Książka ebook Heliogabal, wnuk Mezy Nowacka, Ewa Nowy Świat

Heliogabal, wnuk Mezy (ebook)

Autor:

Nowacka, Ewa

Cena: 14,94 zł
+14 pkt (kup za 7,47 zł)
Dodaj do koszyka Wydawnictwo: Nowy Świat Rok wydania: 2009 Kategoria: Historia Język: polski Format: EPUB (DRM) (do pobrania na e-czytnik, smartfon, tablet lub komputer)

W roku 218 Heliogabal został obwołany przez żołnierzy cesarzem rzymskim. Słynął ze swoich transseksualno-orgiastycznych zachowań. Kolekcjonował pajęczyny. Widywano go także jeżdżącego po Rzymie rydwanem zaprzężonym w nagie młode dziewczyny. W 222 r. został wraz z matką i dworzanami zamordowany przez pretorianów podburzonych przez swoją babkę Julię Mezę. Lidia Winniczuk: „Heliogabal”… pierwsze skojarzenie to „Irydion”. Nowacka pokazuje nam Heliogabala jako chłopca opóźnionego w rozwoju, leniwego, krnąbrnego, pełnego kompleksów – wszystko to z czasem przechodzi w dziwne perwersje, zboczenia – a nawet zbrodnie. Nowacka wykazała w tej powieści nie tylko talent literacki, ale także dokładność filologiczną w wykorzystaniu źródeł historycznych. Tło obyczajowe, zwyczaje, sceny uliczne i zbiorowe są tak żywe i sugestywne, że obraz starożytnego Rzymu staje się prawie dotykalny. Stanisław Stabryła: W „Heliogabalu” uwaga autorki skupia się nie tylko na wypadkach politycznych, ale na ich znaczeniu psychologicznym i historiozoficznym. Czym jest władza? Jak kształtuje osobowość panującego? W jaki sposób zdobywa się ją i utrzymuje? Młodociany bóg-cesarz Heliogabal nie potrafi rządzić, ale dziwny kaprys losu i ambicje bliskich stawiają go na czele ogromnego imperium. Dorota Wójcik: Nowacka w swojej twórczości uprawia chętnie pewien typ montażu literackiego. W „Heliogabalu” autorka zderza autentyczne fragmenty dzieł rzymskich historyków, oryginalne dokumenty i cytaty z wypowiedziami współczesnych specjalistów oceniających przeszłość ze swojego punktu widzenia w zakresie pedagogiki, psychologii, psychiatrii, endokrynologii. Angażując czytelnika w pasjonujące wydarzenia historyczne pisarka jednocześnie zaprasza do rozważania mechanizmów władzy i osobowości panującego, zastanowienia nad sensem wydarzeń z zakresu moralności, obyczajów, religii.

Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.

Spis treści

Strona tytułowa
Podziękowania
Narratorzy
Tekst

Ewa Nowacka

Heliogabal, wnuk Mezy


Autorka pragnie wyrazić swoim rozmówcom najserdeczniejsze podziękowanie za pomoc w napisaniu tej książki.


NARRATORZY TEJ POWIEŚCI:

Relacja subiektywna -
cesarzowa Julia Meza
Relacja obiektywna -
historyk zwany umownie rzymskim

Spójrzmy na to inaczej:
jak z perspektywy 1800 lat tamte wydarzenia oceniają specjaliści:

– pedagog (P. R.)
– psycholog (G. O.)
– endokrynolog (M. Cz.)
– psychiatra (K. J.)
– wnikliwa czytelniczka (L. Z.)


Mezę i Messalinę obok siebie stawię,
we wszeteczeństwie równie wyuzdane prawie,
choć lepsza Messalina. Łono bezcześciła
swe własne – Meza oto senat splugawiła.

Bzdura!

Tyle razy prosiłam, by mi nie przynosić odpisów tych wierszydeł, ukazujących się na murach łaźni i publicz­nych ustępów. Nic mnie nie obchodzi, czym wypeł­niają sobie czas ludzie, którym się wydaje, że nikt ich nie widzi.

Ciekawa jestem, jaką minę miałby autor tych niewydarzonych rymów, gdyby wiedział, że czytam je, podczas gdy on śpi spokojnie, dawno zapomniawszy, co napisał na gładkim kawałku ściany. Wyobrażam sobie jakieś cuchnące izby w zatłoczonych insulach, widzę półotwarte w pochrapywaniu usta, czuję smród przepoconych szmat, słyszę szybki mysi chrobot. Czy to ktoś z nich? Ktoś z tych, którzy nie mają twarzy, ukryci wśród morza głów, wśród setek tysięcy dłoni podniesionych w pozdrawiającym geście, zagubiony w potężnym ryku tysięcy gardzieli, przewalającym się echem gromu. Nie, to nie może być człowiek bez twa­rzy i imienia. Powinnam go szukać w moim otoczeniu, między ludźmi pochylającymi z szacunkiem głowę na mój widok, bo ci nienawidzą mnie naprawdę. Czytam to w ich oczach, rozpływających się w przymilnym uśmiechu, w dobrodusznych zmarszczkach, w namasz­czonych gestach rąk błyszczących pierścieniami.

Gdybym zapytała któregoś z nich, dlaczego mnie nie­nawidzi, nie potrafiłby odpowiedzieć na moje pytanie. Chociaż nie. Istnieje taka odpowiedź, którą mogłabym otrzymać:

– Nienawidzę Julii Mezy, bowiem jej wnuk jest ce­zarem.

Albo inaczej:

– Nienawidzę Julii Mezy, bowiem jej wnuk nie jest cezarem.

Przyznaję im słuszność, ale nie ja ponoszę winę za to, że Basjanus jest taki, jaki jest.

On nie czuje ich nienawiści, a ja duszę się w niej, wyczuwalnej, ciężkiej jak kamienie. Chciałabym jesz­cze kiedyś w życiu być sobą, a nie babką Basjanusa, ale nie widzę innej drogi, prócz tej, jaką wybra­łam.

Przyszedł do mnie w kobiecym przebraniu, z powie­kami ciężkimi od antymonowej maści, wargi miał uma­lowane cynobrem, włosy rozjaśnione, lepkie od poma­dy. Żeby chociaż nie odsłaniał piersi, tyle razy prosi­łam, wygląda jak sabińska mamka, na chłopca w swoim wieku jest stanowczo za tęgi.

Siedział bawiąc się perłami naszyjnika.

– Mam tego dosyć – powiedziałam. – Dlaczego żenisz swojego boga z Palladą? Czy nie masz nic lep­szego do roboty?

– Kiedy to zabawne.

– Zabawne? Od kiedy oskarżenia o świętokradztwo są zabawne? W obozie pretorii wrzenie, lud się burzy. Po co ci te tarcze Saliów? Mówiłam ci przecież, żebyś ich nie ruszał!

Obejrzał paznokcie.

– Tak, babciu. A wiesz, że ona mu się nie podoba?

– Kto?

– Pallada. Śniło mi się.

– Co ci się śniło?

– To było tak: Ledwo zasnąłem, zobaczyłem Heliogabala. Rozmawiałem z nim. Wiesz, te wszystkie pan­cerze, napierśniki, nagolenice, egidy, to go odstręcza od Pallady. On mi powiedział, że nic nie było w noc poślubną, została dziewicą. On jej się boi.

Miałam ochotą dotknąć jego czoła. Ile razy z nim rozmawiam, zawsze przypuszczam, że ma gorączkę i bredzi albo gra tak przebiegle swoją rolę, że nikt jej nie potrafi zrozumieć, poza nim samym.

– Chcę mu sprowadzić Atargatis – mówił dalej przesiewając perły między palcami. – Co o tym są­dzisz?

– Ani się waż!

– Bo, babciu, Kybele nie wchodzi w rachubę – za­stanawiał się głośno. – On nie lubi krwi, to takie brutalne. A może by sprowadzić Salambo? Ona wydaje się łagodna. Tak, to jest myśl. Babciu, czy Salambo nie jest przypadkiem za ciemna? Rozumiesz mnie, Afry­ka...

Jeśli na niego krzyknę, zamilknie i nie powie więcej ani słowa, tak jest zawsze. Więc udaję, że się przejmu­ję jego kłopotami.

– Za ciemna? Nie sądzę. Może trochę smagła, ale bez domieszki krwi murzyńskiej. Powinna mu się po­dobać.

– Ja też tak myślę.

– Kiedy ją sprowadzisz?

– Jak najprędzej.

– Doskonale. I wiesz co, mój mały? Powinieneś pojąć żonę razem z nim. To zrobi doskonałe wraże­nie.

Umknął mi ze spojrzeniem; często ma oczy tak pu­ste, jak dobrze wypolerowana płyta kamienna.

– Najwyższy czas pomyśleć o żonie, mój mały. Wiem, wiem, ta biedna Paula! To była pomyłka. Zresz­tą wcale nie musiałeś jej wyganiać. Taka ładna dziew­czyna. Ja i twoja matka byłyśmy przekonane, że bę­dziecie bardzo szczęśliwi.

Nie słyszał.

– Czy widziałeś ostatnio Annię Faustynę?

– Nie – odburknął.

– Przecież podpisałeś wyrok na Pomponiusza Bassusa. To był jej mąż, więc myślałam...

– Nie pamiętam. To chyba, ten, o którego głowę prosił Publiusz Waleriusz? Tak, coś sobie przypomi­nam.

– Annia jest prawnuczką Marka.

– Tak?

Łatwiej by mi było rozmawiać z jego bogiem niż z nim samym.

– Dobrze byłoby, żebyś ją poślubił.

– Kogo?

Nie słyszał. Oczywiście, znowu nie słyszał.

– Annię Faustynę.

– A kto to jest?

Poddałam się po raz nie wiem który. Poczułam, że jestem zdolna rozszarpać go własnymi rękami. On nie chce mnie słyszeć.

– Babciu – zaczął, zawahał się przez chwilę – oni chcą, żebym coś zrobił. Chodzi o wojnę.

– A twoja matka?

– Matka powiedziała, żebym się ciebie spytał. Ona nie chce pójść do senatu. Mówi, że nie ma czasu.

– Ma rację. Czy przejrzeliście listy kandydatów?

– Matka przejrzała. Ale ja i tak nie będę przema­wiał.

– Dlaczego?

– Bo nie.

Ci, którzy noszą purpurowe trzewiki lub czarne obu­wie z półksiężycem, budzą w Basjanusie strach. Basjanus nie jest mówcą, nigdy nie studiował pod kierun­kiem dobrego retora, jego myśli są powolne jak mulisty ciek wód. Gdy wstaje najczcigodniejszy z senatorów, by podziękować mojemu wnukowi za rozumne i wni­kliwe przedstawienie sprawy, Basjanus jest rozdygota­ny przerażeniem. Nic nie pomogło pisanie mów przeze mnie i przez Soemiadę. Zmusiłyśmy go wreszcie, by wychodził zaraz po ukończeniu mowy, nie czekając na odpowiedzi.

– Trudno, mój mały – powiedziałam bezlitośnie. – Będziesz jednak musiał być na posiedzeniu. Nie ma rady.

– A ty nie możesz?

Wiedziałam, że poprosi mnie o to.

– Nie mogę. Tyle razy ci tłumaczyłam, że kobieta nie powinna brać udziału w posiedzeniach senatu. Nie sprawuję żadnego urzędu.

– Jesteś Augustą i Matką Obozów, babciu.

– To są tytuły honorowe. Każdy konsul znaczy nieskończenie więcej niż ja. Zresztą musisz tam być. Ja i matka zbyt łatwo uległyśmy twoim prośbom. A oto skutki – podsunęłam mu odpisy wierszy.

– Ach, to.

– Właśnie. Więc może jednak zechcesz pofatygo­wać się do senatu osobiście?

– Kiedy ty to zrobisz dużo lepiej niż ja, babciu. Kobiety z senaciku bardzo cię chwalą, doskonale prze­mawiasz.

– W sprawie lektyk nietrudno jest zabrać głos. W zasadzie nie spełniamy żadnej roli politycznej.

– Sama mówiłaś, że będziecie organem doradczym – wydął wargi, był bliski płaczu. – Sama mó­wiłaś. Dobrze pamiętam.

– To były takie prywatne ustalenia i bardzo się dziwię, że mówisz o nich głośno. A co do senatu, jeśli chcesz, przygotuję ci mowę. Matka cię przesłucha i bę­dzie doskonale.

– Nie.

– To poproś kogoś, żeby ci napisał, i daj do popra­wienia matce.

– Nie.

– To napisz sam.

– Nie napiszę.

– Więc jak?

– Po prostu. Nie będę przemawiał.

Znowu wydął wargi. Kiedy tak robi, staje się po­dobny do tamtego małego Basjanusa, który był taki śliczny.

Co się dzieje pod tymi błyszczącymi od pomady lo­kami? Dużo bym dała, by znać jego prawdziwe myśli. Chyba że tam nie ma żadnych myśli, a tylko ja przy­puszczam, że są.

– Babcia będzie na posiedzeniu. – To nie była proś­ba, to był rozkaz. Jakie to dziwne, że miał prawo roz­kazywać.

Wstał, przeszedł się po pokoju, podniósł zwierciadło, przejrzał się, poślinił palcem brwi, wyrównując ich li­nię, i odszedł nie spojrzawszy na mnie.

Kiedy mieliśmy już jechać do Miasta (było to nie­długo po śmierci Makrynusa), rozmawiałam z córkami. Zapowiedziałam stanowczo Soemiadzie, że Basjanus musi stać się za wszelką cenę mężczyzną i Rzymiani­nem. Myślałyśmy, że to jest możliwe. Okazało się, że Basjanus jest głuchy na nasze tłumaczenia, nic nie ro­zumie, równie dobrze mogłabym namawiać węża, by nie był wężem, a spróbował chociaż na chwilę stać się orłem. To Soemiada wpadła na pomysł przywie­zienia do Miasta czarnego kamienia, w którym miesz­kał Elah Gabal. To, co mówiła, wydawało mi się zupeł­nie rozsądne. Basjanus był bardzo młody, nie wszyscy uwierzyli w ojcostwo Karakalli, więc ubóstwienie wy­dawało się najlepszym środkiem, niezawodną tarczą, która go miała osłonić. Nawet śmiałyśmy się wtedy, pamiętam dobrze.

Początkowo Basjanus wcale nie był Heliogabalem, tylko sobą. Potem przestał być sobą i stał się Helioga­balem. Że jest bogiem, wytłumaczyli mu ci wszyscy ludzie, którzy otoczyli go zaraz, jak sępy otaczają świe­żą padlinę. Fryzjer Klaudiusz, woźnica Kordiusz, były tancerz Komazon, gładki Hierokles, obleśny Myrissimus. Nam nigdy nie wierzył, im uwierzył bez zastrze­żeń i wahania.

Starałyśmy się coś w nim obudzić, nauczyć go przy­najmniej najprostszych gestów. Nic nie rozumiał.

Nie mogłyśmy dłużej grać komedii. Soemiada i ja przestałyśmy udawać, że pozostajemy w cieniu. Tak, byłam wielokrotnie w senacie. Jeździłam do obozu pre­torianów. Przyjmowałam zagranicznych posłów. Podpi­sywałam edykty. Ktoś to musi robić. Gdybym wie­działa, jaką rolę wyznaczy mi los, nigdy bym nie ze­zwoliła Gannysowi działać tam, w Emezie. Nie szuka­łabym poparcia takich ludzi, jak Publiusz Waleriusz. Patrzcie, nazwałam go Publiuszem Waleriuszem, tego marnego tancerza, którego zawsze wygwizdywano ze sceny, zamiast powiedzieć tak, jak mówią wszyscy: Komazon. Wtedy w Emezie wszystko wydawało się ta­kie łatwe, wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, by mieć dla siebie tę władzę, która potoczyła się pod moje stopy jak dojrzałe jabłko.

Przeklinam po stokroć chwilę, w której wyciągnęłam rękę. Przez Basjanusa rządzić nie można, samej rządzić nie sposób, oddać władzę – nieprawdopodobieństwo. Jest jeszcze jedno wyjście, lecz kiedy ono nadejdzie, będzie mi wszystko jedno, chociaż boję się, że nawet w płomieniach pogrzebowego stosu nie będę umiała zapomnieć o tym wszystkim.

Chcę być szczera wobec siebie samej, bo siebie okła­mać nie mogę, pragnę tego bardzo i nie mogę. Znam prawdę i boję się tej prawdy. Każda najgorsza prawda jest zawsze lepsza od najpiękniejszego kłamstwa – mawiał mój biedny ojciec.

Ojciec, matka, dom...

Urodziłam się w Emezie. Jeśli ktoś nie zna Emezy, wiele stracił. Małe, białe miasto, ocienione szarymi oliwkami i smutkiem cyprysów. Wczesną wiosną na stokach skalistych wzgórz kwitły czerwone anemony. Ja i moja starsza siostra Martha płakałyśmy najpraw­dziwszymi łzami nad zmarłym Adonisem, z którego krwi wyrosły kwiaty podobne do małych płomieni. Nie śmiałam ich zrywać, choć były takie ładne i pachniały świeżością i wiosną.

Do dziś uważam Emezę za najpiękniejsze miasto na ziemi. Domy, a przynajmniej większość z nich, zbudo­wano na starą, dobrą syryjską modłę, z wewnętrznym dziedzińcem, ciemnymi izbami, cysterną na deszczówkę i płaskim dachem otoczonym balustradą, gdzie spało się w upalne noce. Wzdłuż ścian dziedzińców wkopy­wano ogromne amfory na wino i spiczaste dzbany na­pełnione zbożem. W chłodne dni rozpalało się w izbach pękate piecyki, rozdmuchując dogasający żar małymi miechami. Lubiłam patrzeć w żar zasnuwający się sza­rym popiołem, było mi wtedy smutno i dobrze.

Niektórzy z mieszkańców Emezy postawili sobie już nowomodne wille, ale my wcale nie zachwycaliśmy się pretensjonalnymi kolumienkami, sadzawką w atrium i poszarzałym od upału ogródkiem.

Moi rodzice mieli wygodny, rozłożysty dom i nas, mnie i Marthę. Emeza jest znanym miastem, ale wcale nie dlatego, że ja i Martha ujrzałyśmy tam światło dzienne. Najważniejszą rzeczą w Emezie była świąty­nia i czarny kamień, w którym mieszkał Elah Gabal. Mój ojciec był arcykapłanem w świątyni i najważniej­szą osobą w miasteczku.

Niejeden, z tych młodych, zarozumiałych architek­tów nazwałby naszą świątynię bezstylowym szkaradzieństwem, snem pasztetnika, mając na myśli te pa­sztety, gdzie obok doryckich kolumn leży sfinks, a pod pochodnią skrzydlatego geniusza prażą piersi swawol­ne nimfy. Po uniesieniu złotej pokrywy z takiego pa­sztetu wylatują zwykle, nie wiedzieć czemu, żywe kwiczoły. Dla mnie i dla Marthy świątynia była cu­downa. Drżałyśmy z podniecenia, gdy na jej schody wstępował nasz ojciec w obłoku spalonych wonności, wiewie strusich piór, w lśnieniu złota. Niewolnice mu­siały nas trzymać mocno za ręce, byśmy się nie wy­rwały i nie pobiegły do niego. Tylko ojciec miał wstęp do sanktuarium Elah Gabala, gdzie objawiała się wola boga. Wyrocznia ściągała do Emezy wielu pobożnych, tak jak blask latarni morskiej przywabia z daleka statki.

Ojciec był piękny i wspaniały. Kobiety padające na twarz przed drzwiami sanktuarium boga korzyły się także przed moim ojcem. Pragnęły, by je widział, a on czasem dostrzegał którąś z nich, a czasem nie. Był wyż­szy ponad swoje słabostki i handlował swoim bogiem z dobroduszną chytrością. Teraz wiem, że miał wiele kochanek, ale to nie jest ważne.

Bardzo kochałam swego ojca. On też kochał Marthę i mnie, bezbarwne córki zrodzone z niego i naszej pięk­nej matki. Matka była dla nas zbyt zwykła, powszed­nia, byśmy jej mogły ofiarować to, co ofiarowywałyśmy ojcu. Cierpiała nad tym, że nie urodziła syna, krzyczała na Marthę i na mnie i z chciwą zaciekłością gromadziła pieniądze, do których ojciec nie przywią­zywał specjalnej wagi. Poza nami rodzice nie mieli więcej dzieci.

Nas w Emezie niezbyt ciekawiło to, co działo się w Mieście, byliśmy zbyt daleko, nikt nie interesował się nami i my nie bardzo przejmowaliśmy się tym, co się dzieje za wzgórzami otaczającymi Emezę. Od czasu do czasu zjawiał się u nas niewielki oddziałek legio­nistów, asystujący odwiedzinom w świątyni któregoś z lokalnych dostojników. Dostojnik zjawiał się w lek­tyce, rzadko konno, otoczony pocztem zbrojnych, był to pretor, kwestor, czasem marsowy trybun, legatów i konsulów nie widywaliśmy w Emezie, o namiestniku Azji mówiło się u nas jak o ptaku Feniksie, był gdzieś, ale nas to nie dotyczyło.

Mój ojciec bał się Rzymian. Odkryłam to jako zu­pełnie małe dziecko. Zdradziła mi to jakaś pochlebna i nieszczera intonacja jego głosu, ukradkowe spojrze­nia i gesty rąk, zbyt dostojne, by nie kryła się pod nimi bezradność.

Rozmowa toczyła się o czymś niezrozumiałym. Chwy­tałam pojedyncze zdania.

– Ach, ta Faustyna – uśmiechał się młody kwestor (nigdy nie był w Mieście, pochodził z Frygii, kupił sobie niedawno obywatelstwo). – Dzielna kobietka, nie ma gadania. Cezar jest ślepy jak wszyscy mężowie, ale całe Miasto aż się trzęsie od plotek.

– Coś słyszałem. Zdaje mi się, że mówiono o Werusie. – Ojciec odmierzał słowa, jakby to były płatki złota, lękał się tego frygijskiego Rzymianina z rycer­skim pierścieniem na palcu.

– Werus to stara historia. Dawno nieaktualna. Po jego śmierci są gladiatorzy, woźnice, aktorzy, niewolnicy... – Spojrzał na ojca, najwyraźniej zależało mu, by ktoś ocenił jego polor towarzyski i orientację w naj­nowszych plotkach z Miasta. – Powiadają, że młody August, Kommodus, jest jego synem.

– Naprawdę?

– Niektórzy sądzą, że Fadilla, średnia córka najdo­stojniejszej pary, jest także dzieckiem Werusa, ale mogę zapewnić, że są to oszczercze plotki. Co do Kommodusa, wiem z całą pewnością, że tak jest. Uderza­jące podobieństwo!

Napił się wina.

– Swoją drogą, jaka to pikantna sytuacja! Matka i córka w objęciach tego samego człowieka. Ta spra­wa narobiła w swoim czasie sporo huczku w Mieście. Lucylla pod welonem oblubienicy i Faustyna prowa­dząca córkę w łoże swojego kochanka! Tylko w Mie­ście takie rzeczy są możliwe! A Faustyna jest zręczna, nadzwyczaj zręczna. Potrafi sobie cezara omotać nao­koło małego palca. To jej trzeba przyznać.

Ojciec uznał, że rozmowa staje się niebezpieczna. Może zresztą zauważył mnie i był zdania, że nie po­winnam słuchać. Wychowywano nas bardzo surowo.

– Co do wróżb – przerwał – nam nadzieję, że będziesz zadowolony z odpowiedzi naszej wyroczni.

– Na pewno. – Gość wyciągnął przed siebie długie nogi, rozparł się szeroko. – Z niecierpliwością ocze­kuję głosu boga. Czy nie mógłby jednak prędzej udzie­lić mi odpowiedzi?

– Nie. – Ojciec rozgniewał się, ale nie śmiał oka­zać swego gniewu. – Nie sądzę, by to było możli­we.

– Trudno. Poczekam.

Strój tego Rzymianina był dziwnym połączeniem an­tiocheńskich muślinów, delikatnych jak mgła poranna, i szorstkiego rzymskiego płaszcza, stopy miał obute w wysokie, sznurowane trzewiki, jego ramiona błysz­czały szerokimi bransoletami.

– Nie jesteś wyznawcą Kybele? – spytał mój oj­ciec.

– Jestem, oczywiście, jestem.

– I szukasz rady w Emezie?

– Tak. I cóż z tego? My, Rzymianie, nie jesteśmy małostkowi. Jeśli ten wasz bóg nie udzieli mi wska­zówek, pojadę do Carrhae, do tamtejszej bogini księ­życa. Lokalne kulty mogą być wykorzystywane z po­żytkiem dla nas.

Byłam wtedy małą dziewczynką, która siedziała w kącie i zaplatała frędzle paradnego płaszcza ojca, ale dobrze zapamiętałam tę rozmowę. Zrozumiałam, że ist­nieją na świecie ludzie ważniejsi niż mój ojciec, może ten Rzymianin błyszczący pierścieniem, może ten ta­jemniczy cezar, a może Faustyna, o której się tak dziwnie mówiło.

– Znasz cezara? – zapytałam tego samego dnia Marthę. Martha była starsza o dwa lata i lubiła to podkreślać.

– Znam.

– A Faustynę?

– Też znam.

– Widziałaś ich?

Zrobiła pogardliwą minę.

– Jesteś głupia – oświadczyła. – Nie rozmawiam z tobą.

Wcale nie byłam taka mała i niemądra, gdy gdzieś, bardzo daleko, zaczęła się wojna. Legioniści przyby­wający do Emezy byli uzbrojeni po zęby, tak jakby za chwilę mieli wyruszyć na pole walki.

– Żołnierz nie zna dnia ani godziny – wyjaśnił szczekliwie jakiś trybun. – W każdej chwili kontyn­genty syryjskie mogą być powołane na front.

Ojciec chciał o coś zapytać, potem się rozmyślił i udał, że poprawia pektorał u ciężkiego łańcucha.

– To jest wojna z Partami – poinformowała mnie Martha. Czasem miała zadziwiające wiadomości.

– Z kim?

– Z Partami, głuptasie.

Wolałam o nic nie pytać, Martha potrafiła być ostra jak ofiarniczy nóż, którym kapłan podrzyna gard­ło osłupiałego byka. Nie chciałam, by miała okazję do wyśmiewania się ze mnie.

– Ci Germanie – westchnął brodaty oficer. – Cią­gle mamy z nimi kłopoty. Najdostojniejszy cezar w swo­jej bezmiernej dobroci i wyrozumiałości pewno zado­woli się nałożeniem kontrybucji i co najwyżej rozkaże prewencyjnie spacyfikować pas przygraniczny. Co do mnie, popaliłbym wszystkie osiedla i przepędził lud­ność, by tym Kwadom i Markomanom przypomnieć o potędze imperium.

– To jest wojna z Germanami – powiedziałam do Marthy z nietajoną satysfakcją.

Dziwne, ale Martha nie nazwała mnie głuptasem. Działo się z nią coś osobliwego. Teraz dopiero zauwa­żyłam, że Martha ma już małe piersi podobne do brzo­skwiń i że stąpając chwieje się w biodrach, jakby nio­sła na głowie pełny dzban. Gdy patrzyła na tego ofi­cera, jej oczy rozszerzały się, a krew rumieniła po­liczki.

Oficer nazywał się Septymiusz Sewer i ojciec podej­mował go w naszym domu specjalnie uroczyście.

– Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że musi być nie­parzysta liczba biesiadników – gromił matkę. – Nie­parzysta, czy tego nie rozumiesz? Czy to takie trudne?

Łoża biesiadne okryto wzorzystymi makatami, nie­wolnice przygotowywały wieńce i pachnidła do skro­pienia stóp biesiadników.

– Najpierw jagnię z tymiankiem – dysponował oj­ciec kucharzowi. – Albo nie. Najpierw ostrygi i śli­maki. Potem... Rzymianie lubią wieprzowinę, podamy wymię maciory w ostrym sosie.

– Ośmielę się powiedzieć – kucharz zgiął się w ukłonie – że w Mieście podaje się na gorąco pierś bażanta i pawia zawinięte w szynkę i upieczone na węglu drzewnym.

– Dobrze, to jest myśl. Co jeszcze proponujesz?

– Szpikowane figojadki.

– Niech będą.

– Na deser oczywiście jaja.

– Dziczyzny nie będzie?

– Podług życzenia może być i dziczyzna. Łeb dzika z pistacjami. Możemy zamówić.

– Zamów.

Jeszcze dzisiaj nie rozumiem, dlaczego mój ojciec był tak przejęty odwiedzinami Septymiusza Sewera, ale domyślam się, że ojciec znał wróżbę, jakiej udzieliła temu oficerowi nasza wyrocznia. To by tłumaczyło na­bożny gest, jakim wygładzał wezgłowie łoża naszego gościa. Nigdy nie pytałam o to ojca i nigdy ojciec nie powiedział ani słowa na ten temat.

Tak czy inaczej, Septymiusz Sewer mieszkał w na­szym domu. Poza ową sławetną ucztą nie sprawiał ni­komu kłopotu, był milczący i surowy. Nie mieszkał zresztą u nas długo. Wyjeżdżał, przyjeżdżał i znowu wyjeżdżał. Mieszkał w bocznym skrzydle, posiłki jadał najchętniej u siebie. Widywano go czasem, jak z ta­bliczką w ręku chodził niecierpliwie między ścianami, musiałam wtedy myśleć o wielkim zwierzęciu więzio­nym w klatce. Po śmierci starego cezara stał się czuj­ny, napięty jak cięciwa łuku, rzekłbyś, zasłuchany w coś wewnątrz siebie samego.

– On pochodzi z rzymskiej rodziny osiadłej w Leptis Magna – wyjaśnił ojciec. – Jest prawnikiem. Sta­ry cezar bardzo go cenił i przysłał do nas jako oficera do specjalnych poruczeń przy Ariuszu Antoninusie. Żołnierze go kochają. Podobno bardzo zdolny.

W Mieście działy się wówczas niepojęte sprawy. Stary cezar, mądry i wyrozumiały Marek Aureliusz, umarł, zostawiając imperium swemu jedynakowi. Dzie­dzictwem Kommodusa była zresztą nie tylko władza, lecz także nie ukończona wojna z Kwadami i Markomanami. Młody cezar postąpił najbanalniej w świecie: uznał, że wojny nigdy nie było, wycofał legiony z tery­torium nieprzyjaciela i udał się do Miasta, gdzie cze­kały go liczne rozrywki i przyjemności, a także spi­skowiec z dobrze wyostrzonym sztyletem.

Może dziewiętnastoletni Kommodus nie był okrutny z natury, otrzymał przecież staranne wychowanie, sta­ry cezar dopuścił piętnastolatka do rządów, wspierał jego kroki i kierował nimi, ale wykrycie spisku, któ­rego duszą była własna siostra Kommodusa, Lucylla, nauczyło młodego cezara strachu i nienawiści.

Nikt nie wie, kto podsunął spiskowcowi okrzyk: „Se­nat ci to przysyła”, bo tak zawołał wznosząc ostrze nad głową Kommodusa. W każdym razie ten okrzyk stał się powodem śmierci Pompejanusa Kwintianusa i Maksymusa, i Kondianusa, i braci Kwintylianów. Ta­ki sam los spotkał ich krewnych i przyjaciół, klientów i wyzwoleńców, i zupełnie nieważnych ludzi, których ślepy traf uwikłał w tę sprawę. Młody cezar uczył się strachu i nienawiści, aż doszedł do miejsca, gdzie pozostał zupełnie sam ze swoim strachem i niena­wiścią.

– Perennis, cokolwiek by się o nim mówiło, był na pewno zdolnym i rzutkim ministrem – powiedział Sep­tymiusz Sewer do mojego ojca. Często objaśniał coś nie pytany, był właściwie urodzonym nauczycielem, nie znosił rzeczy nie domówionych i niejasnych. – To Kleander życzył sobie tej śmierci.

– Kleander? A kto to jest?

– Nikt, ale będzie wszystkim.

Kiedyś, wiele lat później, dowiedziałam się, że Septymiusz Sewer był protegowanym wszechwładnego mi­nistra, jego uchem i okiem w prowincjach cesarskich, człowiekiem zaufanym. Kleander polecił Septymiuszowi kontrolować działalność Ariusza Antoninusa, prokonsula Azji. Kleander nienawidził Ariusza i w niedłu­gim czasie uzyskał na niego wyrok. Pescenniusz Niger, mianowany namiestnikiem Syrii: z poręki Kleandra, był człowiekiem starszym, trefił zarost, miał słabość do ja­skrawej biżuterii i naśladując starego cezara czytywał podczas przechadzki greckich filozofów.

– Powiadają – chichotała jedna z niewolnic – że młody cezar ma trzysta kobiet. Chodzi sobie wśród nich i wybiera, a którą wybierze, to ją zaraz kąpią, namasz­czają...

– I co? – spytała Martha.

– E, nic takiego – stropiła się zapytana dziewczyna (za rozmowy z niewolnicami matka nas karała, miała zwyczaj mówić, że niewolnicy nie są towarzystwem dla dobrze urodzonych ludzi). – Tak sobie tylko gadam.

– Mów! – rozkazała Martha.

Coś takiego było w jej głosie, że spojrzałam na nią ze zdumieniem. Niewolnica przestraszyła się.

– Mów!

To był rozkaz. Dziewczyna, posługując się gestami, dosadnym językiem opisała nam złączenie się kobiety i mężczyzny.

– Robiłaś to? – spytała Martha z oczyma rozszerzo­nymi ciekawością. Chciała wiedzieć, ja jeszcze nie.

Dziewczyna potwierdziła. Jej opowieść była bardzo prosta. W czasie dorocznego święta ku czci Elah Gabala zaczepił ją jakiś rzymski żołnierz. Nie, nie zna je­go imienia. Poszła z nim w cierniste zarośla na wzgórzach. Zająkując się prosiła, byśmy nie mówiły o tym naszej matce. Matka nie życzyła sobie rozpusty w swo­im domu.

Kiedy w Mieście upadł Perennis, a jego głowę młody cezar ofiarował ludowi, Septymiusz Sewer znów przy­jechał do Emezy. Śledztwo w sprawie Perennisa zata­czało coraz szersze kręgi, a Septymiusz, chociaż chro­niony życzliwością Kleandra, musiał się bać o siebie. Był ambitny i wiedział, że jego ambicja nie jest tajem­nicą dla nikogo. Za mniejsze rzeczy płaciło się życiem.

Stałam wtedy przy podwórzowej cysternie. Podszedł do mnie, odgarnął mi włosy z czoła, podniósł moją twarz do góry. Przestraszyłam się, ale on popatrzył na mnie nie widzącymi oczami i poszedł sobie. Długo chło­dziłam rozpalone policzki w zimnej wodzie, wcale nie byłabym zdziwiona, gdyby dotknięcie jego ręki napięt­nowało moją twarz na zawsze.

W tym okresie matka zwiększyła swoją surowość wobec Marthy i mnie. Nakazano nam przebywać w ko­biecej części domu, przy rozmowach z odwiedzającymi nas przyjaciółkami asystowała zawsze Mirrha, bezpierśne, chude stworzenie, zaufana wyzwolenica matki. Mirrha syczała jak podrażniony wąż, gdy rozmowa za­czynała schodzić na nieodpowiednie, jej zdaniem, to­ry. Na przechadzki udawałyśmy się w zakrytej lek­tyce i zabroniono nam surowo wchodzić do sali, gdzie ojciec rozmawiał z odwiedzającymi. Byłyśmy panna­mi na wydaniu i musiałyśmy o tym nieustannie pa­miętać.

Oprócz naszego ojca i Septymiusza Sewera (który był chyba starszy niż ojciec) widywałyśmy jeszcze jed­nego mężczyznę, starego greckiego gramatyka, imie­niem Kleos. Ojciec wymagał, byśmy znały łacinę i grekę. Kleos czytywał z nami klasyków i strasznie się de­nerwował nieprawidłową wymową przydechowych głosek. Utrzymywał, że nie czujemy piękna poezji, i za­nudzał nas nazwami tropów stylistycznych, przy czym odnosiłam zawsze wrażenie, że on sam wymyślił te wszystkie mądrości.

W młodzieńczych latach Kleos był pedagogiem w do­mu jakiegoś senatora w Mieście. Bez trudu dawał się namówić na przerwanie wywodu o pięknie Homero­wych peryfraz i snuł nie kończące się historie o tam­tych latach.

– W niszach stoją posągi, setki, co ja mówię, ty­siące posągów. Żadnego kamienia, żadnej ordynarnej cegły, tylko marmur i mozaiki. Sale chłodne i sale go­rące, baseny głębokie i płytkie. W krużgankach spoty­kasz najznakomitszych ludzi, możesz posłuchać recy­tacji poetów lub dysputy filozoficznej. Jeśli zmęczą cię rozkosze ducha, możesz zażyć ćwiczeń fizycznych, za­grać w piłkę, pobiegać...

Staruszek przymykał oczy.

– Albo wyścigi. Wyjeżdżają zaprzęgi, woźnice i ko­nie w barwach frakcyjnych, zaprzęgi dobierane maścią. Już przyjmują zakłady. Wybrałeś, postawiłeś, rydwany ruszają. Burza nie pędzi tak szybko. Woźnice przewią­zani w pasie lejcami podniecają konie krzykiem. Już są przy mecie, zawracają, dwa, trzy zaprzęgi idą łeb w łeb...

Do teatru znowu przychodzi się wcześniej, by zająć dobre miejsce. To wprost nie do wiary, ale widzisz wszystko, co pokazuje dobry mim czy tancerz. Pogrą­żasz się z nim razem w chłodne otchłanie wód, lecisz na Olimp, schodzisz do Hadesu...

Podczas igrzysk gladiatorskich, inaczej niż na wyści­gach, lepiej jest zająć niższe miejsce. Zawsze powstrzy­mywałem oddech, gdy na arenę wpuszczano lwy. Te płowe cielska i grzywy, grzywy, jak rozfalowana rzeka. Gladiatorzy drwią sobie ze śmierci, igrają z nią...

Idziesz sobie rankiem na Forum albo na Palatyn. Zawsze jest czym ucieszyć oko. Takich zaprzęgów, ta­kich lektyk nie zobaczysz nigdzie. Niewolnicy przed lektykami wywołują nazwiska swoich panów, przekup­nie oferują towar, zaklinacze i czarownicy szarpią cię za płaszcz, uliczny filozof przemawia do ciekawej ga­wiedzi...

Martha i ja marzyłyśmy o tym, by kiedykolwiek w życiu zobaczyć te wspaniałości. W Emezie nigdy nie bywało igrzysk ani przedstawień teatralnych, a na prze­chadzce mogłyśmy najwyżej spotkać żonę poborcy po­datków i jej nudną córkę, nie licząc ślepego sprzedaw­cy fig i roznosicieli wody.

Mimo zakazu czasem udawało nam się coś podchwy­cić z rozmów naszego ojca i jego gości.

– Wiesz, cezar Kommodus występuje jako gladia­tor – informowałam Marthę świszczącym szeptem.

– Przesłyszałaś się.

– Wcale nie!

– Zabija ludzi?

– Nie wiem – przyznawałam uczciwie.

– Na pewno tak – decydowała za mnie Martha. Lu­biła sytuacje krańcowe, nie uznawała kompromisów.

– Warto by to zobaczyć.

– Zobaczymy. Jak wyjdę za mąż, będę mieszkała w Mieście i będę chodziła, gdzie mi się będzie podo­bało.

Plan Marthy wydawał mi się rozsądny i kuszący. By­łam skłonna w pełni go aprobować.

– Ale ja będę mieszkała z tobą – upewniłam się na wszelki wypadek.

– Jeśli mój mąż się zgodzi – przyzwoliła łaska­wie Martha. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że Martha ma jakąś wizję czy koncepcję swego przyszłego lo­su. Co do mnie, nie wyobrażałam sobie nic.

Mieszkałyśmy w Emezie, ale Miasto przyszło do nas, chociaż wszystko było tak samo jak dawniej. Miasto to były strofy Wergiliusza i nowy krój sukni, chłodny spokój Septymiusza Sewera i plotki o szaleństwach młodego cezara, twarde kroki oddziału legionistów po kamieniach Emezy i wychudły poborca podatków, któ­rego sępie oczy obrachowywały każdy grosz.

Musiałyśmy być ogromnie śmieszne z tą swoją fascy­nacją czarodziejskim światem i głupią wiarą, że te roz­kosze staną się także i naszym udziałem. Teraz wiem o tym, ale wtedy obraziłabym się śmiertelnie, gdyby mi ktoś o tym powiedział.

Martha się zakochała.

Zadurzyła się w Septymiuszu Sewerze, chyba tylko dlatego, że była w wieku, kiedy trzeba się zakochać, a on był jedynym mężczyzną, jakiego widywałyśmy. Nacierała się balsamem (nie mam pojęcia, skąd go wzięła), krzyczała na fryzjerkę układającą jej włosy i podnosiła swoje małe piersi opaskami możliwie wy­soko do góry. Matka własnoręcznie wyrzuciła balsam, polała wodą wymyślnie spiętrzone loki i zakazała no­szenia opaski, ale nie zauważyła, że Martha jest zako­chana. To tylko ja wiedziałam, że Martha zakrada się pod drzwi sypialni Septymiusza i siedzi tam skulona, głaszcząc palcami framugę. Gdyby Martha nie wymu­siła na mnie wielkiej przysięgi, że będę milczała, może powiedziałabym o tym matce.

Nie zauważyłam przedtem, żeby Septymiusz Sewer pił, nie stronił wcale od wina, ale nigdy nie przekraczał miary, która przystoi dobrze wychowanemu człowieko­wi. Nie wiem, dlaczego w czasie tego pobytu Septy­miusz upijał się ponuro i zapamiętale, z systematycz­nością, jaka cechowała wszystkie jego poczynania.

Żadnego lekkomyślnego podchmielenia, o, nie. Septy­miusz Sewer upijał się, jakby był marynarzem, który od miesięcy marzył o cierpkim winie, żeglując po ogromnych wodach, palony słonym wiatrem.

Tego dnia wrócił późno, odźwierny chciał go odpro­wadzić do sypialni lub wezwać kogoś ze służby, ale Sewer go odepchnął i poszedł sam, przesadnie wypro­stowany. Martha nie zdążyła uciec spod jego drzwi (twierdziła potem, że znalazła się tam przypadkiem, ja wiedziałam, co o tym sądzić). Septymiusz stanął przed nią, chwiejąc się na szeroko rozstawionych nogach.

– Jedno wielkie świństwo – powiedział.

Potem pocałował Marthę twardymi wargami i zapy­tał:

– Chcesz?

Kiwnęła głową.

Nie mam pojęcia, kto odkrył nieobecność Marthy i wszczął alarm. Matka zawodziła, ojciec milczał, nie­wolnicy tłoczyli się w pełgającym blasku kaganka. Na żołnierskim płaszczu rzuconym na łoże kuliła się naga, spłakana Martha.

– Nie powiedziała ani słowa, kim jest – tłumaczył się nagle wytrzeźwiały Septymiusz Sewer. – Przysię­gam, że nie dotknąłbym jej nawet palcem, gdybym wie­dział, że to wasza córka.

Był zły i jakby trochę przerażony. W gruncie rzeczy sądził, że robi się zbyt wiele hałasu o cnotę jakiejś Syryjki, ale był także gościem mego ojca. To zobowią­zywało. Teraz gapiły się na niego kuchenne niewolnice i mulnicy, a on, Rzymianin, musiał się tłumaczyć i usprawiedliwiać z chwilowego porywu żądzy.

– Jestem żonaty i mam córki, starsze chyba od tej małej – starał się ratować resztki swojej godności. – O rozwodzie nie ma mowy. Wszelako jestem gotów udzielić każdego rozsądnego zadośćuczynienia – podkreślił intonacją słowo „rozsądnego”. – Powtarzam raz jeszcze, że nie powiedziała ani słowa. Więcej, wyraziła zgodę.

(To była w jakimś sensie prawda, ale nie należało tego mówić, Martha była bardzo młoda, mógł być jej ojcem, powinien znaleźć w sobie trochę czułej litości dla jej głupiego uczucia.)

Wyjechał jeszcze tej samej nocy. Ojciec chciał zabić Marthę, ale nie mógł tego zrobić. Zamknięto ją w komo­rze i Mirrha raz dziennie nosiła jej chleb i wodę. Matka zachorowała, leżała odrzuciwszy w tył głowę, dysząc otwartymi ustami, jak ryba wyrzucona na piasek. Po śmierci jej usta pozostały otwarte w tym bezgłośnym krzyku i tak ją zapamiętałam.

Nowy namiestnik Syrii Pescenniusz Niger przysłał na jej pogrzeb swego przedstawiciela. On powiedział, że Septymiusz Sewer został wezwany do Miasta. Ku mojemu zdziwieniu, ojciec przyjął tę wiadomość zupeł­nie spokojnie, drżały mu tylko ręce, gdy je kładł na karkach ofiarnych zwierząt.

Nie było już naszego domu. Septymiusz Sewer, który go zniszczył, wyjechał i pewno zapomniał o swojej głupiej przygodzie w Emezie.

Całe miasto wiedziało o tym, co się przydarzyło cór­ce arcykapłana. Ulicznicy urządzali kocią muzykę pod naszym domem, przechodnie wytykali naszych niewol­ników palcami, choć powszechnie żałowano naszych zhańbionych rodziców i powtarzano, że naszą matkę za­bił wstyd.

Cień winy Marthy padł i na mnie, byli tacy, którzy wiedzieli świetnie, że rzymski oficer sypiał z nami obie­ma. Mieszkańcy Emezy nie lubili Rzymian. Trudno im się dziwić.

I tak skończyło się moje dzieciństwo, a zaczęła mło­dość.

KOMMODUS ANTONINUS

opisanie życia i czynów jego

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Książki podobne do: Heliogabal, wnuk Mezy

Ostatnio oglądane książki

Biznes i media
Warunki sprzedaży
Społeczność