiedział, że mieszka tam dużo dzieci, a może mało, i my będziemy mieszkać tam razem z nimi, a on czasem będzie nas odwiedzał. A jak jest w domu dziecka, to on nie wie, bo tam nigdy nie mieszkał ani choćby przez chwilę tam nie był. Mama dodała, że wreszcie będzie miała od nas spokój i w końcu sobie od nas odpocznie, a my przynajmniej będziemy mieli co jeść, bo ojciec przepija wszystkie pieniądze. Na co tato, akurat nie naprany w trzy dupy, powiedział jej żeby przestała pierdolić, bo ją znowu zamknie w wariatkowie lub jej zaraz przypierdoli. Potem już było jak zwykle. Po chwili dodawał, żeby się umyła, bo śmierdzi, a on nie będzie wkładał swojego fiuta w śmierdzącą pizdę. Mama odpowiadała, że i tak ją gwałci po pijanemu i że jego pijacki kutas również śmierdzi. Ojcu wówczas piana szła z pyska, więc się dalej kłócili, wyzywali i często rzucali w siebie tym, co mieli pod ręką: łyżką, widelcem, talerzem, kubkiem, stołkiem, drewnem, młotkiem. Te kłótnie i walki zawsze wygrywał tato, a mama zapłakana i zakrwawiona wybiegała z domu. Po kilku godzinach wracała i ojciec dalej ją prał.

Byłem bardzo ciekaw, jak jest w domu dziecka, i odliczałem dni, kiedy tato nas tam odwiezie.

Przed tym, jak tato nam powiedział, że będzie nas musiał oddać do domu dziecka, kilka razy były w moim domu jakieś baby z Sądu Rodzinnego czy coś podobnego. Rozmawiały z mamą. Mama mówiła tym babom, żeby nas wzięły do domu dziecka, bo ojciec nas tyle naruchał i przepija pieniądze, które zarobi, a ona jest chora i musi się leczyć w psychiatryku i nie ma już do nas siły i nie ma także siły do pracy, a tam, w domu dziecka, będziemy mieć na pewno lepiej, a ona sobie wtedy odpocznie. Zawsze kiedy te baby przychodziły, taty nie było w domu, ponieważ był w pracy albo nie wiadomo gdzie. Mnie również prawie zawsze nie było w domu, ponieważ byłem w szkole, w lesie lub w domu u mojego kolegi Marcina. Kiedy byłem u Marcina, wtedy przybiegał po mnie ktoś z mojego rodzeństwa i mówił, że jakieś baby przyszły do domu i chciały ze mną rozmawiać. Szedłem więc do domu. Baby pytały, jak mi się mieszka w domu. Czy lubię tatę i mamę? Czy mam co jeść? Jak się uczę i czy odrabiam lekcje? Zadawały mnóstwo różnych pytań, a ja na wszystkie odpowiadałem „tak" lub „dobrze" i się śmiałem. Wtedy baby mówiły, że chyba kłamię, bo w domu nie ma co jeść, a ja mówię, że nie jestem głodny, a one mają inne informacje ze szkoły i od ludzi ze wsi. Ale ja nie kłamałem – nigdy nie byłem głodny. Jadłem zawsze u Marcina albo u innego kolegi. U Marcina jak jego mama dawała mu jedzenie, wtedy dawała także i mnie. A jak poszedłem do innego kolegi – również jego mama dawała mi jedzenie i zawsze mówiły, żebym jadł i się nie wstydził, bo pewnie jestem głodny. Często nie mogłem wszystkiego zjeść, ale głupio mi było odmawiać, bo może i by się obraziły i następnym razem by mi już nic nie dały. Potem, gdzieś przez godzinę, nie mogłem się ruszać, bo tak mi brzuch wypychało. W domu jadłem bardzo rzadko. Mojemu rodzeństwu, kiedy chodzili sobie po wsi, także ktoś dawał jeść. No a w szkole dostawałem kanapki od Marcina, które zabierał z domu do szkoły dla siebie i dla mnie. Niektóre dzieci, co tak jak i ja nie miały kanapek, prosiły go, żeby im też dał, ale Marcin im nie dawał i mówił, żeby przyniosły sobie z domu. Wtedy te dzieci śmiały się ze mnie, że jestem biedak, ale ja miałem to w dupce i wcinałem kanapki.

– O, to chyba tutej – mówi tato, pokazując ręką na duży budynek. – Ten duzy dum! Chodźta dzieci! Chodźta, chodźta.

Rozglądając się na wszystkie strony, przechodzimy przez bramę, po czym wchodzimy po schodach i stajemy przed drzwiami do budynku. Tato naciska na dzwonek przy drzwiach, a ja zaciskam mocno usta, bo za chwilę wejdziemy do środka i wszystko zobaczę; denerwuję się i wszystko we mnie drga. Wewnątrz budynku słyszę wrzask i śmiech. Co chwilę do drzwi podbiega jakieś dziecko, wygląda przez szybkę, która jest w drzwiach, patrzy się na nas, śmieje się i ucieka.

Tato naciska na dzwonek jeszcze raz, gdyż nikt nam nie otwiera.

Tymczasem ja zaglądam przez tę szybkę, bo chcę zobaczyć, jak jest wewnątrz budynku.

– Co się, kurwa, patrzysz, wsioku?! – krzyczy chłopiec, który nagle z tamtej strony podbiega do drzwi.

Odskakuję od drzwi, gdyż się wystraszyłem jego krzyku jak psa, który nagle, nie wiadomo skąd, podbiega do człowieka i zaczyna ujadać.

Chłopiec robi do mnie miny i odchodzi od drzwi.

Tato patrzy się na mnie, a mnie się wydaje, jakby ten chłopiec był psem uwiązanym przy budzie na podwórku u Marcina. Bo na psa Marcina trzeba uważać, ponieważ ma długi łańcuch i nagle, kiedy przechodzi się obok, może wyskoczyć z budy i złapać za nogawkę lub gorzej – za nogę. Czasem trenuję refleks na psie Marcina. Zakładam się z Marcinem, że podejdę bardzo blisko budy jego psa. Marcin wtedy rysuje patykiem na ziemi linię, do której mam podejść, a ja powoli podchodzę do tej narysowanej linii. Kiedy pies wyskakuje z budy – wtedy szybko odbiegam. Zawsze staram się podejść jak najbliżej narysowanej linii i, jak do tej pory, pies Marcina jeszcze mnie nigdy nie dopadł. Ale także jeszcze nigdy nie doszedłem do samej linii. Zakład zawsze przegrywam, bo pies Marcina wyskakuje z budy wtedy, kiedy ja mam jeszcze może z metr do narysowanej linii. Wydaje mi się, że pies Marcina coś czuje, że jak ja podejdę do tej linii – wtedy Marcin przegra zakład. Cwana bestia z tego psa.

Wysoki, gruby i łysy facet otwiera nam drzwi.

– Nazywom się Stanisłof Mlecko – mówi tato do łysego faceta. – Przywiuzem dzieci. Tutej mom skierowanie z Sondu Rodzinnego – tato pokazuje skierowanie łysemu facetowi. – Kozali mi tutej łodwieś dzieci.

– Proszę wejść – mówi facet.

Wchodzimy gęsiego do budynku. Dzieci, chichocząc, przyglądają się nam. Czuję, jakby mrówki latały po moim ciele i staram się na nikogo nie patrzeć.

– Proszę za mną – mówi facet.

Idziemy.

– Nowi – mówi ktoś.

– Wsioki – mówi inny.

– Proszę się uspokoić! – mówi facet.

Ale dzieci się nie uspokajają i dalej chichoczą. Idziemy więc korytarzem za tym facetem, a ja udaję, że niczego nie słyszę i patrzę się na ściany albo w sufit, byleby tylko nie patrzeć się na mijane dzieci.

– Zobacz na tego!

– A jakie ten drugi ma obciachowe kozaki!

– Patrzcie, jaką ten ma wiejską kapotę!

– A ten, jaki przybity!

– Słoma mu z butów wystaje.

– Wieśniaki! Czujecie, jak zalatuje wiochą?

Wszyscy wybuchają śmiechem.

– Ty, może jajka przywieźli?

– Albo może słoninę mają?

No nie, to tak tutaj jest?

– Może zimnioki mota?

– Handlujeta kartoflami?

– A cebulą, marchewką, pietruszką?

Wreszcie pokonujemy długi korytarz i wchodzimy do dużego pokoju. W pokoju stoi pięć łóżek. Facet mówi, żebyśmy sobie usiedli. Siadamy więc i rozglądamy się po pokoju. W oknie widzę kraty.

Co to?! Co to, więzienie?

Facet prosi tatę na rozmowę i razem wychodzą z pokoju.

Gdy tylko wychodzą, Tytus natychmiast zaczyna się śmiać z Dawida, który dłubie w nosie, a Nadia nie wie, o co chodzi i gdzie jest, a ja myślę, że w pokoju jest pięć łóżek, to pewnie tutaj będziemy spać. I pewnie jak Kuba wyjdzie ze szpitala albo stamtąd, gdzie jest, to będzie tutaj spał z nami. Bo Kubę zabrała karetka pogotowia ponad dwa miesiące temu, ponieważ był na coś chory, tylko nie wiem, na co, ale myślę, że to pewnie dlatego, że był chudy jak patyk, bo całymi dniami siedział w swoim łóżeczku i płakał, a jak mu się znudziło płakanie, to bawił się swoimi kupami.

Mówię do Tytusa, żeby przestał się zgrywać z Dawida, bo go zaraz walnę. Tytus na to wypina do mnie tyłek i mówi, że gówno mu zrobię. Myślę, żeby go stuknąć w łeb, ale powstrzymuję się, bo może zacząć się drzeć i przyjdzie ten facet z tatą. I Tytus dalej się śmieje z Dawida, a mnie pieron strzela, bo nie mogę go stuknąć. W domu dawno już bym go walnął w czaszkę i zaraz przestałby się śmiać.

– Dawid, nie dłub w nosie, bo Tytus się z ciebie śmieje – mówię w końcu.

Dawid wyciąga palec z nosa, wkłada do buzi i patrzy się w sufit.

– Kozojad – mówi Tytus.

Do pokoju wchodzi tato i Nadia od razu biegnie do niego i się przytula.

– No co się nie rozbierota? – pyta się nas tato. – Zdymta kapoty, bo tutej jes goronco.

Tato zdejmuje kurtkę z Nadii, a my swoje zdejmujemy sobie sami, po czym kładziemy kurtki na łóżkach. Tato także zdejmuje swoją kurtkę i kładzie ją na łóżku. Siada obok Dawida i bierze Nadię na kolana.

Tato patrzy na zegarek i mówi, że będzie już wracał do domu, bo musi jeszcze iść do pracy na drugą zmianę. Nadia zaczyna płakać, przytula się do taty i mówi, żeby ją zabrał do domu i nie zostawiał tutaj. Dawid, jak zawsze, dłubie w nosie i zjada to, co tam wykopie, a Tytus, jak zawsze, śmieje się z niego. A ja z kolei patrzę się na nich i każdemu po kolei się przyglądam. Chce mi się płakać, ale nie wypuszczę żadnej łezki. I zaciskam mocno usta i robię solidną tamę dla łez. Smutno mi, ale nie chcę wracać do domu, bo chcę zobaczyć, jak się tutaj mieszka.

Tato wstaje z łóżka i mówi, że będzie nas odwiedzał. I nie wiem, który już dziś raz powtarza, żebyśmy się dobrze zachowywali, to może nas niedługo przewiozą do prawdziwego domu dziecka, bo to miejsce, w którym na razie będziemy mieszkać, to nie jest prawdziwy dom dziecka, tylko pogotowie opiekuńcze. W pogotowiu opiekuńczym mieszka się tylko przez pewien czas, a potem jest się przewożonym do prawdziwego domu dziecka – tak mówi tato. Tato dowiedział się tego od tego łysego faceta, który poprosił go na rozmowę, jak tutaj weszliśmy. Tato dowiedział się także, gdzie jest teraz Kuba. Kuba mieszka w domu małego dziecka, gdzie mieszkają dzieci do czwartego roku życia, i na razie nie będzie mieszkał z nami.

Jakaś pani prowadzi nas na piętro, na pokoje, i znów mijane dzieci chichoczą, przyglądając się nam. Udaję, że tego nie słyszę, idę ze spuszczoną głową i patrzę się pod nogi.

Kiedy pożegnaliśmy się z tatą, przyszła po nas jakaś pani i zaprowadziła nas na obiad. Dzieci patrzyły się na nas, kiedy jedliśmy ten obiad, i byłem jakoś skrępowany, czując tyle par oczu na sobie. No i kilku chłopaków rzucało się między sobą ziemniakami, i jakiś pan wygonił ich ze stołówki. Po obiedzie inna pani zaprowadziła nas do pielęgniarki. Pielęgniarka po kolei sprawdzała nam głowy i mówiła: „Do zlewania. Wszy!". Wzruszyłem ramionami, bo przecież wcale mi to nie przeszkadzało, że one sobie tam biegają po mojej głowie. Czasem tylko denerwowało mnie to drapanie się, no i mam pełno strupów na głowie. Czasem sobie te strupki obrywam. Najczęściej wtedy, kiedy mi się nudzi w szkole.

W szkole na wsi nie było pielęgniarki, a tylko co jakiś czas przyjeżdżała pielęgniarka z ośrodka zdrowia i sprawdzała nam głowy. Ale ostatnim razem była w szkole ponad pół roku temu i nie wytropiła u mnie robaczków, bo wtedy chyba ich jeszcze nie miałem. Ale za to wytropiła robaczki u jednej dziewczyny i potem w szkole wszyscy się z niej śmiali, i nikt nie chciał siedzieć z nią w ławce. Pewnie jakby u mnie coś znalazła, to i ze mnie by się śmiali.

Gdy pielęgniarka nas odwszawiła, wtedy zabrała nas od niej pani, która właśnie teraz prowadzi nas do pokoju, w którym będziemy mieszkać.

Wchodzimy do dużego pokoju i pani mówi, że w tym pokoju będę mieszkał ja i Tytus, a Dawid z Nadią będą mieszkać piętro wyżej, w przedszkolu.

Rozglądam się więc po pokoju i myślę, że jaki on duży, po czym liczę łóżka i doliczam się jedenastu.

To tyle co drużyna piłkarska!

– Nie wiem, które łóżka są wolne – mówi pani – ale jak przyjdą chłopcy, którzy mieszkają w tym pokoju, to wam powiedzą. Są w waszym wieku, więc się pewnie zakolegujecie. Oni gdzieś tutaj są na budynku. Poznajcie się z nimi, a ja zaprowadzę Dawida i Nadię do przedszkola.

Patrzymy się na panią i nic nie mówimy.

Pani zabiera Dawida i Nadię i wychodzi z nimi z pokoju.

Podchodzę do okna, a Tytus siada na łóżku i patrzy się na mnie. Za oknem widzę las, śmietnik i boisko. Wszystko to pokryte jest śniegiem, gdyż teraz jest zima – ostatni dzień ferii zimowych. Jutro zaczyna się szkoła.

Nagle do pokoju wchodzi trzech starszych chłopaków, więc odwracam się od okna i patrzę na nich. Chłopaki uśmiechają się, ale i tak wyglądają groźnie: mają podwinięte rękawy swetrów i na ich rękach widzę tatuaże i blizny, jakby nożem cięte.

Mój tato też ma tatuaże. Na jednej ręce ma wytatuowane serce przebite strzałą, a na drugiej – gołą babę.

– Skąd jesteście, młodzi? – pyta się ten najwyższy.

Nie odpowiadamy; patrzymy się na nich.

– No co, młody? – mówi teraz do mnie ten najniższy. – Nie umiesz odpowiadać? Kiedy stara gwardia się pyta, to się odpowiada!

– Cicho, Dziara! – najwyższy szturcha najniższego. – Nie pierdol i nie strasz młodego.

– No, młody, co się dygasz? – mówi. – Nie dygaj – klepie mnie po ramieniu. – No, młody, skąd jesteście?

– Z Czarnego Lasu – odpowiadam.

– No, młody, widzisz, umiesz mówić. – Znowu klepie mnie po ramieniu i wskazuje palcem na Tytusa. – To twój brat? – pyta się.

Kiwam głową, że tak.

– Ja jestem Chudy – mówi najwyższy, trzymając swoją dłoń na moim ramieniu. – A to jest Dziara – wskazuje palcem na najniższego. – A to jest Łomot – teraz wskazuje palcem na średniego. – No to jak, młody, masz coś kasy? Brakuje nam do wina. Jak coś masz, to nam pożycz. Nie bój się, oddamy.

Kręcę głową, że nic nie mam, ale kłamię, bo mam coś kasy.

– Oddamy ci – powtarza Chudy.

– Nic nie mam – mówię.

– E, młody, pierdolisz! – wtrąca się Dziara. – Przyjechałeś z domu, to pewnie ci starzy albo jakaś ciotka, albo wujek włożyli jakiś banknocik do kieszeni. Jesteś tu nowy, a tu jest ciężkie życie. Lepiej mieć plecy, bo inaczej jest naprawdę ciężko...

– Dziara, cicho! – przerywa mu Chudy. – Mówiłem ci, żebyś nie straszył młodego.

Patrzę się na nich; boję się i nie wiem, co mam zrobić.

– No, młody, bądź człowiek – chudy puszcza mi oczko. – Poratuj – klepie mnie po ramieniu i się do mnie uśmiecha. – No nie bądź żyła.

– Skąd wam wezmę kasę? Nic nie mam.

– Młody, a jak ci sprawdzimy kieszenie – mówi Dziara – to wszystko, co znajdziemy, jest nasze, dobra?

Chłopaki patrzą się na siebie i puszczają sobie oczka, a ja spod byka patrzę się na nich i nie wiem, co mam odpowiedzieć.

Nagle otwierają się drzwi od pokoju i w drzwiach staje pani, która nas tutaj przyprowadziła. W rękach trzyma jakieś szmaty. Chłopaki mówią jej, że przyszli się zapoznać z nowymi, młodszymi kolegami, po czym wychodzą z pokoju.

– Przyniosłam wam ręczniki, piżamy i mydło – mówi pani i kładzie na łóżku to całe tałatajstwo, które przyniosła.

Patrzymy się to na nią, to na to, co przyniosła.

Pani podchodzi do Tytusa i głaszcze go po głowie.

– Wstydzicie się? – mówi, głaszcząc Tytusa i patrząc się na mnie. – Nie wstydźcie się... No, ale to nic, że się wstydzicie. Tak jest zawsze na początku. Każdy się wstydzi na początku, ale z czasem nabiera odwagi i przestaje się wstydzić.

Patrzymy się na panią, a ona na nas. Po chwili pani odchodzi od Tytusa i podchodzi do mnie, po czym kładzie rękę na mojej głowie i zaczyna mnie głaskać.

Odsuwam się od niej, bo co to ja jestem, piesek, żeby mnie głaskać?

– Idźcie i poznajcie się z chłopakami – mówi. – Oni gdzieś tutaj biegają po budynku albo są na świetlicy.

Pani odchodzi ode mnie i wychodzi z pokoju.

Jestem w kiblu i robię kupę, ale w innych warunkach niż w domu na wsi.

Na wsi mamy kibel na dworze i kiedy jest zima, to trzeba się śpieszyć, bo dupka marznie. Oj, okropnie marznie! W szkole na wsi wychodek także był na dworze. A tutaj wszedłem sobie na sedes, wypiąłem tyłek, sram sobie spokojnie, bez pośpiechu, a tyłek mi nie marznie. Pierwszy raz w życiu robię kupę w takim kiblu. Jest całkiem, całkiem nieźle. Przykucam sobie na sedesie, gdyż nie siadłem na tym białym okrągłym, bo jest obsikane, i czytam napisy na ścianach. „Dziara to huj". „Czerstfy tszepie kapucyna". „Co się kurwa patrzysz?''. „Jebać wyhowafcuf"'. „Jeszcze się taka nie urodziła rzeby mi porzondnie kutasa wydoiła". I tak dalej.

W kiblu nie ma papieru, więc nie wycieram sobie tyłka. Na ścianie i drzwiach jest dużo brązowych kresek, myślę więc, że chyba wszyscy tutaj wycierają sobie dupkę palcami. Ale ja sobie nie będę wycierał palcem. Nie podetrę się wcale. W domu na wsi podcierałem sobie tyłek tylko wtedy, kiedy w kiblu była gazeta, więc z tego względu często miałem na majtkach brązową kreskę.

Teraz też mam na majtkach brązową kreskę.

Schodzę z sedesu. Wyciągam pieniądze z kieszeni spodni i wkładam do kieszonki w spodenkach, a jeden banknot, o najmniejszym nominale, zostawiam w spodniach – to taka podpucha na wypadek, gdyby chłopaki chciały mnie przeszukać.

Podciągam spodnie i zapinam guziki.

Teraz mogą mnie przeszukiwać!

Pieniądze zbieram na magnetofon.

Kiedy tato powiedział nam, że będzie musiał nas odwieźć do domu dziecka, zacząłem sprzedawać chłopakom plakaty, które zbierałem od trzech lat, i których się trochę nazbierało. Potem sprzedałem Marcinowi narty i łyżwy, które dostałem od pewnego pana, który mówił, że jest moim wujkiem, choć ja widziałem go po raz pierwszy. Ale mnie nie obchodziło, co on mówi – ważne, że dawał narty i łyżwy. Poza tym wiem, że tato musiał potem z nim pić wina za te narty i łyżwy.

Tacie nie chcę dać pieniędzy na przechowanie, bo boję się, że przepije. Wtedy musiałbym zbierać od nowa, ale już nie miałbym co sprzedać, gdyż wszystko, co miałem już sprzedałem.

Wychodzę z kibla. Przy oknie stoi dwóch starszych chłopaków; palą papierosy i patrzą się na mnie.

– Kurwa, młody, spuściłeś wodę? – mówi jeden.

Wchodzę z powrotem do kibla i, rozglądając się, główkuję, co mam zrobić, żeby poleciała woda. Wiem, że w miastach są kible, w których trzeba spuszczać wodę, ale nie wiem, jak to się robi, ponieważ jeszcze nigdy tego nie robiłem.

Kopię w sedes, ale nic nie leci.

– Młody, co tam robisz? – pyta się któryś z chłopaków. – Trzepiesz się?

Obydwaj wybuchają śmiechem.

Pociągam drut, który zwisa z pojemnika wysoko nad kiblem.

Nagle do kibla wlatuje strumień wody.

Odskakuję ze strachu, że może pociągnąłem nie to, co trzeba.

Ale nie! Wszystko w porządku. Woda przestaje lecieć, a kupy nie ma.

Wychodzę z kibla. Chłopaki dalej palą papierosy i mi się przyglądają. Nie patrzę się na nich i szybko wychodzę z łazienki.

Spaceruję po budynku. W pokojach słyszę rozmowy i śmiech, ale nigdzie nie wchodzę. Czasem ktoś mnie minie na korytarzu, popatrzy się na mnie i pójdzie dalej.

Dom, w którym mam mieszkać, jest bardzo duży. Z zewnątrz wydawał się wielki – parter, dwa piętra i dużo okien – a wewnątrz wydaje się jeszcze większy – długie korytarze robią wrażenie. Na pierwszym piętrze mieszczą się pokoje chłopców, a na drugim dziewcząt i małe przedszkole. Na drzwiach do niektórych pokoi są tabliczki z napisami: „Pokój wychowawców'', „Świetlica", „Magazyn", „Dyrektor". Natomiast na parterze znajduje się izolatka (to ten pokój, w którym byliśmy rano, kiedy tato nas tutaj przywiózł) i także gabinet pielęgniarki. Następne pomieszczenia na parterze – to sale lekcyjne. Nie mogę uwierzyć, że tutaj szkoła jest na miejscu. A dalej jest stołówka i kuchnia.

Poznałem się już z chłopakami, z którymi mam mieszkać w pokoju. Został z nimi Tytus i rozmawia, a ja wyszedłem od nich z pokoju jakiś czas temu i właśnie spaceruję po budynku, i patrzę, gdzie co jest.

– Ej, młody, co tak łazisz? – mówi ktoś za mną.

Odwracam się.

Podchodzi do mnie chłopak trochę wyższy i grubszy ode mnie.

– Nie dygaj – mówi, wyciągając do mnie rękę. – Stasiu jestem.

– Borys – mówię i podaję mu rękę.

Witamy się.

– Nowy jesteś? – pyta się Stasiu, uwalniając moją dłoń z uścisku.

– Tak.

– Ile masz lat?

– Dziesięć. A ty?

– E, ja to mam już jedenaście skończone.

– To jesteś starszy ode mnie.

– No! Grasz w piłkę?

– No! Ale teraz zima. Nie pogramy.

– E, tam, chuj! Niedługo wiosna. Starsze chłopaki grają z tubylcami, a my, młodzi, podajemy im piłkę. Czasem postawią nas na obronie, ale jak coś spierdolisz, to dostaniesz kopa i więcej nie zagrasz.

– A u mnie na wsi wieś gra przeciwko innej wsi w każdą niedzielę. Grają tylko starsi. A ja nie opuściłem jeszcze żadnego meczu i z moim kolegą Marcinem podajemy im piłkę, kiedy wyleci na aut albo za bramkę. Inni się nie liczą, bo biegają zbyt wolno, żeby któregoś z nas prześcignąć.

– Masz starszego brata?

– Nie. Ja jestem najstarszy i mam trzech braci i siostrę.

– E, ja mam trzech starszych braci i nikt mnie tutaj nie ruszy.

Przełykam ślinę, słysząc słowa „nie ruszy", i natychmiast zaczynam się bać. Stasiu tymczasem dalej opowiada mi o zwyczajach tutaj panujących: o tym, że rządzą starsi; o tym, że nie wolno kablować, bo się przepada; o kocówach w nocy; o braniu do japy; o przecweleniu. Słucham tego wszystkiego i nie wiem, co to znaczy: „branie do japy", „kocówa" i „przecwelenie", ale wstydzę się zapytać, żeby nie wyjść na głupka.

– A z kim śpisz w pokoju? – pyta Stasiu.

Zastanawiam się, bo już wyleciały mi z pamięci imiona tych chłopaków, z którymi mieszkam.

– Poznałem się z nimi – mówię po chwili – ale wyleciało mi z pamięci, jak się nazywają... No i jeszcze z moim bratem.

– A jaki numer pokoju?

– Siedemnaście.

– To tam śpi Bocian, Kotek, Waldek, Wnucek, Paweł... no i ten... No! Nie wiem, jak się nazywa, bo też jest nowy od tygodnia. No i śpi tam jeszcze Landrynek i Grzesiu. Chodź na świetlicę. Może zagramy w ping-ponga? Umiesz grać w ping-ponga?

– Nie. W takiego prawdziwego jeszcze nigdy nie grałem – zaczerwieniam się ze wstydu, że nie umiem grać w ping-ponga.

Na wsi, w domu Marcina, kiedy jego rodzice byli w pracy, rozkładaliśmy duży stół, który stoi w największym pokoju, na środku stołu kładliśmy deskę i graliśmy. Ale to co innego niż prawdziwy ping-pong.

– To co! – mówi Stasiu. – Nauczysz się.

Idziemy. Po chwili wchodzimy na świetlicę i rozglądamy się po niej.

Parę chwil temu, kiedy spacerowałem po budynku, widziałem ją trochę przez uchylone drzwi.

Teraz jestem w świetlicy: po jednej stronie stoi stół do ping-ponga i grają przy nim dwaj panowie. Jeden gruby i łysy, a drugi szczupły i niczym szczególnym się nie wyróżniający. W rogu świetlicy stoi telewizor, a przed nim siedzi kilku starszych chłopaków i oglądają jakiś program. Natomiast po drugiej stronie świetlicy stoi kilka rzędów równo poustawianych krzeseł.

– Chodź! – Stasiu ciągnie mnie za bluzkę. – I tak nie zagramy. Pan Marian z panem Irkiem będą grać do końca dyżuru pana Irka. Pan Marian zostaje jeszcze na dyżur nocny. – Stasiu patrzy na zegarek. – No widzisz, kurwa! To jeszcze dwie godziny, aż ten kutas pójdzie do domu. Za pół godziny kolacja. Nie zagramy! Potem pan Marian będzie się kazał myć i powie starszym chłopakom, żeby was przypilnowali – Stasiu wzrusza ramionami. – Ja to mam luzy. Mam starszych braci i nie muszę się myć.

Wychodzimy ze świetlicy.

Leżę w łóżku i rozmyślam o minionym dniu, a chłopaki rozmawiają i się wygłupiają.

Tak jak mówił Stasiu, gdzieś z godzinę po kolacji, pan Marian wygonił nas, młodych, do mycia i powiedział starszym chłopakom, żeby nas przypilnowali, a sam poszedł z jednym starszym chłopakiem dalej grać w ping-ponga. Starsi chłopcy, paląc papierosy, przyglądali się nam, jak się myliśmy, i od czasu do czasu dmuchali w nas dymem z papierosów i się z tego śmiali. Kiedy dmuchali we mnie – wtedy się odsuwałem i starałem się, żeby nie patrzeć im w oczy. Kilku młodych chłopaków dostało od nich po kilka „karczych", tak po prostu. Mnie nie uderzyli ani razu, gdyż szybko się umyłem i zwiałem z łazienki. Potem siedziałem z chłopakami w pokoju: wygłupialiśmy się i rozmawialiśmy. O godzinie 22.00 pan Marian przyszedł do nas, do pokoju. Zgasił nam światło i powiedział, żebyśmy położyli się spać i się już nie wygłupiali. Ale gdy tylko pan Marian zamknął drzwi – wszyscy znowu zaczęli rozmawiać. Ja też jeszcze trochę z chłopakami porozmawiałem, a potem się wyłączyłem, i właśnie teraz o tym wszystkim rozmyślam.

– Borys, a będziesz stąd uciekał? – pyta się Wnucek i przerywa moje rozmyślania.

– Nie wiem – odpowiadam.

Wtem drzwi do pokoju powoli się uchylają i chłopaki natychmiast przestają rozmawiać i wygłupiać się, i udają, że śpią.

– Landrynku, mój zajączku, już jestem – mówi ktoś za drzwiami.

Landrynek podnosi się z łóżka i wpatruje się w drzwi, a Grzesiu z Kotkiem zaczynają chichotać. Do pokoju wchodzi wysoki chłopak, po czym zapala światło. Na jego twarzy spostrzegam masę pryszczy, a na nosie wielkie okulary w czarnych oprawkach. Widzę go po raz pierwszy, ale na oko – ma może czternaście lub piętnaście lat.

– Cześć, Pyton – mówią chórem Grzesiu i Kotek.

– Cześć wam! – odpowiada Pyton.

Tymczasem Landrynek przykrywa się kołdrą tak, że wystają mu spod niej tylko oczy i czubek głowy, i przygląda się Pytonowi.

– Landrynek, a ty nie powiesz mi „cześć" albo „spierdalaj"? – pyta się Pyton.

– Cześć! – odpowiada Landrynek.

– A wy? – Pyton patrzy na resztę chłopaków.

– Cześć! – mówimy chórem.

Pyton patrzy się na mnie i na Tytusa.

– Nowi jesteście?

Kiwam głową, że tak.

– Bracia?

– No!

– Wyglądacie na spoko gości – mówi, rozglądając się po pokoju.

Chłopaki leżą cicho, a tylko Grzesiu z Kotkiem nie przestają się śmiać. Myślę, że oni mogą, bo mają starszych braci, a ja wolę się nie wychylać, gdyż nikogo takiego nie mam.

– Wiesz, po co przyszedłem? – mówi Pyton do Landrynka.

– Nie, Pyton... – jęczy Landrynek. – Mówiłeś poprzednim razem, że to już będzie koniec. Ja już ci tego nie będę robił. Niech ci to robi kto inny.

– Teraz, Landryneczku, będzie naprawdę ostatni raz – Pyton podchodzi do Landrynka. – Nie kłamię.

– Nie, Pyton! Ja nie chcę!

– Chcesz, chcesz, tylko o tym nie wiesz.

– Pyton, daj mu! – mówi Kotek, chichocząc.

– Powiem pani – mówi Landrynek.

– Bajki opowiadasz. – Pyton uśmiecha się, po czym szybkim ruchem ściąga z Landrynka kołdrę i rzuca ją na podłogę.

Landrynek leży na łóżku z rękoma przy brodzie, jakby dalej trzymał tę kołdrę, i przygląda się Pytonowi, a po jego policzkach zaczynają spływać łzy. Tymczasem Pyton zdejmuje spodnie i majtki i moim oczom ukazuje się jego fiut, który jest wokół obrośnięty czarnymi włosami.

Ale wielki fiut! Jeszcze takiego nie widziałem. Tak naprawdę, to widziałem tylko swojego. Ale mój jest malutki i nie jest jeszcze obrośnięty wokół włosami.

– Ruszaj! – mówi Pyton do Landrynka.

Grzesiu z Kotkiem znowu chichoczą, a reszta chłopaków leży cicho, więc ja także leżę cicho i przyglądam się, co będzie dalej.

– Nie, Pyton! – pochlipuje Landrynek. – Nie będę!

– No, Landrynku, ruszaj do dzieła!

– Nie!

– Kurwa, ruszaj skórą! – Pyton łapie Landrynka za szyję i przyciąga do siebie, po czym bierze swojego fiuta w dwa palce i chlasta nim Landrynka po twarzy.

Landrynek, patrząc się Pytonowi w oczy, bierze jego fiuta do ręki. Po chwili powoli zaczyna nim ruszać wte i nazad i nie przerywa patrzenia Pytonowi w oczy. Fiut Pytona powoli robi się większy, jakby pęczniał, aż wreszcie robi się ogromny. Przeogromny!

– Szybciej i energiczniej! – mówi Pyton, uśmiechając się. – Szybciej i energiczniej, bo ci przyjebię. Poprzednim razem robiłeś to lepiej.

– Landrynek ciągnie lachę – chichocze Grzesiu.

– Landrynek lachociąg – wtóruje mu Kotek.

– Chłopaki, nie przeszkadzajcie Landrynkowi – mówi Pyton, puszczając do nich oczko.

Jednak Grzesiu z Kotkiem ciągle chichoczą. Natomiast reszta chłopaków i ja dalej leżymy cicho i się przyglądamy.

– Teraz do buzi – mówi Pyton.

Landrynek, głęboko patrząc Pytonowi w oczy, dotyka jego fiuta swoimi ustami, po czym całuje i powoli wkłada go sobie do buzi.

A fe! Zaraz się porzygam. A fe! Kutasa do buzi? Przecież kutas śmierdzi... no chyba że się go umyje, to wtedy nie śmierdzi.

Landrynek dalej trzyma fiuta Pytona w swojej buzi i rusza głową wte i nazad.

A jak Pyton będzie i mnie kazał wziąć jego fiuta do buzi?... O cholera! Nie wezmę! Odgryzę mu go! Boże, nie pozwól, żeby Pyton kazał mi brać swojego fiuta do buzi. Jezu Chryste, któryś jest w niebie... i na ziemi... i wszędzie... i gdzie tylko jesteś, to nie pozwól... żeby Pyton dał mi do buzi swojego fiuta. Będę grzeczny, tylko nie pozwól na to. Nie będę bił swojego brata, nawet jak zasłuży... I będę się słuchał dorosłych. I co tylko zechcesz, ale nie pozwól. I nie będę już nigdy na nikogo pluł. I nie będę nikogo wyzywał, tylko nie pozwól, żeby Pyton kazał mi brać swojego fiuta do buzi...

Pyton zaczyna jęczeć i głaskać Landrynka po głowie. Po chwili wyciąga swojego fiuta z jego ust i coś białego wylatuje na twarz Landrynka.

To białe to pewnie sperma?... To tak wygląda sperma...

Sperma spływa po twarzy Landrynka i miesza się z jego łzami, które powoli płyną mu po policzkach.

Tymczasem Pyton podnosi z podłogi kołdrę Landrynka i wyciera sobie o nią fiuta, po czym rzuca kołdrę z powrotem na podłogę i podciąga sobie majtki i spodnie.

– No, widzisz! – mówi Pyton do Landrynka, zapinając spodnie. – Już po robocie. Byłeś boski. Ile płacę?

Landrynek nie odpowiada. Podnosi kołdrę z podłogi, siada na łóżku i rogiem poszewki wyciera spermę ze swojej twarzy.

– Spermochlip Landrynek – chichocze Grzesiu.

Pyton patrzy na wszystkich po kolei, a Landrynek przykrywa się kołdrą i dalej pochlipuje.

– Widzieliście coś? – mówi Pyton do nas.

Kręcimy głowami na znak, że nic nie widzieliśmy.

– Tak myślałem.

– Ja widziałem! – mówi Grzesiu.

– Grzesiu połóż się i nie pierdziel – mówi Pyton.

– Jak dasz Landrynkowi jeszcze raz – targuje się Grzesiu – to powiem, że nic nie widziałem.

– Dam mu, ale innym razem.

– Teraz! – Grzesiu nie daje za wygraną.

– Innym razem.

– Dobra! Ale masz mu dać...

– Dam mu – Pyton puszcza oczko do Grzesia.

Patrzę, jak Pyton poprawia sobie spodnie, i zastanawiam się, czy zaraz będzie chciał dać i mnie do buzi. Jak mi wepchnie fujarę do buzi, to mu ją odgryzę!

Landrynek dalej cicho popłakuje pod kołdrą. Grzesiu z Kotkiem dalej chichoczą, a reszta chłopaków siedzi cicho i tak jak ja przygląda się Pytonowi.

– Co mi się tak przyglądacie? – pyta się nas Pyton.

Nie odpowiadamy, a tylko kilku chłopaków się uśmiecha.

– Dobra, spadam! – mówi Pyton. Podchodzi do drzwi, gasi światło i wychodzi z pokoju.

Uff!

– Landrynek dojapnik – mówi Grzesiu.

– Dojapnik Landrynek! – wtrąca Kotek. – Lachociąg!

– Spermochlip.

– Spermojad.

– Jutro przyjedzie moja mama – mówi Landrynek – i mnie stąd zabierze – wstaje z łóżka i poprawia sobie prześcieradło. Po chwili z powrotem kładzie się do łóżka.

– Landrynek, spermojadzie – mówi Grzesiu – ty masz grubą i głupią matkę. Śmierdzi od niej.

Chłopaki zaczynają się śmiać, to i ja również zaczynam się śmiać.

– A ty nie masz matki wcale! – odpowiada mu Landrynek.

– A ty bierzesz do japy – odgryza się Grzesiu, po czym podnosi się z łóżka i pluje na Landrynka.

– Grzesiu, ty chuju! – krzyczy Landrynek, wycierając się.

– Ty jesteś chujem – mówi Grzesiu. – A twoja matka się pierdoli.

– Landrynek, twojej matce wkładają szczotkę w pizdę – dodaje Kotek.

Landrynek nakrywa się kołdrą i dalej płacze. Grzesiu z Kotkiem zaczynają na niego pluć. Landrynek nie reaguje i dalej popłakuje pod kołdrą. Potem przestają pluć i kładą się w swoich łóżkach. W końcu w pokoju robi się cicho i tylko czasem ktoś się zaśmieje. W końcu Landrynek też przestaje popłakiwać.

Ale tutaj się dzieje... Chciałbym już zasnąć. Ciekawe, co się wydarzy jutro?


Śmieci

Wchodzę do pokoju... i staję jak wryty: na środku pokoju mam ogromną stertę śmieci. Chłopaki chyba opróżniły w bidulu wszystkie kosze na śmieci. Na stole, na papierach leżą kupy. W kupy są powkładane karteczki, a na nich jest napisane: „hiacynt", „ stokrotka", „kaktus", „nasturcja"...

W morde! Debile nie chodzą do szkoły i robią mi różne kawały, a kiedy ja wracam ze szkoły, przychodzą do mnie i pytają się mnie, kto mi taki bajzel zrobił w pokoju. Czasem wyniosą mi z pokoju łóżko, dywan, krzesła, stół i postawią to wszystko na korytarzu albo czasem schowają meble gdzieś na bidulu. A czasem zerwą zasłony i firanki. Ja to potem wnoszę, układam, przywieszam...

Ale dziś to przesada. Gówna na stole?!

Gdzie są wychowawcy, że nigdy nic nie widzą? Pewnie żłopią w pokoju wychowawców kawę lub herbatę i rozmawiają. Diabeł ich trącał! To państwo im płaci pensje. Z podatków podatników. I podatnicy utrzymują rzesze takich wychowawców żłopaczy kawy i herbaty.

Kopię śmieci, bo jestem nieźle wkurzony. Rzucam plecak pod stół i siadam na łóżku.

Wtem do pokoju wchodzą chłopaki.

– Ja pierdolę! – mówi Olo. – Kto ci tak rozjebał pokój?

Chłopaki parskają śmiechem.

– Spierdalajcie – mówię.

– Stary, to nie my – mówią chłopaki chórem.

– Spierdalajcie – powtarzam.

– Stary, to nie my – mówią chłopaki znowu chórem. – Nas nie było w bidulu. Dopiero wróciliśmy...

– Debile! – krzyczy Pele na korytarzu.

Chłopaki parskają śmiechem. Patrzę się na nich... i do pokoju wchodzi Pele. Patrzy się na śmieci na środku pokoju.

– Tobie te debile też rozpierdoliły pokój – mówi.

Chłopaki znowu wybuchają śmiechem, po czym wychodzą z pokoju.

– Ale debile – mówi Pele. – Chodź, to zobaczysz, jaki burdel zrobili u mnie w pokoju.

Wstaję z łóżka i wychodzę z Pelem z pokoju. Pele otwiera drzwi od swojego pokoju.

– Zobacz – mówi.

Patrzę: na środku pokoju stoją łóżka jedno na drugim. Na łóżkach stoi stół. Na stole krzesło przykryte zasłonami zerwanymi z okna, a na nich leży gówno na papierku.

Pele trzaska drzwiami.

– Pele, chodź na obiad – mówię.





List do Wyobraźni

Wczoraj odebrałem świadectwo ze szkoły. Zdałem i po wakacjach będę w drugiej klasie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Książki podobne do: Bidul

Ostatnio oglądane książki