Enquo. Przybysze z innego świata - Hubert, Ligia - ebook

Enquo. Przybysze z innego świata - ebook

Hubert, Ligia

od 6,55 zł w Klubie Mola Książkowego
13,10 zł w księgarni
13,10 zł
lub

Czytaj bez limitu
od 9,90 zł miesięcznie

Uzyskaj dostęp do tej i ponad 2000 innych książek.

Sprawdź, jak to działa. Usługa dostępna na:

iPad iPhone
Android
Windows Phone
Wydawca: Goneta.net Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2011

Książka zabezpieczona DRM. Przeczytasz ją na:

komputerze EPUB
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
Czytaj w chmurze™
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Ligia HUBERT — urodziła się w Koszalinie. Jest absolwentką wydziału polonistyki KUL. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego. Współpracowała z redakcją dwutygodnika koszalińsko-kołobrzeskiego, w którym ukazywały się jej krótkie opowiadania dla dzieci i młodzieży.
Obecnie mieszka we Francji. Przez krótki czas pracowała w konsulacie polskim w LIlle. Była też tłumaczem przy sądzie w La Roche sur Yon. Pisarstwo zawsze było pasją Autorki. Pani Hubert jest też muzykiem i malarką. Udzielała prywatnych lekcji gry na skrzypcach i pianinie. Wiolonczela jednak jest bliższym jej sercu instrumentem.
ENQUO — science fiction dla dzieci i nastolatków. Gatunek tyleż niechętnie przyjmowany przez krytykę, co akceptowany przez bardzo wielu czytelników. Wyobraźnia ludzka jest niezgłębiona. Przynosi nam pomysły z goła „nieziemskie”. Tak jest w przypadku „Enquo”, przybysza z kosmosu, który wraz ze swoimi pobratymcami mają za zadanie zniszczyć Ziemię. Nie udaje im się, bo znowu na drodze stanęli im ludzie, a właściwie nastoletnie dzieci i ich pani nauczycielka. Historia dzieje się w jednej ze szkół podstawowych. Zaczyna się w momencie, gdy panuje jakaś nieznana epidemia choroby, wywołana przez wirus XL. Co to jest, nikt nie wie. Do szkoły mają przybyć naukowcy, by zbadać ten dziwny przypadek. Okazało się, że to nie są żadni badacze naukowi...
Science fiction daje możliwość rozwoju wyobraźni, a przecież i o to chodzi m.in. w czytelnictwie. Ci, którzy lubią ten gatunek, powinni po nią sięgnąć, bo Autorka opowiedziała historię, jaka mogłaby się wydarzyć w każdej szkole na Ziemi, a bajka przecież nie musi się zaczynać od słów „…dawno, dawno temu”. Fabuła trzyma w napięciu do końca i oczywiście ma szczęśliwe zakończenie. Science fiction nie musi być przerażające i źle się kończyć, a nasza obecna młodzież jakże chętnie sięga do nośników elektronicznych. Może połączyć taką zabawę z rozwojem czytelnictwa?
Informacje o książce
Od redakcji:
Rozdział Pierwszy UWAGA, CZYHA ZAGROŻENIE!

Copyrights to: Goneta.net

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa

Korekta: Katarzyna Kwiatkowska

Okładka: Monika Owieśna

Redakcja: Aneta Gonera

ISBN: 978-83-62041-32-9

Wydanie I

Warszawa, styczeń 2011

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa goneta.


Od redakcji:

Ligia HUBERT – urodziła się w Koszalinie. Jest absolwentką wydziału polonistyki KUL. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego.

Współpracowała z redakcją dwutygodnika koszalińsko-kołobrzeskiego, w którym ukazywały się jej krótkie opowiadania dla dzieci i młodzieży.

Obecnie mieszka we Francji. Przez krótki czas pracowała w konsulacie polskim w Lille. Była też tłumaczem przy sądzie w La Roche sur Yon

Pisarstwo zawsze było pasją Autorki. Panią Hubert jest też muzykiem i malarką. Udzielała prywatnych lekcji gry na skrzypcach i pianinie. Wiolonczela jednak jest bliższym jej sercu instrumentem.

ENQUO – science fiction dla dzieci i nastolatków. Gatunek tyleż niechętnie przyjmowany przez krytykę, co akceptowany przez bardzo wielu czytelników. Wyobraźnia ludzka jest niezgłębiona. Przynosi nam pomysły z goła „nieziemskie”. Tak jest w przypadku „Enquo”, przybysza z kosmosu, który wraz ze swoimi pobratymcami mają za zadanie zniszczyć Ziemię. Nie udaje mi się, bo znowu na drodze stanęli im ludzie, a właściwie nastoletnie dzieci i ich pani nauczycielka. Historia dzieje się w jednej ze szkół podstawowych. Zaczyna się w momencie, gdy panuje jakaś nieznana epidemia choroby, wywołana przez wirus XL. Co to jest, nikt nie wie. Do szkoły mają przybyć naukowcy, by zbadać ten dziwny przypadek. Okazało się, że to nie są żadni badacze naukowi...

Science fiction daje możliwość rozwoju wyobraźni, a przecież i o to chodzi m.in. w czytelnictwie. Ci, którzy lubią ten gatunek, powinni po nią sięgnąć, bo Autorka opowiedziała historię, jaka mogłaby się wydarzyć w każdej szkole na Ziemi, a bajka przecież nie musi się zaczynać od słów

„…dawno, dawno temu”. Fabuła trzyma w napięciu do końca i oczywiście ma szczęśliwe zakończenie.


Rozdział Pierwszy
UWAGA, CZYHA ZAGROŻENIE!

Przypuszczenia

Wczoraj było raczej spokojnie. Lecz dzisiaj wszelkie możliwe przypuszczenia krążyły po klasie. Każdy ciekawie nadstawiał uszu, czy czegokolwiek nowego nie usłyszy. Można by nawet powiedzieć, że Joli wydłużyły się uszy, tak nadsłuchiwała. Zaś Marzenka schylona nad swoim szkolnym zeszytem udawała, że przepisuje coś z tablicy, lecz w rzeczywistości tylko nadsłuchiwała. Nawet Grzesiek, który nie był nigdy na bieżąco, wiedział, że dzieje się coś niezwykłego. Pani Helenka, która była wychowawczynią klasy i jednocześnie dyrektorką tej niedużej szkoły, też jakoś dziwnie się zachowywała. Zwykle była zrównoważona, spokojna. Dzisiaj w jej głosie można było usłyszeć zdenerwowanie. Nagle zadzwonił telefon. Dyrektorka podeszła do telefonu. W klasie zapanowała grobowa cisza. Każdy udawał, że pilnie przepisuje lekcję, lecz w gruncie rzeczy, wszyscy byli ciekawi nowych wiadomości. Pani Helena podniosła słuchawkę:

– Tak, słucham? Tak, proszę...? Co? Znowu? Tak...? Aha! On też zachorował? No to życzę, żeby wyzdrowiał i żeby nabrał sił, i żeby należycie wypoczął. Ojej! Jego brat też to ma? – nauczycielka prawie że wykrzyknęła, po czym przestraszona spojrzała po klasie, lecz wszyscy od razu pospuszczali głowy, udając, że nic nie słyszeli. – Tak, rozumiem. Do widzenia! – Dyrektorka odłożyła słuchawkę.

Rozległ się dzwonek na przerwę. Wszyscy uczniowie wybiegli na szkolne podwórko. Nawet Grzesiek, który zwykle jadł drugie śniadanie w klasie, też wybiegł na boisko. Był ciekawy – jak i wszyscy pozostali – nowych pogłosek w sprawie.

Bożenka z Marzenką przestały się kłócić. Z początku biegały w różne strony, po czym przystanęły na środku boiska. Po chwili podeszła do nich grupa dzieci ciekawych nowin. I wtedy Bożenka pełnym namaszczenia głosem, mentorskim tonem powiedziała:

– Tak... jestem tego absolutnie pewna, dzwoniła mama Karolka. Siedziałam przecież blisko i słyszałam głos z drugiej strony telefonu. A przecież bardzo dobrze znam głos mamy Karolka, bo przecież z nią rozmawiam i to dosyć często.

Po dłuższej chwili Marzenka dorzuciła:

– Bożenka dobrze wie, kto dzwonił. Bożenka jest w dobrych kontaktach z mamą Karolka. Przecież kiedy mama Karolka przechodzi obok Bożenki, zawsze pogładzi ją po głowie, prawda? A oprócz tego zawsze coś do niej powie.

Marzenka chciała coś jeszcze dodać, lecz mały Grzesiu głosem pełnym oburzenia prawie że krzyknął:

– Nie, to nie mogła być mama Karolka! To musiała być mama Wacka, bo nie ma go już od kilku dni w szkole.

Wszystkie dzieci, które stały obok, odwróciły się i patrzyły zdziwione na Grześka. „Skąd on może to wiedzieć?” – myślały sobie.

– Bo wiecie, Wacek lubi chodzić do szkoły i gdy go nie ma, to tylko z bardzo ważnych powodów – tłumaczył jeszcze Grzesiek.

– Chyba masz rację – wdał się w dyskusję stojący do tej pory na uboczu przysadzisty Tomek. – To z pewnością Wacek złapał tego okropnego, nie wiadomo skąd tak nagle przybyłego wirusa. A teraz jest chory i musi pozostać w domu.

– Uwaga, pani nadchodzi! – krzyknęła nagle Marzenka.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy rozstąpili się i zaczęli powoli spacerować parami po boisku, tak jak gdyby nic się nie działo, jak gdyby przed chwilą nie dyskutowali z zapałem. Lecz pani nauczycielka podeszła do Bożenki i Marzenki i zapytała je:

– Marzenko i Bożenko, co to się dzieje dzisiaj? Ciągle przebywacie ze sobą i ani razu jeszcze się nie pokłóciłyście. Powiedzcie mi, co się z wami dzisiaj dzieje?

– No bo, proszę pani... – odpowiedziała Marzenka cała czerwona na twarzy – ja się pogodziłam wreszcie z Bożenką i to ostatecznie.

Nauczycielka pokiwała tylko głową, jak gdyby jeszcze nie mogła uwierzyć i szybkim krokiem ruszyła do swojego biura, skąd dochodził dźwięk telefonu.

Przyglądając się temu wszystkiemu, powoli przybliżyłam się do Marzenki i Bożenki.

– Aaa... Basia! A ty co myślisz o tym wszystkim? – od razu zawołała do mnie Bożenka.

Lecz ja niestety nie wiedziałam nic więcej, toteż odpowiedziałam:

– Ja myślę, że nieważne jest to, kto telefonował do naszej pani nauczycielki, lecz ważne jest to, co to za wirus, który powoduje tę nieznaną chorobę. A w ogóle to wszystko jest dla mnie bardzo dziwne. Czy wy też tak uważacie? – zwróciłam się do dziewczynek.

Lecz one uśmiechnęły się tylko do mnie, a Bożenka powiedziała:

– Ależ Basiu, ty we wszystkim szukasz komplikacji.

A Marzenka dodała jeszcze:

– Myślę, że nie ma żadnego wirusa i że wszyscy namówili się tylko, aby nas przestraszyć.

Uśmiechnęłam się, bo doprawdy, cóż można było na te dziecinne słowa odpowiedzieć? Ja niestety nie byłam takiego zdania. Po chwili odłączyłam się od nich, bo postawa Marzenki i Bożenki wobec tak ważnej sprawy zaczęła mnie denerwować. One zawsze były takie trochę dziwne. Po prostu niedorosłe do życia. W ogóle nie można było z nimi poważnie porozmawiać.

Naszej dyskusji przysłuchiwał się Franek. Był to chłopiec dosyć poważny, z którym udawało się porozmawiać i to nawet ciekawie.

– Sprawa wydaje się prosta – zwrócił się do mnie. – Nikt nie chce się uczyć i dlatego nagle tak dużo jest nieobecnych w naszej klasie. Po prostu oni udają, że są chorzy i naszą panią nauczycielkę oszukują.

Spojrzałam uważnie na Franka. Jeszcze nie dowierzałam, że on ma takie dziwne poglądy na tę całą sprawę. Ale, muszę przyznać, w pewnym małym stopniu może mieć rację. Bo na przykład taki Wacek na pewno wykorzystał moment, aby nie przyjść do szkoły.

– Być może masz rację. Ale gdyby tak było, to by nasza pani zaczęła coś podejrzewać, a ona naprawdę jest zaniepokojona. I ja także zaczynam niepokoić się tym wszystkim.

-Basiu, nie przejmuj się, to nie ma sensu – rzekł Franek, starając się mnie uspokoić.

Wszystko zaczyna się wyjaśniać

Następnego dnia lekcje zaczęły się jak zwykle od sprawdzenia prac domowych i od wezwania do odpowiedzi Marzenki, tym razem zupełnie nieprzygotowanej.

Sprawa zaczęła się wyjaśniać na długiej przerwie, kiedy do szkoły przybyła mama Wacka. Weszła do klasy, a nasza pani nauczycielka dobrze zamknęła drzwi. My wszyscy byliśmy na korytarzu. Wysłaliśmy małego, sprytnego Grześka, żeby podsłuchiwał. Grzesiek podbiegł do drzwi, przyłożył ucho i zaczął gestykulować. Niestety trudno było go nam zrozumieć. Nagle drzwi się otwarły. Grzesiek w porę odskoczył i pani nauczycielka wyszła, przepuszczając mamę Wacka jako pierwszą.

Następnie mama Wacka odjechała samochodem sprzed szkoły.

– Grzesiek, no i jak? – spytał Franek. – No i...? Dowiedziałeś się czegoś?

– Słyszałem jak mama Wacka powiedziała „chory”, a nasza pani powtórzyła to słowo parę razy – zaczął zdawać relację Grzesiek. – Następnie mama Wacka rozpłakała się.

– Taaak?! – zawołaliśmy wszyscy pełni niedowierzania, bo mama Wacka była osobą twardą, surową i wydawało nam się, że nigdy w życiu nie płakała.

– Chyba wtedy to usłyszałem – kontynuował mały Grzesiek – jak mama Wacka, płacząc, powiedziała: „Czy ten okropny wirus musiał zaatakować mojego Wacka?”.

Grzesiek zamilkł. A nas wszystkich ogarnęło przerażenie. Baliśmy się tego, co miało nadejść.

– Ale tak w gruncie rzeczy co to jest ten wirus XL? – zapytał nieoczekiwanie mały Grzesiek.

– On doprawdy nic nie rozumie – rzekł Franek nieco oburzony. – Nigdy nic nie wie lub nie rozumie! To jest aż nie do wytrzymania!

W czasie dużej przerwy wszyscy zadawaliśmy sobie pytania o wirusa XL, lecz nikt nie potrafił dać sensownej odpowiedzi.

Przerwa skończyła się. Tego dnia, o dziwo, miało nie być zapowiadanej wcześniej klasówki z matematyki. Za to nasza pani zadała nam dużo zadań do rozwiązania na lekcji. Sama zaś wyszła do znajdującej się obok sali informatycznej. Tuż przed dzwonkiem na przerwę wróciła z plikiem kartek, po czym powiedziała do nas sucho:

– Każdy z was dostanie kopertę z kartką zawierającą krótką notatkę dla rodziców. Proszę, żebyście przekazali tę kopertę swoim rodzicom i żebyście poprosili o podpis pod tekstem.

Po chwili pani nauczycielka dodała z naciskiem:

– To jest bardzo ważne, żeby wasi rodzice zapoznali się z treścią tego zawiadomienia.

Wtedy pani dała każdemu z nas kopertę przeznaczoną dla naszych rodziców.

Po chwili rozległ się dzwonek oznajmiający koniec lekcji.

Treść kartki dla rodziców

Być może większość uczniów naszej klasy w drodze do domu przeczytała kartkę przeznaczoną wyłącznie dla rodziców. Ja jednak nie należałam do tych osób. Oczywiście ciekawiła mnie treść tej tajemniczej kartki, ale postanowiłam zgodnie z przykazaniem pani zanieść tę kopertę mamie i tacie.

Tego dnia wracałam do domu razem z Frankiem. Od razu zauważyłam, że miał on wielką ochotę otworzyć kopertę przeznaczoną dla rodziców i przeczytać treść zawiadomienia, ale nie śmiał zrobić tego przy mnie.

– Wiesz Franek – powiedziałam do niego – ja to dopiero w domu od rodziców dowiem się, co jest napisane na tej kartce...

Franek spojrzał na mnie z ukosa i odburknął tylko:

– Ty, Basia, to jesteś zupełnie nietypowa. – Po chwili jeszcze szeptem dorzucił: – A gdyby tak spróbować razem zaglądnąć, co?

Nie od razu mu odpowiedziałam. W gruncie rzeczy, tak jak wszystkich innych, dusiła mnie w środku ogromna ciekawość.

– Ale Franek, tak nie można. Musimy te koperty zanieść do domu, tak jak przykazała nam nasza pani. Wcześniej nie wolno nam ich otworzyć – ostrym tonem rzekłam do Franka.

Długo tak szliśmy, nie rozmawiając ze sobą. Po chwili Franek nie wytrzymał i znowu mnie zapytał:

– Basiu, a może jednak byśmy je otworzyli, co?

– Dobrze, zgoda – ugięłam się w końcu przed tą kuszącą propozycją, bowiem i mnie rozpalała ogromna ciekawość.

Niestety nie tak bardzo różniłam się od Marzenki i Bożenki znanych ze słabego charakteru.

Przystanęliśmy nieco na uboczu i otworzyliśmy nasze tornistry. Postanowiliśmy otworzyć tylko jedną kopertę.

Już po chwili ostrożnie, jakbyśmy się bali, że ktoś nas podglądnie, wyjmowaliśmy z koperty starannie złożoną kartkę.

– Basiu – wyszeptał po cichu Franek – nie wiem dlaczego, ale ja się strasznie boję tego, co tam będzie napisane.

Wydawało mi się, że jestem odrobinę odważniejsza od Franka, toteż starałam się dodać mu otuchy.

– Nie bój się, Franku – mówiąc to, trzęsłam się cała ze strachu. – Najważniejsze, żebyśmy wiedzieli o co chodzi w tej sprawie.

Wzięliśmy kartkę dla rodziców w swoje ręce i zaczęliśmy ją czytać.

Oto jej treść:

ZAWIADOMIENIE


Powiadamiam wszystkich rodziców, że wzrosła liczba zachorowań dzieci. Prawdopodobnie przyczyną jest nieznany dotychczas wirus, który rozpanoszył się w naszej szkole. Nazwaliśmy go wirusem XL. Wkrótce przybędzie do szkoły ekipa naukowców, która podejmie badania w celu wyeliminowania tego groźnego wirusa. W razie zachorowania dziecka proszę o szybkie powiadomienie nas o tym fakcie.


Dyrektorka szkoły
Helena Stanisławska

Po przeczytaniu spojrzeliśmy ze strachem na siebie i każde z nas pomyślało: „Co się z nami stanie? Czy ten wirus i nas zaatakuje? Czy zdołamy się przed nim obronić? W jaki sposób?”.

Cóż, chyba pozostało nam tylko czekać na ekipę naukowców, która miała wkrótce przyjechać do naszej szkoły.

Wracaliśmy do domu całkowicie zbici z tropu. Spoglądałam na Franka, a on na mnie i nie wiedzieliśmy, co do siebie powiedzieć. Gdy się rozstawaliśmy, Franek rzucił do mnie jakby od niechcenia:

– Basiu, uważaj na siebie, bo zagrożenie jest blisko.

Przybycie badaczy

Następnego dnia Franek nie przyszedł do szkoły. Ciekawiło mnie co się z nim stało. „Z pewnością został zarażony tym okropnym wirusem XL” – pomyślałam. I strach mnie przejmował na myśl, że wkrótce ja też mogę być ofiarą tego nieznanego wirusa.

Wszyscy w klasie byli tego dnia zdenerwowani. Pani nauczycielka również. Chodziła nerwowo z jednego kąta w drugi. Nagle nasze skupienie lekcyjne przerwało ostrożne, ale jednocześnie energiczne pukanie do drzwi. Pani Helena zaprosiła intruza do środka. Do klasy weszli dwaj panowie w okularach.

– Czy można z panią porozmawiać na osobności? – spytał jeden, zwracając się do naszej nauczycielki.

– Ależ oczywiście – odparła pani Helena i szybkim krokiem wyszła z klasy.

Wszyscy natychmiast chcieliśmy wiedzieć o co chodzi i kim są ci dwaj panowie. Namówiliśmy więc małego, sprytnego Grześka, żeby podsłuchał, co dzieje się na korytarzu. Grzesiek stanął przy drzwiach, przyłożył ucho do drzwi i pilnie słuchał. W tym samym czasie Marzenka z Bożenką zaczęły głośno snuć domysły, o co chodzi tym dwóm panom i po co oni przyszli do szkoły. Jak zwykle też te ich domysły były całkowicie niedorzeczne i głupie.

– To z pewnością są rodzice nowych uczniów, którzy być może przyjdą jutro do szkoły – mówiła Bożenka.

– A może ktoś z chłopców z naszej klasy coś przeskrobał i przyszli do nas policjanci z policji śledczej? – dorzuciła Marzenka. – Czy nie myślicie, że... – zwróciła się zwłaszcza do mnie, kończąc zdanie już głośnym szeptem – że oni wyglądają na szpiegów?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com