Książka ebook Martwy punkt Szolc, Izabela Nowy Świat

Martwy punkt (ebook)

Autor:

Szolc, Izabela

Cena: 14,94 zł
+14 pkt (kup za 7,47 zł)
Dodaj do koszyka Wydawnictwo: Nowy Świat Rok wydania: 2010 Kategoria: Kryminał Język: polski Format: EPUB (DRM) (do pobrania na e-czytnik, smartfon, tablet lub komputer)

Rzadko uczęszczany brzeg Wisły, samochód zalany krwią i trzy dziewczyny, których z pozoru nic nie łączy. To zadanie, z którym zmierzy się komisarz stołecznej policji, Anna Hwierut. W Martwym punkcie – powraca znana z powieści Cichy zabójca – neurotyczna policjantka Hwierut, której życie nie należy do najprzyjemniejszych. Tym razem podwójnie samotna, opuszczona przez syna i swego partnera z komendy, zmaga się z niezaleczonymi traumami po ostatniej sprawie. Gdy rozwikłanie nowej utknie w martwym punkcie, a kluczenie wśród poszlak stanie się jałowe, rozwiązanie przyjdzie zupełnie niespodziewanie. Pomocne okażą się dawne znajomości i… lektura tekstów Oriany Fallacci. Izabela Szolc, nadwiślańska koleżanka Heninga Mankella i Aleksandry Marininy daje czytelnikom cierpki kryminał społeczny, w którym gorzka diagnoza współczesnej rzeczywistości przeplata się z, równie skomplikowanym, prywatnym życiem komisarz Hwierut.

Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.

Spis treści

Strona tytułowa
Informacje o książce

1.
2.
3.

Izabela Szolc

Martwy punkt


© Copyright by Izabela Szolc, 2010
© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2010
Projekt okładki: Agnieszka Herman
Fotografia na okładce: Istockphoto
Korekta: Ewa Chmielewska

ISBN 978-83-7386-382-8

Wydanie I
Warszawa 2010

Wydawnictwo Nowy Świat
ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa
tel. (22) 826-25-43
faks (22) 826-25-47

INTERNET: www.nowy-swiat.pl
BLOG: blog.nowy-swiat.pl
E-MAIL: wydawnictwo@nowy-swiat.pl


Od smaku taniej szminki tej
mdli mnie już.
Powieki całkiem skleił mi,
lepki tusz.
Wysoki obcas, cudzy but
pali mnie.
A w moich uszach dźwięczą znów
słowa te:

Córeczko, wolałabym, żebyś była chłopcem.
Byś była chłopcem!

Kayah „Córeczka”


1.

Najpierw wybrała sobie imię: Lulu. Znała je z kinowego plakatu, samego filmu nie widziała. Nie wydawało jej się to istotne. Lulu – imię w sam raz dla dziewczyny, jaką miała się stać. Seksowne (nie znała słowa: pociągające) i jednocześnie niewinne. Och, Lulu!

Kupiła farbę „skandynawski blond” i rozjaśniła mysie włosy do hollywoodzkiej platyny. Ich końcówki od nadmiaru perhydrolu zaczęły się rozdwajać, nakręcała je na palec i gryzła, nieświadoma tego, co robi. Bluzeczka, kurteczka, krótka spódniczka – wszystko z warszawskich wyprzedaży. Przez jasną głowę przebiegła jej myśl, że wykonuje najbardziej kobiecy zawód na świecie. Nikt nie uświadomił jej, że i najstarszy. Biedna Lulu! Bardzo dbała o swoje nowe ubranie, o swoje nowe włosy... Dbała w miarę możliwości.

Pierwszego klienta nie pamiętała, tylko strumyczek lodowatego potu spływający pomiędzy wystającymi, chudymi łopatkami. Tylko obce ciepło pomiędzy udami. Od razu „po” kupiła prezerwatywy.

Nawet jeśli zastanawiała się nad tym, czy nie zrezygnować, instynktownie czuła, że jest już za późno. Od zawsze było „za późno”. Bądź realistką, powtarzała sobie co noc. Dokąd miałaby pójść? Nie było takiego miejsca. Nigdy, w ogóle.

Martwiła się o suche włosy i podarte pończochy, bo inaczej musiałaby dopuścić do siebie strach. Długo trwało, nim zaprzyjaźniła się z innymi, a pośród nich – jak pośród dziewcząt ze szkolnej klasy – i tak była ostatnia. Łasiła się jak zwierzątko, więc inne prostytutki zaczęły o nią dbać. To znaczy zwracały na nią baczną uwagę. Co z tego, że pojawili się pierwsi sutenerzy i musiała wejść w głębszy cień? Nie podzielę się pieniędzmi z kimś, kto ma się za chojraka tylko dlatego, że siedział w więzieniu. Jej życie, całe życie też przypominało aresztancką celę i co z tego?

Na jej drobne dziewczęce ciało lecieli starsi mężczyźni. Zamykała oczy i starała się nie myśleć o swoim bezrobotnym ojcu. O szarej na twarzy matce. O rodzeństwie. Stać ją było na lepszy puder. Z rówieśnikami nie chodziła w ogóle.

– Ej – ryczeli podjeżdżając samochodami ojców. – Blondyna, dasz nam rabat?!

– Spadajcie!

Lulu nie była towarem z wyprzedaży. Chciała mieć lepszą markę od własnej kusej spódniczki.

– Za ile laska?

– Sto trzydzieści – zawyżała cenę widząc zapracowanego warszawiaka, którego samochód (nie znała się na markach, a kolory w nocy niknęły – wszystkie z wyjątkiem srebrzystej platyny) bił w nozdrza perfumami i woskiem. Frajer odjeżdżał, później jednak wracał. Ona sama miała niebezpieczny zapach zwierzątka w rui.

– To ile?

– Sto pięćdziesiąt.

– Wskakuj.

Zdarzały się noce, kiedy była księżniczką.

A inne...

Facet kazał jej się rozebrać, obiła sobie łokcie i kolana, wysuwając się z ubrań w ciasnym samochodzie.

– Daj mi je.

Jechali, a kiedy zatrzymał się na światłach, otworzył okno i wszystkie ciuchy wylądowały na pasach.

– Co ty, kurwa, robisz?!

Szczęknął centralny zamek. Och, mamo. Oj, Lulu.

Jakaś jej część cieszyła się, że ograbił ją z ubrań nie w centrum, pod palmą Rajkowskiej, a na Pradze. Postanowiła bronić się przezroczystymi z braku wapnia zębami, i paznokciami (szlag trafi tipsy), kiedy tamten zawiózł ją do parku Skaryszewskiego i kazał wypierdalać. Rozpłakała się.

Do mieszkania zawiózł ją policyjny patrol.

– Masz szczęście, mała – powiedział gliniarz dając jej przepocony podkoszulek i inkasując zapłatę w naturze. Drugi się tylko przyglądał i gmerał w spodniach. Dlaczego Lulu nie mogła trafić na policjantkę?

– Gówno mam, a nie szczęście!

– Żebyś nie powiedziała tego w złą godzinę, Lulu – na do widzenia gliniarz klepnął ją w pół odsłonięty pośladek. Spadł deszcz i obmył bose stopy, jak Bóg obmywał je żebrakom. A później wstał następny dzień. I zapadła kolejna noc, Lulu wyszła z cienia.


2.

Pierwszego dnia po powrocie komisarz Anny Hwierut z przymusowego urlopu zdrowotnego, w chaszczach nad dzikim brzegiem Wisły znaleziono zalany krwią samochód. Obok, we wczesnowiosennym wietrze stygła kałuża wymiocin pechowego rybaka-odkrywcy.

Krew tak dokładnie pokrywała tapicerkę tylnej kanapy, że jej właściwego koloru można było się tylko domyśleć. Ktoś błyskotliwie zauważył, że w oplach vectra (to był samochód tej marki) fotele obciągnięte są wyłącznie skórą. Niewątpliwie pracował tu jakiś garbarz. Czy raczej rzeźnik. Krew była ludzka, grupa A Rh +.

Policjanci niecierpliwie czekali, aż Wisła odda zwłoki, albo zostanie zgłoszone zaginięcie. „Tyle krwi”, pasjonowali się mężczyźni. Anna miała ochotę namówić ich na eksperyment: niech wyleją szklankę życiodajnej cieczy na kuchenny blat. Wszystko utonie w czerwieni.

250 ml – tyle krwi kobieta traci przy porodzie. Anna rodząc swojego syna (były powikłania) zaczęła krwawić w nocy. Pamiętała, że w świetle księżyca krew jest czarna.

Nikt nie zgłosił przestępstwa. Opel vectra miał sfałszowane tablice rejestracyjne i przebite numery silnika. Przemyt z Niemiec. Polacy uwielbiali kupować auta za zachodnim brzegiem Odry, bo były tańsze niż w kraju. Odra, Wisła – w każdym razie trop wystygł.

Jeśli na komendzie pojawiała się jakaś dyskusja, to o nowym audi A4 avant („Przestrzeń, która fascynuje”), planach reaktywacji forda T (sugerowana cena nie więcej niż 7 tys. dolarów) oraz skrętom pana premiera (również T).

Anna żałowała, że Mariola, sekretarka i powiernica, nie wróciła jeszcze do pracy, po tym jak poturbowano ją na ulicach śródmieścia. Mogłaby poruszyć jakiś „babski” temat: na przykład co u państwa Sarkozy?

Śledztwo utknęło w miejscu i raptem funkcjonariusze zaczęli przypominać sobie o morderczej „przygodzie” Anny. Ho, ho: na oczach syna zadźgała mordercę i gwałciciela! Ho, ho: wielki szef Pietrzak za uszy wyciągnął ją z kotła wewnętrznego śledztwa. Na moment przywrócił do służby, aby po chwili znowu wysłać do domu. Niech zmywa niewidzialną, ale obecną krew z podłogi. Niech pucuje ręce...

Lady Macbeth z prawobrzeżnej Warszawy? Raczej uciekinierka z Wyspy Trędowatych.

Wojtek Szelig, jej partner w pracy i partner na doskok, zbyt ochoczo próbował zreferować czas, przez który była nieobecna. Nie zająknął się nawet o tym, że przeniósł swoje walizki do sterylnej kawalerki miłosnej rywalki Anny, anatomopatolog Luizy. Jak się domyśliła oddalił się od niej nie dlatego, że brzydził go zapach śmierci. On bał się „trądu”. I w jakiś obsesyjny, typowo męski sposób, z którym tyle razy spotkała się na komendzie, czuł współczucie pomieszane z pogardą wobec kobiety, którą prawie zgwałcono. Jak się czujesz? – pytano Anny. To raczej, wy jak się czujecie? – miała ochotę odpyskować.

Na wyżyny męskiego myślenia abstrakcyjnego Wojtek wzniósł się, kiedy zaczepił Annę i zapytał tonem skrzywdzonego dziecka:

– Czemu mnie unikasz?

Na litość Boską! Pracuję z tobą! – tak pomyślała, ale nie byłaby kobietą, gdyby nie szarpnęła trzewi byłego kochanka słowami:

– Pozdrów ode mnie Luizę.

Wciąż go lubiła. Bardzo. Ich seks też był niezły... Tyle, że teraz po samotnej nocy budziła się sucha i rozgorączkowana. Psychiatra policyjny (kobieta), powiedział, że to normalny spadek libido, występujący jako efekt uboczny przy zażywaniu leków, które jej zapisała. Chciałaby się z kimś dodatkowo skonsultować? Z jakąś grupą wsparcia? Nie. Anna uznała, że nie potrzebuje nikogo. Celibat? Czemu nie. W kontekście traumatycznej próby gwałtu – tak! Bardziej martwiły ją ciągłe mdłości. I to, że ciemność, ciemność w niej samej ani myślała ustąpić.

Kiedy wchodziła na poranną odprawę, rozmowy milkły albo zamieniały się w szepty. Kiedy wchodziła na stołówkę było podobnie.

Z jakiś powodów nie mogła jeść. A kiedy już się zmusiła, stołówkowe jedzenie smakowało jak tektura. Przeniosła się do baru Turka, który ożeniony z Polką prowadził egzotyczną kuchnię. Ta egzotyka też jej nie smakowała. Wszystkie inne zmysły działały dobrze, a nawet lepiej. Posprzątała biurko i ukryła w szufladach jaskrawe teczki. Czerwień po prostu paliła ją w oczy. W „Habibi” (co nomen omen znaczy „ukochana”) czekając na falafel podsłuchała rozmowę dwóch kelnerek.

– ... i co, on wychodzi?...

– ... na warunkowe...

– ...nie boisz się...

– ...rodzice nie powiedzieli mu gdzie teraz mieszkam...

– ...a jeśli...

– ...nie bądź głupia...

Pot przemoczył koszulkę Anny, jakby już bardzo długo biegała. Zrozumiała, że „to”, jakkolwiek nazwane: „traumą” czy „trądem”, w ogóle nie zamierzało się skończyć. Musisz walczyć! Albo biernie czekać na inny cień, który zakryje inne słońce!

Owego dnia, kiedy to w tak oczywisty i okrutny sposób do niej dotarło, zameldowała się na komendzie tylko po to, żeby powiedzieć, że „w sprawie” jedzie do Urzędu Miasta. Nie, nie poczeka na Szeliga. No to do jutra. Tak, tak, jest pod telefonem. Marzyła o tym, żeby bateria w jej komórce po prostu się wyładowała i zdjęła konieczność podejmowania decyzji... Być czy nie być?

Poszła na dziki brzeg Wisły. Weszło jej to w krew... Butelka po piwie unosiła się na wodzie. Nie było w niej żadnej wiadomości. Gdzieś od strony mostu Poniatowskiego niosły się głosy trenujących kajakarek. A w zasadzie jeden. Wzmocniony przez megafon, wydający ostre komendy głos trenerki. Przydałby mi się ktoś taki, ktoś, kto weźmie mnie do morderczego galopu... Tak jak stała usiadła na piasku i zapaliła papierosa. Paliła jednego za drugim. Wiosła rozdzierały wodę. Pies zaszczekał. Siedziała w pełnym słońcu i właśnie teraz, po raz drugi, tej kobiecie o ciele i upodobaniach Skandynawki przyszło do głowy, że jest zimno.

Pierwszy raz dobrze zapamiętała. Źle się czuła. Nie kłóciła się z lekarzem, który orzekł, że to grypa. Ojciec zaniósł zwolnienie do sekretariatu komendy, gdzie razem pracowali... Dawne dzieje, inne miasto... Razem mieszkali, razem chodzili na zarośnięty bluszczem grób żony i matki. Mieszkali najpierw sami, a później z jej dzieckiem, które w „magiczny” sposób pojawiło się w jej dziewiętnastoletnim brzuchu i w „magiczny” sposób przyszło na świat. Magiczny sposób myślenia uprawiał jej chłopak, jej mąż, który zmył się nim Kuba po raz pierwszy zapłakał, po raz pierwszy się uśmiechnął.

Mama i dziadek byli jego śmiechem. Ale tylko Annie udało się doprowadzić dziecko do płaczu. W czasie tamtej „grypy”, miało ze dwa lata i próbowało jej się wepchnąć do łóżka.

– Zarazisz się, Kuba. – Co ona zrobi z chorym dzieckiem? – Kuba!

A jednak zapłakany wtargnął do jej świata i z dziecięcą szczerością powiedział:

– Mamo, bardzo brzydko pachniesz.

Była w uścisku własnego dziecka, a czuła chłód.

Papierosy się skończyły, pora wracać do domu. Do domu...

Dopiero kiedy otrząsnęła spodnie i dłonie z piasku zauważyła, że nie jest już sama na wiślanej plaży. Musiała głęboko zanurkować w stronę wspomnień, że nie zauważyła, kiedy dwie nastolatki rozłożyły koce i zaczęły się opalać. Pierwszy dotyk słońca w tym roku... A przecież takie młode dziewczyny nigdy nie zachowywały się cicho, prawda? Dopóki życie ich nie uciszyło, albo nie zdarły sobie gardła od wściekłego krzyku. W istocie były młodsze niż je z początku oceniła. Czternasto- może piętnastolatki z nowo narodzonymi ciałami dorosłych kobiet. Brunetka zasnęła zakrywając twarz kolorowym magazynem. Jej ciało było leniwe, a przecież gotowe. Drobniejsza, długowłosa blondynka poderwała się nerwowo, kiedy Anna mijała ją, a mijała szerokim łukiem. Coś w spojrzeniu Anny ją zaniepokoiło. Miała na sobie bardzo skąpe czerwone bikini w białe kwiaty. Wypukły pępek i podniecający brzuszek. Skoro Anna to widziała, jak mógł nie zobaczyć tego mężczyzna? Nawet tutaj, nawet na tym względnym odludziu. Chciała ostrzec blondynkę przed złem, jakie toczyło świat, ale w końcu tego nie zrobiła. Będzie miała dużo czasu, żeby żałować.

Była żywa i jednocześnie śmiertelnie zmęczona. To minie, zapewniała lekarka. No, oczywiście...

W długi, majowy weekend pojechała do Łodzi, do ojca. „Rozbawią” się wzajemnie. Jej „trąd” i jego nuda podgryzająca na emeryturze. Jednak myśl o wyjeździe ją ucieszyła. Najważniejsze to kochać. Albo skromniej: najważniejsze to się ruszać. Chciała być ostrożna.

Zostawiła swoje zielone uno na parkingu przed blokiem i kupiła bilet na Polski Ekspres. Dopiero co jej organizm zaczął przyzwyczajać się do tabletek i nie chciała jechać sama w dłuższe trasy. W ogóle nie chciała być sama. Już nie. Jeszcze nie.

Na przystanku w mgnieniu oka rozpoznała podróżujących do Łodzi. Autobus spóźnił się pół godziny, mogła dokładnie wychwycić detale, przed którymi niegdyś uciekła... Starsze kobiety o ciałach przekupek, niezmordowane, jakby hałaśliwie stojące w słońcu i napierające na słupy ogłoszeniowe. Rachityczne dziewczyny, ich córki lub wnuczki, w butach z plastiku, z plastikowymi torebkami. Z różowymi kolczykami ocierającymi się o szyję.

Zaraz po odjeździe utknęli w korku. Po dwóch godzinach byli dopiero w Nadarzynie. Nikt się jednak nie awanturował, wszyscy z wyjątkiem Anny i kierowcy spali. Miasto ich wypluło. Zmierzali do miasta.

Na miejscu zorientowała się, że jej klucz nie pasuje do drzwi otwieranych domofonem. Ojca nie było. Sąsiadka, która z trudem ją rozpoznała, a później długo się przyglądała, raczyła ją poinformować, że o tej porze można go spotkać w parku Julianowskim. Bierze chleb, którego zawsze kupuje zbyt dużo i idzie karmić kaczki. Z ławki na mostku.

Jego twarz, niepokojąco zaczerwieniona (obiecał nie pić) rozjaśniła się na widok córki. Kruszyli w palcach czerstwe bułki. Anna wypatrywała kaczek i kaczorów, najbardziej kaczątek.

Przyjechała tu i udowodniła ojcu, że sobie radzi, prawie.

– Zabiłeś kogoś na służbie? – zapytała, kiedy ręce były puste.

– Nie. Ale to były inne czasy.

Wypuściła powietrze przez nos. Ojciec po wizji lokalnej, po otwarciu starego grobu, ale nie dość starego, by nie miał zapachu, wracający do domu po pracy. Gotujący zupę pomidorową. Zabielający ją śmietaną, córce więcej niż sobie...

– Wyliżesz się z tego?

– Pietrzak mi pomaga.

– Dobrze. To stara wiara.

– Rozmawiasz z moim synem?

– Mały dzwoni do mnie od czasu do czasu. Kiedy tamci dziadkowie nie słyszą. – Tkliwy stary głos mówiący o dziecku jak o kumplu.

– Ze mną nie chce rozmawiać. – Anna oparła się o ławkę i ścisnęła duże dłonie kolanami.

Wszystko stanęło na głowie.

Najpierw porzuca ją nastoletni mąż, teraz ledwie nastoletni syn.

– Dziecięcy psycholog mówi, żeby nie naciskać. Tato, dlaczego on jest na mnie taki wściekły?

– Bo prawie dałaś się zabić na jego oczach. Uczy się żyć samemu, nauczy się i wróci.

– Tato, przecież my mówimy dopiero o dziecku.

Roześmiał się.

– A ty nie pamiętasz, jaka byłaś wściekła na mnie po śmierci mamy.

– Nie mogę uwierzyć, że obrócił się do mnie plecami.

– Bo to bzdura.

Ale się narobiło! Ona narobiła!

Nieistotne, czy Kubuś wdał się w nią czy w swojego biologicznego ojca. Tak czy owak poradzi sobie.

– Mówił ci, jak mu idzie nauka w Krakowie?

Od jednej repety jeszcze nikt nie ucierpiał.

– W środku roku zmieniać miasto i szkołę...

– A znalazłabyś siły, by się nim zajmować?

Nie, nie znalazłaby.

– Ciebie też nie przeprosiłam za ostatnią awanturę – powiedziała wieczorem, kiedy podał jej wytartą, ale starannie połataną pościel. Panieńskie powleczenie w panieńskim łóżku. Pośród zagłębień tapczanu próbowała znaleźć zapach syna, który również tu sypiał, kiedy odwiedzał dziadka. – Przepraszam.

– Na przyszłość będę lepiej dobierał prezenty dla wnuka – obydwoje pomyśleli o nożu, o „cichym zabójcy”.

Nie chciała dłużej rozmawiać. Z biblioteki ojca pożyczyła książkę. Biografię seryjnych morderców. Jakżeby inaczej.

Drzwi od pokoju pozostały uchylone. Ojciec surfował po internecie i możliwe, że właśnie rozmawiał z Kubą. „Wiesz, twoja mama przyjechała...”

Z komputerowych głośników leciała płyta Maleńczuka i Waglewskiego, wydana przez „Gazetę Wyborczą”. Coś wręcz literacko pasującego do postaci emerytowanego gliniarza. Anna rozpoznała głosy i odpłynęła w ciszę.

Komisarz Anna Hwierut jednego mordercę zabiła. Jednego nie złapała. Teczka z danymi śledztwa nie łykała już nawet kurzu, bo została zatrzaśnięta na spodzie biurka. Gorzej było z zatrzaśnięciem umysłu.

„Gosia – chwycił policjantkę za przeguby. Palce miał mokre od lodowatego potu – Gosia często mówiła, że źle się czuje...”

Anna wciąż była niebezpiecznie przeczulona na dotyk. Męski dotyk.

„Gdy kobieta mówi, że źle się czuje, to znaczy, że jest nieszczęśliwa.”

Szef. Papa Smerf. Inspektor Pietrzak.

– Zostaw tę sprawę Anno, bo naprawdę uwierzę, że coś poprzestawiało ci się pod czaszką.

– I wyślesz mnie do Otwocka?

To tam był oddział leczenia nerwic Specjalistycznego Szpitala MSWiA. Tam trafiali ci wszyscy dzielni, a wypaleni, którzy dowiadywali się, że rzeczywistość przerasta fabułę każdego amerykańskiego filmu sensacyjnego. Nie dlatego, że jest bardziej krwawa. Po prostu podła, płytka i jakże nudna. Na miejsce w szpitalu czekało się – przy dobrym układzie – kwartał. I tak było trochę lepiej niż w psychiatrykach dla kryminalistów. Monty Python. Chorzy policjanci gonią chorych przestępców...

– Wyślę cię na komisję zdrowotną.

– Nie zrobisz tego.

Udał, że tego nie słyszy.

– Czytałaś medyczny raport. Raport z oględzin. Tamta kobieta popełniła samobójstwo.

– Niektóre raporty są nic niewarte.

– Uważaj – powiedział ciszej. Wymaszerowała. Następnego dnia za sprawą „przyjacielskiego” naciskania odpowiednich „służbowych” punkcików znowu była na urlopie zdrowotnym. Krótkim, bo poszła po rozum do głowy i szybko nabrała wody w usta. Tymczasem we śnie i na jawie wciąż chciało jej się pić.

I napije się.

Ojciec uparł się, że odprowadzi ją na powrotny autobus. Była wzruszona i zażenowana („Traktuje mnie jak Kubę!” „To dobrze, idiotko!”), on – tylko zadowolony. Kazał jej wsiadać, pomimo że jeszcze było trochę czasu do odjazdu. Pokręcił się wokół, oglądając ludzi i opony. Szukając jej w szybach odbijających słońce. Pomachała mu ręką. Patrzyła jak odchodzi z przystanku. Patrzyła; dopóki mogła wykręcała głowę. Trzymał się prosto, choć zdarzało mu się szurać nogami. Krótki jeżyk pod ciemną czapką bejsbolową, ręce głęboko w kieszeniach. Zatrzyma się po gazety, bułki, piwo...

Przez pół powrotnej trasy Anna obracała w palcach srebrzysty dyktafon MP3.

– Do nagrywania raportów. Czas poszedł do przodu.

Notatnik osobisty zapisany jej przepalonym przez papierosy głosem.

Warszawa wita Annę.


3.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Książki podobne do: Martwy punkt

Ostatnio oglądane książki

Biznes i media
Warunki sprzedaży
Społeczność