Dżihad kontra McŚwiat. Jak nasz świat dzieli się, a zarazem jednoczy i co to oznacza dla demokracji - Benjamin R. Barber - ebook

Dżihad kontra McŚwiat. Jak nasz świat dzieli się, a zarazem jednoczy i co to oznacza dla demokracji - ebook

Benjamin R. Barber

(0)
lub

Czytaj od 6,99 zł miesięcznie

Uzyskaj stały dostęp do ponad 4000 ebooków

Jak często czytasz? Mamy propozycję specjalnie dla Ciebie:

Książka zabezpieczona watermarkiem. Przeczytasz ją na:

komputerze EPUB
Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Złoty łuk McDonalda pojawia się w coraz to nowych zakątkach globu... Bojownicy wojen domowych po obu stronach różnych frontów noszą takie same adidasy i słuchają tych samych przebojów. W Internecie fundamentaliści knują wirtualne spiski...

Te i inne paradoksy współczesnego świata Benjamin R. Barber analizuje w swojej błyskotliwej i napisanej z polemiczną pasją książce.

Barber udowadnia, że procesy globalizacji (McŚwiat) i tendencje separatystyczne (Dżihad) oddziaływują na siebie i napędzają się wzajemnie.

Prawdziwą bohaterką tej książki jest jednak demokracja, zagrożona zarówno przez wszelkiego rodzaju fundamentalizmy, jak i przez wolny rynek, rządzący się bezwzględną logiką zysku.

Czy między Dżihadem i McŚwiatem znajdzie się miejsce dla społeczeństwa obywatelskiego? Benjamin R. Barber mimo wszystko nie traci optymizmu.

Benjamin R. Barber (ur. w 1939 r.) politolog amerykański. Ukończył London School of Economics (1957) i Albert Schweitzer College w Szwajcarii (1959), kształcił się w Grinnell College, gdzie w 1960 roku uzyskał licencjat, i na Uniwersytecie Harvarda, gdzie na wydziale polityki rządowej otrzymał doktorat. Był wykładowcą akademickim i doradcą znanych polityków, między innymi Billa Clintona i Howarda Deana. Obecnie jest profesorema na University of Maryland, College Park School of Public Policy. Jest też prezesem i dyrektorem międzynarodowej organizacji NGO CivWorld.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}










BENJAMIN R. BARBER

DŻIHAD
KONTRA
McŚWIAT


Tytuł oryginału: Jihad vs. McWorld

Projekt serii: Maciej Sadowski

Projekt okładki: Karolina Michałowska, Mariusz Filipowicz

Redakcja: Barbara Gruszka

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

© 1995 by Benjamin R. Barber.

This translation published by arrangement

with Crown Publishers, an imprint of the Crown

Publishing Group, a division of Random House, Inc.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 1997, 2013

© for the Polish translation by Hanna Jankowska

ISBN 978-83-7495-360-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Przedmowa

Koniec historii nie nastąpił, nie znaleźliśmy się też w cudownej krainie techné, obiecywanej przez futurologów. Upadek państwowego komunizmu nie doprowadził narodów do bezpiecznej demokratycznej przystani, a horyzont, jaki się przed nami roztacza, nadal przysłaniają chmury przeszłości, widmo bratobójczych walk i wojen domowych. Ci, którzy patrzą w przeszłość, stwierdzają, że wszystkie potworności niegdysiejszych rzezi odżyły w rozpadających się państwach – w Bośni, na Sri Lance, w Osetii i Rwandzie – i że nic się właściwie nie zmieniło. Ci, którzy spoglądają w przyszłość, prorokują, że osiągnięta dzięki rozwojowi rynków i technologii wzajemna zależność stworzy istny raj i że wszystko już wygląda inaczej albo wkrótce się zmieni. Odnieść można wrażenie, że jedni i drudzy obserwatorzy sięgają po różne almanachy, wyjęte z bibliotek całkiem odmiennych planet.

Każdy uważny czytelnik prasy codziennej, który zapoznaje się na pierwszych stronach gazet zarówno z wiadomościami o rzeziach i wojnach domowych, jak i z zamieszczanymi na stronach gospodarczych doniesieniami o mechanizmach działania globalnej infostrady i ekonomicznych aspektach fuzji wielkich firm telekomunikacyjnych, każdy, kto świadomie przyjmuje do wiadomości całą perspektywę, jaka go otacza, zdaje sobie sprawę, że nasz świat i nasze życie znalazły się w pułapce między dwiema, jak je nazywa William Butler Yeats, wiecznościami: rasy i duszy. Ta pierwsza stanowi odzwierciedlenie plemiennej przeszłości, druga zaś zapowiada przyszłość nieznającą lojalności narodowych. W naszym świeckim wydaniu owe wieczności są jednak wypaczone: rasa kojarzy się wyłącznie z resentymentem, dusza zaś przykrojona została na miarę ciała, według którego określa swoje potrzeby. Ani rasa, ani dusza nie stwarza nam perspektyw jasnej przyszłości, ani jedna, ani druga nie gwarantuje w dalszej perspektywie demokratycznej organizacji społeczeństwa.

Pierwszy scenariusz, wywodzący się od rasy, zapowiada się niezwykle ponuro: nawrót wielkich grup ludzkości do form plemiennych, czemu towarzyszyć będą krwawe wojny, groźba bałkanizacji państw narodowych, gdzie kulturę podżega się przeciw kulturze, ludzi przeciw ludziom, plemię przeciw plemieniu. Jest to Święta Wojna, toczona w imię dziesiątków zaściankowych wierzeń, przeciw wszelkim formom wzajemnej zależności, współpracy społecznej i wzajemności, a więc przeciw technologii, kulturze masowej i zintegrowanym rynkom, przeciw nowoczesności jako takiej i przeciw przyszłości, w której nowoczesność się rodzi. Drugi scenariusz maluje tę samą przyszłość w niezwykle atrakcyjnych barwach, przedstawiając siły ekonomiczne, technologiczne i ekologiczne, które narzucają integrację i ujednolicenie, mesmeryzując ludzi na całym świecie szybką muzyką, szybkimi komputerami i „szybkim jedzeniem” (fast food). MTV, Macintosh i McDonald’s to ich symbole. Za ich sprawą ludzkość zmienia się w jeden wielki park tematyczny, McŚwiat połączony środkami komunikacji, informacji, rozrywką i handlem. Między wieżą Babel a Disneylandem planeta nasza pospiesznie się rozpada i opornie zbiera w całość, a oba te procesy zachodzą jednocześnie.

Niektórzy są tak oszołomieni, że dostrzegają jedynie wieżę Babel i ubolewają nad setkami nowo powstałych narodów prowadzących dialog z sąsiadami przy użyciu moździerzy i snajperskich karabinów. Inni – fanatycy Disneylandu – obstają przy futurologicznych banałach i przejęci wizją rzeczywistości wirtualnej, wykrzykują: „Przecież ten świat jest taki mały!”. I jedni, i drudzy mają rację. Jak to możliwe?

Zmusza się nas, byśmy dokonywali wyboru między czymś, co uchodzi za „zmierzch suwerenności” i dokonujący się w procesie entropii koniec całej historii[1], a powrotem do najbardziej zaciekłych konfliktów, do „zagrożenia globalną anarchią”, do Miltonowskiego Pandemonium – stolicy piekła, do świata, który całkiem wymknie się spod kontroli[2].

Prawda o paradoksie, będącym tematem tej książki, jest taka, że obie tendencje, Dżihad i McŚwiat, działają jednocześnie, obie przejawiają się niekiedy w tym samym kraju i w tej samej chwili. Fanatycy irańscy jednym uchem słuchają mułłów nawołujących do Świętej Wojny, drugim zaś łowią dialogi telewizyjnych seriali – Dynastii, Simpsonów czy talk-show Donahue – nadawanych z satelity przez sieć telewizyjną Star należącą do Ruperta Murdocha. Chińscy przedsiębiorcy dokładają wszelkich starań, by wkraść się w łaski pekińskich działaczy partyjnych, a jednocześnie udzielają koncesji restauracjom KFC. W Nankinie, Hangzhou i Xian 28 takich restauracji obsługuje ponad 100000 klientów dziennie. Rosyjska Cerkiew, walcząca o odrodzenie wiary, weszła w spółkę joint venture z pewnym biznesmenem z Kalifornii: butelkuje i sprzedaje wody mineralne pod szyldem Saint Springs Water Company. Serbscy oprawcy, celujący do sarajewskich cywilów, którzy przemykają się pod murami, by zdobyć trochę wody, obuci są w adidasy i słuchają z walkmanów przebojów Madonny. Zarówno ortodoksyjni chasydzi, jak i mnożący się w szybkim tempie neonaziści sięgnęli po muzykę rockową jako środek mający przekazać ich przesłanie młodym pokoleniom, a fundamentaliści knują wirtualne spiski w Internecie.

Ani Dżihad, ani McŚwiat nie jest niczym nowym. Od czasów Oświecenia przez prace filozofów i poetów ubolewających nad Wiekiem Rozumu przewijają się dwa wątki: końca Historii, jako zwycięstwa nauki i rozumu, lub będącej tworem nauki i rozumu potwornej perwersji (dzieło doktora Frankensteina u Mary Shelley). „Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze; czysta anarchia szaleje nad światem” lamentował Yeats[a] a ci, którzy dzisiaj przypatrują się Dżihadowi, niewiele mają do dodania, ot, jakiś współczesny detal. W przypowieści o upadku Adama i wynikających z tego możliwościach zbawienia wyraża się dobitnie osiemnastowieczna – a także i nasza – ambiwalencja dotycząca przeszłości i przyszłości. Moim zamiarem jest jednak coś więcej niż przedstawianie w nowej postaci głównego paradoksu dziejów ludzkości. Interesuje mnie przede wszystkim nie tyle Dżihad czy McŚwiat, co zachodzący między nimi związek. Między tymi dwoma przeciwstawnymi siłami świat wymyka się bowiem spod kontroli[3]. Czyżby więc wspólną cechą Dżihadu i McŚwiata była anarchia: brak wspólnej woli i tej świadomej, podporządkowanej prawu zbiorowej kontroli społecznej, którą nazywamy demokracją?

Postęp posuwa się niekiedy chwiejnymi krokami, nie zawsze do przodu. W zawiłym labiryncie historii zdarza się, że Dżihad nie tylko buntuje się przeciw McŚwiatowi, ale z nim współdziała, a McŚwiat nie tylko Dżihadowi zagraża, lecz odradza go i wzmacnia. Tworzą własne przeciwieństwa i potrzebują się wzajemnie. Chciałbym nie tylko przybliżyć czytelnikowi Dżihad i McŚwiat po kolei, ale przedstawiając ten drugi nie spuszczać oka z tego pierwszego, analizując zaś Dżihad nie zapominać o kontekście McŚwiata. Możecie to nazwać dialektyką McŚwiata: takie umysłowe ćwiczenie, uwzględniające zasadnicze różnice między jednym i drugim zjawiskiem, ale uznające także ich ścisłą i paradoksalną zależność wzajemną.

Podjęta przeze mnie próba zastosowania dialektyki różni się jednak zasadniczo od wysiłków, jakich dokonywali dziewiętnastowieczni tytani myśli. I Hegel, i Marks, którzy dali się uwieść osiemnastowiecznej wierze w postęp, przekonani byli, że rozum jest po stronie postępu. Trudniej jednak uwierzyć, że ze starcia między Dżihadem i McŚwiatem wyniknie jakieś wyższe dobro. Wygląda raczej na to, że wolność człowieka zostanie w rezultacie ograniczona, a nie umocniona. Oba zjawiska mogą, pozostając w konflikcie, działać na rzecz tego samego celu, na zewnątrz widać konflikt, ale panuje ukryta harmonia, a demokracja z pewnością na tym nie skorzysta. W Berlinie Wschodnim plemienny komunizm ugiął się przed kapitalizmem. Niewzruszone, wyniosłe pomniki Marksa i Engelsa na placu ich imienia spoglądają na wschód, jakby wypatrując gestu pocieszenia z dalekiej Moskwy, ale naokoło na ulicach otaczających park, w którym pomniki uwięziono, pełno jest tanich restauracji w rodzaju TGI Friday’s i międzynarodowych hoteli w rodzaju Radissona, a wielkie neony szyderczo migają w twarz twórcom socjalizmu markami Panasonic, Coke, GoldStar. Nowe bóstwa, w porządku, ale czy więcej wolności?

Cóż więc konkretnie oznacza dialektyczne ujęcie Dżihadu i McŚwiata, skoro już na pierwszy rzut oka tendencje reprezentowane przez te siły wydają się tak niepodważalnie sprzeczne? Dżihad i McŚwiat działają przecież w przeciwstawnych kierunkach: jeden napędzany jest prowincjonalnymi fanatyzmami, siłę drugiego stanowią uniwersalizujące rynki. Jeden wytycza na nowo etniczne i przednarodowe granice wewnątrz państw, drugi, oddziałując z zewnątrz, sprawia, że granice stają się przepuszczalne. Dżihad i McŚwiat mają jednak wspólną cechę: wydają wojnę suwerennemu państwu, a tym samym podkopują jego demokratyczne instytucje. Oba wzdragają się przed społeczeństwem obywatelskim i pomniejszają znaczenie demokratycznych cnót obywatelskich, nie starając się przy tym wyłonić alternatywnych instytucji demokratycznych. Dżihad wytwarza społeczności oparte na więzach krwi, wykluczeniu obcych i nienawiści, mające demokrację za nic i przedkładające nad nią despotyczny paternalizm lub uznaną przez ogół więź plemienną. McŚwiat tworzy światowe rynki oparte na konsumpcji i zysku, a kwestie dobra publicznego, o które niegdyś troszczyły się demokratyczne społeczności i ich rządy, pozostawia mało odpowiedzialnej, jeśli wręcz nie fikcyjnej, „ręce rynku”. Rządy, onieśmielone ideologią rynku, wycofują się w najmniej odpowiednich momentach, kiedy powinny stanowczo interweniować. To, co uważano kiedyś za troskę o dobro publiczne, dziś podlega ostrej krytyce jako niezręczne i brutalne manipulanctwo[4]. Sprawiedliwość ustępuje przed prawami rynku, choć Felix Rohatyn bez osłonek przyznał: „rynek rządzi się brutalną, darwinistyczną logiką. Jest nerwowy i zachłanny. Żąda stabilności i jasnych reguł, ale to, co daje w zamian, nie zawsze można uznać za formę demokracji, jakiej byśmy najbardziej sobie życzyli”[5]. Jeśli na straży wolności stały niegdyś demokratyczne konstytucje i akty praw obywatelskich, to nowymi świątyniami wolności, jak twierdzi George Steiner, „będą restauracje McDonalda i Kentucky Fried Chicken”[6].

W sytuacji, gdy nie ma innego wyboru, jak ten między uniwersalnym Kościołem rynku a oznaczającą nawrót do epoki plemiennej polityką partykularyzmów, narodom świata grozi atawistyczny powrót do średniowiecznego systemu, w którym lokalne plemiona i ambitni władcy wspólnie rządzili całym światem, sprawując władzę nad ludźmi zjednoczonymi uniwersalnym przesłaniem chrześcijaństwa, choć życie ich upływało w zwalczających się nawzajem państewkach lennych, a tożsamość mieli narzuconą wbrew swojej woli. W świecie tym książęta i królowie mieli mało realnej władzy, dopóki nie wymyślili ideologii nacjonalizmu. Nacjonalizm pozwolił utworzyć rząd sprawujący władzę nad obszarem większym od zamieszkanego przez jedno plemię, przy tym była to władza mniej kosmopolityczna od tej, jaką posiadał Kościół powszechny. Z czasem wyłaniały się pośrednie, coraz bardziej demokratyczne instytucje, które miały wytworzyć współczesne państwo narodowe (nation-state). Dziś, gdy historia ta się kończy, zmierzamy, jak się zdaje, ku odrodzeniu świata, w którym będziemy mogli wybierać tylko między świeckim uniwersalizmem kosmopolitycznego rynku a powszednim partykularyzmem plemienia.

W chaosie konfrontacji między globalnym handlem a prowincjonalną lojalnością etniczną giną cnoty demokratyczne. Na niebezpieczeństwo narażone są mechanizmy, za których pomocą demokracja umożliwiła ludom przekształcenie się w narody i sprawowanie suwerennej władzy w imię wolności i wspólnego dobra. Ani Dżihad, ani McŚwiat nie mają zamiaru tworzyć gwarancji dla cnót obywatelskich, zagrożonych przez procesy rozpadania się państw. Ani światowe rynki, ani wspólnoty połączone więzią krwi nie służą dobru publicznemu, a ich celem nie jest równość i sprawiedliwość. Bezstronne sądy i obradujące zgromadzenia nic nie znaczą dla band morderców, którzy występują w imieniu nowo wyzwolonych „ludów”, a wpływ tych demokratycznych instytucji na wielonarodowe korporacje, występujące z kolei w imieniu nowo wyzwolonych rynków, jest w najlepszym wypadku marginalny. Dżihad prowadzi krwawą politykę tożsamości, McŚwiat – bezkrwawą politykę zysku. Należąc automatycznie do McŚwiata każdy staje się konsumentem, poszukując własnej tożsamości każdy należy do jakiegoś plemienia. Nikt jednak nie jest obywatelem, a czy do pomyślenia jest demokracja bez obywateli?

Od samostanowienia do Dżihadu

Daniel Patrick Moynihan przepowiadał niedawno, że pół setki państw, które prawdopodobnie powstaną w ciągu następnego półwiecza, będzie wytworem konfliktów etnicznych, czyli wojen domowych[7]. Związek Radziecki i Jugosławia wyprodukowały już do tej pory około 20 nowych (starych) „narodów” lub ułamków narodów. W najbardziej jaskrawych przypadkach ONZ wysyła w miejsce konfliktu siły pokojowe, choć państwa członkowskie coraz mniej są skłonne do narażania swoich żołnierzy. Aktualnie międzynarodowe siły pokojowe stacjonują w 18 krajach i w prawie każdym wypadku mają naprzeciw siebie oddziały miejscowych rebeliantów lub uczestników wojny domowej[8]. Carter Center w Atlancie sporządził bardziej szczegółową, a przez to dłuższą listę, odpowiadającą w przybliżeniu mapie 48 ognisk niepokoju, jaką na początku 1993 roku opublikował „The New York Times”[9]. Według raportów Amnesty International, w ponad 60 krajach świata są więźniowie polityczni i odbywają się polityczne egzekucje.

W naszym niespokojnym świecie prawdziwymi aktorami nie są narody, lecz plemiona, z których wiele toczy ze sobą wojny. Chcą wytyczyć na nowo granice i podzielić istniejące państwa – tak wygląda sytuacja w zamieszkanej przez Kurdów części Iraku, muzułmańskim Sudanie czy serbskich rejonach Chorwacji. Afganistan, który jeszcze niedawno walczył z obcą inwazją, został w praktyce rozczłonkowany i podzielony między Patanów, Hazarów, Uzbeków i Tadżyków. Tożsamość etniczną zyskuje się przez rozczłonkowanie państwa albo wygnanie lub wyrżnięcie niepożądanych elementów, jak w mającej pecha do rzezi Rwandzie. Czy to pandemonium stanowi przedłużenie niewinnych dążeń do wielokulturowości? Czy też naturalną konsekwencję odwiecznych dążeń do samostanowienia? A może pojawiła się nowa choroba, która skaziła klasyczny nacjonalizm, otwierając drogę do etnicznego i religijnego Dżihadu?

Przyznaję, że Dżihad to mocne słowo. W najłagodniejszym wydaniu oznacza religijną walkę za sprawę wiary, rodzaj islamskiego zelotyzmu. W najskrajniejszych przejawach politycznych jest krwawą świętą wojną prowadzoną w imieniu partykularnej tożsamości, określanej metafizycznie i bronionej z całym fanatyzmem. Choć dla wielu muzułmanów oznacza jedynie religijny zapał, który całkiem słusznie można uznać za czynnik uniwersalizujący (a nawet w pewnym sensie ekumeniczny), ja będę używał znaczenia zapożyczonego od owych bojowników, dla których mordowanie „innych” jest ważniejszym obowiązkiem[10]. Pragnę bowiem określić tym mianem dogmatyczny i uciekający się do przemocy partykularyzm, znany równie dobrze chrześcijanom jak muzułmanom, Niemcom jak Hindusom czy Arabom. Zjawiska, do których to słowo odnoszę, wyglądają z początku dość niewinnie: polityka tożsamości i wielokulturowość mogą być strategiami wolnego społeczeństwa, które usiłuje dać wyraz swojej różnorodności. To, co kończy się Dżihadem, może się zacząć jako poszukiwanie tożsamości lokalnej, zespołu wspólnych cech służących przeciwstawieniu się znieczulającej i zobojętniającej uniformizacji, jaką niesie z sobą proces uprzemysłowienia i kolonizująca kultura McŚwiata.

Jako model tego rodzaju niewinnej wielokulturowości przedstawia się często Amerykę, choć i tutaj ma on swoich krytyków. Należy do nich Arthur Schlesinger Jr., którego zdaniem wielokulturowość nigdy nie jest niewinna, sygnalizuje bowiem wejście na drogę prowadzącą do dezintegracji[11]. Będę miał jeszcze okazję przedstawić „amerykański Dżihad” w wydaniu radykalnej prawicy. Zadziwiające jest, że niespełna 10 procent współczesnych państw (jest ich około 20) to państwa prawdziwie jednonarodowe. Dania czy Holandia nie mogą podzielić się na mniejsze jednostki, chyba że się rozpadną na plemiona lub klany[12]. Tylko w połowie państw dzisiejszego świata jedna grupa etniczna stanowi 75 procent ludności[13]. Podobnie więc jak w Stanach Zjednoczonych, wielokulturowość stanowi regułę, homogeniczność to wyjątek. Państwa, które zewnętrznym obserwatorom wydają się narodowo jednolite, jak Japonia czy Hiszpania, okazują się wielokulturowe. Gdyby zaś za warunek samostanowienia przyjąć język, podstawowy czynnik konstytuujący naród, wystarczy policzyć, iloma językami mówi się na świecie, a okaże się, że rodzina państw powinna wzrosnąć do ponad 6000 członków.

Państwo w swej współczesnej formie działało integrująco pod względem kulturowym i dobrze się przystosowało do pluralistycznych ideałów – ideologii obywatelskich i przekonań konstytucyjnych, wokół których może się zjednoczyć wiele klanów i plemion. Wynalezienie wspólnej religii obywatelskiej dla Amerykanów, Francuzów czy Szwajcarów nie było zbyt trudnym zadaniem, bo „narody” te skupiają wiele subnarodowych odłamów i grup etnicznych gorliwie poszukujących wspólnej płaszczyzny. Ale co z Baskami i Normanami? Czy potrzebują czegokolwiek poza więzami krwi i wspólną pamięcią? Co z Alzatczykami, Bawarczykami, ludnością dawnych Prus Wschodnich? Co z Kurdami, Osetyńcami, mieszkańcami Wschodniego Timoru czy Quebecu, Abchazami, Katalończykami, Tamilami, Zulusami Inkatha, Japończykami z Wysp Kurylskich? Co z tymi, którzy nie mają własnych krajów, zamieszkują państwa o przewadze innych narodów, próbują odseparować się nie tylko od tych innych, ale i od nowoczesności? Te przerażone plemiona nie uciekają ku ideałom obywatelskim, ale od nich, szukając czegoś bardziej konkretnego i stymulującego. Jak przekonać ludy, które określają swą tożsamość przez masakrowanie sąsiednich plemion, żeby zaczęły wyznawać kruchą i sztuczną wiarę, zorganizowaną wokół abstrakcyjnych ideałów obywatelskich czy rynków handlowych? Czy potęga reklamy zdoła odwieść krwawych wojowników od ludobójstwa, jakiego domagają się za doznane niegdyś krzywdy?

Dżihad, podobnie jak McŚwiat, można, rzecz jasna, odmalowywać w jasnych i w ciemnych kolorach. Tak jak drapieżne niekiedy rynki McŚwiata promuje się w imieniu demokratycznego wolnego wyboru, tak i wojownicze interesy Dżihadu dają się podciągnąć pod hasło samostanowienia. Z ideologii samostanowienia wynika przecież czasami coś więcej niż te kilka patologii właściwych dla Dżihadu. Robert L. Lansing, sekretarz stanu prezydenta Woodrowa Wilsona, nie podzielał entuzjazmu swego przełożonego dla tej idei, stawiając pytanie, czy samostanowienie „nie zrodzi niezadowolenia, nieporządku i buntu? Samo to słowo jest wprost naładowane dynamitem. Da początek nadziejom, których nigdy nie będzie można urzeczywistnić. Obawiam się, że tysiące ludzi zapłacą za to życiem. Jakież to nieszczęście, że słowo takie zostało w ogóle wypowiedziane! Jakież niedole przyniesie!”[14].

Obawy Lansinga okazały się uzasadnione. Już za czasów Wilsona polityka samostanowienia doprowadziła do bałkanizacji Europy, rozpaliła ognie nacjonalizmów i spowodowała destabilizację, która przyczyniła się do powstania faszyzmu. Dziś nie znajdziemy plemienia, frakcji, grupy rozłamowców czy gangu z sąsiedztwa, które nie pretendowałyby do samostanowienia. „Nie wtrącaj się do mnie – wykrzykuje gansta raper. – Należy mi się szacunek”. Szacunek logice gangów oddała nieszczęsna mapa podziału Bośni sprokurowana przez Owena i Vance’a. Mnożąc granice i zawężając zasięg wspólnot etnicznych usiłowała przedstawić w formie prawnej absurdalną zasadę uznawania prawie każdego bloku w mieście za odrębny naród, a każdego domu za potencjalnego suwerena. To niefortunne rozwiązanie polityczne, tak długo sankcjonowane przez nieszczęsną Radę Bezpieczeństwa ONZ, w innych czasach określono by jako sianie anarchii[15].

Za absurdalność Dżihadu nie można jednak obwiniać kartografów czy polityków działających na rzecz pokoju. Nie mają wpływu na scenę wydarzeń, oni ją tylko fotografują. Mnogość kultur sprowadza niekiedy anarchię, a samostanowienie przybiera czasami formę eksterminacji innych. Kolonialiści dopuszczali się w swoim czasie rzeczy jeszcze gorszych, kiedy arbitralnie kreślili linie na mapach, których nie umieli odczytać. Skutki dają się do tej pory odczuć na skolonizowanych niegdyś obszarach, przede wszystkim w Afryce i na Bliskim Wschodzie[16]. Dżihad jest więc wściekłą reakcją na kolonializm i imperializm oraz ich ekonomiczne wytwory – kapitalizm i modernizację. Jest różnorodnością w stanie amoku, wielokulturowością, która zmieniła się w złośliwy nowotwór – komórki nadal się dzielą, choć ich podział dawno przestał służyć zdrowiu organizmu[17].

Nawet tradycyjnie jednolite państwa mają podstawy, by obawiać się Dżihadu. Narastająca wzajemna zależność świata w sferze gospodarki i komunikowania się oznacza, że państwa te, choć wewnętrznie zjednoczone, będą musiały działać w coraz bardziej wielokulturowym środowisku. Jak na ironię, w świecie, który pod względem kultury masowej i handlu coraz bardziej się jednoczy, ujawnia się coraz więcej drobnych (prenarodowych) różnic etnicznych i rasowych, będących w dużej mierze reakcją na McŚwiat. Narody epoki postmodernizmu, zmuszone do nieustannego kontaktowania się, nie mogą swoich idiosynkrazji zachować dla siebie. Europa po Maastricht, choć nie spełniła wcześniejszych ambicji, zintegrowała się na tyle, że potrafiła narzucić całemu kontynentowi świadomość wielokulturowości. Konsekwencje tego stanu rzeczy bynajmniej nie okazały się pomyślne, a cóż dopiero jednoczące. Im więcej się mówi o „Europie”, tym bardziej niechętne i świadome swej odrębności stają się tworzące ją narody. To, co Günter Grass powiedział o Niemczech: „zjednoczeni Niemcy okazali się bardziej podzieleni niż kiedykolwiek”, odnosi się w całej rozciągłości do Europy, a także świata poza nią. Integracja oznacza większą niż kiedykolwiek dezintegrację[18].

W reakcji na McŚwiat siły zaścianka okopują się na swych pozycjach, wyklinają modernizację i stawiają jej opór, zwalczając ją, gdzie tylko się da. Jednocześnie wchłaniają i asymilują nowoczesne wynalazki, zgodnie ze strategią, jaką wszyscy tubylcy stosowali przeciw wszystkim kolonizatorom, od czasów podboju Galii przez Rzymian. Kiedy przystąpiono do budowy hotelu Hilton na wzgórzach Budy, miejscowy architekt nadał mu kształt trzynastowiecznego klasztoru. Kiedy Francuzi przywrócili Polom Elizejskim dawną świetność, pozbawili restaurację McDonalda typowego łuku. Inwazja amerykańskiej muzyki na Karaiby spowodowała wzmożony rozwój lokalnej produkcji muzycznej, styl reggae to tylko jeden z najlepiej znanych przykładów[19]. Nie docenilibyśmy jednak potęgi nowych rynków obejmujących całą planetę, gdybyśmy wyobrażali sobie, że nawrót do rodzimych wartości i globalizacja to równe siły, stawiające Dżihad i McŚwiat na jednej płaszczyźnie. W „klasztorze” budapeszteńskiego Hiltona znajduje się kasyno, w paryskim McDonaldzie, bez względu na to, czy ma łuk, czy nie, podają takie same jak wszędzie hamburgery z frytkami, muzyka reggae zajmuje skromne miejsce w programach MTV, nawet przeznaczonych dla Ameryki Łacińskiej. Mowy nie ma o jakimkolwiek współzawodnictwie.

Utrzymuje się jednak model stosunków feudalnych. Wracamy więc do porównania z epoką feudalizmu, tym zadziwiającym światem składającym się z fragmentów powiązanych w całość abstrakcyjną ideą chrześcijaństwa. Dziś rolę takiej abstrakcyjnej idei pełni rynek konsumenta, choć tak materialistyczny i świecki, lecz niemniej uniwersalny. W ślad za złotym łukiem McDonalda pojawiającym się w coraz to nowych krajach, rynek ciągnie za sobą trajektorię dolarów, obligacji, reklam, jenów, akcji i transakcji walutowych. Otoczył już nią całą planetę. Stwierdzenie Grassa można też rozumieć odwrotnie: zdezintegrowany, rozdarty przez Dżihad świat jest bardziej niż kiedykolwiek zjednoczony. I mocniejsza niż kiedykolwiek jest sieć wzajemnych zależności.

Kurczący się świat McŚwiata

Nawet najbardziej rozwinięte i samowystarczalne, zdawałoby się, państwa nie mogą już pretendować do pełnej suwerenności. To właśnie oznacza ekologia, termin sugerujący zanik wszystkich granic wytyczonych przez człowieka. Granice między państwami przestają się liczyć, gdy w grę wchodzi kwaśny deszcz, wyciek ropy naftowej, wyczerpywanie się łowisk, skażenie wód gruntowych, aerozole zawierające CFC, wyciek z reaktora jądrowego, toksyczne odpady czy choroby przenoszone drogą płciową. Toksyny nie zatrzymają się na komorze celnej, a mikroby nie mają paszportów. Biorąc pod uwagę wodę i powietrze, Ameryka Północna stała się strefą wolnego handlu na długo przedtem, zanim NAFTA złagodziła przepisy dotyczące przepływu towarów.

Dużo i często mówi się o skażeniu środowiska. Niewiele można dodać do obfitej literatury ostrzegającej przed biologicznym Armagedonem. Wystarczająco dużo wiemy o tym, jak niszczycielskie skutki dla niemieckich lasów mają szwajcarskie i włoskie samochody małolitrażowe napędzane etyliną zawierającą ołów (Europejczycy pozostają daleko w tyle za Amerykanami, jeśli chodzi o rozpowszechnienie benzyny bezołowiowej). Wiemy, że planeta może się udusić od gazów powstających w wyniku efektu cieplarnianego, bo farmerzy z Brazylii, chcąc dogonić XX wiek, wypalają tropikalne lasy deszczowe, by zyskać skrawki ziemi pod uprawę, a wielu Indonezyjczyków żyje z przerabiania bujnej dżungli na wykałaczki dla wykwintnych japońskich restauracji. Prowadzi to do zakłócenia delikatnej równowagi tlenu w atmosferze i niszczy płuca naszej planety.

Ekologiczna współzależność ma jednak charakter reaktywny: jest wynikiem działania sił przyrody, którego nie potrafimy przewidzieć ani w pełni kontrolować. Wzajemna zależność McŚwiata i wynikające stąd ograniczenia suwerenności to w większym stopniu kwestia aktywnych sił ekonomicznych, dla których globalizm jest celem, do jakiego świadomie dążą. O tych właśnie siłach działających w sferze gospodarki i handlu – ostatniej rundzie w długotrwałym dążeniu kapitalizmu do zdobycia światowych rynków i konsumentów na skalę globalną – będzie głównie mowa w tej książce.

Każda gospodarka narodowa i każdy rodzaj dobra publicznego może się dzisiaj stać obiektem inwazji ze strony ponadnarodowego handlu. Rynki nienawidzą granic tak, jak natura nienawidzi próżni. W ich ekspansywnych i przenikalnych sferach interesy są prywatne, handel – wolny, waluty – wymienialne, dostęp do sektora bankowego swobodny, umów się przestrzega (to jedyna ekonomiczna funkcja państwa), prawa produkcji i konsumpcji są suwerenne i przebijają prawa ustawodawców i sądów. Rynki takie podważyły już suwerenność państw w Europie, Azji i obu Amerykach, rodząc całą klasę nowych instytucji: międzynarodowych banków, stowarzyszeń handlowych, ponadnarodowych grup nacisku w rodzaju OPEC, światowych sieci informacyjnych, jak CNN i BBC, oraz wielonarodowych korporacji. Są to instytucje bez określonej tożsamości narodowej, nieprzyjmujące jej ani nierespektujące jako zasady organizacyjnej lub cokolwiek regulującej. O ile zakłady przemysłowe znajdują się w konkretnym miejscu na suwerennym terytorium, pod okiem państwa, które może pełnić funkcję regulującą, o tyle rynki walutowe i Internet znajdują się wszędzie, a w praktyce nigdzie. Nie mając adresu ani afiliacji narodowej, działają poza jakąkolwiek suwerennością[20]. Nawet towary stają się anonimowe: do jakiej narodowości robotników można mieć pretensje, skoro przy wadliwym obwodzie scalonym znajdujemy etykietę:

Wyprodukowano w jednym z następujących krajów albo w kilku z nich: Korea, Hongkong, Malezja, Singapur, Tajwan, Mauritius, Tajlandia, Indonezja, Meksyk, Filipiny. Kraj pochodzenia nieustalony.[21]

Jak w takich warunkach może być w ogóle mowa o społecznej i politycznej odpowiedzialności?

Za sprawą rynku pilniejsza stała się w istocie potrzeba pokoju i stabilności na świecie, są one bowiem niezbędne dla wydajnej gospodarki międzynarodowej. Nie zwiększyły się jednak szanse obywatelskiej odpowiedzialności czy demokracji, które na handlu i wolnym rynku mogą skorzystać albo nie. Twierdzenie, że demokracja jest nierozłącznie związana z wolnym rynkiem, stało się banałem powtarzanym przez polityków, zwłaszcza po zgonie państwowego socjalizmu, kiedy fanatycy kapitalizmu uznali się nie tylko za zwycięzców zimnej wojny, ale i prawdziwych rzeczników demokracji, która, o czym są niezbicie przekonani, może rozkwitnąć tylko w warunkach wolnego rynku. Udało im się przerobić dość już kontrowersyjne twierdzenie, jakoby rynek był wolny, na jeszcze bardziej kontrowersyjne, zgodnie z którym wolność rynkowa zawiera w sobie demokrację, a nawet ją określa. Podczas wizyty w Europie Wschodniej i Rosji na początku 1994 roku prezydent Clinton jak mantrę powtarzał frazes o „demokratycznym rynku”[22]. Jego współpracownicy zajmujący się polityką zagraniczną konsekwentnie szli w jego ślady[23].

Tę zamaskowaną retorykę, która sugeruje, że kapitalistyczne interesy są nie tylko do pogodzenia z ideałami demokracji, ale je aktywnie wspierają, trudno, w przełożeniu na politykę, pogodzić z realiami areny międzynarodowej ostatnich pięćdziesięciu lat. Gospodarka rynkowa okazała wyjątkowe zdolności przystosowawcze i rozkwitła w wielu państwach despotycznych, od Chile po Koreę Południową i od Panamy po Singapur. W państwie, którego rząd należy do najmniej demokratycznych na świecie – Chińskiej Republice Ludowej – gospodarka rynkowa rozwija się w niesamowicie szybkim tempie. „Komunistyczny” Wietnam nie pozostaje w tyle. Przed amerykańskim handlem otworzył się niedawno, zapewne panowało tam silne przekonanie, że rynek w ostatecznej instancji pokona ideologię[24]. Kapitalizmowi potrzebni są konsumenci mający dostęp do rynków, a także stabilny klimat polityczny. Demokracja może takim warunkom sprzyjać, ale nie musi. Bywa źle zorganizowana, a nawet anarchiczna, zwłaszcza we wczesnym stadium. Często dba o dobro publiczne, co bywa kosztowne, albo kłóci się z wymogami rynku prywatnego – weźmy na przykład kwestie ochrony środowiska czy pełnego zatrudnienia. Na poziomie pojedynczego człowieka kapitalizm ubiega się o konsumentów, których potrzeby da się łatwo kształtować i manipulować nimi. Demokracji potrzebni są natomiast obywatele niezależnie myślący i oceniający. Aleksander Sołżenicyn chciałby „okiełznać dziki kapitalizm”, ale to kapitalizm pragnie okiełznać skłonną do anarchii demokrację. Najwyraźniej nie sprawia mu problemu tolerowanie tyranii, dopóki gwarantuje ona stabilizację[25].

Pospieszna pogoń za wolnym rynkiem, bez liczenia się ze społecznymi konsekwencjami, z pewnością zagroziła rozwojowi demokracji w wielu państwach wyzwolonych niedawno od komunizmu[26]. Brak zabezpieczenia społecznego i szerzące się bezrobocie nie nawrócą raczej na system demokracji ludzi przywykłych do tego, że paternalistyczna biurokracja socjalistycznego państwa prowadziła ich za rękę od kolebki aż po grób. Do demokracji nie są skądinąd przyzwyczajeni. Być może właśnie dlatego większość wyborców w krajach postsowieckich (z nielicznymi wyjątkami) postarała się wybrać ponownie byłych funkcjonariuszy komunistycznych (występujących przeważnie pod nowymi partyjnymi szyldami i z nowymi hasłami ideologicznymi) do nowych demokratycznych ciał ustawodawczych. Jak stwierdził bez ogródek ekonomista Robert McIntyre: „Komuniści i byli komuniści wygrywają, bo gospodarcze porady rodem z Zachodu przyczyniły ludziom bezsensownego, dysfunkcjonalnego cierpienia, nie stwarzając podstaw konkretnego rozwoju politycznego i społecznego”[27]. Prawo do wybierania między dziewięcioma typami magnetowidów czy kilkunastoma markami samochodów niekoniecznie jest odczuwane jako wolność przez robotników, których miesięczne zarobki ledwo wystarczają na zakup coraz bardziej drożejącego chleba, a cóż dopiero przez kobiety i mężczyzn pozostających bez pracy. Kapitaliści mogą być demokratami, ale kapitalizm nie potrzebuje demokracji ani jej nie ustanawia. A z pewnością nie jest mu potrzebne państwo narodowe, stwarzające demokracji najlepsze warunki.

Nie chodzi tutaj o krytykę kapitalizmu jako takiego: trudno się dziwić, że akcyjne spółki z ograniczoną odpowiedzialnością zainteresowane są przede wszystkim zyskiem, a swobody obywatelskie i sprawiedliwość społeczną wspierają tylko wtedy, gdy nie powodują one obniżki zysku poza granicę opłacalności. Poza pożytkami ekonomicznymi, jakie przynoszą, kapitalistyczne firmy mają niezaprzeczalne zalety: propagują wydajność, produktywność, elastyczność, rentowność. Są wrogami zaściankowości, izolacji, frakcyjności i wojny. Niechętnie się odnoszą do ograniczania ekonomicznego wyboru i mobilności społecznej, choć trudno powiedzieć, by stawały się przez to sprzymierzeńcami sprawiedliwości. Psychologia wolnego rynku może ponadto wpłynąć tonująco na mentalność ideologicznych i religijnych podziałów i sprzyjać zgodzie między producentami a konsumentami. Nie pasuje to raczej do ograniczonej, religijnej lub etnicznej kultury Dżihadu. Ale mentalność wolnorynkowa wywiera niszczycielski wpływ na skłonność do sceptycznych dociekań, na której opierają się niezależne sądy i opór wobec manipulacji. W obszarze McŚwiata alternatywą dogmatycznego tradycjonalizmu może się okazać materialistyczny konsumeryzm, relatywistyczny sekularyzm albo po prostu przynosząca zyski korupcja[28]. Związki między McŚwiatem a demokracją są w najlepszym razie przypadkowe. To prawda, że nawyk kupowania nie da się raczej pogodzić z purytańskimi zarządzeniami, czy będzie to brytyjski paternalizm nakazujący zamykać puby, czy przestrzeganie szabasu przez ortodoksyjnych Żydów, czy też zakaz sprzedaży alkoholu w niedzielę w stanie Massachusetts. Nietolerowanie tego rodzaju zakazów nie jest jednak równoznaczne z przestrzeganiem konstytucji czy prawem do sprawiedliwego procesu. W kontekście wspólnych rynków prawo międzynarodowe przestało być w znacznej mierze wizją sprawiedliwości, służy na co dzień konkretnym rzeczom: wywiązywaniu się z umów, potwierdzaniu transakcji, regulowaniu stosunków handlowych i monetarnych, nadzorowaniu fuzji lub bankructw. Moraliści ubolewali, że prawo międzynarodowe nie było w stanie zapobiec niesprawiedliwościom czynionym przez państwa, ale okazało się, że w jeszcze mniejszym stopniu potrafi pokierować rynkami, które, poza wszystkim, nie mają nawet adresów, gdzie można byłoby wysyłać wezwania sądowe. Rynki będąc wytworem mnóstwa indywidualnych decyzji albo pojedynczych działań podejmowanych przez korporacje nie reprezentują zbiorowej odpowiedzialności. A przecież odpowiedzialność to podstawowy obowiązek obywateli i instytucji obywatelskich.

Nie tworząc więc ani wspólnych interesów, ani wspólnego prawa, wspólne rynki wymagają zarówno wspólnej waluty, jak i wspólnego języka. Ponadto wytwarzają identyczne zachowania, kosmopolityczny miejski styl życia szerzący się na całym świecie. Piloci linii lotniczych, programiści komputerowi, reżyserzy filmowi, bankierzy, specjaliści od środków przekazu, wydobywający ropę naftową, znakomitości świata rozrywki, eksperci ochrony środowiska, producenci filmów, demografowie, księgowi, profesorowie, prawnicy, sportowcy to nowa rasa mężczyzn i kobiet, dla których religia, kultura i narodowość w marginalnym zaledwie stopniu liczą się jako składniki zawodowej tożsamości. Chociaż socjologowie obyczajów nadal będą odróżniać japoński styl życia od amerykańskiego, nawyk zakupów ma na całym świecie wspólne cechy. Cynicy stwierdziliby nawet, że prawdziwym celem niektórych rewolucji, jakie się niedawno dokonały we wschodniej Europie, była nie tyle wolność i prawo głosu, co dobrze płatne prace i prawo do zakupów. Zakupy oznaczają konsumpcję, a konsumpcja zależy od fabrykowania potrzeb, a także towarów, które zaliczę do specyficznego sektora gospodarki opartej na usługach – telesektora inforozrywkowego.

McŚwiat to wytwór kultury masowej napędzanej przez ekspansjonistyczny handel. Wzorzec jest amerykański, forma szykowna. Towarami są zarówno obrazy, jak przedmioty materialne, asortyment estetyczny i konkretny. Kultura jest na sprzedaż, zewnętrzny wystrój stanowi ideologię. Symbolem McŚwiata są motocykle Harley-Davidson i cadillaki ściągnięte z autostrad, gdzie służyły kiedyś jako środki transportu, do przedsionków światowych kawiarń, takich jak Harley-Davidson i Hard Rock, gdzie stają się symbolem określonego stylu życia. Nie służą do jazdy, tylko do wywoływania określonych skojarzeń: obrazów ze starych filmów, a także współczesnych sław, dzięki którym tak ogromną popularnością cieszy się międzynarodowa sieć kawiarń Planet Hollywood. Muzyka, wideo, teatr, książki i parki tematyczne – te nowe kościoły komercyjnej cywilizacji, której publicznymi placami są domy towarowe, a przedmieścia zapewniają stosunki sąsiedzkie bez obecności sąsiadów – są to wszystko obrazkowe produkty eksportowe, tworzące wspólny dla całego świata gust wokół tych samych znaków firmowych, logo, reklam, gwiazd, piosenek, sloganów i marek. Twarda potęga ustępuje przed miękką, ideologia przemienia się w swego rodzaju wideologię oddziałującą poprzez slogany i wideoklipy. Wideologia jest bardziej rozmyta i mniej dogmatyczna niż tradycyjna polityczna ideologia, dzięki czemu może z o wiele większym powodzeniem wpajać ludziom nowomodne wartości przesądzające o sukcesie globalnego rynku.

Wideologia McŚwiata to najgroźniejszy rywal Dżihadu i w długim okresie czasu może rozmiękczyć jego uporczywy trybalizm[29]. Ale oprzyrządowanie rewolucji informacyjnej stanowi również ulubioną broń Dżihadu. Tożsamość Hutu czy Serbów bośniackich opiera się nie tyle na prawdziwej pamięci wspólnej historii, ile jest dziełem propagandy uprawianej w środkach przekazu przez przywódców pragnących zlikwidować konkurencyjne klany. Zarówno w Rwandzie, jak i w Bośni audycje radiowe podjudzały słuchaczy do szaleńczych mordów. Jak stwierdził recenzent muzyki rockowej z „New York Timesa” Jon Pareles: „regionalizm w muzyce pop stał się równie modny jak piwo z maleńkich browarów i telewizje kablowe o niewielkim zasięgu. Powody są te same”[30]. Kultura globalna dostarcza kulturze lokalnej środka przekazu i publiczności, formułuje także jej roszczenia. Faszystowski pop i chasydzki rock to nie oksymorony, wyrażają one w szczególnie dramatyczny sposób dialektykę McŚwiata. W Belgradzie działają radiostacje nadające zachodnią muzykę pop na złość ultranacjonalistycznemu rządowi Miloševicia, jak również i takie, w których programach melodie ludowe okraszone są ksenofobicznymi i antysemickimi treściami. Nawet w Internecie znajdziemy neonazistowskie BBS i turkożerczych fanatyków ormiańskich (którzy zwalczają używanie słowa Turkey nawet wtedy, gdy oznacza ono indyka). Abstrakcja cyberprzestrzeni też jest skażona osobliwym, zajadłym partykularyzmem.

Związek między Dżihadem a McŚwiatem ma głęboko dialektyczny charakter. Na przykład Japonia zaczęła w ostatnich latach kłaść szczególny nacisk na rodzime tradycje kulturowe, choć Japończycy coraz więcej kupują w McŚwiecie. W 1992 roku restauracją numer jeden pod względem liczby klientów był w Japonii McDonald’s, na miejscu drugim znalazła się sieć Kentucky Fried Chicken[31]. We Francji, gdzie puryści biadają nad krążącym widmem „Szóstej Republiki” („la République Américaine”), rząd, który przypuszcza atak na język „franglais”, dotuje równocześnie EuroDisneyland nieopodal Paryża. Przemysł filmowy nie pozostaje w tyle: wydając wojnę importowi filmów amerykańskich, przyznaje Sylvestrowi Stallone jedno z najwyższych francuskich odznaczeń, tytuł Chevalier des arts et lettres[32]. Podobna ambiwalencja wkrada się do Indii. Niedaleko Bombaju, tuż obok ubogich wiosek, których mieszkańcy do tej pory likwidują niechciane noworodki płci żeńskiej, a nawet żony, znajdziemy nowe miasto zwane SCEEPZ – Santa Cruz Electronic Export Processing Zone – gdzie programiści komputerowi mówiący po tamilsku, hindi i maharati piszą programy dla Swissair, AT&T i innych wielonarodowych kompanii świadomych kosztów siły roboczej. Indie stanowią przykład zakorzenionych w przeszłości napięć etnicznych i religijnych, a zarazem „wyłaniającej się potęgi międzynarodowego przemysłu programów komputerowych”[33]. Według słów jednego z pracowników, „gdy jedzie się do pracy w SCEEPZ to tak, jakby się przekraczało granicę państwa”. Nie wjeżdża się jednak do innego kraju, tylko do wirtualnej krainy McŚwiata, która nigdzie materialnie nie istnieje.

Jeszcze dramatyczniej przedstawia się osobliwa dialektyka Dżihadu i McŚwiata w byłej Jugosławii. W poruszającym artykule dla „New Republic” Slavenka Drakulič opisywała niedawno krótką i tragiczną historię miłości Admiry i Boska, dwojga urodzonych pod nieszczęśliwą gwiazdą kochanków z Sarajewa. „Oboje przyszli na świat pod koniec lat sześćdziesiątych. Oglądali filmy Spielberga, słuchali Iggy Popa, czytali Johna Le Carré, co sobota chodzili do dyskoteki i marzyli o podróży do Paryża lub Londynu”[34]. Usilnie pragnęli znaleźć się w bezpiecznym miejscu i udało im się podobno wynegocjować ze wszystkimi stronami, że zostaną przepuszczeni. Przygotowali się do opuszczenia Sarajewa, ale tuż przed magiczną granicą oddzielającą ich nieszczęsną krainę od widniejącego na horyzoncie bezpiecznego schronienia McŚwiata dopadł ich Dżihad. Ciała Admiry i Boska leżą nad rzeką, podziurawione kulami bezimiennych snajperów, którzy uznali „bezpieczne przejście” za zaproszenie do ćwiczeń w strzelaniu do celu. Zamordowani kochankowie, jak przystoi emigrantom wybierającym się do McŚwiata, mieli na sobie dżinsy i adidasy. Nietrudno sobie wyobrazić, że identycznie ubrani byli ich zabójcy.

Turyści, którzy jeszcze dalej na wschodzie szukają czegoś, co przypominałoby im starą Rosję, a jednocześnie nie odbiegało zbytnio od MTV, mogą znaleźć tradycyjne rosyjskie babuszki o całkiem nietradycyjnych twarzach. Od największej do najmniejszej przedstawiają one kolejno: Bruce’a Springsteena, Madonnę, Boya George’a, Dave’a Stewarta i Annie Lennox[35].

W Rosji, Indiach, Bośni, Japonii i Francji współczesna historia skłania się zarówno: ku krzykliwej nieuchronności McŚwiata, jak i ku lodowatym powiewom Dżihadu. Waha się tak między nimi, przychylając się zarówno do Panglossa, jak i do Pandory, czasem z tych samych powodów. Pangloss stawia na EuroDisneyland i Microsoft, Pandora na nihilizm i pandemonium. Jednakże McŚwiat i Dżihad wcale nie zmuszają do wyboru między tak przeciwstawnymi scenariuszami. Działając wspólnie, tworzą raczej duszącą mieszaninę ich obu, unoszącą się wśród chaosu. Pod każdym względem przeciwstawne, Dżihad i McŚwiat razem spiskują przeciw naszym ciężko (jeśli nie połowicznie) wydartym swobodom obywatelskim i szansom demokratycznej przyszłości dla całego świata. Wkrótce można się spodziewać, że siły Dżihadu, hałaśliwsze i bardziej nihilistyczne niż siły McŚwiata, zdominują najbliższą przyszłość, naznaczając nasze czasy historiami lokalnych tragedii i regionalnych ludobójstw, tworząc klimat niestabilności, którego oznaką będą liczne mikrowojny niesprzyjające globalnej integracji. Ale w dalszej perspektywie sił McŚwiata nie da się zapewne powstrzymać, bo to na nich opiera się powolna, lecz nieuchronna ofensywa zachodniej cywilizacji. Jeszcze długo w następnym stuleciu mikrowojny Dżihadu będą zajmowały miejsca w nagłówkach gazet, kompromitując raz na zawsze wszelkie przepowiednie o końcu historii. Ale homogenizacja narzucana przez McŚwiat raczej na pewno doprowadzi do makropokoju sprzyjającego zwycięstwu handlu i rynków. Ci, którzy kontrolują informację, telekomunikację i rozrywkę uzyskają ostateczną kontrolę nad losem człowieka. Jeśli nie uda nam się przedstawić alternatywy wobec starcia między Dżihadem a McŚwiatem, epoka, na której progu stoimy – postkomunistyczna, postindustrialna, postnarodowa, ale przy tym naznaczona sekciarstwem i fanatyzmem i budząca lęk – okaże się także ostatecznie (na naszą zgubę) epoką postdemokratyczną.


Część I
Nowy świat McŚwiata


1. Stary system gospodarczy i narodziny nowego McŚwiata

Alfred M. Zeien, dyrektor firmy Gillette, powiedział kiedyś: „Dla mnie obce kraje wcale nie są obce”[36]. Witajcie w McŚwiecie. Nic tak nie sprzyja globalizacji jak handel, żadnej ideologii narody nie są tak obojętne jak kapitalizmowi, nic nie stawia granicom tak bezczelnego wyzwania jak rynek. Pod wieloma względami korporacje odgrywają dziś na arenie międzynarodowej ważniejszą rolę niż państwa. Nazywamy je wielonarodowymi, ale lepiej brzmiałoby określenie ponadnarodowe, postnarodowe czy nawet antynarodowe. Korporacje wyrzekają się bowiem samej idei narodu czy wszelkiego innego prowincjonalizmu ograniczającego je w czasie lub przestrzeni. Ich klienci nie są obywatelami określonego państwa narodowego ani członkami prowincjonalnego klanu – należą do światowego plemienia konsumentów, którego tożsamość określają potrzeby i pragnienia. A te są powszechne, jeśli nie z natury, to dzięki sprytnemu oddziaływaniu reklamy. Konsument jest konsumentem jest konsumentem.

Sieć restauracji McDonalda obsługuje dziennie na całym świecie 20 mln klientów, czyli więcej niż liczy ludność Grecji, Irlandii i Szwajcarii razem[37]. General Motors (nadal największa na świecie firma, choć ostatnio ze sprzedażą jej się nie wiodło) zatrudnia w skali całego świata więcej pracowników, niż wynosi liczba mieszkańców niektórych mniejszych państw[38]. Prywatna firma Domino, która w 1991 roku sprzedała pizze o łącznej wartości 2,4 mld dolarów, zarobiła tyle, że bez trudu pokryłaby wydatki rządów Senegalu, Ugandy, Boliwii i Islandii[39]. Japońska Toshiba chwali się w raporcie za 1992 rok: „jako firma z poczuciem obywatelskim dokładamy wszelkich starań, by wspierać nieustający postęp światowej społeczności”. To poczucie obywatelskie, czy japońskie, czy globalne, ograniczone jest jednak wymogami zysku. A w 1992 roku zysk ze sprzedaży wyniósł 25 mln dolarów, trochę tylko mniej niż aktualny budżet Argentyny[40]. To zysk, a nie poczucie obywatelskie nadaje mandat globalizmowi. W nowej, modnej sieci restauracji Planet Hollywood fast food serwuje się elitom. Na „planecie Reebok” zaś „nie ma granic”, jeśli wierzyć udanej kampanii reklamowej firmy produkującej obuwie sportowe, tylko z nazwy amerykańskiej[41]. Ralph Lauren, lansując w 1992 roku męskie perfumy Safari, także sławił „życie bez granic”.

Popularna naklejka, która pojawiła się na zderzakach samochodowych w całych Stanach, głosi protekcjonistyczne hasło: „Prawdziwi Amerykanie kupują tylko amerykańskie wozy”. Problem w tym, że trudno się zorientować, który samochód jest bardziej „amerykański” – chevrolet składany w Meksyku z części importowanych ze Stanów, a potem reimportowany, ford montowany przez Turków w niemieckiej fabryce, sprzedawany potem w Hongkongu i Nigerii, czy toyota camry, zaprojektowana przez Amerykanina Petera J. Hilla w Toyota’s Newport Beach California Calty Design Research Center, składana przez amerykańskich robotników w montowni w Georgetown (stan Kentucky) z części wyprodukowanych głównie w Ameryce i poddawana testom na liczącym 12000 akrów poligonie badawczym Toyoty w Arizonie[42]. Dziwna rzecz z tymi międzynarodowymi „japońskimi” samochodami: żeby uchodzić za japoński, musi jako całość być czymś więcej niż składające się nań amerykańskie części. Dochodzi do tego, że w przypływie iście schizofrenicznego samochwalstwa Honda szczyci się swoimi „korzeniami” (czyli częściami) amerykańskiej produkcji, a nawet przyznanym przez „Motor Trend’s” tytułem „importu roku”.

Samochodowa genealogia stała się tak zawikłana, że rząd Stanów Zjednoczonych wydał specjalną ustawę o firmowych etykietach (American Automobile Labeling Act), zgodnie z którą od 1 października 1994 roku etykiety firmowe umieszczane na nowych samochodach mają wyszczególniać „składniki rodzimej produkcji”, od silników po wycieraczki. Trudno jednak przypuszczać, by wyjaśniło to sytuację, bo na etykiecie możemy na przykład przeczytać, że dodge stealth Korporacji Chryslera składany jest w zakładach Mitsubishi w Japonii, a eclipse RS firmy Mitsubishi – w Normal w stanie Illinois, jego silnik zaś skonstruowano według wzoru Chryslera[43]. Etykiety mogą być mylące: dowiadujemy się z nich na przykład, że nissan altima składany w Stanach, głównie z amerykańskich części, ma przewody do chłodnicy wyprodukowane w Paryżu… tylko że chodzi w tym wypadku o miejscowość Paris w stanie Tennessee[44].

Autorom Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (NAFTA) szczególnie trudno było ustalić, które towary można w nowej strefie zwolnić od cła, skoro tak wiele „zagranicznych” produktów składanych jest w Ameryce Północnej z wyprodukowanych na miejscu części. Jak zakwalifikować japońskie kineskopy instalowane na podstawach montażowych pochodzących z Meksyku? Zgodnie z tradycyjnymi przepisami handlowymi uznano by takie telewizory za „produkt krajowy”, przepisy NAFTA stanowią jednak, że kineskopy i działa elektronowe muszą być wyprodukowane na miejscu. Ponieważ jednak firmy japońskie mają spore udziały w „amerykańskich” hutach szkła wytwarzających kineskopy, telewizory „amerykańskie” i tak będą w znacznej części japońskie, choć według przepisów NAFTA uznane są za produkt krajowy[45]. Amerykańskie samochody muszą mieć 50 procent (licząc według wartości) części produkci krajowej, taki sam musi być udział lokalnej siły roboczej w ich produkcji (w 2002 ma wzrosnąć do 62,5 procent), ale czy przez to staną się naprawdę „amerykańskie”? Okazuje się, że zaopatrywanie towarów w firmowe etykiety określające ich pochodzenie jest jeszcze trudniejszym zadaniem niż określanie etnicznej tożsamości grup ludzkich. Chcąc bowiem ustalić – co zakrawa na absurd – narodowość danego towaru, trzeba go rozłożyć na części i każdą z nich opatrzyć stosowną etykietą, uwzględniając pochodzenie surowca, narodowość robotników, kulturową tożsamość projektanta itd.[46]

Historycznie rzecz ujmując, samochód jako taki ma w sobie coś rdzennie amerykańskiego. Zamierzenie Henry’ego Forda, który dzięki masowo produkowanemu pojazdowi chciał każdej amerykańskiej rodzinie zapewnić swobodę, skojarzono z licznymi zaletami amerykańskiego stylu życia, a nie z jego nielicznymi wadami. Internacjonalizacja kultury samochodu, to, co George Ball nazwał „ideologią czterech kółek”, a także upowszechnienie jego produkcji, oznacza globalizację Ameryki bez względu na to, kto samochody wytwarza. Chińczycy postawili niedawno na przemysł motoryzacyjny jako podstawę modernizacji gospodarki. Decyzja ta w o wiele większym stopniu niż inne przez nich podjęte może doprowadzić do amerykanizacji, której tak się obawiają[47].

Amerykański wynalazek, jakim jest samochód, trudno jednak nazwać amerykańskim produktem, jeśli weźmiemy pod uwagę części, z których się składa, projekt, czy nawet narodowość montujących go robotników. Korporacje w coraz mniejszym stopniu określają swoją tożsamość, biorąc za punkt odniesienia siłę roboczą, a cóż dopiero robotników z jakiegoś narodowego zaścianka. Ignacio Ramonet utrzymuje, że w gospodarce światowej czynnikiem określającym nie jest kapitał, siła robocza ani surowiec, ale „optymalny stosunek między tymi trzema elementami”. Wprowadza to nas w świat informacji, komunikacji i administracji, gdzie tradycyjne państwa narodowe niewiele mogą kontrolować i czują się coraz bardziej niewygodnie[48]. Robert Kuttner stwierdza, że do dzisiejszej firmy postindustrialnej – będącej także firmą epoki postpaństwowej – najlepiej pasuje określenie „korporacja wirtualna”. „Nie jest już ona fizyczną jednostką znajdującą się w konkretnym miejscu, ale zmieniającym się układem stosunków między ludźmi, którzy utrzymują między sobą łączność za pomocą sieci komputerowej, telefonu i faksu”[49].

McŚwiat jest swego rodzaju rzeczywistością wirtualną, stworzoną przez niewidzialne, lecz wszechpotężne sieci wysoko rozwiniętych technik informacyjnych i płynne ponadnarodowe rynki, określenie „korporacja wirtualna” nie jest więc żadną prowokacją[50]. Julie Edelson Halpert, opisując w swym reportażu nowe przedsięwzięcie (projekt Mondeo) Forda, całkiem bezwiednie nadaje temu konkretne znaczenie:

„Chcąc zyskać czas i miliony dolarów Ford zjednoczył zarządy swoich europejskich, północnoamerykańskich i azjatyckich biur projektowych w jedną międzynarodową sieć, używając w tym celu potężnych stacji opartych na technologii Silicon Graphic Inc. i posługujących się oprogramowaniem sieciowym Ethernet.

Firma znalazła się pod jednym «elektronicznym dachem» z centrum w Dearborne w stanie Michigan. Inne główne węzły tej sieci znajdują się w Dunton w Anglii, w Kolonii, Turynie, Valencii (w Kalifornii), Hiroszimie i Melbourne. Łącza satelitarne, podmorskie kable i linie naziemne wydzierżawiono od przedsiębiorstw telekomunikacyjnych”[51].

Korporacja wirtualna istnieje również na rynku pracy, gdzie chętniej zatrudnia pracowników „wirtualnych” niż rzeczywistych. Idealnym pracownikiem wirtualnym jest robot: interaktywny, „inteligentny”, w pełni zaprogramowany robotnik, który może pracować 24 godziny na dobę bez jedzenia, przy minimalnych nakładach na konserwację. Cóż za niesamowity mariaż: w lodowatej cyberprzestrzeni McŚwiata niewidzialna ręka dnia wczorajszego wyciąga się po niewidzialne ciało nowo narodzonej korporacji wirtualnej jutra, by pokierować niezdarnymi ruchami noworodka i poprowadzić go ku wieczności zysków. Odbywa się to bez żadnego prawie udziału widzialnej ludzkiej ręki.

Wiele współczesnych państw wypracowało politykę przemysłową mającą na celu skoordynowanie własnej polityki gospodarczej i zdominowanie międzynarodowych rynków przez własne korporacje. Wychodzą z teoretycznego założenia, że obywatele skorzystają na popieraniu korporacji, nawet jeśli te ostatnie nie odpłacają się tym samym. Pełne zatrudnienie, choć leży w interesie publicznym, nie leży jednak w interesie korporacji. Wydajność w biznesie narzuca downsizing, co oznacza produkcję z intensywnym udziałem kapitału, czyli politykę zatrudnienia minimalizującą udział siły roboczej. W przekładzie na normalny język oznacza to maksymalne ograniczenie liczby stałych pracowników, co pozwala wyeliminować wydatki na świadczenia i emerytury. Miejsce ludzi zajmują maszyny i roboty, coraz więcej jest (tak zwanych) tymczasowych miejsc pracy, czyli w istocie prac długoterminowych bez długoterminowych umów, ubezpieczeń czy innych świadczeń. Bezrobocie może w końcu podważyć rynek, bo spadnie liczba potencjalnych konsumentów (kto nie zarabia, nie może przecież kupować), ale korporacje wzięte z osobna z konieczności rywalizują zaciekle między sobą, a swoje dochody postrzegają najwyżej w perspektywie kwartalnej. Kto chce zyskać przewagę, musi zachować szczupłą linię. Pracownicy są w tym układzie „tłustym” elementem, dieta korporacji zakłada więc utrzymywanie „strukturalnego” bezrobocia, którego ofiarą pada coraz więcej ludzi.

Amerykańskie rolnictwo nadal jest głównym producentem dostarczającym żywności na światowe rynki, ale o ile kiedyś zatrudniało 80 procent siły roboczej, o tyle dzisiaj wystarcza mu 2 procent. W ślad za rolnictwem idzie przemysł. IBM zmniejszył siłę roboczą (do 60 tysięcy w 1993 roku), co wzbudziło zachwyt specjalistów od analizy rynku. Zapewnił sobie na międzynarodowym rynku komputerowym przewagę, której publicznych kosztów nie będzie widać przez kilka lat, a konsekwencji tego posunięcia IBM bezpośrednio nie poniesie[52]. Rok 1993 stał pod znakiem „ograniczania” (eufemizm oznaczający zwolnienia z pracy) w wielu większych firmach, w tym i takich, które ciągnęły niezłe zyski i chciały innych przelicytować. We współczesnym przemyśle ograniczanie kosztów (własnych) to jedyna rzecz wymagająca intensywnych nakładów pracy. Procter & Gamble w obawie przez inwazją firm wytwarzających produkty bezmarkowe ogłosił w 1994 roku, że planuje w ciągu trzech lat zlikwidować 13000 stanowisk pracy (i zamknąć 30 ze 147 swoich zakładów), Eastman Kodak zaś w ramach „restrukturyzacji” zamierza zlikwidować w 1995 roku 10000 etatów. W krajach Wspólnoty Europejskiej bezrobocie przekroczyło 11 procent, a we Francji, której produkt krajowy brutto zmniejsza się, jest jeszcze większe. Światowa recesja złagodniała, ale nie ma co liczyć, że pojawi się z powrotem tyle miejsc pracy, ile ich było w okresie obfitości przed recesją. Widać to na przykładzie Stanów Zjednoczonych, gdzie w połowie lat dziewięćdziesiątych sytuacja gospodarcza się poprawiła. Wiele nowych miejsc pracy to nisko opłacane stanowiska w sektorze usług, często bez dodatkowych świadczeń czy ubezpieczenia. Redukcja stała się, poza wszystkim, globalną strategią rynku, jako reakcja na nową gospodarkę epoki automatyzacji i informacji, a rynek pracy McŚwiata mało się interesuje zatrudnieniem jako takim; jeszcze mniej go obchodzą kłopoty protekcjonistycznych rządów borykających się z popytem i podażą siły roboczej.

Istnieją, rzecz jasna, niepewne siebie i słabe dziedziny gospodarki (z trudem spełniające kryteria przedsiębiorstw kapitalistycznych), które, jak rozpadające się małżeństwa, z radością witają interwencję władzy. Należą już jednak raczej do zanikającej ekonomii opartej na zasadach merkantylizmu niż do McŚwiata. W ostatnich dziesięcioleciach mogliśmy zaobserwować, że niektóre z największych amerykańskich przedsiębiorstw ubiegają się o pomoc państwa – były wśród nich takie firmy, jak Chrysler, Amtrak czy sektor oszczędnościowo-pożyczkowy. Domagały się uspołecznienia ryzyka, jakie ponoszą – żeby podatnicy spłacali koszty ich finansowego fiaska. W świecie, gdzie nie ma już socjalizmu, uchował się on jeszcze w zakamarkach gabinetów dyrekcji podupadających i ponoszących duże ryzyko przedsiębiorstw (jak te, co błędnie oceniły siłę peso), które chciałyby rozłożyć swoje straty na cierpliwych podatników.

Za protekcjonistyczną polityką kryją się również związki zawodowe, które usiłują uchronić swoich członków przed niesprawiedliwą często dyscypliną obowiązującą na międzynarodowych rynkach w rodzaju NAFTA. Jak jednak powiedział Robert J. Samuelson: „dążenie wielkich firm do zdobywania światowych rynków i maksymalizowania sprzedaży przebije każdy protekcjonizm, z wyjątkiem najbardziej drakońskiego”[53]. Sprawiedliwość społeczna w niewiele większym stopniu niż interes narodowy potrafi wygrać z ideologią rynku. Rynek z natury jest niesprawiedliwy, a mając do czynienia z podnoszonymi przez państwo kwestiami dobra publicznego, takimi jak sprawiedliwość, pełne zatrudnienie czy ochrona środowiska, będzie się przede wszystkim starał, by go pozostawiono samemu sobie. Jego podstawą są przecież niczym niezakłócane stosunki wymiany między indywidualnymi konsumentami a indywidualnymi producentami, a McŚwiat nie jest niczym innym jak rynkiem. Zwolennicy rynku twierdzą, że podobnie jak rzeka powstrzymana w naturalnym biegu przez inżynierów wylewa od czasu do czasu, tak i rynek, ograniczany przez rządową politykę stawiającą mu tamy i groble, spowoduje w ostatecznym rozrachunku o wiele większą katastrofę, niż gdyby mu pozwolono działać zgodnie z naturalnymi cyklami.

Rząd ma prawo, a nawet obowiązek interweniować w sprawy gospodarki w imieniu sprawiedliwości, ekologii, interesów strategicznych, pełnego zatrudnienia czy innych kwestii dobra publicznego, które rynku nie obchodzą i obchodzić nie muszą. Nie może jednak oczekiwać od neofitów McŚwiata, że się z takiej interwencji ucieszą albo że nie podejmą próby przeszkodzenia rządowi w drodze własnej politycznej interwencji. Z tego właśnie powodu wszelkie sankcje i embarga ponoszą na ogół fiasko. Zysk napędzany przez rynek źle toleruje kary nakładane z powodów politycznych. Wyjąwszy rzadki przypadek Iraku, którego przywództwo jest na tyle odrażające, że wywołuje powszechną i jednomyślną wrogość, co skłania rządy poszczególnych państw do ścigania prywatnych firm naruszających kordon sanitarny, różne formy embarga to najwyżej hałaśliwe demonstracje niezadowolenia. RPA, Serbia, Iran, Izrael, Chile, Argentyna, a do niedawna nawet Kuba całkiem spokojnie dawały sobie w różnych momentach radę z embargiem. Wiele z tych krajów utrzymało tempo wzrostu gospodarczego dzięki wymianie handlowej, która po prostu nie poddaje się przymusowi państwa czy prawu międzynarodowemu. Nawet Irak, długo po tym, jak stał się krajem wyjętym spod prawa, zdołał dzięki tajnym transakcjom handlowym uzyskać zdolność do produkcji broni nuklearnej[54].

Współczesne ponadnarodowe korporacje dążące do opanowania światowych rynków nie umieją tak naprawdę pojąć, czym jest polityka zagraniczna, bo dla ambitnego światowego biznesmena słowo zagraniczny nic nie znaczy. Jak Zeien, dyrektor Gillette, nie uznają obcych krajów za obce: dla produkcji i konsumpcji istnieje tylko jeden świat, McŚwiat[55]. Czyż fizyczne rozróżnienie między krajowym a zagranicznym może znaleźć jakiekolwiek odbicie w wirtualnym świecie określanym przez elektroniczną telekomunikację i nieznające granic rynki? W 1950 roku obroty handlu światowego osiągnęły wartość 308 mld dolarów. Do 1968 roku przekroczyły bilion, a dzisiaj wynoszą ponad 3,5 biliona dolarów. Tymczasem opłaty celne, ten najbardziej dobitny symbol państwowych granic, obniżyły się z 40 procent przeciętnej ceny towaru do około 5 procent[56]. Jeśli handel światowy ma coraz większy udział w światowym produkcie brutto, to transakcje walutowe jeszcze go wyprzedzają. Niektórzy szacują, że jak trzy do jednego.

W latach osiemdziesiątych Japończycy szydzili z firm amerykańskich, które przenosiły zakłady przemysłowe do krajów zamorskich, by wykorzystać tańszą siłę roboczą, znaleźć się bliżej rynków i uniknąć zależności od drogiego dolara. W latach dziewięćdziesiątych sami poszli w ślady Amerykanów. W innych krajach wytwarza się 70 procent telewizorów i 30 procent magnetowidów „Made in Japan”. General Motors produkuje poza granicami Stanów Zjednoczonych 40 procent swoich samochodów, a w przypadku Toyoty odpowiednia liczba wynosi 20 procent[57]. Mabuchi Motors, firma, która kontroluje połowę światowego rynku miniaturowych silniczków, używanych w szczotkach do zębów, obiektywach zmiennoogniskowych i samochodowych szybach, zatrudnia 33000 pracowników, ale tylko tysiąc pracuje w Japonii, reszta to cudzoziemska siła robocza z fabryk na tanich rynkach pracy, na przykład w Chinach[58].

O ile w przypadku państwa sens ma tworzenie systemu bodźców zachęcających do eksportu i ceł zniechęcających do importu, o tyle korporacyjni producenci i indywidualni konsumenci wychodzą z bardzo odmiennych pozycji. Producenci są w dosłownym znaczeniu uniwersalnymi „eksporterami” (eksportują wszystko, co wytwarzają w swoich fabrykach), a konsumenci – uniwersalnymi importerami (importują „spoza domu” wszystko, co konsumują). W praktyce uniwersalizm ten oznacza, że pojęcia importu i eksportu nie mają dla uczestników rynkowej gry prawie żadnego znaczenia. Amerykańska firma tekstylna, która przenosi swoje zakłady wytwórcze do Indonezji i dzięki tańszej sile roboczej odsyła z powrotem do kraju tańszą konfekcję, nie powoduje deficytu bilansu handlowego, tylko zwiększa opłacalność produkcji. Kupująca taką sukienkę Amerykanka nie traci miejsca pracy, zyskuje na okazyjnej transakcji. Deficyt bilansu handlowego może dotknąć wyłącznie państwo. Pojedynczy amerykańscy robotnicy mogą stracić pracę, a pojedynczy Amerykanie mogą mieć do czynienia ze zmianami stopy procentowej spowodowanymi przez ujemne saldo płatnicze państwa, ale amerykańskim konsumentom i producentom, czyli konsumentom i producentom w ogóle, nie sprawia to większej różnicy.

Nikt oczywiście nie ma zamiaru rozdwajać się w sposób tak schizofreniczny: Amerykanie są zarówno konsumentami, jak etatowymi pracownikami, i nawet gdy rzecz ujmiemy w wąskich kategoriach ekonomicznej skuteczności, ich konsumpcyjny potencjał będzie zależeć w przyszłości od utrzymania miejsca pracy, o czym świetnie wiedzą. Są zarówno obywatelami, jak producentami i muszą się liczyć ze społecznymi konsekwencjami swoich działań w sektorze prywatnym. Tożsamość rynkowa to tylko jeden krnąbrny element całej tożsamości człowieka, na którą składa się również aspekt etniczny i obywatelski, te zaś mogą rywalizować czy nawet pozostawać w konflikcie z tożsamością określaną przez rynek. Konsument, który cieszy się z niższych cen, może, będąc pracownikiem fabryki tekstylnej, odnosić się wrogo do eksportu miejsc pracy, który pozwala na tę obniżkę. Producent ciągnący zyski z tego, że udało mu się obejść przepisy dotyczące ochrony środowiska, może jako obywatel ubolewać nad zniszczeniami powodowanymi przez firmy podobne jego przedsiębiorstwu i popierać ekologiczne ustawodawstwo niekorzystne dla prowadzonych przezeń interesów.

Pełne zatrudnienie i ochrona środowiska to jednak dobra społeczne, niewiele mające wspólnego z prywatnym rynkiem. Orędownicy McŚwiata patrzą zaś na rynek i skutki gospodarki rynkowej jednostronnie, wyłącznie z punktu widzenia kapitalistycznej opłacalności. W takiej ograniczonej, krótkofalowej perspektywie obywatelstwo, przynależność etniczna, status pracy i inne konkurencyjne formy tożsamości są w najlepszym przypadku obojętne, w najgorszym zaś stanowią przeszkody, które należy pokonać. Redukcjonistyczna polityka korporacji, likwidująca masowo miejsca pracy, może budzić dreszcz zgrozy w narodach i państwach, ale rynek z radością uczci zdolność do konkurencji, jaką wykazują się uczestnicy gry.

Państwa mogą prowadzić swoją politykę gospodarczą, lecz dla prawdziwego kapitalisty wszelkie przepisy, cła, dotacje dla upadających przedsiębiorstw, embarga, ograniczenia płacowe, kwoty zatrudnienia, restrykcje związane z ochroną środowiska, a nawet prokapitalistyczne w założeniu bodźce czy ustalanie cen to rzeczy wyklęte. Wszystkie razem zasługują na pogardę, jako etatystyczne próby zakłócenia „naturalnego” procesu, który przebiega prawidłowo tylko wtedy, gdy pozostawi się go samemu sobie. Jednakowo więc brzmi okrzyk wojenny dawnych i współczesnych kapitalistów: laissez-faire! Zostawcie nas w spokoju! Dajcie nam robić to, czym się zajmują producenci i konsumenci: sprzedawać, kupować, produkować, konsumować.

Ta klasyczna doktryna została stworzona na użytek o wiele mniej skomplikowanego świata. Keynesizm i państwo dobrobytu zepchnęły ją na margines. Współczesne państwo demokratyczne opiera się na uznaniu priorytetu sfery publicznej nad prywatną. Dobro publiczne góruje nad prywatnymi interesami, a interes wspólnoty ma pierwszeństwo przed jednostkowymi fortunami. W warunkach internacjonalizmu, przy światowej polityce handlowej i globalnych rynkach składających się na to, co nazwałem McŚwiatem, odżywa jednak z nową siłą stara koncepcja laissez-faire. Nie ma bowiem państwa ponadnarodowego, a tym samym gwaranta czy rzecznika międzynarodowego dobra. Międzynarodowy nie-ład staje się swego rodzaju stanem natury, w jakim znajdują się państwa. Cechuje go „wojna wszystkich przeciw wszystkim” – „nieustanne dążenie do władzy, któremu kres kładzie tylko śmierć” przedstawione przez Thomasa Hobbesa w Lewiatanie ponad trzysta lat temu.

Niewidzialna ręka nabiera nowego znaczenia, organizuje mianowicie niewidzialną cyberprzestrzeń, w której wirtualne korporacje pokonują prawdziwe narody. Obszar ich działania jest równie niematerialny jak widmowa ręka rynku. Z dwóch powodów kładę taki nacisk na znaczenie tej nowej hiperrzeczywistości rynkowej. Po pierwsze – rehabilitowana przez nią ideologia wolnego rynku jak taran uderza w mury państwa narodowego, wyrażając wrogość McŚwiata wobec wszelkiego rodzaju nacjonalizmów. Po drugie – podaje w wątpliwość i ostatecznie rewiduje tradycyjne rozliczenia rynkowe dokonywane w surowcach, wytworzonych towarach i usługach. W ekonomicznym systemie McŚwiata surowce i towary ustępują bowiem miejsca nowej, szczególnej dziedzinie działalności, którą określam jako inforozrywkowy telesektor. Określa ona na nowo ekonomiczne realia McŚwiata i reorganizuje stosunki między państwami w sposób, jakiego nie mógł przewidzieć Francis Fukuyama ani Paul Kennedy.


2. Zasoby naturalne: koniec autarkii i zmierzch Zachodu

Handel naturalnymi surowcami i produktami rolnymi należy do najstarszych i najbardziej opłacalnych działów gospodarki. Jego początki sięgają zarania działalności gospodarczej człowieka. Społeczeństwa niewolnicze, rolnicze i feudalne opierały się na odkrywaniu, przetwarzaniu i używaniu tych podstawowych towarów. Rolnictwo i handel zasobami naturalnymi to pierwszy szczebel w gospodarczej strukturze. We współczesnym systemie ekonomicznym stały się przepustką do rozwoju dla krajów Trzeciego Świata. W tej właśnie dziedzinie znajdujemy po południowej stronie granicy między Północą a Południem kilkanaście korporacji, którym udało się przebić i znaleźć na liście pierwszych 500 gigantów przemysłowych świata[59].

Rolnictwo, drugi z tradycyjnych sektorów, także zajmuje w Trzecim Świecie przodującą pozycję pod względem liczby pracujących (w wielu krajach Trzeciego Świata zatrudnia dwie trzecie siły roboczej), choć, na nieszczęście dla jego narodów, nie pod względem produkcji. Państwa Pierwszego Świata posługujące się zaawansowaną technologią informatyczną mogą osiągnąć wydajną produkcję, zatrudniając tylko niewielką część siły roboczej.[60]

Podział na Pierwszy i Trzeci Świat szczególnie się uwydatnia, gdy porównujemy udział rolnictwa oraz towarów i usług w produkcie krajowym brutto. W krajach OECD rolnictwo wytwarza zaledwie 2,8 procent tego produktu, przemysł 33 procent, a usługi aż 57,6 procent. We wschodniej Europie udział rolnictwa wzrasta do 17,2 procent, w Afryce na południe od Sahary do 21,8 procent, a w Azji Południowej do 34 procent. Odpowiednie dane dotyczące sektora usług przedstawiają się następująco: Europa Wschodnia – 38,5 procent, Afryka i Azja Południowa – 18 procent[61]. Problemem wielu ubogich państw jest nie tylko brak mocy wytwórczych (przemysłu), ale i podstawowych surowców i potencjału rolniczego. Kraje te skazane są na wieczną przynależność do kategorii, którą, realistycznie rzecz biorąc, należałoby nazwać nie tyle Trzecim Światem, co Światem Stojącym nad Grobem. Inne należą do Trzeciego Świata będącego w drodze do Drugiego i Pierwszego – tak jak kilka wieków temu Stany Zjednoczone w porównaniu z Wielką Brytanią[62]. Dobitnym przykładem ponurej przyszłości, jaka czeka wiele krajów Czarnej Afryki, jest Ghana. Paul Kennedy podaje, że na początku lat sześćdziesiątych dochód na 1 mieszkańca wynosił tam nieco ponad 200 dolarów rocznie, a więc tyle samo, co w wielu krajach Azji, z Koreą Południową włącznie. Do dziś w Korei dochód na osobę zwiększył się kilkanaście razy, przekraczając 3000 dolarów. Ghana pozostała na dawnym poziomie[63].

Tymczasem w epoce McŚwiata pojęcie interesu narodowego czy niezależności narodowej traci coraz bardziej znaczenie nawet w dziedzinie zasobów naturalnych. To najbardziej dobitny nowy fakt. Wszystkie państwa, a zwłaszcza te z aspiracjami do demokracji, od zarania swych dziejów marzyły o samowystarczalności gospodarczej. Zależność surowcowa oznaczała podległość polityczną, zarówno w wewnętrznej, jak i zewnętrznej sferze. W klasycznych teoriach republikańskich, od Peryklesa do Machiavellego i Monteskiusza, prawdziwie wolne społeczeństwo to takie, które samodzielnie zaopatruje się w żywność i surowce. Polityczna autonomia utopii, o jakich marzyli demokraci, opierała się więc na niezależności ekonomicznej, którą nazywali autarkią. Nie tyle wolny rynek, ile rynek niezależny miał gwarantować wolność miasta-państwa. Ateńczykom nie udało się jednak osiągnąć autarkii. Jak się okazuje, zależność leży w ludzkiej naturze – może dlatego, że ludzkie potrzeby są nienasycone, a psychika nakazuje domagać się coraz więcej.

W dziewiętnastowiecznej Ameryce odżyło na krótko marzenie o autarkii. Łatwo było uwierzyć, że ten słabo zaludniony, hojnie obdarzony przez naturę kraj, istny róg obfitości, kontynent, będący jednocześnie wyspą oblewaną przez dwa oceany, może stać się światem samym w sobie. Pozostawiło to w psychice Amerykanów złudne poczucie samowystarczalności i zrodziło ducha izolacjonizmu, który powoduje, że od czasu do czasu wycofują się ze spraw międzynarodowych. Jednakże dla państw żadna wyspa nigdy prawdziwą wyspą nie będzie. Choć trudno było Amerykanom pogodzić się z nieuchronną wzajemną zależnością, nawet zapasy naszego rogu obfitości nie okazały się nie do wyczerpania. Nierównomierne rozmieszczenie ziemi nadającej się pod uprawę i zasobów mineralnych na naszej niesprawiedliwie ukształtowanej planecie sprawia, że nawet najbogatsze społeczeństwa są coraz bardziej zależne od surowców, a wiele innych narodów skazuje na katastrofę Świata Stojącego nad Grobem.

Takie państwa jak Japonia i Szwajcaria, nowoczesne i szybko rozwijające się, ale ubogie w zasoby naturalne, nie myślały nigdy o autarkii. Musiały rozwijać stosunki z innymi, co w przypadku Japonii przybrało formę militarnej dominacji nad hojniej wyposażonymi sąsiadami („Wielka sfera wschodnioazjatyckiej wspólnej prosperity” – tak nazywało się jej przedwojenne imperium rządzone żelazną ręką), a w przypadku Szwajcarii – ekstensywnego handlu i ostrożnej polityki zagranicznej (najlepszym przykładem jest neutralność tego kraju). Ze swojej zależności uczyniły cnotę. Militarna hegemonia Japonii we wschodniej Azji była szkołą dyscypliny dla samych Japończyków, wymagała bowiem utrzymywania wielkiej armii, stałej okupacji i nieustającej czujności. Powojenny cud gospodarczy przywrócił co prawda dominującą pozycję Japonii, ale bardziej uzależnił ten kraj od partnerów handlowych niż niegdyś od kolonii.

Państwom lepiej wyposażonym przez naturę niewiele lepiej się powiodło. Potencjalne giganty rolnicze, jak Rosja czy Indie, sprawiają niekiedy wrażenie, jakby trudno im było samodzielnie się wyżywić. Porażka Związku Radzieckiego w tym względzie stworzyła okoliczności, które przypieczętowały jego los. Jak się okazuje, każdemu państwu potrzebne jest coś, co posiada inne państwo. Wiele z nich nie ma prawie nic. Przykładem dla dziesiątków rozwiniętych państw jest stopniowy zanik samowystarczalności Ameryki w zaopatrzeniu w surowce naturalne w ostatnich stu latach. Wyglądało to bardziej drastycznie niż gdzie indziej, ale w końcu aż za bardzo znajomo.

Jeszcze w 1960 roku Stany Zjednoczone importowały bardzo niewiele takich minerałów jak: aluminium, mangan, nikiel i cyna. Dziś szukamy za granicą cynku, chromu, wolframu, ołowiu, no i oczywiście ropy naftowej. Niedługo na naszym bilansie handlu zagranicznego zaczną też ważyć miedź, potas, siarka, a nawet żelazo. Węgla i łupku starczy nam jeszcze na wiek z górą, a potencjałowi rolnictwa nie zdołają tak łatwo zagrozić nawet całe zasoby głupoty i niekompetencji, jakie zdołaliby zgromadzić wszyscy razem wzięci ekonomiści, szczodrze w te cechy wyposażeni. Jednakże pod wieloma innymi względami Ameryka, ta osiemnastowieczna Ziemia Obiecana, zaczyna coraz bardziej przypominać Wielką Brytanię czy Szwajcarię, jeśli nie Czad i Bangladesz, importuje bowiem coraz więcej niezbędnych surowców.

Niespełna pół wieku temu żaden agresor, choćby nie wiadomo jak odważny, nie mógłby marzyć o pokonaniu kraju o tak rozległych liniach zaopatrzenia, jakie miała Ameryka. Przemysł wojenny czerpał z nieograniczonych, zdawałoby się, zasobów rudy żelaza, boksytu, fosfatów, ropy naftowej, przetwarzając je na silniki samolotów i okrętów wojennych, pociski moździerzowe i granaty ręczne. Żyzne połacie wielkich prerii dostarczały żywności i ubrań dla tylu armii, ile tylko państwo uważało za stosowne wystawić. W latach osiemdziesiątych nastał jednak kres tej wspaniałej autarkii i Ameryka uzależniła się od importu w takim samym stopniu, co większość jej handlowych partnerów. Sukcesy, jakie odniosła na frontach II wojny światowej, podważyły samowystarczalność, której zawdzięczała to zwycięstwo. W dążeniu do zdobycia światowego przywództwa Stany Zjednoczone, nie oglądając się na nic, sięgały do swoich naturalnych zasobów. Czerpały z nich jeszcze intensywniej, chcąc to przywództwo utrzymać w burzliwych latach powojennych, kiedy stosunki ze Związkiem Radzieckim były zamrożone, a amerykańska gospodarka rozwijała się właśnie w bardzo przyspieszonym tempie.

Dane dotyczące boksytu ilustrują to gwałtowne załamanie się amerykańskiej samowystarczalności surowcowej, wynikłe z opisanej powyżej sytuacji. Boksyt, podstawowy surowiec do produkcji aluminium, ma kluczowe znaczenie w przemyśle, zwłaszcza wojennym. Przyroda zaopatrzyła Amerykę w boksyt nie tak szczodrze, jak w inne minerały, ale do końca I wojny światowej kraj nasz dostarczał blisko 50 procent światowej produkcji boksytu[64]. Co więcej, do roku 1920 importował mniej niż 10 procent zużywanego surowca. Jeszcze pod koniec II wojny światowej krajowe wydobycie zaspokajało 57 procent potrzeb[65]. Ale w ciągu pięciu lat (do 1950 roku) import wzrósł do 65 procent krajowego spożycia, potem zaś zależność szybko narastała: 87 procent w 1960, 90 procent w 1980 i 94 procent w 1988 roku[66]. Co więcej, krajowa produkcja boksytu wciąż spadała, a spożycie nieustannie rosło. Jeśli w 1945 roku ze Stanów Zjednoczonych pochodziło jeszcze 27 procent światowego wydobycia tego surowca, co zaspokajało ponad połowę własnych potrzeb, to w 1950 roku udział w światowej produkcji spadł do 16 procent. Dziesięć lat później wynosił 7 procent, w 1970 roku połowę tego (3,4 procent), a w 1989 zbliżał się do zera – zaledwie 0,5 procenta[67].

W ciągu pięćdziesięciu lat, jakie upłynęły od II wojny światowej, Stany Zjednoczone w produkcji aluminium, od którego zależy ich światowe przywództwo, uzależniły się od tych samych krajów Trzeciego Świata, które pragnęły sobie podporządkować[68]. Identyczne historie można opowiedzieć o innych zasobach mineralnych i innych państwach. Główni światowi rywale Ameryki, Wspólny Rynek i Japonia, są na przykład w 85–100 procentach uzależnieni od importu niobu, strontu, manganu, kobaltu, tantalu, platyny, chromu, niklu, cyny, antymonu, rudy żelaza, złota, miedzi, molibdenu i fosfatów[69]. Podobnie jak Ameryka, Europa coraz bardziej się uzależnia od dostaw strategicznych metali z krajów będących jej potencjalnymi wrogami. A na tych metalach opiera się jej zdolność do ewentualnej konfrontacji militarnej z tymi właśnie przeciwnikami.

Chociaż dzięki odkryciom nowych złóż miedzi, ołowiu i cynku (a także rud glinu) okazało się, że w latach osiemdziesiątych światowe rezerwy wzrosły szybciej niż spożycie tych surowców, metody produkcji, rafinacji i dystrybucji zwiększyły zależność wszystkich krajów zaangażowanych w ten proces, szczególnie zaś takich, które, jak Francja, Stany czy Rosja, łudziły się kiedyś, że mogą być samowystarczalne. Co więcej, w miarę jak niepozbawiony szansy rozwoju (nie ten Stojący nad Grobem) Trzeci Świat zaczyna przejawiać równy apetyt na surowce jak Pierwszy Świat, by napędzać swój rozwijający się przemysł, światowe spożycie jeszcze bardziej wyprzedzi wydobycie, przez co zaostrzy się problem zależności od dostaw surowca, a przed ludzkością znów stanie kwestia podniesiona przez Malthusa: ile komu przypadnie z coraz mniejszego zasobu surowców niemożliwych do zastąpienia? Czy Chiny będą prowadzić politykę gospodarczą pod hasłem „samochód dla każdego”, co ogłosiły w 1994 roku? Dodatkowy miliard samochodów dobije niezależność tego kraju i wyczerpie światowe zasoby minerałów i paliw kopalnych (nie mówiąc o szkodach dla środowiska). Jeśli Chińczycy mieliby przejeżdżać rocznie tyle samo pasażerokilometrów w przeliczeniu na 1 mieszkańca, ile obecnie Amerykanie, w ciągu pięciu lat skończyłyby się wszystkie znane zasoby energii na świecie.

Nadal będzie, rzecz jasna, trwać walka technologii z przyrodą, niekończące się starcie nadziei z rozpaczą, które określa ludzkie życie. Producenci znaleźli substancje, które zastąpiły niszczące warstwę ozonową składniki aerozoli i tak skwapliwie je wprowadzili – nie zważając na odpowiednie ustawodawstwo – że według aktualnych ocen szkody są już na szczęście mniejsze. Manipulowanie bodźcami rynkowymi przez rząd może zmienić sytuację. Nowe metody utylizacji odpadów każą myśleć o strategii, która zdoła złagodzić zarówno wyczerpywanie się surowców, jak i wynikającą z tego zależność. W 1987 roku hałdy odpadów amerykańskiego górnictwa, przemysłu przetwórczego i metalurgii oceniano na prawie 2 mld ton. Chociaż utylizacja jest kosztowna, gdyż wśród odpadów znajdują się rozmaite minerały, coraz szerzej ją stosujemy[70]. Dla środowiska ma to ogromne znaczenie: na wyprodukowanie jednej tony danego metalu, którego rudę trzeba najpierw wydobyć i poddać obróbce, zużywa się od dwóch do dziesięciu razy więcej energii niż na uzyskanie tej samej tony metodą recyklingu. Ponowne wykorzystywanie odpadów może nie przynosić wielkich zysków korporacjom, ale oszczędza Matkę Ziemię i pozostawia więcej zasobów dla przyszłych pokoleń[71]. Nie wykluczam, że w nowej wspaniałej epoce McŚwiata znajdziemy sposób na przemodelowanie naszych śmieci na wolność i wyciśnięcie z odpadów czegoś na kształt utraconej niezależności[72].

Także i technologia obiecuje, że stać się może alchemią nowego wieku i znaleźć sposób syntetycznego uzyskiwania substytutów metali naturalnych doskonalszych od oryginału, co wyeliminuje zależność od zasobów surowca. Obiecuje też nowe metody wydobywania i przetwarzania trudno dostępnych dotąd surowców – znajdujących się zbyt głęboko pod powierzchnią ziemi lub morza, albo rud o niskiej zawartości metalu[73]. Dno Pacyfiku jest usłane bryłkami manganu – całe bogactwo małych grudek zawierających więcej kobaltu, niklu i miedzi niż odkryte dotąd lądowe zasoby. Wydobywanie ich z głębokości, na której się znajdują, jest na razie nieopłacalne, ale nauka idzie naprzód, buduje się coraz doskonalsze jednostki głębinowe, a zautomatyzowane aparaty próżniowe, które mogłyby wypompować te skarby na powierzchnię, są już w zamyśle projektantów[74].

Ale choć nauka stara się nadążyć za wyczerpywaniem się surowców wynajdując nowe techniki poszukiwawcze, bardziej ekonomiczne metody wydobycia, recykling i materiały zastępcze, długofalowe trendy zapowiadają nieuniknioną współzależność wszystkich od wszystkiego. Być może prometejska nadzieja przezwycięży w końcu maltuzjańskie zwątpienie, ale technologia wykradziona przez Prometeusza da się wykorzystać wyłącznie we współpracy. Nauki i techniki nie można zakuć w okowy, jak Prometeusza. Na nic zdadzą się granice ani suwerenność państw. Zaistniały dzięki współpracy, teraz nakazują współzależność. Kiedy państwa, jedno po drugim, wyczerpią już swoje bogactwa naturalne, może znajdą jakiś sprytny sposób na przetrwanie, ale będą musiały zrobić to razem, w skali całego świata, albo wcale. Dni państwa narodowego są policzone.

Ropa naftowa: ta sama stara historia, tylko w jeszcze gorszym wydaniu

Wiele zasobów mineralnych da się odzyskać drogą utylizacji odpadów albo zastąpić sztucznie wytworzonymi substytutami, nie dotyczy to jednak źródeł energii (przede wszystkim paliw kopalnych) na taką skalę, na jaką są obecnie zużywane na całym świecie. Niewiele nadziei można pokładać w odnawialnych źródłach energii. Zalicza się do nich energia słoneczna uzyskiwana dzięki fotoogniwom, których produkcja w okresie 1981–1991 wzrastała przeciętnie o 15 procent rocznie, a ceny szybko spadały; energia geotermiczna z gorących źródeł i gazu ziemnego (w 1950 roku dawała zaledwie 239 megawatów, dziś dostarcza blisko 10000 megawatów, co wystarcza na zaspokojenie potrzeb 6 mln energożerczych Amerykanów); energia wiatru (od 15 do 2652 megawatów w ciągu jedenastu lat); energia hydroelektryczna, która zaspokaja jedną trzecią potrzeb wielu krajów rozwijających się (w 1950 roku dawała niespełna 50000 megawatów, obecnie – ponad pół miliona) i wreszcie energia nuklearna. Wykorzystanie tej ostatniej stanęło co prawda w ostatnich latach w martwym punkcie ze względu na zagrożenia dla środowiska – w 1990 roku dawała 328000 megawatów, czyli mniej niż połowę tego, co hydroelektryczna[75]. Wszystkie te zasoby razem wzięte stanowią jednak niewielki ułamek światowego zużycia ropy naftowej – znacznie mniejszy od wyłomu, jaki spowodowały kryzysy paliwowe i recesje lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych[76]. Jej światowe wydobycie, osiągnąwszy w 1979 roku szczytową wartość prawie 63 mln baryłek, ustabilizowało się, począwszy od 1989 roku, na poziomie 59–60 mln baryłek dziennie. Stanowi to 40 procent energii zużywanej codziennie na całym świecie. Chociaż wydobycie nie osiąga możliwego maksimum, długofalowe perspektywy stają się z upływem czasu coraz bardziej ponure. Rozwinięta gospodarka, której dziełem jest McŚwiat, opiera się na samochodzie, niezwykle uzależnionym od ropy naftowej środku transportu symbolizującym zarówno dostatek, jak i indywidualizm i mobilność – cechy liberalnych, demokratycznych społeczeństw. Czy w takiej sytuacji będzie można wyperswadować krajom rozwijającym się motoryzacyjne ambicje, którym dają już wyraz Chiny?[77]

Świat wciąż się kręci dzięki energii uzyskiwanej z paliw kopalnych, które nie dają się ponownie wykorzystać ani nie mają substytutów. Szczególnie ostrzegawczym przypadkiem są Stany Zjednoczone. Jeden z największych w świecie producentów ropy naftowej zużywa swoje zasoby w istnej konsumpcyjnej orgii, która ani nie podnosi poziomu życia, ani nie zwiększa odpowiednio produktu krajowego brutto. Dwa poważne kryzysy dostaw paliwa ani coraz większa zależność od importowanej ropy nic nas nie nauczyły: ceny benzyny wciąż są absurdalnie niskie, podatki prawie się nie liczą (nawet po dodaniu 4,3 centów przez administrację Clintona), strategiczne zapasy awaryjne są znikome.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.