Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich - Daniel Ludwiński - ebook

Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich - ebook

Daniel Ludwiński

(0)
lub

Czytaj od 6,99 zł miesięcznie

Uzyskaj stały dostęp do ponad 5000 ebooków

Jak często czytasz? Mamy propozycję specjalnie dla Ciebie:

Książka zabezpieczona watermarkiem. Przeczytasz ją na:

komputerze EPUB
Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

» Kulisy kariery Justyny Kowalczyk
» Największe polskie sukcesy
» Herosi wszech czasów
» Niezapomniane zawody

Panie trenerze, jeżeli tak ciężko trzeba trenować, żeby być w czterdziestce Pucharu Świata, to dla mnie to jest bez sensu…  Będę trenować wiele razy ciężej, ale po to, żeby wygrywać!

I tak zrobiła.

Czy Justyna Kowalczyk jest najwybitniejszą zawodniczką w historii narciarstwa biegowego? A może to jednak astmatyczka Marit Bjørgen czy Jelena Välbe w słynnej różowej czapeczce? Albo maleńka Stefania Belmondo?

Justyna nie była pierwszą  polską gwiazdą. Mistrz świata Józef Łuszczek sam przywiózł z Okęcia norweską kadrę na zawody pucharowe w Zakopanem. Choć nie posiadał prawa jazdy, musiał przejąć kierownicę od zasypiającego taksówkarza. Nasze panie na olimpiadzie w Squaw Valley miały zapewniony medal, ale uznały, że zdobyty z naruszeniem zasad fair play nigdy by ich nie cieszył, i odmówiły przyjęcia brązowego krążka.

Fascynująca panorama 171 lat historii białego szaleństwa. Wszystkie tajemnice, kontrowersje i skandale biegów narciarskich w jednej książce!














WSTĘP

Biegi narciarskie przeżywają w Polsce swój złoty okres – i pod względem sportowych sukcesów, i związanego z nimi zainteresowania ze strony kibiców. Fani tłumnie śledzą każdą relację z zawodów z udziałem Justyny Kowalczyk i równie chętnie goszczą na imprezach z cyklu Pucharu Świata. Ta książka jest skierowana zarówno do tych, którzy dopiero w ostatnich latach poznali biegi dzięki wynikom polskiej mistrzyni i dołączyli do grona fanów tej dyscypliny sportu, jak i do tych, którzy pasjonują się nimi od wielu lat – jedni i drudzy powinni znaleźć tu coś dla siebie.

Na przestrzeni dekad w biało-czerwonych barwach startowało z sukcesami wielu zawodników. O wynikach jednych wciąż mówi się często, o rezultatach innych znacznie rzadziej. Książka o historii biegów narciarskich ma przybliżyć sylwetki najwybitniejszych polskich biegaczek i biegaczy oraz ich sportowe życie. Jakże bardzo współczesny sport różni się od tego sprzed lat! Ze wspomnień wyłania się obraz biegów z jednej strony czystych, długo wolnych od dopingu, obraz, w którym narciarze tworzyli wielką sportową rodzinę, z drugiej zaś obraz biegów pełnych wydarzeń iście kuriozalnych, a będących skutkiem realiów Polski lat powojennych. Przykłady można mnożyć – od wysyłania na najważniejsze zawody niezliczonych działaczy i dygnitarzy partyjnych zamiast trenerów, przez brak środków finansowych na wyżywienie dla narciarzy, po nieopłacone zgrupowania reprezentacji. A jednak nie brakowało wtedy wartościowych wyników, a nawet spektakularnych sukcesów.

Książka ta to nie tylko historia polskich sportowców. To również dzieje najważniejszych zawodów, które na przestrzeni lat odbywały się w naszym kraju, w tym zapomnianego Pucharu Świata z 1979 roku. To także historia zmian, jakie przez dekady miały miejsce w tej dyscyplinie sportu – pojawił się styl dowolny, a także nowe konkurencje. To również opowieść o gwiazdach z zagranicy, multimedalistach, którzy śrubowali swoje rekordy i do dziś plasują się na najwyższych miejscach w tabelach wszech czasów. Zmieniały się ich metody treningowe, zmieniał się sprzęt, ale pasja do biegów pozostawała taka sama. W rozdziałach poświęconych mistrzom znalazły się także wzmianki dotyczące ich rywali – nie da się bowiem opisać sportowych losów na przykład Thomasa Wassberga, nie wspominając o Jusze Mieto, czy w opowieści o Justynie Kowalczyk nie nawiązać do Marit Bjorgen.

Książka ta jest owocem mojej pasji, jaką są biegi narciarskie. Jej początki sięgają igrzysk olimpijskich w Lillehammer, a na przestrzeni lat moja miłość do nart zaowocowała pracą dziennikarską. Przygotowując niniejszą publikację, miałem przyjemność rozmawiać z wieloma zawodnikami, trenerami i działaczami. Ich wspomnienia stanowią znaczny fragment zwłaszcza drugiej części książki. Pragnę w tym miejscu podziękować im, a także ich rodzinom, za udzieloną pomoc i poświęcony czas. Wypowiedzi zawarte w książce pochodzą właśnie z tych rozmów. Wypowiedzi Justyny Kowalczyk zostały przeze mnie nagrane na dorocznych konferencjach na początku każdego sezonu i stanowią odpowiedzi na moje pytania. Wszystkie cytaty zostały dokładnie zaznaczone z podaniem źródła.

Książka pozbawiona jest części statystycznej – zajęłaby ona wiele miejsca, a wyniki z igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata są łatwo dostępne w internecie. Wyjątek zrobiłem dla rezultatów trudno osiągalnych i dotyczących ważnych biegów z udziałem naszych reprezentantów.

Jednocześnie mam nadzieję, że ewentualne nieścisłości, których, mimo mych najlepszych starań, być może nie udało się uniknąć, nie wpłyną na ogólną ocenę tej publikacji.

Daniel Ludwiński


1
MULTIMEDALIŚCI Z ZAGRANICY


GDZIE I KIEDY SIĘ ZACZĘŁO?

Historia nart ma pięć–sześć tysięcy lat. Najwcześniejsze formy drewnianych desek przypiętych do nóg stosowane były przez myśliwych, a wraz z rozwojem cywilizacji narty stały się przydatne także dla armii, szczególnie w Skandynawii. Historia biegów narciarskich rozumianych jako dyscyplina sportowa jest oczywiście nieporównywalnie krótsza i sięga połowy XIX wieku. Wskazanie zawodów, które były tymi pierwszymi, nie jest wcale tak trudne, znamy bowiem konkretną datę ich przeprowadzenia – to 30 marca 1843 roku. Tego dnia świadkiem sportowej rywalizacji biegaczy było norweskie miasto Tromso, położone daleko za kołem podbiegunowym i popularnie zwane wrotami Arktyki. Narciarze pokonali dystans około sześciu kilometrów, od ratusza do jednej z farm i z powrotem. Organizatorem zawodów był… luterański ksiądz Otto Theodor Krogh, bardziej znany jako Lille Theodor (czyli Mały Teodor). Z kolei niektórzy skłonni są przyznać palmę pierwszeństwa rywalizacji pomiędzy wojskowymi, do której doszło w Norwegii w 1767 roku, jednak miała ona charakter bardziej treningu wytrzymałościowego niż typowych zawodów.

Już 2 kwietnia, a więc zaledwie po trzech dniach, zorganizowano w Tromso kolejny bieg na tej samej trasie. Triumfatorem został urodzony w Finlandii nastoletni Lapończyk, który mieszkał w Tromso i uczył się tam zawodu szewca. Pokonanie dystansu zajęło mu pół godziny, choć organizatorzy przewidywali, że realny czas to co najmniej czterdzieści minut. Zwycięzca zaskoczył wszystkich nie tyle faktem, że przybył na metę jako pierwszy, ile tym, że używał… dwóch kijków! W Norwegii powszechne było wówczas stosowanie jednego długiego kija, ale w Finlandii biegano już z dwoma. Fińskie pochodzenie i związana z tym wiedza na temat odpowiedniego wykorzystania dwóch kijków pomogły więc przyszłemu szewcowi wygrać bieg, a także zaskoczyć rywali i widzów. Wydawać by się mogło, że Norwegowie wyciągną odpowiednie wnioski i skojarzą sukces młodego Lapończyka z użyciem przez niego dwóch kijków, tak się jednak nie stało. Zawody w Tromso dopiero po latach zyskały sławę pionierskich, a wieść o ich rozegraniu i o sprzęcie, którym posługiwał się triumfator, wcale nie odbiła się zbyt szerokim echem. I choć z Finlandii wciąż napływały pogłoski o stosowaniu tam dwóch kijków, Norwegia oswoiła się z tą techniką dopiero kilkadziesiąt lat później i aż do 1887 roku fiński sposób był na wszelkiego rodzaju zawodach… zakazany! Dopiero wówczas ponownie podpatrzono Finów, ostatecznie zezwolono na stosowane przez nich rozwiązanie i cała norweska czołówka ochoczo zaczęła z niego korzystać.

Zawody w Tromso były tymi pierwszymi, ale na kolejne nie trzeba było czekać, przynajmniej w Norwegii. W Szwecji biegano za to od 1877 roku – Per Hj. Söderbaum, dyrektor szkoły w Sundsvall, zorganizował wówczas rozgrywki dla swych podopiecznych. W mieście szybko spopularyzowały się także biegi otwarte, w których mógł wziąć udział każdy, założono również pierwszy w Szwecji klub zrzeszający amatorów narciarstwa biegowego. 14 lutego 1897 roku w Sundsvall po raz pierwszy w historii rywalizowały panie – wcześniej biegały tylko razem z mężczyznami, a w tym dniu rozegrano osobną konkurencję specjalnie dla nich. Na dystansie 5 kilometrów najlepsza okazała się Gunhild Brodin z czasem 37 minut i 2,5 sekundy.

Najpóźniej oficjalne zawody rozegrano w trzecim z państw północnej Europy, które rychło miało się stać jedną z biegowych potęg, czyli w Finlandii. Inauguracja odbyła się w 1879 roku, a więc trzydzieści sześć lat po Norwegii i dwa lata po Szwecji. Ojcem chrzestnym imprezy był mieszkający w gminie Tyrnävä wojskowy Antti Bäck, miłośnik narciarstwa, któremu w zorganizowaniu zawodów pomagał między innymi miejscowy nauczyciel. Bieg został rozreklamowany w lokalnej prasie, także w sąsiednim Oulu, a że pogoda sprzyjała, 23 marca 1879 roku obejrzało go kilkuset widzów, najczęściej także z nartami na nogach. Siedemdziesięciu uczestników tego historycznego wydarzenia, mężczyźni, kobiety i dzieci, bez podziału na osobne kategorie (!), zmagało się na liczącej ponad trzy kilometry pętli, która rozpoczynała się przy szkole, następnie mijała plebanię, ciągnęła się wzdłuż okolicznych pól, potem okrążała cmentarz i kończyła się ponownie przy budynku szkoły. Trasę należało przebiec trzykrotnie. Najszybszy okazał się Antti Ollila przed drugim na mecie Heikkim Riikolą. Jedna z nagród trafiła też do najszybszej z kobiet. W 1889 roku własne zawody postanowiło zorganizować także pobliskie Oulu, gdzie jedną z konkurencji był bieg po zamarzniętej rzece. Tradycja przetrwała – w Oulu biega się do dziś, a tamtejsze doroczne wyścigi są najstarsze na świecie. W 2014 roku organizatorzy świętują piękny jubileusz – sto dwudziestą piątą edycję tej imprezy. Obecnie główny dystans to 70 kilometrów.


MISTRZ LAT DWUDZIESTYCH I TRZYDZIESTYCH

W okresie międzywojennym kariera biegacza na arenie międzynarodowej rzadko trwała szczególnie długo. Większość czołowych zawodników, w tym złotych medalistów, była na szczycie przez dwa–trzy sezony, a następnie zostawała wypierana przez młodych, utalentowanych sportowców. Lista przedwojennych multimedalistów nie jest więc długa – nie dość, że liczba konkurencji rozgrywanych w tamtych latach na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata nie była duża, to jeszcze mało kto z grona najlepszych miał okazję zaliczyć kilka imprez najwyższej rangi.

Jednym z nielicznych wyjątków jest Veli Saarinen, biegacz najbardziej wówczas utytułowany, który i dziś śmiało może być klasyfikowany wśród najwybitniejszych przedstawicieli tej dyscypliny. Po raz pierwszy głośno zrobiło się o nim na mistrzostwach świata w Lahti w 1926 roku. Idolem fińskich kibiców stał się wtedy wprawdzie kto inny, mianowicie Matti Raivio, który wygrał zarówno bieg na 30, jak i 50 kilometrów, ale Saarinen też zdołał się pokazać z bardzo dobrej strony: na krótszym dystansie zajął trzecie miejsce z zaledwie 21-sekundową stratą do znacznie bardziej znanego Tauno Lappalainena. W tym samym sezonie wygrał również bieg na 30 kilometrów w ramach ostatnich w historii igrzysk nordyckich. Kariera międzynarodowa stała więc dla niego otworem. W tej sytuacji nie mógł dziwić fakt, że w 1928 roku Saarinen znalazł się w kadrze Finlandii na igrzyska olimpijskie w Sankt Moritz. W biegu na 18 kilometrów do szczęścia zabrakło mu niewiele – skończyło się na czwartym miejscu, za plecami trzech Norwegów.

Prawdziwy przełom przyszedł w kolejnym roku, który dla Saarinena okazał się bardzo szczęśliwy, nie mniej niż polskie śniegi w Zakopanem. Reprezentacja Finlandii przyjechała pod Giewont na mistrzostwa świata w składzie nieco eksperymentalnym, gdyż dwudziestosiedmioletni Saarinen był najbardziej doświadczonym spośród biegaczy, a resztę stanowili głównie młodzi debiutanci. Ekipa dotarła do Polski pociągiem. Podróżowała przez trzy doby, z przerwą na pobyt w Warszawie.

Dla Saarinena mistrzostwa wypadły kapitalnie – dystans 18 kilometrów zakończył się jego zwycięstwem i zdobyciem pierwszego w karierze złotego medalu. Srebro powędrowało do Anselma Knuuttili, dzięki czemu Finowie mieli podwójne powody do radości. Nie inaczej było przy okazji maratonu, w którym dwaj najlepsi biegacze zamienili się miejscami, a strata Saarinena do kolegi z reprezentacji wyniosła niespełna dwie i pół minuty. Co ciekawe, mimo że Saarinen miał już na koncie sukcesy międzynarodowe, to w jego dorobku wciąż brakowało choćby jednego tytułu mistrza kraju. Dopiero w lutym 1930 roku, gdy fiński czempionat zawitał do Kuopio, bohater niniejszego rozdziału wywalczył swój pierwszy złoty medal, wygrywając – z dobrym jak na tamte lata czasem, nieznacznie przekraczającym trzy i pół godziny – bieg na 50 kilometrów.

Szczytowym momentem kariery sławnego Fina okazały się igrzyska olimpijskie w Lake Placid. Mając już w dorobku medale mistrzostw świata, Saarinen udał się do Ameryki jako jeden z głównych faworytów. Był znakomicie przygotowany, w rozmaitych fińskich zawodach spisywał się bardzo dobrze, w związku z czym i dla niego, i dla wszystkich ekspertów stało się jasne, że tym razem otwiera się przed nim życiowa szansa. Biorąc pod uwagę jego dość już zaawansowany jak na sportowca wiek – być może szansa ostatnia.

Zaczęło się od brązowego medalu na 18 kilometrów. Niewiele jednak brakowało, a okazji do rewanżu w maratonie nie byłoby wcale – bieg na 50 kilometrów stanął bowiem pod znakiem zapytania. Śniegu było jak na lekarstwo, lecz gdy organizatorzy i zawodnicy powoli zaczynali się już godzić z niemożnością rozegrania najdłuższego biegu, zima nagle wróciła. W ostatniej chwili przygotowano więc pętlę liczącą 25 kilometrów, którą narciarze mieli pokonać dwukrotnie. Było to swego rodzaju novum, gdyż do tej pory w przypadku najdłuższych konkurencji rywalizowano najczęściej na trasach o długości pełnego dystansu.

Bieg maratoński w Lake Placid przeszedł do historii jako konkurencja przeprowadzona w sposób katastrofalny. Zawodnicy zdani byli wyłącznie na informacje od członków swych ekip, którzy mierzyli im czas na własną rękę, gdyż nie przygotowano żadnych punktów kontrolnych. Organizatorzy zapewnili za to „wyżywienie” – co pewien czas można było otrzymać… suchy chleb. Obraz tego biegu do reszty uzupełnić może fakt, że w pewnym momencie narciarzy zaskoczył brak śniegu – na odcinku liczącym czterysta metrów nie było go wcale1. Maraton ten był istną drogą przez mękę, nic więc dziwnego, że zawodnicy uzyskali czasy o przeszło godzinę gorsze niż na imprezach europejskich.

Rywalizacja o złoto była niezwykle zacięta. Saarinen zwyciężył i osiągnął swój chyba największy sukces, ale jego przewaga nad Väinö Liikkanenem wyniosła tylko 20 sekund – bardzo niewiele jak na ówczesne biegi długodystansowe. Dla najlepszego z Norwegów, Arnego Rudstadstuena, pozostał brąz, a liderujący jeszcze w okolicach trzydziestego kilometra Szwed Sven Utterström osłabł na tyle, że ostatecznie zajął dopiero szóste miejsce.

Po udanych igrzyskach Saarinena czekały jeszcze dwie edycje mistrzostw świata. Rok po występach w Lake Placid otarł się o medal światowego czempionatu na dystansie 18 kilometrów w Innsbrucku, za to miano króla nart potwierdził w maratonie, gdzie znów czekał go zażarty bój ze Svenem Utterströmem. Saarinen otrzymał na starcie numer 27, a na mecie zameldował się… jako drugi, mijając niemalże wszystkich zawodników, którzy ruszali na trasę wcześniej, niekiedy o wiele minut.

Jeszcze na kilkanaście kilometrów przed metą wydawało się, że Fin całkowicie kontroluje sytuację i w końcówce nie może się zdarzyć już praktycznie nic zaskakującego. Jego przewaga wynosiła sześć minut. Czy to jednak Saarinen znacząco osłabł, czy też Utterström zachował na koniec sporo sił, dość powiedzieć, że na ostatnich dziesięciu kilometrach stopery mierzące czas zaczęły wykazywać, że różnica maleje niemalże w oczach. Znający wynik swojego konkurenta Utterström szalał na trasie, robił, co mógł, jednak do zniwelowania całej straty nieco mu zabrakło. Ostatecznie Saarinen triumfował z przewagą 42 sekund, a więc nieznaczną, jeśli porównać to do wcześniejszej różnicy dzielącej obydwu narciarzy.

Zwycięstwem w Innsbrucku Fin ukoronował swoją piękną i długą karierę. W dowód uznania otrzymał jeszcze dodatkową nagrodę od władz miejskich. W 1934 roku na mistrzostwach świata w Solleftea był jeszcze drugi na 18 kilometrów, za Salo Nurmelą, a przed Marttim Lappalainenem. Trójka medalistów wspólnie z Klaesem Karppinenem pewnie triumfowała także w sztafecie i sięgnęła po złote medale. W kolejnych latach, już po zakończeniu kariery przez Saarinena, właśnie sztafeta miała się stać prawdziwą specjalnością Finów. Karppinen, następca starego mistrza, poprowadził reprezentację jeszcze do czterech zespołowych zwycięstw, w tym w Zakopanem, a także zdobył pięć indywidualnych medali mistrzostw świata, w tym jeden złoty. Do grona najlepszych dołączyli też kolejni Finowie: Pauli Pitkänen i Kalle Heikkinen, zwycięzca maratonu w Holmenkollen.

A jak potoczyły się dalsze losy Saarinena? Skupił się na pracy szkoleniowej, początkowo w Garmisch-Partenkirchen, jednak szybko o swojego wieloletniego asa upomnieli się działacze z Finlandii, którzy zaproponowali mu stanowisko pierwszego szkoleniowca kadry narodowej. Nie może dziwić, że Saarinen z ochotą przystał na tę propozycję, wrócił do ojczyzny i zaczął pracować ze swoimi niedawnymi kolegami, jeszcze przed wojną pomagając im osiągać liczne sukcesy.

Jako trener fińskiej kadry Veli Saarinen pracował przez aż trzydzieści jeden sezonów. Z piastowanym stanowiskiem pożegnał się po igrzyskach olimpijskich w Grenoble, które odbyły się w 1968 roku. Miał wtedy prawie sześćdziesiąt sześć lat. Żaden inny trener w dziejach narciarstwa nie mógł nawet pomarzyć o tak długiej pracy z reprezentacją.


BIEG DOWÓD

Na przestrzeni lat rywalizowano na różnych dystansach. W 1884 roku w Szwecji odbył się istny bieg gigant, przez wielu uważany dziś za najtrudniejszy spośród wszystkich, które kiedykolwiek zostały rozegrane. O jego sławie niech świadczy fakt, że w Szwecji wydano książkę tylko i wyłącznie na jego temat! Rok wcześniej Adolf Erik Nordenskiöld, słynny podróżnik, w trakcie kolejnej wyprawy, której celem była eksploracja Grenlandii, chciał ostatecznie określić, czy prawdą są pogłoski o rzekomych zielonych i zalesionych terenach tej krainy, od których pochodzić miała angielska nazwa Greenland. Z jednego z obozów wysłał w drogę dwóch towarzyszących mu doświadczonych w narciarstwie Lapończyków, Paava Larsa Nilssona Tuordę oraz Andersa Rassę, aby spróbowali odnaleźć lesiste przestrzenie. Lapończycy szli naprzód dzień i noc, jednak bezlitosne zimowe warunki zmusiły ich w końcu do powrotu. Dokładnie po pięćdziesięciu siedmiu godzinach biegu i marszu na nartach, z jedną tylko przerwą, dotarli z powrotem do obozowiska, wyczerpani, ale i coraz bardziej przekonani, że rzekome lasy Grenlandii istnieją tylko w opowieściach. Po powrocie z wyprawy okazało się, że nikt nie uwierzył Nordenskiöldowi, choć ten się zarzekał, że Lapończycy wędrowali przez przeszło dwie i pół doby (jedyna przerwa trwała dwie godziny) i że przebyli w ten sposób aż czterysta sześćdziesiąt kilometrów, co oznaczało, że w ciągu godziny pokonywali ich średnio ponad osiem. Sławny podróżnik nie mógł przeboleć, że wyprawa jego towarzyszy została włożona między bajki, i postanowił, że w swoim czasie udowodni prawdziwość tej historii.

3 kwietnia 1884 roku, po upływie roku od grenlandzkiej wyprawy, niedaleko miejscowości Purkijaur, z okolic której pochodził Paava Lars Nilsson Tuorda, rozpoczął się zorganizowany przez Nordenskiölda bieg dowód na dystansie dwustu dwudziestu kilometrów, który miał pokazać niedowiarkom, że nawet taki ultrawysiłek jest na nartach biegowych możliwy. Według planu uczestnicy mieli biec dzień i noc, podobnie jak dwójka Lapończyków na Grenlandii, aż dotrą do Kvikkjokk. Tam po krótkiej przerwie na posiłek mieli zawrócić i udać się do miejsca, z którego wystartowali. Zgodnie z założeniem narciarze mieli rywalizować – sportowa walka o pierwsze miejsce dodatkowo uatrakcyjniała całe przedsięwzięcie. Po przeszło dziesięciu godzinach biegu do półmetka dotarła niewiele ponad połowa spośród osiemnastu uczestników. Pozostali, w tym mający za sobą grenlandzką wyprawę Rassa, nie podołali trudom i przerwali bieg. Ostatecznie w walce o wygraną liczyli się już tylko Paava Lars Nilsson Tuorda i Per-Olof Länta, który, wbrew zawartej między narciarzami dżentelmeńskiej umowie, tuż po posiłku w sekrecie ruszył na trasę w nadziei, że dzięki temu zyska przewagę, co jednak mu się nie udało. Na finiszu o zaledwie 5 sekund lepszy okazał się Nilsson Tuorda, choć faktem jest, że jego przeciwnik miał problem z wiązaniem. Triumfator ukończył rywalizację po 21 godzinach i 22 minutach.

Bieg został zorganizowany z udziałem obserwatorów i pomiarem czasu, więc tym razem nikt już nie kwestionował wyczynu. Oprócz Adolfa Erika Nordenskiölda, od którego nazwiska bieg ten znany jest dziś jako Nordenskiöldsloppet, największe powody do radości miał Paava Lars Nilsson Tuorda. Nie tylko wreszcie uwierzono, że na Grenlandii wspólnie z Andersem Rassą pokonał 460 kilometrów w 57 godzin, ale jeszcze zatriumfował w kolejnym monumentalnym biegu, tym razem na 220 kilometrów, co dodatkowo zostało odpowiednio wynagrodzone.

W następnych latach zarówno w Szwecji, jak i Rosji z upodobaniem organizowano ultramaratony, niekiedy wielodniowe, jednak wówczas nie chodziło już o bicie rekordów, w związku z czym uczestnicy współpracowali, a nie konkurowali. Tymczasem w Nordenskiöldsloppet do samego końca toczyła się zażarta walka o pierwsze miejsce.


UCZEŃ SAARINENA

Veikko Hakulinen uznawany jest za najpilniejszego ucznia Velego Saarinena. Najpilniejszego i jednocześnie najlepszego, o nienagannej technice, który po zakończeniu kariery przejął od swego wieloletniego nauczyciela miano biegacza wszech czasów i legitymował się nim przez co najmniej kilka lat. Hakulinen początkowo przez dłuższy czas nie był przekonany, czy aby na pewno biegi narciarskie są tą dyscypliną, którą chciałby uprawiać. Młody Fin szczególnie polubił bowiem biegi na orientację, a rywalizowanie z deskami na nogach nie było jego największą pasją. Ostatecznie dał się jednak skusić i, jak pokazała przyszłość, była to dobra decyzja. W nowej dla siebie dyscyplinie czynił na tyle duże postępy, że szybko awansował do kadry narodowej. Miał dwadzieścia pięć lat, gdy osiągnął pierwszy sukces w biegach narciarskich – zajął wtedy trzecie miejsce w biegu na 18 kilometrów w Holmenkollen. To przesądziło o wyborze dyscypliny – skoro w rywalizacji z całą światową czołówką był w stanie uplasować się tak wysoko, to grzechem byłaby rezygnacja i powrót do biegów na orientację.

Dwa lata później norweskie wzgórze ponownie okazało się dla niego szczęśliwe. Hakulinen stał się głównym bohaterem biegu na 50 kilometrów w ramach rozegranych w 1950 roku w Oslo igrzysk olimpijskich. Kończący walkę o medale maraton miał pasjonujący przebieg. Finowie przygotowali się do niego perfekcyjnie – trener Veli Saarinen rozstawił na dwudziestopięciokilometrowej pętli, pokonywanej przez biegaczy dwukrotnie, aż trzystu swoich ludzi (!). Każdy z nich odpowiadał za coś innego. Niektórzy mieli za zadanie informować o uzyskiwanych czasach, w związku z czym otrzymali odpowiednie nadajniki, inni skupiali się na badaniu pogody i zmianach temperatury, a także decydowali o ewentualnym chwilowym zatrzymaniu swego zawodnika. Wówczas do akcji mogli wkroczyć smarowacze nart. Tak licznym sztabem, odpowiedzialnym za tyle zadań, prócz Finów nie mógł się poszczycić nikt. Veli Saarinen miał więc tego dnia zatriumfować po raz kolejny, już nie jako zawodnik, a jako trener.

Z początku nic nie zapowiadało sukcesu Finów. Pierwszych kilkanaście kilometrów zdecydowanie należało do Szwedów i Norwegów, zaś Veikko Hakulinen plasował się na ósmym miejscu, mając już stratę 1 minuty i 40 sekund do liderującego Gunnara Erikssona. Wkrótce po pokonaniu półmetka okazało się jednak, że doskonale funkcjonująca współpraca w fińskim zespole, w połączeniu ze świetną formą lidera ekipy Suomi, zaowocowała przesunięciem się Hakulinena na pierwsze miejsce. Nie oddał go już do końca. Jego czas na mecie przeszedł do historii – były to dokładnie
3 godziny 33 minuty i 33 sekundy, a więc w zapisie pojawiły się same trójki (3:33:33).

Piękne zwycięstwo olimpijskie sprawiło, że Fin na dobre dołączył do grona ścisłej czołówki. W 1953 roku nokautował rywali – w Holmenkollen wygrał zarówno bieg na 18 kilometrów, jak i maraton; triumfował także w Lahti, gdzie miał dziewięciominutową (!) przewagę nad kolejnym zawodnikiem. Nic więc dziwnego, że w następnym roku to właśnie on miał być największą gwiazdą imprezy w Swierdłowsku, czyli dzisiejszym Jekaterynburgu. W styczniu 1954 roku, na miesiąc przed mistrzostwami świata w Falun, wiadomo było, że biegacze i biegaczki ZSRR po raz pierwszy w historii wezmą udział w zawodach tej rangi. Wcześniej przez lata obywatele tego państwa startowali praktycznie wyłącznie u siebie i na dobrą sprawę nikt nie wiedział, jaki prezentują poziom. Panowało jednak przekonanie, że biegają co najwyżej tak jak narciarze z Czechosłowacji, Niemiec czy Polski, a zatem są w stanie zająć niekiedy niezłą lokatę, jednak daleko im do Skandynawów. Zawody w Swierdłowsku oznaczały dla gospodarzy ważny test i pierwszą w historii możliwość zmierzenia się z najlepszymi, za to dla Finów miały być tylko kolejnym etapem przed mistrzostwami świata. Rozmaitych startów przed najważniejszą imprezą sezonu było sporo, jednak to właśnie zmagania w ZSRR wywołały istne trzęsienie ziemi.

Przy blisko dwudziestostopniowym mrozie w biegu na 30 kilometrów doszło do sensacji. Już na punkcie pomiaru czasu, po jednej trzeciej dystansu, na czele plasował się Władimir Kuzin z ZSRR, zawodnik zupełnie nieznany poza swoją ojczyzną. Niewysoki, w dodatku prezentujący technikę naprawdę daleką od idealnej, biegł bardzo siłowo, ale niezwykle skutecznie. Nie tylko do końca utrzymał swoje tempo, ale jeszcze zwiększył przewagę. Tymczasem Finowie musieli stoczyć bój o uratowanie pozostałych miejsc na podium przed kolejnymi biegaczami radzieckimi, co ostatecznie im się udało. Hakulinen uplasował się na trzeciej pozycji, co i tak było dobrym wynikiem – jego rodak Eero Kohlemainen, wicemistrz olimpijski, był bowiem jedenasty i przegrał aż z ośmioma zawodnikami gospodarzy! Do swego rodzaju rewanżu doszło w biegu na 15 kilometrów: wygrał Veikko Salo, jednak Hakulinen był już tylko czwarty, za Kuzinem i Fiodorem Kołczinem. Rozstrzygnięcie przyniosła sztafeta, którą wygrali biegacze ZSRR.

Informacja o wynikach szybko dotarła do Skandynawii i głęboko zszokowała jej mieszkańców. Nikt nie miał pojęcia o kondycji radzieckich narciarzy, nikt nie brał ich na poważnie, a tymczasem ledwie na miesiąc przed mistrzostwami w Falun okazali się oni zagrożeniem dla samego Veikko Hakulinena! Zawody w ZSRR były bardzo ważne dla dziejów narciarstwa biegowego – to właśnie wtedy na zawodników z tego kraju po raz pierwszy zwrócono uwagę i przekonano się, że nie będą chłopcami do bicia i że nie wolno ich lekceważyć. Mistrzostwa w Falun tylko to potwierdziły.

Do programu zawodów dołączono nową konkurencję: dystans 30 kilometrów. Oznaczało to że najlepsi mogą wywalczyć aż cztery krążki. Największą szansę na taki wynik miał bezsprzecznie bohater tego rozdziału. Tygodniowe zmagania w Szwecji rozpoczęły się dla fińskiego czempiona bardzo dobrze, gdyż zajął drugie miejsce już w pierwszej konkurencji, czyli w biegu na 30 kilometrów, w którym złoto zdobył fenomenalny Władimir Kuzin. Dwukrotnie krótszy dystans był już solowym popisem Hakulinena, który triumfował, a następnie zdobył złoto także w sztafecie.

Mistrzostwa tradycyjnie kończył maraton. Był on jednym z najciekawszych w historii, a Hakulinen odegrał w nim jedną z głównych ról, choć długo wydawało się, że jednak nie będzie to jego dzień. Przed półmetkiem zajmował bowiem czwarte miejsce, mając przeszło minutę straty do liderującego Kuzina; ponadto wyprzedzali go także jego dwaj rodacy. Następnie Fin przesunął się na drugie miejsce, jednak zawodnik radziecki także przyspieszył i po pokonaniu czterdziestu kilometrów różnica wynosiła dokładnie 1 minutę i 13 sekund. Czyżby wszystko było już jasne? A jednak nie! Bo oto Hakulinen na ostatnich dziesięciu kilometrach rozpoczął kapitalny finisz, godny tego sprzed dwóch lat. Wówczas, w tej samej konkurencji na igrzyskach w Oslo, zwiększył swą przewagę przed samą metą. Tym razem nie chodziło jednak o powiększenie zaliczki, a o odrobienie straty. Fin biegł fantastycznie, pomiary czasu dokonywane przez trenerów obu ekip wykazywały jednoznacznie, że na finiszu złoty medal może się jednak Kuzinowi wymknąć z rąk.

Mający niższy numer startowy Hakulinen dotarł na metę jako pierwszy. Pozostało już tylko czekanie. Wreszcie z lasu wyłoniła się sylwetka niewielkiego biegacza, który już po chwili wpadł na stadion. Kuzin finiszował na tyle skutecznie, że z wcześniejszej ponadminutowej przewagi pozostało mu jeszcze 8 sekund. W ten właśnie sposób biegacz, który jeszcze niewiele ponad miesiąc temu był postacią całkowicie anonimową, zdobył w Falun swój drugi złoty medal, a trzeci w ogóle, licząc także srebro za sztafetę. Kuzin kontynuował karierę jeszcze kilka lat, nigdy jednak nie był już tak mocny jak wtedy w Szwecji. Medal na wielkich zawodach wywalczył jeszcze tylko raz, na igrzyskach w Cortinie d’Ampezzo, na których wspólnie z kolegami z reprezentacji wygrał sztafetę.

Po maratonie Veikko Hakulinenowi na pocieszenie pozostało srebro. Nie doścignął niesamowitego biegacza z ZSRR, jednak cała pogoń i duże zmniejszenie straty i tak wzbudziły uznanie. Po biegu kibice fetowali więc obydwu wielkich rywali. Drugie miejsce Fina oznaczało ponadto, że w Falun wywalczył on czwarty medal w czwartej konkurencji. Absolutny rekord i wykorzystanie pierwszej takiej historycznej szansy!

Dwa lata później Hakulinen w roli wielkiego mistrza przybył do Cortiny d’Ampezzo na kolejne igrzyska olimpijskie. Obrońca tytułu w maratonie z Oslo miał za sobą dopiero sześć lat poważnej kariery biegowej, a już był jednym z największych w historii. W ciągu czterech lat w światowych biegach zmieniło się jednak wiele. Oprócz wspomnianych już biegaczy radzieckich do grona najlepszych dołączył także Sixten Jernberg, wybitny Szwed. To właśnie oni rozstrzygnęli między sobą rywalizację w pierwszej konkurencji, którą był bieg na 30 kilometrów. Oddajmy głos sprawozdawcy „Dziennika Polskiego”: „Start do biegów nastąpił o godzinie dziewiątej na Stadionie Lodowym. W odstępach trzydziestu sekund wystartowało pięćdziesięciu czterech biegaczy (ze zgłoszonych pięćdziesięciu ośmiu nie stanęło na starcie czterech Węgrów). Trasa biegu była ciężka, śnieg był zmrożony. Temperatura spadła do pięciu stopni poniżej zera. Już od pierwszych kilometrów wywiązała się zacięta walka między faworytami biegu Finem Hakulinenem, Szwedem Jernbergiem i biegaczami radzieckimi. Po pierwszych dziesięciu kilometrach prowadził Jernberg o 6 sekund przed Hakulienem i 17 sekund przed Szeljuchinem (ZSRR). Mistrz świata Kuzin był po 10 kilometrach na ósmej pozycji. Na dwudziestym kilometrze Hakulinen zwiększył tempo, wyszedł na czoło i uzyskał 5 sekund przewagi nad Jernbergiem i 51 sekund nad biegaczem radzieckim Kołczinem. Kolejność ta nie uległa zmianie już do mety. Pięknie finiszujący Hakulinen powiększył przewagę nad Jernbergiem do 24 sekund”2.

Niewiele zabrakło, a Fin powtórzyłby osiągnięcie z Falun i zdobył medale we wszystkich konkurencjach. Wspaniały sukces w biegu na 30 kilometrów był bowiem dopiero początkiem – Hakulinen dorzucił do dorobku także srebrne krążki ze sztafety i maratonu. Nie udało się jedynie w biegu na 15 kilometrów, w którym zajął „tylko” miejsce czwarte. Obok Sixtena Jernberga i tak był oczywiście największą narciarską gwiazdą tych igrzysk.

Kolekcję swych trofeów Fin miał powiększyć o jeszcze jedno indywidualne złoto na mistrzostwach świata w Lahti, do których treningi zaczął już wiosną, co w tamtych czasach było wielką rzadkością. Tuż przed rozpoczęciem mistrzostw błysnął na wewnętrznych zawodach eliminacyjnych fińskiej kadry w Jyväskylä, gdzie wygrał bieg na 30 kilometrów, a o połowę krótszy dystans ukończył na trzecim miejscu. W Lahti na początku przyszło jednak rozczarowanie – na „trzydziestkę” Hakulinen był dopiero szósty. Finów pocieszył co prawda triumfator Kalevi Hämäläinen, lecz dla naszego bohatera szósta pozycja oznaczała najgorszy występ na mistrzostwach świata w całej karierze – w Falun nie zszedł przecież z podium ani razu.

Porażka Hakulinena była jednak niczym w porównaniu z tym, co przeżył na trasie jego kolega z reprezentacji Auvo Simonen. Pierwsze punkty pomiaru czasu jednoznacznie pokazywały, że Simonen może się uplasować bardzo wysoko, że być może jest to jego bieg życia. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że w tamtych czasach nie startowano w profesjonalnych kombinezonach. Bieg trwał w najlepsze, Fin plasował się w ścisłej czołówce, aż wreszcie ku swojemu przerażeniu stwierdził, że… zgubił guzik od spodni. Zawodnik nie miał wielkiego wyboru – dalszy normalny bieg i odpychanie się kijkami wiązałyby się z niechybnym opadnięciem dolnej części garderoby. Rozpoczęła się więc rozpaczliwa walka Simonena z własnym odzieniem, jednak trzymanie spodni oznaczało radykalne zmniejszenie tempa, gdyż nie było mowy o odpowiedniej pracy rąk. Nad swym rodakiem zlitował się dopiero jeden z kibiców, który ujrzawszy nieszczęsnego narciarza, zorientował się, co się stało. Znaleziony naprędce sznurek spełnił swoją rolę jak należy, gdyż dzięki niemu można było związać spodnie w pasie; na dodatek okazał się na tyle wytrzymały, że Simonenowi udało się dotrzeć do mety bez dalszego martwienia się o ubranie, jednak cała niefortunna przygoda wybiła go z rytmu i ukończył bieg dopiero z siódmym czasem, choć wcześniej wydawało się, że być może będzie w stanie zawalczyć nawet o medalową pozycję.

Drugą konkurencją mistrzostw w Lahti był bieg na 15 kilometrów. Czy słabszy wynik Hakulinena na dwa razy dłuższym dystansie miał być tylko jednorazową wpadką? To pytanie, powtarzane przez fińskich kibiców i dziennikarzy, wracało jak echo. Obrońca tytułu mistrzowskiego ruszył na trasę z numerem 66, trzydzieści sekund po Pawle Kołczinie, jednej z gwiazd ekipy ZSRR. Początek zdecydowanie należał do Kołczina, który na pierwszym punkcie pomiaru czasu zameldował się z najlepszym wynikiem. Hakulinen był trzeci, z ledwie pięciosekundową stratą. Właśnie oni już do końca plasowali się na dwóch najwyższych pozycjach. Na półmetku znajdował się najtrudniejszy odcinek podbiegu. Fin, świadom swojej szansy, radykalnie zwiększył tempo i zniwelował stratę do Kołczina. Po chwili, na dalszym wzniesieniu, Hakulinen zyskał 5 sekund przewagi.

Pasjonującą końcówkę rywalizacji na łamach „Przeglądu Sportowego” barwnie zrelacjonował redaktor Marian Matzenauer: „Ostatnie kilometry biegu to dramatyczna walka o złoty medal pomiędzy Kołczinem i Hakulinenem. Wszystko inne musiało przy tym wielkim pojedynku iść w cień. Obaj ci zawodnicy widzieli się nawzajem, Kołczin uciekał, Hakulinen go gonił. Obaj biegli wprost nieludzko zmęczeni, ale nie rezygnowali z walki. Na stadionie co chwilę zapowiadano, że obaj stale zbliżają się do siebie. Publiczność w niebywałym napięciu oczekiwała pojawienia się rywali na stromym zjeździe, prowadzącym na stadion. Wreszcie są! Pierwszy w czerwonym sweterku Kołczin, a za nim w niebieskim kombinezonie Hakulinen. Na oko trudno było ocenić sytuację. […] Obaj bohaterowie walczyli najwyraźniej ostatkiem sił. Ich ramiona i nogi szły jakby w transie, a odległość między nimi mimo straszliwych wysiłków się nie zmieniała. Dopiero dosłownie na ostatnich metrach Hakulinen jakby zmniejszył odległość do swego wielkiego rywala. Gdy ogłoszono wynik, że Hakulinen wygrał o 13,5 sekundy przed Kołczinem, na widowni rozpoczęło się istne szaleństwo i wszyscy potracili głowy”3. W ten właśnie sposób Veikko Hakulinen zdobył swój piąty złoty medal na wielkich zawodach, a trzeci na mistrzostwach świata. Indywidualnie było to złoto czwarte i już ostatnie.

W programie mistrzostw w Lahti były jeszcze dwie konkurencje. W sztafecie skończyło się na brązowym medalu, a w maratonie na srebrze. Kolejne medale przyniósł rok 1960 i igrzyska w Squaw Valley, trzecie już w karierze Fina. Tym razem indywidualnie nie zdobył złota, jednak wciąż prezentował znakomitą formę. Na 15 kilometrów był trzeci, a w maratonie drugi, tylko za Kalevim Hämäläinenem. Wcześniej, wspólnie z Toimim Alatalą, Eero Mäntyrantą i Vainö Huhtalą, triumfował w sztafecie, w której odrobił na ostatniej zmianie 20 sekund do Norwega Hakona Brusveena, a następnie pokonał go o 0,8 sekundy. Ostatni raz wywalczył złoto. Za wyniki ze Squaw Valley został po raz czwarty wybrany w Finlandii sportowcem roku.

Wiek powoli zaczynał robić swoje. W rozmaitych zawodach Hakulinen coraz częściej zajmował miejsca już nie na podium, a pod koniec czołowej dziesiątki lub nawet jeszcze dalej. Wielki sportsmen zawitał także do Polski i w 1962 roku walczył na mistrzostwach świata w Zakopanem, lecz zajął miejsca dziewiąte (na 50 kilometrów) i dziewiętnaste (na 30 kilometrów). W tej sytuacji mogło się wydawać, że trzydziestosiedmioletni narciarz zakończy karierę i odejdzie w glorii, zanim rozmieni nazwisko na drobne. Ale Hakulinen nie należał do tych, którzy łatwo rezygnują. Świadom, że młodsi rywale zaczynają być poza zasięgiem, szybko znalazł wyjście. Już raz zmienił dyscyplinę sportu z biegów na orientację na biegi narciarskie, czemu więc nie zdecydować się na podobny krok ponownie? Fin sięgnął więc po karabin i został biathlonistą.

Jego debiut w nowej dyscyplinie miał miejsce w styczniu 1963 roku. Hakulinen już jako trzydziestoośmiolatek znokautował rywali na trasie biegowej, lecz dziesięć karnych minut na strzelnicy zepchnęło go na trzecią pozycję. Mimo to po kilku tygodniach był już w kadrze narodowej i wystąpił na biathlonowych mistrzostwach świata w Seefeld. Indywidualnie wywalczył miejsce szóste. Znów świetnie pobiegł i miał pierwszy czas, lecz na strzelnicy, na dwadzieścia oddanych strzałów, pomylił się aż dwanaście razy. Na pocieszenie zostało mu srebro ze sztafety. Rok później na igrzyskach ponownie popełnił na strzelnicy dwanaście błędów i był dopiero piętnasty.

Ten sezon przyniósł pożegnanie z wyczynem, ale nie ze sportem w ogóle. Jeszcze w 1965 roku startował gościnnie w biathlonowych mistrzostwach Norwegii, aż przeszedł do grona weteranów. Jako leśnik z zawodu ścigał się z kolegami po fachu w amatorskich biegach przez wiele lat, nawet będąc już po sześćdziesiątce. Powrócił też do swej młodzieńczej miłości, jaką były biegi na orientację, i w swojej kategorii wiekowej jeszcze wielokrotnie zostawał mistrzem Finlandii.


HAUG, KRÓL HOLMENKOLLEN

Zanim narodziły się zimowe igrzyska olimpijskie i mistrzostwa świata, narciarze mieli okazję rywalizować w ważnych zawodach biegowych. Początkowo znaczenia zaczęło nabierać norweskie Huseby, gdzie po raz pierwszy w historii walczono na dystansie 50 kilometrów (uznanym później za wyjątkowo prestiżowy), jednak w 1892 roku, zaledwie po trzech latach od pierwszej edycji, zawody przeniesiono pięć kilometrów na północ od miejsca, gdzie odbywały się pierwotnie. Nową lokalizacją było Holmenkollen, gdzie biegi narciarskie miały się znacząco rozwinąć, zarówno jeśli chodzi o poziom sportowy, jak i popularność. Do wzrostu tej ostatniej w ogromny sposób przyczynił się w tym okresie słynny podróżnik i oceanograf Fridtjof Nansen. Jego książka Na nartach przez Grenlandię, w której opisał wyprawę życia, stała się prawdziwym wydarzeniem – o publikacji było głośno także poza Skandynawią. Sam Nansen startował i w Huseby, i w Holmenkollen, w dodatku z dobrymi wynikami, gdyż umiał się zmieścić w czołowej dziesiątce, a jego najlepszym rezultatem było siódme miejsce w skokach.

Holmenkollen to jedna ze stolic narciarstwa klasycznego także dzisiaj. Początkowo wielkie wyniki osiągał tam Lauritz Bergendahl, pięciokrotny zwycięzca biegu na 50 kilometrów, narciarz legenda. Jego następcą i jednocześnie postacią niezwykle znaczącą dla całej historii tej dyscypliny stał się Thorleif Haug, istny król Holmenkollen. W maratonie, który zawsze był dla niego najważniejszym występem i do którego przygotowywał się szczególnie starannie, pięć razy okazał się najlepszy, w tym kolejno w latach 1918–1921. Haug był również największą gwiazdą pierwszych zimowych igrzysk olimpijskich w 1924 roku, na których wygrał oba biegi, a także kombinację norweską. W skokach był czwarty, co jednak stwierdzono dopiero po latach. Początkowo przyznano mu trzecie miejsce, ale późniejsze analizy wykazały istotny błąd sędziów, który pozwolił Haugowi przesunąć się na miejsce medalowe kosztem Andersa Haugena, Amerykanina norweskiego pochodzenia. W 1974 roku decyzją MKOl wyniki zmieniono, a wówczas rodzina nieżyjącego już Hauga wręczyła medal osiemdziesięciosześcioletniemu Haugenowi, który przyjął go ze szczerym wzruszeniem! Sam Thorleif Haug dożył zaledwie czterdziestu lat, co sprawiło, że w Norwegii otaczano jego postać jeszcze większym kultem. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pięknymi osiągnięciami, w tym złotymi medalami zdobywanymi na igrzyskach i na mistrzostwach świata, pochwalić się mogło jeszcze wielu zawodników, ale żaden z nich nie zyskał takiego statusu jak Haug, który nawet doczekał się pomników i powszechnie uznawany był za postać absolutnie wyjątkową. Wpłynęły na to sukcesy w Holmenkollen, przemknięcie jak meteor na arenie międzynarodowej (igrzyska w Chamonix były jedyną imprezą mistrzowską, na której wystąpił), a także przedwczesna śmierć spowodowana ciężkim zapaleniem płuc.

Haug był też pierwszym, który przyczynił się w tak dużym stopniu do zmian w metodach treningowych biegaczy. Wcześniej o letnich treningach nie było mowy, a narciarze zaczynali przygotowania wraz z… pierwszymi opadami śniegu! Haug natomiast uważał, że jest to zbyt późny moment i treningi rozpoczynał jesienią – od biegania po lasach, stopniowo na coraz dłuższych odcinkach. Założenie nart było u niego kolejnym, a nie pierwszym etapem treningu. „Gdy tylko śnieg spadnie, zaczynam biegi dystansowe. Tylko tu należy bardzo uważać. Z początku zaczynam biegi na 5 kilometrów, najwyżej na 10, w zwyczajnym tempie wycieczkowym. Potem stopniowo zwiększam szybkość, jednak dystans pozostaje niezmieniony. […] Gdy się już rozpoczęło biegi, zaczyna się najcięższy trening do 50 kilometrów, […] zaczynam trenować jakieś cztery–pięć tygodni przed biegiem, pod warunkiem, że mam już za sobą trening do biegów złożonych. Nie potrzebuję nadmieniać, że trening na 50 kilometrów jest o wiele cięższy aniżeli trening do biegów krótszych. Biegam w terenie pagórkowatym, co mi zwykle dawało przewagę nad Finami i Szwedami”4, mówił Haug w wywiadzie opublikowanym w „Przeglądzie Sportowym”. Cóż, rozpoczynanie treningów jesienią, będące dla Norwega przepisem na sukces, dziś oczywiście nie wchodziłoby w ogóle w grę, jednak w jego czasach dawało przewagę nad większością rywali. Haug celnie spostrzegł też, że bieganie po zróżnicowanym, pełnym wzniesień terenie przyniesie mu lepszy efekt niż trening wyłącznie na płaskich odcinkach.


SZWEDZKI DRWAL

Na przestrzeni lat wśród biegaczy narciarskich nie brakowało ludzi, którzy poza sezonem pracowali na co dzień jako drwale. Zawód wymagający ciężkiej fizycznej pracy doskonale nadawał się do rozwijania mięśni, co zimą miało być przydatne na trasach biegowych. W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych grono specjalistów od rąbania drzewa było więc wśród biegowej braci całkiem spore. Nie wiadomo, kto spośród narciarzy był najlepszym drwalem, śmiało można jednak powiedzieć, że najlepszym narciarzem wśród drwali był Sixten Jernberg – zawodnik o niezwykle charakterystycznej sylwetce, zawsze biegający w czapeczce z niewielkim pomponikiem i w białym kombinezonie, typowym dla szwedzkiej kadry. Wielka kariera Jernberga rozpoczęła się na dobre w połowie lat pięćdziesiątych, gdy w szwedzkich klubach narzekano, że liczba chłopców chętnych do podjęcia regularnych treningów maleje z roku na rok. Sukcesy nowego mistrza sprawiły jednak, że po chwilowym kryzysie sytuacja szybko wróciła do normy.

Debiut liczącego sobie wówczas dwadzieścia pięć lat Jernberga na wielkich zawodach międzynarodowych miał miejsce w 1954 roku, podczas mistrzostw świata w Falun. Szwed, podobnie jak jego wielki rywal Veikko Hakulinen, miał świetnego nauczyciela. Fina szkolił Veli Saarinen, natomiast Szweda Nils Karlsson, dziewięciokrotny zwycięzca Biegu Wazów. Legendarny „Mora Nisse” zakończył karierę w 1953 roku i wtedy też zaczął poważną pracę z Jernbergiem. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

W Falun Sixten ustępował jeszcze najsłynniejszym rywalom, jednak miejsca siódme i czwarte zwiastowały rychłe nadejście nowej gwiazdy tras biegowych, a przecież doszedł do tego jeszcze brązowy medal w sztafecie. Co więcej, po mistrzostwach błysnął w Holmenkollen, gdzie wygrał bieg na 15 kilometrów i był drugi w maratonie. Rok później uchodził już za jedną z największych sław. Na liście sukcesów zapisać mógł między innymi zwycięstwa w mocno obsadzonych biegach na 30 kilometrów w Moskwie oraz w Cortinie d’Ampezzo. Co ciekawe, w obu przypadkach były to rzadko spotykane triumfy ex aequo. W ZSRR ten sam czas uzyskał bowiem Martin Stokken, a we Włoszech Władimir Kuzin. Wygrana z Norwegiem uzyskana była w zawodach rozgrywanych w formule dziś już nieco zapomnianej. Biegaczy puszczano na trasę co 30 sekund, ale nie pojedynczo, a we dwóch. System był ciekawy i miał zarówno swoje plusy, jak i minusy. Istniała teoretyczna możliwość, że jeśli startujący duet będzie odpowiednio dobrze współpracował na trasie, to zajmie pierwsze i drugie miejsce, a o tym, kto zwycięży, zadecyduje bezpośrednia walka na ostatnich metrach. W Moskwie Jernberg i Stokken wystartowali razem i pokonali wspólnie całą trasę, a na mecie uzyskali najlepszy czas. Na finiszu nie było między nimi walki i pierwsze miejsce przyznano obydwu. Tego rodzaju zawody rozgrywano wielokrotnie, w tym także w Falun, i nie były one w tamtych czasach niczym nadzwyczajnym – parami nieraz ruszano na trasę również w Polsce. Pod koniec lat osiemdziesiątych próbowano takiej formuły także w Pucharze Świata, na przykład w 1987 roku przy okazji biegu na 5 kilometrów pań w Lahti.

W 1956 roku Sixten Jernberg po raz pierwszy wystąpił na igrzyskach olimpijskich, które zawitały wtedy na Półwysep Apeniński. Były one popisem nowego mistrza rodem ze szwedzkiej miejscowości Lima. Na początek zdobył dwa srebrne medale w dwóch startach indywidualnych, później przyszedł czas na brąz w sztafecie. W biegu na 50 kilometrów już na pierwszym punkcie pomiaru czasu miał najlepszy rezultat i utrzymał swoje tempo, po czym sięgnął po złoto. Na mecie jego przewaga nad Hakulinenem wyniosła 1 minutę i 18 sekund. Jernberg stał się tym samym drugim w historii zawodnikiem, który stanął na podium wszystkich rozegranych konkurencji.

Po olimpijskich zmaganiach, jeszcze w tym samym sezonie, wystąpił wspólnie z kolegami z reprezentacji w Östersund na mistrzostwach kraju, gdzie wygrał bieg na 50 kilometrów. Innego scenariusza nikt spośród fanów Jernberga w ogóle nie brał pod uwagę. Tymczasem on sam stopniowo zaczynał być postrzegany jako zawodnik, który specjalizuje się w rywalizacji na długich dystansach. Zaczęły się sprawdzać słowa sprzed kilku lat, wypowiedziane przez Nilsa Karlssona, który rozpoczynając współpracę z młodym wówczas Jernbergiem, twierdził, że jego podopieczny będzie wyjątkowo mocny właśnie w maratonach.

Niewiele brakowało, a Szwed powtórzyłby swoje osiągnięcie z Cortiny d’Ampezzo także w 1958 roku i z mistrzostw świata w Lahti również wyjechałby z kompletem medali. Do pełni szczęścia zabrakło jednego miejsca na podium. Jernberg rozpoczął występy w Finlandii od zdobycia brązowego medalu na 30 kilometrów, następnie był czwarty na dystansie o połowę krótszym. Złoto zespołowe przyszło w sztafecie, a o laur indywidualny Szwed miał powalczyć w swej ukochanej konkurencji, czyli w maratonie. Los chciał, że Jernberg i Hakulinen, główni skandynawscy faworyci, otrzymali dwa sąsiednie numery startowe. Tym razem nieco więcej szczęścia w losowaniu miał Fin, który ruszył na trasę 30 sekund po rywalu, dzięki czemu widział go na trasie i nie musiał być zdany wyłącznie na komunikaty trenerów.

Pierwsza pętla licząca 20 kilometrów potwierdziła, że Hakulinen, który już wcześniej wygrał w Lahti jeden z biegów, jest w stanie sięgnąć po kolejne złoto. Widząc przed sobą Jernberga, narzucił na tyle wysokie tempo, że zdołał zyskać 13 sekund zapasu. Fin był coraz bliżej i oczyma wyobraźni zapewne widział już, jak dogania rywala, który wystartował przed nim. W tym momencie Szwed przypuścił szturm, który okazał się decydujący. Oto jak „Przegląd Sportowy” relacjonował ten maraton: „Między dwudziestym a dwudziestym ósmym kilometrem rozstrzygnęły się właściwie losy całej konkurencji. Jernbergowi, który niemal czuł na swych plecach oddech Hakulinena, znudziła się ta cała zabawa i przystąpił do generalnego ataku. Szwed biegł tak, jakby dopiero co wypuszczono go ze startu. Były momenty, że wydawało się, iż właśnie Jernberg biegnie, a Hakulinen stoi w miejscu. Tego niespodziewanego ataku prawie na dwadzieścia pięć kilometrów przed metą nikt nie był w stanie ani przewidzieć, ani odeprzeć. Jernberg szybko zdobył minutę przewagi”5. Ostatecznie Szwed był lepszy o niespełna 1 minutę i 20 sekund.

Dwa lata później, w trakcie igrzysk w Squaw Valley w USA, Jernberg już w biegu na 30 kilometrów potwierdził formę i od początku do końca miał najlepszy czas. Cztery dni później przyszedł czas na bieg na 15 kilometrów, najciekawszy na tych igrzyskach i jeden z najciekawszych rozegranych na przestrzeni wielu lat. Po dwóch trzecich dystansu na czele znalazł się Jernberg. Czyżby szykował się drugi złoty bieg szwedzkiego mistrza? Za jego plecami wciąż czaili się jednak Veikko Hakulinen i Hakon Brusveen, którzy tracili zaledwie po 2 sekundy. Cała trójka już do końca walczyła o złoto. Różnice czasowe pozostały minimalne, lecz szala, na której leżał najcenniejszy laur, przechyliła się ostatecznie na stronę norweską i życiowy sukces fetować mógł Brusveen. Jernberg uzyskał drugi czas ze stratą 2,1 sekundy. Zwycięzca zapisał się w historii norweskiego sportu pod pewnym względem podobnie jak u nas Wojciech Fortuna. Na igrzyska miał nie jechać, do kadry został włączony w ostatniej chwili i… wygrał.

W Squaw Valley Jernberg nie wywalczył już medalu, choć wcześniej zdobywał je we wszystkich sześciu olimpijskich biegach, licząc także występy w Cortinie. W sztafecie zajął miejsce czwarte, a w maratonie, w którym był faworytem, dopiero szóste. Kolejna szansa na powiększenie medalowego dorobku pojawiła się dwa lata później w Zakopanem, w trakcie następnych mistrzostw świata. Asów z północy nie gościliśmy u siebie od dawna, więc występ Jernberga był dla polskich kibiców atrakcją samą w sobie. Tymczasem pierwszy start mistrza skończył się klęską – zajął ledwie dziesiąte miejsce! Po takim rozczarowaniu Szwed wycofał się z drugiego biegu, by wrócić do zespołu rywalizującego w sztafecie, z którym zdobył złoto. Następnie, gorąco oklaskiwany przez polskich kibiców, dobrze zdających sobie sprawę, jakiej klasy jest zawodnikiem, wygrał także bieg na 50 kilometrów.

Nieco ponad dwa tygodnie później Jernberg po raz kolejny stanął na starcie Biegu Wazów. Po mistrzostwach w Zakopanem szwedzcy kibice oczekiwali wielkiego wyniku swego idola uzyskanego na własnej ziemi, a najlepiej trzeciego zwycięstwa w słynnym maratonie. On sam nie przypuszczał, że wkrótce po zawodach… trafi do szpitala. Początkowo wszystko układało się zgodnie z planem – słynny narciarz przez dłuższy czas prowadził grupę. Wreszcie na ostatnich trzech kilometrach wraz z nim biegł już tylko Janne Stefansson. Podobno Jernberg miał wówczas zaproponować młodszemu koledze wspólne przekroczenie linii mety i podzielenie się zwycięstwem, jednak Stefansson nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi, wspominając jedynie o swym zmęczeniu. Do mety pozostało trzysta metrów, gdy nagle rzekomo osłabiony Stefansson przypuścił szaleńczy atak i w ten sposób zajął pierwsze miejsce.

Do legendy przeszła historia, jakoby po tej porażce stary mistrz miał stanąć przy znajdującym się nieopodal pomniku króla Gustawa Wazy, wściekłym głosem zwymyślać spiżową postać władcy, a następnie porzucić u jego stóp swe narty i kijki. Taką właśnie historię zapamiętał inny szwedzki czołowy narciarz tej epoki, Assar Rönnlund, jednak sam Jernberg zaprzeczał później tej opowieści.

Tymczasem wkrótce po zakończeniu maratonu, na którego przebycie potrzebował przeszło pięć godzin, Jernberg poczuł ból oczu. Dolegliwość się nasilała, dodatkowo pojawiło się łzawienie i coraz mocniejszy ból głowy. Sytuacja stała się jasna – bieg toczył się przy słonecznej pogodzie i światło w połączeniu z wielogodzinnym przebywaniem w zaśnieżonym terenie spowodowało tak zwaną ślepotę śnieżną. O stosowanych dziś goglach nie było jeszcze mowy i wielki mistrz startował bez jakiejkolwiek ochrony. Mimo to w szpitalu w Falun lekarze odpowiednio się nim zajęli i pacjent szybko wrócił do pełni sił, a dolegliwość na szczęście nie okazała się zbyt groźna w skutkach. Jeszcze w tym samym sezonie Jernberg zdążył wygrać bieg na 42 kilometry w Malung, gdzie wystąpił jednak w ciemnych okularach, chroniących wciąż osłabione oczy.

A Janne Stefansson, który w tak mało chwalebny sposób odniósł swoje pierwsze z siedmiu zwycięstw w Biegu Wazów? Wydawać by się mogło, że obydwaj panowie od tej pory za sobą nie przepadali. Pozory czasami jednak mylą. Jernberg i Stefansson byli najlepszymi przyjaciółmi zarówno przed biegiem, jak i przez dziesiątki lat po jego rozegraniu, a ewentualne nieliczne spory i wątpliwości zawsze kończyły się w ich przypadku wraz z zakończeniem zawodów.

Historia ze ślepotą śnieżną nie miała istotnego wpływu na dalsze losy kariery Sixtena Jernberga. W 1963 roku wspólnie z Veikko Hakulinenem poważnie rozważał on zmianę dyscypliny na biathlon i nawet próbował sił na strzelnicy, jednak efekty tych prób były bardzo mizerne, pozostał przy biegach. Decyzja okazała się słuszna, bo niespełna trzydziestopięcioletni wówczas Jernberg wciąż jeszcze był w bardzo dobrej formie. Olimpijskie starty w Innsbrucku zaczął od trzeciego miejsca w biegu na 30 kilometrów, następnie uzyskał piąte miejsce na dystansie o połowę krótszym, a także złoty medal w sztafecie.

Wreszcie przyszła pora na bieg na 50 kilometrów – ostatni olimpijski maraton Sixtena Jernberga, ostatni poważny maraton w całej jego długiej karierze! Niemalże od startu na czele plasował się Kalevi Hämäläinen. Po pokonaniu przeszło czterdziestu kilometrów wciąż prowadził i wtedy… sprawdziła się teoria mówiąca, że ten dystans nierzadko rozstrzyga się mniej więcej około czterdziestego drugiego kilometra i że właśnie wówczas zdarzają się największe kryzysy. Na trudnym podbiegu Fin całkowicie osłabł i choć ostatecznie zdołał ukończyć bieg, zajął miejsce szesnaste z blisko dziewięciominutową stratą! Jernberg takiej szansy nie wypuścił z rąk i zwyciężył raz jeszcze.

Wkrótce po igrzyskach w Innsbrucku ogłosił zakończenie kariery, wcześniej jednak, w marcu 1964 roku, zdążył jeszcze zająć drugie miejsce w maratonie w Holmenkollen, gdzie pokonał go tylko Arto Tiainen z Finlandii. Z kontynuowania startów zrezygnował narciarz, który aż do początku lat dziewięćdziesiątych znajdował się na czele listy wszech czasów, jeśli chodzi o liczbę medali i tytułów mistrzowskich. Wyliczono, że w ciągu swojej seniorskiej kariery wystartował łącznie w 363 biegach, spośród których wygrał aż 134. W tej liczbie znalazło się między innymi piętnaście triumfów na mistrzostwach Szwecji, co oczywiście również było rekordem.

Przed Jernbergiem wielu biegaczy dość późno rozpoczynało przygotowania do sezonu, a po jego rozpoczęciu szlifowało formę na najważniejsze zawody przez treningi, a nie starty. Tymczasem Szwed uznał, że w jego przypadku optymalnym sposobem przygotowania będzie właśnie metoda startowa. Rywalizował więc bardzo często i regularnie, niekiedy nawet w krajowych rozgrywkach okręgowych o niskim znaczeniu. Przyniosło mu to znakomite efekty i Szwed szybko znalazł wielu naśladowców.

O mistrzu z Limy wiadomo było także, że nigdy nie schodził z trasy. Nieważne było, czy w przypadku kryzysu zajmie miejsce bardzo dalekie – ukończenie konkurencji było dla niego miarą sportowego honoru. W swojej rodzinnej miejscowości podczas zawodów rozgrywanych w 1962 roku poważnie zranił się w stopę, ale i tak dobiegł do mety. Inne wyjście nigdy nie wchodziło w grę – zawsze walczył do końca.


NIEUDANA INAUGURACJA MISTRZOSTW ŚWIATA

Na pierwsze zimowe igrzyska olimpijskie trzeba było czekać do 1924 roku, choć już wcześniej, bo od roku 1901, rozgrywano uznawane dziś za ich pierwowzór igrzyska nordyckie. Impreza odbywała się dość nieregularnie – początkowo co dwa lata, następnie najczęściej co cztery, choć raz zdarzyło się także, że przerwa potrwała aż pięć lat. Pięć edycji miało miejsce w Sztokholmie, dwie wspólnie ze stolicą Szwecji zorganizowało Östersund, tylko jedna zaś rozegrana została w norweskiej Christianii. W gronie uczestników przeważali Szwedzi.

Prawdziwe igrzyska olimpijskie znacząco przyczyniły się do upadku igrzysk nordyckich, ale nie były jedyną imprezą, która pojawiła się w narciarskim kalendarzu w połowie lat dwudziestych. Istniejąca już wtedy FIS (Fédération Internationale de Ski), czyli Międzynarodowa Federacja Narciarska, postanowiła przeprowadzać także coroczne zawody z udziałem całej czołówki, początkowo zwane Rendez-Vous Races, a de facto już wtedy będące mistrzostwami świata. Pomysł wydawał się dobry, ale… pierwsze mistrzostwa zostały zbojkotowane przez niemalże wszystkich najlepszych! Dziś zawody tej rangi to narciarskie święto, ale w 1925 roku było zupełnie inaczej. Skandynawowie, wówczas bezsprzecznie najlepsi, zaprotestowali przeciwko samej idei organizowania mistrzostw świata, gdyż twierdzili, że czołówka startuje już w Holmenkollen i nie ma sensu powielać tego rodzaju imprezy.

Władze FIS pozostały nieustępliwe i pierwsze Rendez-Vous Races odbyły się w czechosłowackich Jańskich Łaźniach, ale zakończyły się fiaskiem. Na mistrzostwa nie przyjechał bowiem niemalże nikt z państw skandynawskich (wyjątek stanowili dwaj przedstawiciele głębokich rezerw norweskich). Na domiar złego na udział nie zdecydowali się także zawodnicy z większości innych państw, w związku z czym najmocniejszą kadrę wystawili jedynie gospodarze. Nie mieli oni szczególnie trudnego zadania, gdyż nie dość, że stanowili przeszło trzy czwarte wszystkich uczestników mistrzostw, to na dodatek ich rywalami okazali się głównie Niemcy. Co więcej, nie była to wcale pierwsza reprezentacja kraju, lecz… przedstawiciele zaledwie jednego klubu, Hauptverband der Deutschen Wintersportvereine. Ponadto do Jańskich Łaźni przybyli jeszcze pojedynczy Austriacy, Polacy, Szwajcarzy i Włosi, których najczęściej policzyć można było dosłownie na palcach jednej ręki. Już w tym momencie stało się jasne, że mistrzostwa z góry skazane są na niepowodzenie, lecz należało robić dobrą minę do złej gry i przeprowadzić je choćby w takiej okrojonej formie.

Gwiazdą spotkania okazał się Otokar Německý, najlepszy na 18 kilometrów i w kombinacji norweskiej, jeden z dwóch braci często goszczących także w Polsce przy okazji naszych międzynarodowych imprez. Właśnie on do dziś figuruje w rozmaitych zestawieniach jako pierwszy mistrz świata, choć zwycięstwo odniósł w zawodach iście kadłubowych i obsadzonych po prostu słabo. Na szczęście w kolejnych latach podobne protesty, jeśli w ogóle się zdarzały, miały niewielki zasięg, aż wreszcie w następnej dekadzie nikt już nie negował wartości takich rywalizacji jak mistrzostwa świata – często zaczęły one gościć także w Skandynawii, a dwukrotnie zawitały do Polski. Stały się prawdziwym sportowym świętem i tak jest do dziś. Początki łatwe jednak nie były!


MISTRZ 30 KILOMETRÓW

Przekazanie pałeczki w pokoleniowej zmianie warty na początku lat sześćdziesiątych udało się w Finlandii doprawdy wyjątkowo. Stary mistrz Veikko Hakulinen powoli kończył karierę, a na jego miejsce do światowej czołówki natychmiast wszedł godny następca, czyli Eero Mäntyranta – indywidualista, przez lata deklarujący, że nie bierze udziału w żadnym zgrupowaniu, lecz będąc sobie sterem, żeglarzem i okrętem, szykuje na własną rękę optymalną formę na najważniejsze zawody. Był to narciarz z grona najbardziej utytułowanych, a jednocześnie pierwszy biegacz, w którego przypadku stwierdzono pozytywny wynik testu dopingowego. Cała historia okazała się w dodatku nietypowa i tajemnicza, a swój zaskakujący epilog miała przeszło dwadzieścia lat później.

Kariera Mäntyranty zaczęła się jednak dość standardowo. Urodzony w 1937 roku Fin stopniowo piął się w swym kraju po szczeblach biegowej drabiny. Postępy przez niego czynione były na tyle szybkie, że w wieku dwudziestu dwóch lat po raz pierwszy wystąpił na igrzyskach olimpijskich. Start w Squaw Valley zakończył się znakomicie, gdyż debiutant zdobył srebro w biegu na 15 kilometrów i złoto w sztafecie. Lepszego występu chłopak z Turtoli z pewnością nie mógł sobie wymarzyć.

Dwa lata później świadkami wielkich wyników Fina byli polscy kibice. Mäntyranta przybył do Zakopanego już jako jeden z głównych faworytów i wygrał bieg na 30 kilometrów, choć nie miał łatwego zadania, gdyż sensacyjnie wysoko poprzeczkę zawiesił mu mało wtedy znany Włoch Giulio De Florian, który na półmetku stracił ledwie 6 sekund, a ostatecznie zajął trzecie miejsce i zdobył pierwszy w historii medal dla swojego kraju. Pierwsze indywidualne złoto dla siebie i dla Finlandii wywalczył z kolei Mäntyranta. Nowy fiński idol uzyskał najlepszy czas z przewagą niespełna 10 sekund nad Janne Stefanssonem, który na trasie miał wyjątkowo trudne zadanie. Szwed startował w pierwszej grupie z numerem 3 i szybko minął dwóch wcześniej ruszających na trasę rywali. W śnieżnej zadymce oznaczało to konieczność przedzierania się przez kompletnie zasypane tory. Stefansson był na tyle mocny, że i tak wywalczył srebro z bardzo niewielką stratą, jednak nie można wykluczyć, że gdyby podobnie jak Mäntyranta miał przetarte tory, to właśnie on zostałby mistrzem świata.

Na polskich mistrzostwach Mäntyrancie przyszło startować jeszcze w dwóch konkurencjach. Indywidualnie zajął piąte miejsce w biegu na 15 kilometrów, dość wyraźnie przegrywając z rywalami i nie mając większych szans na medal. Zdecydowanie lepiej było w sztafecie, gdzie wspólnie z kolegami z reprezentacji zdobył srebro. Finowie nie dali żadnych szans zawodnikom z ZSRR i Norwegom, jednak jednocześnie sami wyraźnie ulegli Szwedom.

Po zakopiańskich mistrzostwach Mäntyranta stał się numerem jeden światowych biegów i miał uzasadnione prawo liczyć na sukcesy także w następnej wielkiej imprezie, jaką były igrzyska olimpijskie w Innsbrucku. Tuż przed wyjazdem do Austrii głośno było wprawdzie głównie o… tanecznych popisach Fina, który uznał, że nic nie będzie tak korzystne jak odstresowanie się przed startem i pójście na całonocną zabawę. Trzeba tu jednak przyznać, że oczywiście wcześniej wykonał odpowiednią pracę niezbędną do przygotowania się do olimpijskich startów. Dzień w dzień pokonywał na treningach wyznaczony dystans 50 kilometrów, a jeśli akurat obowiązki zawodowe uniemożliwiały mu odbycie zajęć, przypinał narty w nocy i biegał po ulicach swego miasta, które, w przeciwieństwie do prawdziwych profesjonalnych tras, były sztucznie oświetlone.

Zgodnie z przewidywaniami w „trzydziestce” otwierającej igrzyska Fin był najlepszy. Dość długo toczył bój o wygraną z Olem Ellefsaterem, ale Norweg sam się wyeliminował z dalszej rywalizacji na skutek upadku, w którym złamał obydwie narty. Mäntyranta zdobył w ten sposób swoje pierwsze indywidualne złoto olimpijskie, na które czekał całe sportowe życie.

Na drugie złoto przyszło czekać zaledwie… trzy dni. Na dystansie 15 kilometrów kibice ponownie byli świadkami pojedynku niewysokiego Mäntyranty z blisko dwumetrowym Haraldem Gronningenem, który już w pierwszej konkurencji pokazał wielką formę. Rozstrzygnięcie biegu nastąpiło w jego drugiej części. Fin zwiększył wówczas małą początkowo przewagę nad norweskim rywalem do 40 sekund. „Podczas konkurencji czułem się wspaniale, ale cały czas biegłem w ciemno, gdyż nie znałem czasów moich przeciwników. Dopiero na 13 kilometrze powiedziano mi, że tylko o 10 sekund gorszy jest ode mnie Norweg Gronningen. Trochę się zdenerwowałem, bo przecież Norwedzy mają zawsze szczęście do biegu na 15 kilometrów, a my nie. Jestem bardzo, bardzo szczęśliwy. A jednak opłaca się trenować!”6, powiedział po swym zwycięstwie Mäntyranta w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”, dodając jednocześnie, że znakomicie wspomina mistrzostwa świata w Zakopanem. W Innsbrucku medalowa passa Fina trwała: w sztafecie zdobył srebro. Również po igrzyskach pokazał, na jak wiele go stać – wygrał w Lahti oraz w Holmenkollen.

Norweskie wzgórze szczególnie szczęśliwe miało się dla niego okazać dwa lata później. Właśnie wtedy, w 1966 roku, Holmenkollen ponownie gościło u siebie mistrzostwa świata. Gospodarze już w pierwszej konkurencji musieli przełknąć gorycz porażki. W piękny, słoneczny i mroźny dzień Eero Mäntyranta był prawdziwym królem. Dystans 30 kilometrów ponownie okazał się konkurencją, w której nie było na niego mocnych. Na starcie stanęli praktycznie wszyscy biegowi mocarze (zabrakło jedynie chorych na grypę Szwedów Rönnlunda i Stefanssona), a i tak Fin triumfował bardzo pewnie, prowadząc praktycznie od początku.

W Holmenkollen było to jednak jedyne zwycięstwo Mäntyranty i jednocześnie jego ostatni złoty medal w karierze. W pozostałych męskich konkurencjach biegowych tych mistrzostw świata królowali już gospodarze, a przede wszystkim jeden z nich, Gjermund Eggen. Ku radości norweskich kibiców wygrał on najpierw bieg na 15 kilometrów, następnie wspólnie z trójką kolegów z kadry sztafetę, a na zakończenie także maraton. Trzy złote medale podczas jednych zawodów – taka sztuka w dziejach biegów nie udała się jeszcze nikomu. Dwudziestopięcioletni Norweg nigdy wcześniej nie stanął na podium żadnego liczącego się medalowego biegu, nie udało mu się to także później, ale wynikami uzyskanymi w 1966 roku na zawsze wpisał się w historię norweskiego sportu.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.