Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.
Prolog
Choć podczas marszu Benjamin Hurwood czuł na plecach chłód wieczornej bryzy, na razie wiatr nie podjął się wydmuchiwania parnego powietrza, które zalegało między splątanymi pnączami i pniami drzew palmowych. Twarz mężczyzny lśniła od potu, jeszcze zanim czarnoskóry przewodnik zdążył go wprowadzić choćby dziesięć jardów w głąb dżungli. Hurwood unosił maczetę lewą – i jedyną – ręką, z niepokojem spoglądając na cienie, które zdawały się tłoczyć dookoła i nad ich głowami, za oświetloną blaskiem pochodni roślinnością. Opowieści o kanibalach i ogromnych wężach nagle zaczęły wydawać się całkiem wiarygodne, dlatego – pomimo ostatnich wydarzeń – trudno mu było powierzyć własne bezpieczeństwo kolekcji wołowych ogonów, płóciennych woreczków oraz drobnych figurek wiszących u pasa jego towarzysza. W tym pradawnym, tropikalnym lesie ani trochę nie pomagała mu myśl, że te fetysze to raczej amulety, talizmany i drogue, jego towarzysz zaś to raczej bokor niż znachor czy szaman. Czarnoskóry mężczyzna skinął pochodnią i odwrócił się do Hurwooda.
– Teraz w lewo – powiedział ostrożnie po angielsku, po czym dodał pospiesznie w jednym ze zubożonych francuskich dialektów Haiti: – I uważaj, jak stąpasz, ścieżkę w wielu miejscach podmyły strumyki.
– W takim razie idź wolniej, żebym widział, gdzie stawiasz stopy – odparł rozdrażniony Hurwood płynnym, książkowym francuskim. Zastanawiał się, jak bardzo musiał dotychczas ucierpieć jego idealny akcent, przez ostatnie miesiące wystawiany na wpływy tak wielu odmian języka.
Ścieżka wznosiła się coraz bardziej stromo i już niebawem musiał schować maczetę, by wolną ręką odgarniać gałęzie i wspinać się wyżej. Przez chwilę serce biło mu tak mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi, choć przecież dostał od czarnoskórego mężczyzny ochronną drogue. Zaraz potem wynurzyli się jednak z gęstej dżungli na polanę, gdzie odnalazła ich morska bryza. Hurwood zawołał do swego towarzysza, aby na chwilę przystanął; chciał złapać oddech i nacieszyć się powiewem chłodnego, świeżego powietrza w mokrych siwych włosach i pod zapoconą koszulą.
Słyszał postukiwanie i szelest wiatru w gałęziach palm poniżej, a między rzadszymi teraz pniami widział wodę – lśniący w blasku księżyca fragment Języka Oceanu, przez który tego popołudnia przypłynęli tu z New Providence. Przypomniał sobie, że już z daleka zauważył to wzniesienie i że cały czas o nim myślał, kiedy, ku wielkiej satysfakcji cholerycznego przewodnika, mocował się z szotem, trymując żagle.
Na mapach znajdowała się tu wyspa Andros, choć ludzie, z którymi ostatnio przestawał, zwykli określać ją mianem Isle de Loas Bossals, co, jak wywnioskował, oznaczało: Wyspa Nieokiełznanych (lub, być może precyzyjniej, Złych) Duchów (albo, jak się czasem wydawało – Bogów). Jemu to miejsce przywodziło na myśl wybrzeże Persefony, gdzie wreszcie odnajdzie okienko, które pozwoli mu zajrzeć do Hadesu.
Usłyszał za plecami bulgot i odwrócił się w samą porę, by zobaczyć, jak przewodnik odkorkowuje jedną z butelek. W świeżym powietrzu rozszedł się ostry zapach rumu.
– Do diaska – warknął Hurwood. – To na duchy.
Bokor wzruszył ramionami.
– Wziąłem za dużo – wyjaśnił. – Za dużo rumu, za wiele przyjdzie.
Jednoręki mężczyzna nie odpowiedział, choć znów zaczął żałować, że nie ma wystarczającej wiedzy – zamiast prawie wystarczającej – by poradzić sobie w pojedynkę.
– Już niedaleko – powiedział bokor, po czym wcisnął butelkę z powrotem do wiszącej na ramieniu skórzanej torby.
Znów podjęli miarowy marsz wilgotną, wydeptaną ścieżką, choć Hurwood poczuł pewną różnicę – teraz ktoś ich obserwował.
Czarnoskóry mężczyzna również to wyczuł i spojrzał za siebie przez ramię, szczerząc dziąsła niemal tak białe jak zęby.
– Zwąchały rum – stwierdził.
– Jesteś pewien, że to nie ci biedni Indianie?
– Indianie śpią – odparł przewodnik. – Ci, których wzrok wyczuwasz, to loa.
Choć jednoręki mężczyzna zdawał sobie sprawę, że na razie nie ma co liczyć na niezwykłe widoki, potoczył dookoła wzrokiem. Po raz pierwszy dotarło do niego, że trudno doszukać się w tym otoczeniu jakichkolwiek osobliwości – palmy i bryza nie różniły się przecież zbytnio od palm i bryzy Morza Śródziemnego. Być może ta karaibska wyspa pod wieloma względami przypominała tę, na której tysiące lat temu Odyseusz odprawił swój rytuał. Dziś zamierzali go powtórzyć.
* * *
Dopiero gdy dotarli na polanę na szczycie wzniesienia, zrozumiał, że cały czas lękał się tej chwili. Sama sceneria nie miała w sobie nic złowieszczego – był to oczyszczony płat ubitej ziemi, po jednej stronie stał szałas, a pośrodku cztery pale, podtrzymujące trzcinowe zadaszenie nad drewnianą skrzynią. Hurwood wiedział jednak, że w szałasie znajdują się dwaj odurzeni Arawakowie, a po przeciwnej stronie niewielkiego namiotu długi na sześć stóp, wyłożony ceratą dół w ziemi.
Czarnoskóry mężczyzna podszedł do zadaszonej skrzyni – tronu czy ołtarza – i bardzo ostrożnie odczepiwszy od pasa kilka drobnych figurek, ustawił je na wieku. Skłonił się i cofnął, a następnie odwrócił do mężczyzny, który poszedł za nim na środek polany.
– Wiesz, co teraz? – zapytał czarnoskóry.
Hurwood zorientował się, że to sprawdzian.
– Skropić rumem i posypać mąką ziemię wokół dołu – odparł, starając się nadać głosowi zdecydowany ton.
– Nie – powiedział bokor. – Teraz. Jeszcze wcześniej. – W jego głosie wyraźnie pobrzmiewała podejrzliwość.
– Och, wiem, o co ci chodzi – Hurwood próbował kupić sobie odrobinę czasu, podczas gdy jego umysł w pośpiechu szukał odpowiedzi. – Wydawało mi się, że to oczywiste. – Tylko o co mu, u licha, chodziło? Czyżby Odyseusz zrobił na początku coś jeszcze? Nie, a w każdym razie nic, co by odnotowano. Tyle że Odyseusz żył w czasach, gdy magia była łatwiejsza i stosunkowo nieskażona. Tak, z pewnością chodziło właśnie o to: w przypadku równie jawnego działania niezbędne były środki ostrożności, aby utrzymać na postronku potwory zwabione zamieszaniem.
– Mówisz o środkach ochronnych.
– Składających się z...
Z jakich zabezpieczeń korzystano na wschodniej półkuli, gdy wciąż działała tam magia? Z pentagramów i kręgów.
– Ze znaków na ziemi.
Czarnoskóry mężczyzna kiwnął głową, udobruchany.
– Tak – rzucił. – Potrzebny jest verver. – Ostrożnie odłożył pochodnię na ziemię i przez chwilę gmerał w torbie. W końcu wyciągnął niewielką sakiewkę, a z niej wydobył szczyptę szarego popiołu. – Nazywamy to mąką z Gwinei – wyjaśnił, po czym uklęknął i zaczął posypywać popiołem ziemię, tworząc skomplikowaną figurę geometryczną.
Biały człowiek odetchnął swobodniej, maskując strach pewnością siebie. Jak wiele można się było nauczyć od tych ludzi! Choć bez wątpienia prymitywni, wciąż mieli kontakt z żywymi mocami, o których w ucywilizowanych regionach świata istniały już tylko wypaczone przekazy.
– Proszę – odezwał się bokor, ściągając z ramienia torbę i rzucając ją Hurwoodowi. – Możesz wysypać mąkę i rozlać rum... Są też cukierki. Loa mają słabość do słodkości.
Hurwood podszedł do płytkiego dołu – w blasku pochodni jego wydłużony cień sięgał aż do spiętrzonych kęp liści, które opasały polanę – i pozwolił torbie ciężko uderzyć o ziemię. Pochyliwszy się, wydobył ze środka butelkę z rumem, odkorkował ją zębami i obszedł dół, rozlewając aromatyczny alkohol wokół zagłębienia. Kiedy zatoczył pełny krąg, na dnie wciąż znajdowały się dwa spore łyki – wypił je, nim cisnął pustą butelkę na bok. W torbie znalazł również sakiewki z mąką i cukierkami. Rozsypał to wszystko wokół dołu z irytującą świadomością, że porusza się jak chłop nawadniający i obsiewający bruzdy na polu.
Na dźwięk metalicznego pisku odwrócił głowę w kierunku szałasu i ujrzał rozgrywające się na polanie przedstawienie, które obudziło w nim tyle samo nadziei, co przerażenia: bokor z wysiłkiem pchał taczki z dwoma nieprzytomnymi, ciemnoskórymi ciałami. Szkoda, że to musi być ludzka krew, że nie wystarczy owcza, jak w czasach Odyseusza, pomyślał przelotnie, lecz zacisnął zęby i pomógł bokorowi wyładować ciała na ziemię, tak by ich głowy znajdowały się odpowiednio blisko dołu.
Bokor wyciągnął w stronę jednorękiego mężczyzny niewielki nóż do obierania.
– Chcesz sam?
Hurwood pokręcił głową.
– Są twoi – powiedział ochryple. Odwrócił się i wpatrzył w płomień pochodni. Czarnoskóry mężczyzna uklęknął nad ciałami, a kiedy kilka chwil później Hurwood usłyszał odgłos tryskającej i lejącej się strumieniem na ceratę krwi, zamknął oczy.
– Teraz słowa – rzucił bokor, po czym zaczął nucić w dialekcie, który powstał z połączenia elementów francuskiego, języka afrykańskiego regionu Mondongo i mowy Indian karaibskich, podczas gdy biały człowiek, wciąż zaciskając powieki, nucił po starohebrajsku.
Przypadkowy kontrapunkt ich śpiewu stawał się coraz głośniejszy, jakby próbowali zagłuszyć nowe odgłosy dżungli: ściszony chichot i płacz, ostrożny szelest w gałęziach palmowców i trzeszczenie podobne do odgłosu pocierania jedną wylinką węża o drugą.
Raptem obie litanie zlały się i dwaj mężczyźni śpiewali w idealnym unisono, sylaba za sylabą – mimo że biały wciąż posługiwał się starohebrajskim, a czarnoskóry osobliwą mieszanką języków. Hurwood, zdumiony tą niemożliwą zbieżnością dźwięków, nawet teraz, gdy wciąż uczestniczył w śpiewie, poczuł pierwsze dreszcze szczerego podziwu. Przez drażniące opary rozlanego rumu i cuchnącej rdzą krwi przebił się niespodziewanie nowy zapach – magiczny zapach rozgrzanego żelaza, silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej...
I nagle okazało się, że wcale nie są sami. Wręcz przeciwnie – na polanie zaroiło się od niemal przezroczystych ludzkich sylwetek i tylko tam, gdzie zachodziło na siebie kilka postaci, światło wydawało się przyćmione. Wszystkie te bezcielesne istoty tłoczyły się przed dołem w ziemi, łkając błagalnie świergotliwymi, ptasimi głosami. Słowa pieśni zamarły mężczyznom na ustach.
Pojawiły się też inne postaci, choć żadna nie przekroczyła linii popiołu, który bokor rozsypał wzdłuż granic polany, i tylko wyglądały spomiędzy palm albo kuliły się wśród gałęzi. Hurwood dostrzegł cielę o płonących oczodołach, unoszącą się w powietrzu głowę ze zwisającym z szyi upiornym wahadłem kręgosłupa, a między drzewami kilka istot, które bardziej niż ludzi przypominały owady. I podczas gdy wewnątrz usypanego z popiołu znaku nie cichło piskliwe trajkotanie, duchy spoza ververu milczały.
Bokor odpędzał zjawy od dołu zamaszystymi cięciami nożyka.
– Szybciej! – wydyszał. – Szukaj tego, na którym ci zależy.
Hurwood podszedł do krawędzi dołu i przyjrzał się uważnie niematerialnym istotom. Pod wpływem jego wzroku niektóre stawały się wyraźniejsze, niczym nitki białka z pękniętego jajka we wrzącej wodzie.
– Benjaminie! – szorstki, słabowity głos przebił się przez dochodzący zewsząd bełkot. – Benjaminie, to ja, Peter! Byłem drużbą na twoim ślubie, pamiętasz? Przekonaj go, żeby pozwolił mi się pożywić!
Bokor spojrzał pytająco na białego mężczyznę. Hurwood pokręcił głową, a wtedy nóż mignął w powietrzu i zgrabnie przeciął żebrzącego ducha wpół. Z niewyraźnym jękiem mglista istota rozpłynęła się niczym obłok dymu.
– Ben! – zaskrzeczała inna. – Niech cię Bóg błogosławi, synu, twój widok przynosi mi pokrzepienie. Wiedziałem...
– Nie – rzucił Hurwood. Zacisnął usta, gdy nóż znów błysnął i kolejny urwany lament umknął z wiatrem.
– Nie mogę ich wiecznie powstrzymywać... – wysapał bokor.
– Jeszcze chwilę – warknął Hurwood. – Margaret!
W jednej z grup zapanowało poruszenie, aż w końcu z krzepnącej masy zjaw wysunęła się naprzód pajęcza sylwetka.
– Benjaminie, jak się tu dostałeś?
– Margaret! – zawył, lecz w jego głosie więcej było bólu niż radości zwycięstwa. – Ona – rzucił do bokora. – Pozwól jej przejść.
Bokor przestał wymachiwać nożem i zaczął dźgać wszystkie cienie oprócz tego, który wskazał Hurwood. Duch zbliżył się do dołu, rozpłynął i skurczył, po czym ukazał wyraźnie raz jeszcze, tym razem w pozycji klęczącej. Kobieta wyciągnęła rękę w stronę krwi, ale niespodziewanie zatrzymała ją i tylko dotknęła masy z mąki i rumu, okalającej dół. Na krótką chwilę jej postać stała się nieprzezroczysta dla światła pochodni, a ręka wystarczająco cielesna, by potoczyć o kilka cali jeden z cukierków.
– Nie powinno nas tu być, Benjaminie – powiedziała nieco dźwięczniejszym głosem.
– Krew, weź krew! – krzyknął jednoręki mężczyzna, padając na kolana po przeciwnej stronie dołu.
W zupełnej ciszy zjawa przemieniła się w dym i uleciała, choć zimne ostrze noża nawet jej nie drasnęło.
– Margaret! – zawył mężczyzna i rzucił się ponad dołem w skłębioną masę duchów. Rozstąpiły się przed nim jak pajęcze sieci rozciągnięte między drzewami i gruchnął szczęką o twardą, ubitą ziemię. Dzwonienie w uszach prawie zagłuszyło chór strwożonych głosów, które chwilę później pochłonęła cisza.
Hurwood usiadł i rozejrzał się dookoła. Światło pochodni wydawało się jaśniejsze, gdy nie pochłaniały go zwiewne ciała duchów.
Bokor przyglądał mu się z góry.
– Mam nadzieję, że było warto – rzucił.
Hurwood nie odpowiedział. Podniósł się na nogi powoli, z wysiłkiem, pocierając obtarty podbródek i odgarniając z twarzy wilgotne, siwe włosy. Potwory wciąż stały, kucały i zwisały z drzew za linią popiołu; najwyraźniej żaden z nich nie poruszył się ani nawet nie mrugnął podczas całego przedstawienia.
– Świetnie się bawicie, co?! – krzyknął Hurwood po angielsku, wygrażając w ich stronę pięścią. – Może skoczę przez ten dół raz jeszcze, żebyście nie czuły się nabite w butelkę? – Jego głos był coraz ostrzejszy, a gardło coraz bardziej ściśnięte; zamrugał szybko, robiąc krok w kierunku obrzeża polany i wskazując jednego ze strażników – wielką świnię z pękiem kogucich głów wyrastających z szyi. – Pan, drogi panie – ciągnął, naśladując przesadnie serdeczny ton. – Czy byłby pan tak uprzejmy i podzielił się z nami szczerą opinią? Postąpiłbym roztropniej, gdybym spróbował sił w żonglerce, albo może z pomalowaną twarzą i sztucznym nosem...
Bokor złapał go z tyłu za ramię i obrócił. W jego oczach lśniło zdumienie i coś na kształt współczucia.
– Przestań – przykazał mu łagodnie. – Większość z nich i tak cię nie słyszy i nie sądzę, żeby którykolwiek rozumiał angielski. O wschodzie znikną, wtedy będziemy mogli stąd odejść.
Wyrwawszy się z uścisku czarnoskórego mężczyzny, Hurwood wrócił na środek polany i usiadł nieopodal dołu z dwiema wyciśniętymi z soków skorupami ciał. Metaliczny zapach magii przepadł, ale wiatr nie pomagał rozpędzić odoru krwi.
Od wschodu słońca dzieliło ich dziewięć, dziesięć godzin i do tego czasu musieli tu pozostać, Hurwood wiedział jednak, że tej nocy nie zmruży oka. Perspektywa długiego oczekiwania napawała go obrzydzeniem.
Przypomniał sobie słowa bokora: „Mam nadzieję, że było warto”.
Spojrzał w górę, na gwiazdy, i uśmiechnął się do nich wyzywająco. Spróbujcie mnie teraz powstrzymać, pomyślał, i tak zajmie wam to całe lata. Teraz wiem, że to prawda. Wiem, że to możliwe. Tak – choćbym musiał zabić tuzin Indian, by się tego nauczyć, tuzin białych, tuzin przyjaciół... wciąż będzie warto.
Rozdział pierwszy
Ściskając jedną z naprężonych lin, John Chandagnac wychylił się za reling. Poczekał, aż spiętrzona fala uniesie potężną, trzeszczącą rufę i pokład rufówki, na którym właśnie stał, i dopiero wówczas cisnął sucharem najdalej, jak potrafił. W pierwszej chwili sądził, że wziął mocny zamach, ale suchar skręcił ostro w stronę wody. Mimo to mewa dostrzegła kąsek i przyfrunęła, niemalże ślizgając się brzuchem po powierzchni zielonego morza. Złapała zdobycz w ostatniej chwili, jakby chciała się popisać zręcznością. Suchar ukruszył się, gdy wzlatywała na dogodniejszą wysokość, ale wydawało się, że uszczknęła dla siebie całkiem sporo.
Chandagnac miał w kieszeni jeszcze jeden suchar, lecz przez chwilę przyglądał się w roztargnieniu, jak mewa szybuje w powietrzu. Podziwiał jej grację – wystarczyło najdelikatniejsze podciągnięcie i machnięcie skrzydeł, by utrzymała swą pozycję tuż nad lampą rufową na sterburcie „Hałaśliwego Carmichaela”. Odetchnął, wciągając w nozdrza niewyraźny zapach lądu, który wyczuwał już od wschodu słońca. Kapitan Chaworth twierdził, że wczesnym popołudniem ujrzą fioletowo-zielone wzgórza Jamajki, przed kolacją okrążą Morant Point, a przed zmrokiem zadokują w Kingston. I chociaż wyładunek „Carmichaela” oznaczał dla Chawortha koniec zmartwień, które wyraźnie odbiły się na jego wadze podczas ostatniego tygodnia podróży, zejście na ląd było dopiero początkiem misji Chandagnaca.
Nie zapominaj też, pomyślał chłodno, wyciągając z kieszeni drugi suchar, że podobnie jak Chaworth ponosisz przynajmniej część winy za swoje problemy. Tym razem rzucił kromką mocniej, dzięki czemu mewa musiała zanurkować w powietrzu tylko kilka jardów, by złapać smakołyk.
Odwrócił się w stronę niewielkiego stolika śniadaniowego, przy którym kapitan pozwalał jeść pasażerom, gdy ruszał w poranny obchód, by zająć się swoimi rutynowymi zadaniami. Z zaskoczeniem zobaczył młodą kobietę, w której brązowych oczach lśniło zainteresowanie.
– Złapała? – zapytała przybyszka.
– Oczywiście – odparł Chandagnac i wrócił do stołu, żałując, że się nie ogolił. – Czy pani suchary też powinienem jej rzucić?
Kobieta odsunęła krzesło i ku zaskoczeniu Chandagnaca powiedziała:
– Sama rzucę... o ile ona nie ma nic przeciwko robakom.
Chandagnac zerknął w kierunku szybującego ptaka.
– Przynajmniej jeszcze nie uciekła.
Przez twarz kobiety przemknęło wahanie, ale podniosła suchar z nieproszonymi gośćmi i długimi krokami podeszła do relingu. Chandagnac zauważył, że tego ranka z większą swobodą utrzymywała równowagę, ale gdy tylko spojrzała w dół, cofnęła się o krok, ponieważ rufówka znajdowała się dwanaście stóp nad wzburzoną wodą. Lewą ręką złapała za reling i pociągnęła, jakby chciała sprawdzić, czy nie jest luźny.
– Wolałabym nie spaść – stwierdziła lekko drżącym głosem.
Chandagnac podszedł do niej i chwycił ją za przedramię.
– Proszę się nie bać – powiedział i nagle z pewną irytacją stwierdził, że mocniej bije mu serce.
Wziąwszy zamach zza głowy, dziewczyna rzuciła suchar, a biało-szary ptak posłusznie zanurkował, znów łapiąc zdobycz nad samą wodą. Śmiech, który Chandagnac słyszał po raz pierwszy, był ciepły i radosny.
– Założę się, że śledzi każdy okręt płynący na Jamajkę, bo wie, że ludzie na pokładzie z chęcią wyrzucą za burtę starą żywność.
Chandagnac kiwnął głową i wrócili do niewielkiego stolika.
– Nie narzekam na nadmiar pieniędzy, ale nie mogę przestać myśleć o kolacji dzisiaj wieczorem w Kingston. O krwistej wołowinie, świeżych warzywach i piwie, które nie śmierdzi jak gorąca smoła...
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
– Szkoda, że mnie nie wolno jeść mięsa.
Chandagnac przesunął się ze stołkiem o stopę w lewo, aby wysoki, napięty łuk bezanu osłonił go przed porannym słońcem. Chciał lepiej widzieć emocje malujące się na twarzy tej nagle interesującej osóbki.
– Zauważyłem, że je pani wyłącznie warzywa – stwierdził, leniwie podnosząc serwetkę.
Przytaknęła.
– Środki odżywcze i lecznicze, tak o nich mówi mój lekarz. Uważa, że cierpię na chorobę mózgu w stadium początkowym. Nabawiłam się jej w klasztorze w Szkocji, gdzie pobierałam nauki. To on jest fachowcem, więc pewnie ma rację, chociaż jeśli mam być szczera, czułam się znacznie lepiej, znacznie żywiej, zanim zaczęłam przestrzegać jego wskazań.
Chandagnac odpruł luźną nitkę od serwetki i zabrał się do następnej.
– Pani lekarz? – zapytał niezobowiązująco. Nie chciał powiedzieć niczego, co mogłoby popsuć radosny nastrój dziewczyny i zamienić ją z powrotem w niezdarną, małomówną współpasażerkę, którą była przez ostatni miesiąc. – Czy to ten... okazały jegomość?
Zaśmiała się.
– Biedny Leo. Może raczej gruby. Korpulentny. Tak, to właśnie on, doktor Leo Friend. Człowiek dość trudny w obyciu, ale mój ojciec zarzeka się, że na całym świecie nie ma lepszego lekarza.
Chandagnac odwrócił wzrok od swojej robótki.
– Czyżby postanowiła pani zrezygnować z... kuracji? Wydaje się pani dzisiaj znacznie radośniejsza.
Serwetka kobiety leżała na stole. Podniósł ją i też zaczął skubać.
– Chyba pan zgadł. Wczoraj wieczorem wyrzuciłam talerz tej zieleniny przez okno kajuty. Mam nadzieję, że ta biedna mewa tego nie zjadła – to była tylko okropna porcja ziół i chwastów, które Leo hoduje w swoim pudełku. Przekradłam się do kuchni pokładowej i wybłagałam kucharza, by dał mi trochę ostrego sera, marynowanej cebuli i rumu. – Uśmiechnęła się z zażenowaniem. – Po prostu musiałam zjeść coś, co ma smak.
Chandagnac wzruszył ramionami.
– Jadałem gorzej.
Kiedy już z obu serwetek wypruł po trzy nitki, zawiązał je w pętelki, po czym wyszarpnął, sprawiając, że kwadratowe skrawki materiału ściągnęły się w kształt przypominający dzwonki. Wsunął palce w pętelki. Serwetki wyprostowały się i zbliżyły do siebie w imitacji ludzkiego chodu. Jedna z nich ukłoniła się, zaś druga dygnęła, po czym obie szmaciane postaci – jedna z nich sprawiała wrażenie subtelnie kobiecej – zatańczyły na blacie, wirując, podskakując i wywijając skomplikowane piruety.
Młoda kobieta zaklaskała z zachwytem, a Chandagnac sprawił, że serwetki podeszły w jej stronę. Zanim pozwolił, by zsunęły mu się z palców, pierwsza raz jeszcze dygnęła, a druga ukłoniła się nisko.
– Dziękuję, panno Hurwood – powiedział głosem mistrza ceremonii.
– To ja dziękuję, panie Chandagnac – odparła dziewczyna. – I pańskim nadzwyczaj żywym serwetkom. Darujmy sobie te formalności, jestem Beth.
– Świetnie – skinął głową – ja mam na imię John. – Już w chwili gdy to mówił, zaczął żałować impulsu, pod wpływem którego zachęcił ją do zwierzeń. Nie miał ani czasu, ani szczerej ochoty wiązać się z kolejną kobietą. Pomyślał o psach, które spotykał czasami na ulicach miast i na które gwizdał, by sprawdzić, czy zamerdają ogonem. Zbyt często okazywało się, że były skłonne łazić za nim całymi godzinami.
Wstał i uśmiechnął się uprzejmie.
– Cóż – zaczął – na mnie już pora. Muszę omówić kilka spraw z kapitanem.
W zasadzie, skoro już o tym mowa, rzeczywiście mógłby poszukać Chawortha. „Carmichael” płynął spokojnie z wiatrem i z pewnością nie wymagał nieustannego nadzoru. Może udałoby się jeszcze przed lądowaniem usiąść i po raz ostatni pogawędzić przy piwie. Chandagnac chciał pogratulować Chaworthowi niewątpliwego sukcesu, jakim było uniknięcie opłat ubezpieczeniowych, wiedział jednak, że będzie to musiał zrobić delikatnie, chyba że zostaną sami. Chciał także napomnieć go, by nigdy więcej nie próbował równie lekkomyślnych sztuczek. W końcu Chandagnac w przeszłości sam był wziętym przedsiębiorcą i dostrzegał różnicę między ostrożnie skalkulowanym ryzykiem a uzależnianiem kariery i reputacji od rzutu monetą. Oczywiście zamierzał udzielić kapitanowi nagany w żartobliwym tonie, by staruszek nie zaczął żałować swojej pijackiej gadatliwości.
– Och – westchnęła Beth, zawiedziona, że Chandagnac nie może zostać dłużej. – Cóż, w takim razie chyba przysunę sobie krzesło do relingu i popatrzę na ocean.
– Ależ sam je tam zaniosę. – Beth wstała, a Chandagnac podniósł krzesło i ruszył z nim w stronę relingu na sterburcie. Postawił je kilka jardów od jednego z niedużych dział na obrotowych stojakach, które marynarze nazywali folgerzami. – Cień będzie tutaj tylko przez chwilę – powiedział z powątpiewaniem – i nie schowasz się przed wiatrem. Jesteś pewna, że nie wolałabyś zejść pod pokład?
– Leo z pewnością uznałby to za lepsze rozwiązanie – odparła Beth, dziękując Chandagnacowi uśmiechem i siadając – ale wolałabym nie przerywać wczorajszego eksperymentu. Chcę sprawdzić, jakaż to zaraza dopada człowieka od normalnego jedzenia, słońca i świeżego powietrza. Poza tym ojciec jest teraz pochłonięty badaniami, co oznacza, że prędzej czy później zagraci całą podłogę kajuty jakimiś papierzyskami, wahadełkami, kamertonami i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze. W każdym razie, kiedy już to wszystko rozłoży, nie da się ani stamtąd wyjść, ani wejść do środka.
Chandagnac zawahał się, wbrew sobie zaciekawiony.
– Badaniami? A czym się zajmuje?
– Cóż, nie jestem pewna. Dawniej zgłębiał matematykę i filozofię naturalną, ale odkąd sześć lat temu porzucił katedrę w Oksfordzie...
Podczas miesięcznej podróży Chandagnac zaledwie kilka razy widział ojca Beth – dostojnego starszego mężczyznę z jedną ręką, który nie przejawiał zainteresowania życiem pokładowym. Nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, ale teraz z podekscytowaniem pstryknął palcami.
– Oksford? Benjamin Hurwood?
– Zgadza się.
– A zatem twój ojciec jest...
– Żagiel na horyzoncie! – krzyk doleciał wysoko z góry, sponad pajęczyny na wantach grotmasztu. – Daleko przed nami na bakburcie!
Beth wstała i razem z Chandagnakiem przebiegła przez pokład na bakburtę. Wychylili się przez reling i wyciągnęli szyje, próbując cokolwiek dostrzec przez gąszcz olinowania trzech masztów, który zasłaniał im widok. Chandagnac doszedł do wniosku, że łatwiej byłoby zobaczyć z góry scenę w teatrzyku marionetek. Ta myśl zbyt wyraźnie przypomniała mu jednak o ojcu, w związku z czym odegnał ją i skupił się na wypatrywaniu okrętu.
W końcu zdołał dostrzec białą plamkę na leniwie kołyszącym się horyzoncie i wskazał ją palcem. Obserwowali ją przez kilka minut, ale nie wyglądało na to, by się zbliżała. A ponieważ morska bryza po tej stronie okrętu wydawała się chłodniejsza, mimo że nic nie zasłaniało słońca, postanowili wrócić na sterburtę.
– Twój ojciec jest autorem... Tytuł wyleciał mi z głowy. Obalenia teorii Hobbesa.
– Oczyszczenia wolnej woli. – Beth oparła się o reling, zwrócona w kierunku rufy, a pęd powietrza rozwiewał jej długie, ciemne włosy. – Zgadza się. Choć, jeśli dobrze rozumiem, Hobbes i mój ojciec byli przyjaciółmi. Czytałeś?
Po raz drugi Chandagnac pożałował, że się odezwał, ponieważ książka Hurwooda należała do szerokiego kanonu lektur, który musiał za młodu przerobić z ojcem. Cała ta poezja, historia, filozofia, sztuka – na co to komu, skoro koniec końców Archimedes zginął od miecza bezrozumnego żołnierza, a Ajschylosowi śmiertelny cios zadał ptak, zrzucając żółwia na jego łysą głowę, którą pomylił z głazem?
– Tak – powiedział. – Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy obalił ideę Hobbesa, zgodnie z którą kosmos można sprowadzić do roli maszyny. – Nie dając Beth szansy, by przytaknęła bądź zaprzeczyła, dodał natychmiast: – Ale jak się do tego mają wahadła i kamertony?
Beth zmarszczyła czoło.
– Nie mam pojęcia. Nawet nie wiem, na jakim polu prowadzi teraz badania. Odkąd umarła moja mama, zrobił się bardzo skryty. Czasem odnoszę wrażenie, że on też wówczas umarł, a przynajmniej ta jego część, która... sama nie wiem, potrafiła się śmiać. Przez ostatni rok był jednak bardziej aktywny. Od tej katastrofalnej podróży na Wyspy Karaibskie. – Pokręciła głową, a na jej twarzy odmalowało się zakłopotanie. – To dziwne, że strata ręki dała mu tyle energii.
Chandagnac uniósł brwi.
– Co się stało?
– Przepraszam, sądziłam, że już słyszałeś. Okręt, którym płynął, został zaatakowany przez piratów Czarnobrodego. Kula zmiażdżyła mu rękę. Zaskoczyło mnie, że postanowił tu wrócić, choć tym razem zabrał ze sobą jakiś tuzin naładowanych pistoletów i zawsze nosi przy sobie co najmniej dwa.
Chandagnac roześmiał się w duchu, oczyma wyobraźni widząc starego oksfordzkiego akademika z palcem na spuście, który tylko czeka na okazję, by zastrzelić jakiegoś pirata.
Znad błękitnej wody doleciał donośny, stłumiony huk, jakby ogromny głaz uderzył o kostki bruku. Zaciekawiony Chandagnac ruszył przez pokład rufówki, by ponownie przyjrzeć się nadpływającemu okrętowi. Zanim jednak zrobił dwa kroki, jego uwagę przykuł biały pióropusz wody, który rozprysł się sto jardów za sterburtą.
W pierwszej chwili pomyślał, że obcy okręt to kuter rybacki, a rozprysk znaczy miejsce wyskoku jakiejś wielkiej ryby, lecz zaraz potem usłyszał krzyk obserwatora w bocianim gnieździe, tym razem bardziej przenikliwy:
– Piraci! Pojedynczy slup, szaleni głupcy!
Beth podskoczyła.
– Boże miłosierny... – wymamrotała. – Czy to prawda?
Chandagnac czuł się bardziej zaskoczony niż wystraszony, choć serce zabiło mu mocniej.
– Nie wiem – rzucił, pospiesznie maszerując na bakburtę – ale jeśli to prawda, obserwator ma rację, są szaleni. Slup jest niewiele większy od żaglówki, a my na „Carmichaelu” mamy trzy maszty i osiemnaście ciężkich armat.
Musiał podnieść głos, tak aby Beth go słyszała. Ciszę poranka, którą dotychczas zakłócało jedynie niemilknące poskrzypywanie drewna i plusk wody, przerwały gorączkowe rozkazy, tupot bosych stóp na niższych pokładach i świst lin mknących przez bloczki. Był jeszcze jeden dźwięk, odległy, lecz o wiele bardziej niepokojący – gwałtowne metaliczne pobrzękiwanie i łoskot, któremu towarzyszyło zawodzenie trąbek. Ktokolwiek w nie dął, robił to z miłości do hałasu, a nie muzyki.
– To są piraci – powiedziała pełnym napięcia głosem Beth, zaciskając dłonie na relingu obok Chandagnaca. – Ojciec opisywał mi te hałasy. Będą też tańczyć, żeby nas przestraszyć. Nazywają to przechwałkami.
Skuteczna metoda, pomyślał Chandagnac, lecz uśmiechnął się do Beth uspokajająco.
– Przestraszyłbym się, gdyby płynęli na okazalszym okręcie albo my na marniejszym.
– Uwaga, przechodzi! – doleciał z niższego pokładu krzyk i Chandagnac zobaczył, jak sternik z pomocą innego mężczyzny z całych sił pcha rumpel na sterburtę. Ponad głowami marynarzy rozbrzmiały głośne jęki i poskrzypywanie drewna. Długie poziome drzewce i wybrzuszone żagle zaczęły się wolno obracać wzdłuż osi masztów – te wyżej pod większym kątem, te niżej pod mniejszym.
Przez cały ranek okręt był lekko pochylony na sterburtę. Teraz wyprostował się i nie trwając zbyt długo w tej pozycji, przechylił tak głęboko na bakburtę, że Chandagnac musiał objąć jedną ręką Beth, a drugą napięte liny takielunku. Zaciskał dłoń na luźniejszej wyblince, a kolanami napierał na falszburtę, gdy pokład się unosił. Stolik śniadaniowy zsunął się i uderzył z impetem o reling niecały jard od dziewczyny. Talerze, sztućce i poskręcane serwetki zawirowały w cieniu kadłuba, po czym wpadły do wody tuż pod nimi.
– Niech to szlag! – wycedził przez zaciśnięte zęby Chandagnac, rzucając okiem na wzburzone morze. Okręt zastygł, przekrzywiony. – Nie wierzę, żeby ci piraci mogli nas zabić, ale nasz kapitan bardzo się stara!
Odchylił głowę, by spojrzeć na horyzont, ale po chwili ścisnęło go w żołądku i musiał spuścić wzrok z powrotem na wodę. Zdążył jednak ogarnąć kołyszącą się z lewa na prawo perspektywę i dostrzec piracki okręt, już nie tak odległy, podskakujący wraz z morskim pejzażem coraz dalej od dziobu. Przesuwał się na trawers i chociaż Chandagnac patrzył niemal prosto na jego dziób, zauważył, że w istocie mieli do czynienia ze slupem. Był to jednomasztowy okręt z ożaglowaniem gaflowym, składającym się z dwóch sfatygowanych i pocerowanych żagli – jednym zwężającym się ku tyłowi wzdłuż bomu, drugim biegnącym przez dziób aż do końca wyjątkowo długiego bukszprytu. Za nadburciem tłoczyły się obdarte postaci, które rzeczywiście zdawały się tańczyć.
Chandagnac poczuł, jak pokład napiera na jego stopy. Horyzont przesuwał się, gdy okręt wracał do pionu, ale teraz wiatr i słońce znajdowały się po stronie ćwiartki rufowej sterburty. Wciąż obejmując Beth, Chandagnac ruszył w stronę drabinki.
– Uciekaj na dół! – krzyknął.
Po drabince wspinał się jednak Benjamin Hurwood. Nawet w tym zamieszaniu Chandagnac nie potrafił oderwać od niego wzroku. Stary profesor miał na sobie odświętną kamizelkę, długi płaszcz i upudrowaną perukę. Podciągał się, zahaczając o szczeble kolbą pistoletu, który trzymał w jedynej ręce, a w supłach szarfy przewieszonej przez ramię tkwił spory rynsztunek.
– Zabiorę córkę pod pokład – rzucił staruszek, stanąwszy na rufówce. Pchnął dziewczynę w stronę drabinki. Beth ruszyła na dół, a Benjamin tuż za nią, co rusz spoglądając przez ramię. – Ostrożnie! – krzyczał. – Ostrożnie, na litość boską!
W przypływie zupełnego ogłupienia Chandagnac zadał sobie pytanie, czy na minutę lub dwie przed atakiem stary Hurwood nie znalazł przypadkiem kilku chwil na przetopienie ołowiu i odlanie pistoletowych kul, ponieważ bez wątpienia śmierdział rozgrzanym metalem. Hurwood i Beth znikli, on zaś musiał się cofnąć na tył rufówki, by zejść z drogi marynarzom, którzy wspinali się po drabince. Stanął przy stoliku śniadaniowym, zaklinowanym przy relingu, który pełnił teraz funkcję miniaturowego przepierzenia, tak aby nikomu nie zawadzać. Zastanawiał się, czyby nie wypalić z tych dwunastofuntowych armat i dlaczego kapitan tak długo z tym zwleka.
Jak na zawołanie, pokładem wstrząsnęły trzy wyraźne eksplozje. Czyżby jednak strzelali? – pomyślał, lecz gdy szybko obrócił się, by wyjrzeć przez reling w stronę bakburty, nie dostrzegł dymu ani rozbryzgów wody.
Ujrzał za to piracki slup, który skręcał na wschód, wyostrzając do spokojnego wiatru. Halsował na „Carmichaela”, by podpłynąć do jego bakburty od strony rufy.
Dlaczego, do licha, zastanawiał się Chandagnac z rosnącym niepokojem, nie strzelaliśmy, gdy szli prosto na nasz trawers albo gdy zmienili kurs i pokazali nam burtę? Obserwował, jak mijają go zabiegani marynarze, aż w końcu zauważył krępą sylwetkę Chawortha, który stał przy drabince nadbudówki dziobowej. W tej samej chwili poczuł skurcz w żołądku, ponieważ kapitan „Carmichaela” wyglądał na równie zaskoczonego milczeniem armat, co on. Przesunął się obok stolika bliżej drabinki, by widzieć, co się dzieje na śródokręciu.
Chaworth podbiegł do zejściówki pokładu działowego. Z dołu buchnęła grzywa czarnego dymu, a marynarze podnieśli krzyk:
– Jezu, jedna z armat wybuchła!
– Trzy, trzy wybuchły, wszyscy na dole nie żyją!
– Do szalup! Zaraz zapali się proch!
Przez narastającą wrzawę przebił się huk pistoletu, a marynarz, który wzywał do opuszczenia okrętu, odbił się od kabestanu i padł na pokład. W jego głowie ziała krwawa dziura po kuli. Chandagnac oderwał wzrok od trupa i zauważył dymiący pistolet w ręku zwykle dobrodusznego Chawortha.
– Pójdziecie do szalup, kiedy wydam taki rozkaz! – krzyknął kapitan. – Nie wybuchła żadna armata, nawet nie ma tam ognia! To tylko dym...
Jakby na potwierdzenie jego słów z kłębów wyłonił się tuzin kaszlących mężczyzn. Ich ubrania i twarze były czarne od czegoś, co przypominało sadzę.
– ...a to wciąż tylko mały slup – ciągnął kapitan – więc obsadźcie folgerze i łapcie za muszkiety! Szable w dłoń!
Jeden z marynarzy odepchnął Chandagnaca, by dostać się do folgerza, a Chandagnac w pośpiechu umknął do stosunkowo bezpiecznego schronienia przy zaklinowanym stoliku. Czuł się zupełnie zdezorientowany. Do diabła, myślał z konsternacją, kucając za osłoną, tak ma wyglądać wojna na morzu? Wróg tańczy i dmie w trąbki, mężczyźni ucharakteryzowani na Murzynów wybiegają spod pokładu jak statyści na scenie teatru komediowego w Londynie, zaś jedyny pocisk, który wystrzelił nasz kapitan, był przeznaczony dla członka załogi?
Wokół Chandagnaca zaroiło się od rozgorączkowanych marynarzy, gotowych do manipulowania szotami i fałami. Dwóch podbiegło do folgerzy zamontowanych na bakburcie rufówki, na lewo i na prawo od Chandagnaca. Upewniwszy się, że są załadowane, przygotowali je do strzału i czekali, uważnie obserwując piracki slup i co kilka sekund dmuchając na tlące się końcówki knotów.
Chandagnac klęczał. Wolał obserwować rozwój wypadków spomiędzy dwóch stanowisk strzeleckich niż znad relingu. Patrzył, jak niski, płytko zanurzony slup dogania „Carmichaela”. Znajdowało się na nim kilka sporych dział, ale pląsający piraci nie zwracali na nie uwagi, wymachując w powietrzu pistoletami, kordelasami i hakami.
Z pewnością zależy im, aby „Carmichael” wyszedł z bitwy bez szwanku, pomyślał Chandagnac. Ciekawe, czy kiedykolwiek się dowiedzą, jak bardzo pomogła im w tym cuchnąca katastrofa, która okaleczyła naszych kanonierów. O ile go rzeczywiście zdobędą.
Na pokład rufówki z wysiłkiem wdrapał się Benjamin Hurwood, tym razem dosłownie najeżony pistoletami. Wciąż miał ich sześć w szarfie i jeden w dłoni, a ponadto pół tuzina innych wetkniętych za pas. Wyglądając zza stolika, Chandagnac widział wyraz ponurej determinacji na twarzy jednorękiego profesora i musiał przyznać, że – przynajmniej w tej niebezpiecznej sytuacji – więcej było w nim dumy niż groteskowości.
Marynarz na stanowisku strzeleckim chwycił za gałkę na końcu uchwytu folgerza, obrócił lufę w stronę rufy i obniżył ją nieco, by wycelować. Powoli uniósł tlący się knot. Znajdował się zaledwie pięć stóp od Chandagnaca, który w napięciu obserwował jego ruchy.
Chandagnac wyobrażał sobie, jak działo wypala; jak wypalają wszystkie działa na okręcie, jak wtórują im muszkiety i pistolety, jak deszcz ołowiu i odłamków stali zalewa zatłoczony piracki stateczek. Po dwóch, może trzech salwach bezbronny, spowity w chmurę dymu slup przechyliłby się w stronę wody. Przez ten dym widzieliby niewyraźnie oszołomionych niedobitków pełznących po rozerwanych na strzępy ciałach towarzyszy. „Carmichael” wróciłby na kurs, podejmując niespodziewanie przerwaną podróż, a kapitan Chaworth, najadłszy się sporo strachu, wypiłby z Chandagnakiem piwo ochoczo jak nigdy.
Huk strzału doleciał jednak Chandagnaca zza pleców, a marynarz, którego obserwował, wpadł z impetem na folgerz. Zanim runął bezwładnie za reling, Chandagnac dostrzegł krwawą ranę na jego plecach. Gdzieś na pokładzie dało się słyszeć metaliczny szczęk, a zaraz po nim kolejny strzał i znów ten sam szczęk.
Chandagnac odwrócił się i wyjrzał zza dębowej osłony w samą porę, by zobaczyć, jak Hurwood wyciąga trzeci pistolet i strzela wprost w zdumioną twarz jednego z dwóch marynarzy, którzy mocowali się z szotem bezanu. Nieszczęśnik runął do tyłu i uderzył głową o pokład, a drugi marynarz jęknął, skulił się i rzucił w stronę drabinki. Hurwood upuścił pistolet, który dymiąc na deskach pokładu, wydał metaliczny dźwięk, i złapał za następny. Kolejny strzał roztrzaskał kołek, wokół którego marynarze owinęli szot bezanu, i uwolniona lina zaczęła się wić, mknąc przez podskakujące bloczki. Zaraz potem trzydziestostopowy żagiel, pozbawiony jakiejkolwiek kontroli, wybrzuszył się i zamachnął ciężkim bomem na bakburtę, rozrywając olinowanie z taką łatwością, jakby było zrobione z gnijącej przędzy. W jednej chwili luźne wanty i wyblinki wystrzeliły w powietrze, a okręt zadrżał, gdy tylny maszt przechylił się na sterburtę. Z góry doleciał trzask rej, które nie wytrzymywały obciążenia i zaczynały pękać.
Marynarz obsługujący folgerz po przeciwnej stronie leżał na pokładzie twarzą w dół – najwyraźniej to on był celem drugiego strzału Hurwooda.
Stary profesor jak dotąd nie zauważył schowanego za stolikiem Chandagnaca. Chwyciwszy naładowany pistolet, podszedł do szczytu drabinki i z zimną krwią wycelował w dół, w zdezorientowaną ciżbę na pokładzie rufowym.
Nie namyślając się długo, Chandagnac wstał i pokonał odległość dzielącą go od staruszka dwoma wielkimi susami. W chwili gdy Hurwood zaciskał palec na spuście, uderzył go w krzyż ramieniem. Kula chybiła, nie robiąc nikomu krzywdy, i obaj mężczyźni spadli z drabinki.
Chandagnac podciągnął kolana, by zrobić w powietrzu przewrót i wylądować na nogach, a kiedy uderzył w pokład, przekoziołkował i wpadł na jednego z marynarzy, pozbawiając go równowagi. Natychmiast poderwał się i spojrzał za plecy w poszukiwaniu staruszka, lecz widok zasłaniali mu spanikowani marynarze. Od czasu do czasu powietrze rozcinał huk wystrzału, a brzęk rykoszetu sprawiał, że ludzie odruchowo kucali i przypadali do pokładu, ale Chandagnac nie widział, kto strzela.
Zaraz potem, przy akompaniamencie trzasków pękającego olinowania, potężne drzewce runęło na pokład, wstrząsając okrętem i miażdżąc część nadburcia obok Chandagnaca. Odbiwszy się, wyleciało za burtę, a tuż obok – jakby ktoś upuścił z wysoka naręcze książek – gruchnął o pokład obserwator z gniazda. Dopiero lśniący w słońcu przedmiot, który nagle pojawił się obok Chandagnaca, pomógł mu opanować obezwładniający strach. Nad relingiem przeleciał hak; jeszcze zanim spadł na pokład, ktoś szarpnął linę, dzięki czemu zęby zahaczyły się o reling.
Do relingu doskoczył jeden z marynarzy, by odczepić hak, póki lina była luźna, lecz strzał w plecy zwalił go z nóg. Chandagnac potknął się o jego ciało. Klękając przy nadburciu, rozejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu Hurwooda, przekonany, że to jednoręki starzec zabił marynarza. Gdy jednak kula roztrzaskała w drzazgi fragment klepki pod jego stopami, błyskawicznie wykręcił głowę w kierunku, z którego padł strzał, i ujrzał Leo Frienda. Otyły, wystrojony niczym fircyk lekarz Beth stał na pokładzie dziobowym dziesięć jardów od Chandagnaca, celując do niego z pistoletu.
Chandagnac rzucił się przez zaśmiecony pokład, a kula wyrwała dziurę w nadburciu, gdzie jeszcze przed chwilą klęczał. Skoczył na równe nogi i nisko pochylony popędził przez tłum wzdłuż relingu sterburty.
Tuż obok, w wielkiej kałuży krwi, leżał zwinięty w kłębek marynarz. Chandagnac w pośpiechu przewrócił go na bok, by wydobyć dwa załadowane pistolety, których kolby wystawały nieszczęśnikowi zza pasa. Marynarz otworzył oczy. Próbował coś powiedzieć przez strzaskane zęby, lecz Chandagnac wyczerpał już ostatnie pokłady współczucia. Chwycił pistolety, kiwnął do umierającego głową, by dodać mu otuchy, po czym odwrócił się w kierunku pokładu dziobowego.
Potrzebował kilku sekund na odnalezienie tęgiej sylwetki Frienda. Okręt, ustawiony burtą do wiatru, nie przestawał się kołysać i Chandagnac musiał nieustannie przenosić ciężar ciała z jednej nogi na drugą, by utrzymać pion. W końcu spostrzegł grubego lekarza, który opierał brzuch o reling na dziobie. Upuścił wystrzelony pistolet i spokojnie wyciągnął nowy z pudełka, które trzymał oparte o lewe ramię.
Chandagnac próbował uspokoić oddech. Przyklęknął, by złapać równowagę, a kiedy okręt na krótką chwilę zatrzymał się, wychylony maksymalnie na bakburtę, uniósł jeden z pistoletów i ostrożnie wycelował, zezując ponad kostką kciuka, w stronę szerokiego torsu Frienda. Pociągnął za spust.
Odrzut niemalże wykręcił mu nadgarstek, lecz gdy tylko wiatr rozpędził gryzący dym, Chandagnac zobaczył, że otyły lekarz wciąż stoi na nogach, uważnie dobierając cele spośród tłoczących się na śródokręciu marynarzy.
Puścił wystrzelony pistolet, uniósł oburącz drugi i nie do końca świadomy, co robi, ruszył przez pokład. Z odległości nie większej niż piętnaście stóp wypalił z pistoletu prosto w brzuch lekarza.
Otyły mężczyzna, nawet nie draśnięty, spojrzał na Chandagnaca z pogardliwym uśmiechem, po czym wyciągnął z pudełka jeszcze jeden pistolet. Przez smród prochu, spoconych ciał i roztrzaskanego drewna przebił się jeszcze jeden zapach – jakby podmuch wiatru przyniósł ze sobą woń rozgrzanego żelaza.
Jednakże zaraz potem Friend odłożył pistolet z powrotem do pudełka, bo walka dobiegła końca. Na pokład wdarł się jakiś tuzin piratów, kolejni wisieli na linach za burtą. Ci marynarze, którzy jeszcze żyli, odkładali broń.
Chandagnac odrzucił pistolet i cofnął się ostrożnie do sterburty, patrząc z niedowierzaniem na rozradowanych piratów. Żółte zęby i przekrwione oczy lśniły na twarzach, które – gdyby się nie poruszały – można by wziąć za wyglansowany mahoń. Kilku wciąż śpiewało tę samą piosenkę, nie milknącą od chwili rozpoczęcia pościgu. Byli ubrani jak dzieci, które ktoś przyłapał na plądrowaniu teatralnej garderoby. I choć ich miecze i pistolety nosiły ślady intensywnego użytkowania, a twarze, ręce i nogi przecinały na wszystkie strony wyblakłe blizny, tworząc nieregularny, poszarpany wzór pręg i plam, w porównaniu z zimną premedytacją Hurwooda i Frienda wszyscy wydawali się Chandagnacowi niewinnie dzicy, jak drapieżne ptaki.
Jeden z piratów wystąpił naprzód i wspiął się zwinnie na rufówkę. Chandagnac był zaskoczony, gdy mężczyzna odwrócił się i odsunął z czoła trikorn. Ciemne policzki przecinała bowiem siatka głębokich zmarszczek, a w splątanych czarnych włosach lśniły pasemka siwizny. Nieznajomy potoczył wzrokiem po zgrupowaniu na śródokręciu, po czym przymknął oczy i rozciągnął usta w szerokim uśmiechu, prezentując pełne uzębienie.
– Więźniowie! – zaczął szorstkim, choć wesołym głosem, ucinając rozmowy. – Nazywam się Philip Davies i jestem nowym kapitanem tego okrętu. Zbierzcie się przy grotmaszcie, żeby moi ludzie mogli sprawdzić, czy nie chowacie gdzieś ukrytej broni, jasne? Skank, zabierz Tholomewa i paru innych pod pokład i wykurzcie resztę na górę. Tylko ostrożne, dość krwi na dzisiaj.
Ośmiu żywych członków pobitej załogi przesunęło się na środek pokładu, powłócząc nogami. Chandagnac dołączył do nich pospiesznie i oparł się o solidną oś masztu, mając nadzieję, że piraci przypiszą jego chwiejny krok kołysaniu okrętu, a nie strachowi. Zerkając na przywódcę piratów, dostrzegł za jego głową mewę, która, wyraźnie uspokojona faktem, że strzały wreszcie zamilkły, załopotała skrzydłami i przycupnęła na jednej z lamp. Trudno było uwierzyć, że niespełna pół godziny temu leniwie rzucał jej suchary razem z córką Hurwooda.
– Panie Hurwood! – zawołał tymczasem Davies. – Hurwood? Dobrze wiem, że cię nie zabili. Gdzieżeś się podział?
– Nie – doleciało stęknięcie zza ciał leżących pod drabinką rufówki. – Nie zabili. – Hurwood usiadł. Znikła gdzieś jego peruka, a ubranie było w nieładzie. – Żałuję tylko, że nie mam amuletu chroniącego przed upadkiem.
– Masz za to Pana Los-Darzy, który chroni cię przed krzywdą – odparł chłodnym głosem Davies. – Żaden z tych chłopców go nie miał. – Machnął ręką w kierunku porozrzucanych ciał i rannych marynarzy. – Żaden upadek nie byłby dla ciebie zbyt dotkliwy.
– Moja córka jest pod pokładem – rzucił zaniepokojony Hurwood. Gdy wreszcie doszedł do siebie, w jego głos wkradło się zniecierpliwienie. – Ktoś jej pilnuje, ale powiedz swoim ludziom, żeby nie...
– Nie zrobią jej krzywdy. – Dowódca piratów rozejrzał się krytycznym wzrokiem po okręcie. – Całkiem zgrabną łajbę nam tu sprowadziłeś – stwierdził. – Zdaje się, że jednak słuchałeś, co mówimy. Payne, Rich! Weźcie na górę kilku chłopa i odetnijcie całe niepotrzebne drewno, olinowanie i płótno. Podreperujcie mi ją tak, żeby dała radę przepłynąć przez Wielką Ławicę Bahamską.
– Tak jest, Phil! – zawołało dwóch piratów, wskakując na wanty.
Davies zszedł po drabince na pokład rufowy i przez kilka sekund przyglądał się rozbrojonym mężczyznom przy maszcie. Uśmiech nie znikał z jego twarzy.
– Czterech moich chłopców zginęło podczas pościgu i abordażu – stwierdził cicho.
– Jezu... – wyszeptał mężczyzna stojący obok Chandagnaca, zamykając oczy.
– Ale – ciągnął Davies – waszych zginęła ponad połowa, więc uważam rachunki za wyrównane.
Żaden z marynarzy się nie odezwał, lecz Chandagnac usłyszał kilka głębokich westchnięć i szuranie stopami o pokład. Dopiero wtedy zrozumiał, że właśnie uniknął wyroku śmierci.
– Możecie odpłynąć w szalupie – ciągnął Davies. – Hispaniola leży na wschód, Kuba na północ, Jamajka na południowy zachód. Dostaniecie pożywienie, wodę, mapę, sekstans i kompas. Albo – dodał radośnie – jeśli któremu w to graj, może z nami zostać. Na morzu żyje się łatwiej niż gdzie indziej. Każdy ma udział w zyskach i prawo, żeby wycofać się po wyprawie.
Dziękuję, ale nie skorzystam, pomyślał Chandagnac. Kiedy tylko uporam się z moim... zadaniem w Port-au-Prince i wrócę do domu, nigdy więcej nie zbliżę się do żadnego morza na odległość kija.
Tymczasem Chaworth od kilku minut rozglądał się po okręcie, którego jeszcze do niedawna był właścicielem. Chandagnac zrozumiał, że choć kapitan zdążył się pogodzić ze stratą ładunku, aż do tej chwili nie wyobrażał sobie, by mógł także stracić samego „Carmichaela”. W końcu piraci byli gatunkiem drapieżników zamieszkującym płytkie wody. Wymykali się obławom przez mielizny i rzadko wypływali z dala od lądu. „Hałaśliwy Carmichael”, okręt pełnomorski o głębokim zanurzeniu, był dla takich ludzi równie przydatny, co armata oblężnicza dla rozbójnika grasującego na trakcie.
Stary kapitan zbladł jak ściana. Chandagnac doszedł do wniosku, że aż do tej chwili Chaworth tak naprawdę nie był zupełnie zrujnowany. Gdyby nie stracił „Carmichaela”, mógłby go sprzedać i po spłaceniu udziałowców oraz wspólników zaoszczędzić dość pieniędzy, by wynagrodzić właścicielom ładunku ich straty. Bez wątpienia poszedłby z torbami, ale przynajmniej zachowałby w tajemnicy sekret, który zdradził Chandagnacowi podczas jednego z piwnych wieczorów. Ponieważ wzrastająca cena ubezpieczeń zaczęła przekraczać minimalny pułap zysków, zdesperowany kapitan obciążył kontrahentów kosztami ubezpieczenia... po czym żadnego nie wykupił.
Jeden z piratów wysłanych pod pokład wyłonił się z zejściówki i spoglądając w dół, kiwnął do kogoś pistoletem. Po drabinie na słoneczny pokład wgramolił się kucharz, który najwyraźniej uhonorował uświęcony tradycją zwyczaj, by w obliczu nieuchronnej katastrofy morskiej upić się najszybciej i najmocniej, jak to możliwe. Za kucharzem szli dwaj chłopcy, którzy załatwiali na okręcie wszystkie drobne sprawy, a za nimi Beth Hurwood.
Córka Hurwooda była blada i poruszała się dość sztywno, lecz wyglądała na całkiem spokojną – choć tylko do chwili, gdy ujrzała ojca w potarganych ubraniach.
– Tato! – krzyknęła, rzucając się w jego stronę. – Czy zrobili ci krzywdę? – Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się na pięcie do Daviesa. – Tacy jak ty wyrządzili mu już dość złego – powiedziała tonem, w którym udało jej się połączyć gniew z błaganiem. – Spotkanie z Czarnobrodym kosztowało go rękę! Bez względu na to, co zrobił dziś twoim ludziom, i tak...
– Zasługuje na pochwały, panienko – przerwał jej Davies, szczerząc się od ucha do ucha. – Zgodnie z umową, którą on i Thatch, lub Czarnobrody, jeśli tak wolisz, zawarli w zeszłym roku, twój tatuś dostarczył mi dzisiaj ten piękny okręt.
– Kim ty... – zaczęła Beth, lecz w jej słowa wcięło się siarczyste przekleństwo Chawortha, który doskoczył do najbliższego pirata i wyrwał mu z dłoni szablę. Odepchnąwszy zaskoczonego mężczyznę, ruszył na Daviesa z uniesioną bronią.
– Nie! – krzyknął Chandagnac i zrobił krok przed siebie. – Chaworth, nie rób...
Davies opanowanym ruchem wyciągnął pistolet z kolorowej szarfy, odciągnął kurek i strzelił Chaworthowi w pierś. Impet półcalowej kuli zatrzymał natarcie starego kapitana i odrzucił go z taką mocą, że niemalże stanął na głowie, zanim bezwładne ciało grzmotnęło o pokład.
Chandagnacowi zakręciło się w głowie. Z trudem łapał oddech. Wydawało mu się, że czas zwolnił swój bieg – nie, to raczej każde wydarzenie stało się wyraźne i niezależne, oderwane od rozmytego łańcucha przyczyn i skutków. Beth krzyknęła. Chmura dymu z lufy pistoletu pokonała kolejny jard. Mewa zaskrzeczała zaalarmowana i wzbiła się w powietrze. Upuszczona szabla zakręciła się na pokładzie, a jej mosiężna rękojeść uderzyła Chandagnaca w kostkę. Pochylił się i podniósł broń.
Świadomość była zbędna do podjęcia decyzji. Zaszarżował na szefa piratów i choć nogi poruszały się niezgrabnie, a ręka trzymała ciężkie ostrze wysunięte naprzód, w myślach Chandagnac zręcznie sterował krzyżakiem, sprawiając, że wisząca na sznurkach marionetka Merkucja doskoczyła do marionetki Tybalta w ataku, który jego ojciec zwykł nazywać coupé-et-fleche.
Davies, zaskoczony i rozbawiony zarazem, rzucił pistolet jednemu z towarzyszy. Cofnąwszy się o krok, wyciągnął rapier i ugiął nogi do swobodnej pozycji en garde.
Przy ostatnim kroku Chandagnac miał wrażenie, że niemal czuje szarpnięcie sznurka, gdy błyskawicznie wycofał szablę, obchodząc broń przeciwnika i atakując w jego linii wewnętrznej. Przyzwyczajony do natychmiastowej zasłony bocznej, zbyt szybko pozwolił szabli opaść pod tą prawdziwą, nie przygotowaną obroną, lecz Davies uwierzył w pozorowany atak i wykonał zasłonę, a szabla w ostatnim momencie drasnęła jego odsłonięty bok. Chandagnac pozwolił, by pęd natarcia poprowadził broń, i wypuścił rękojeść z niewprawnego uścisku, gdy mijał Daviesa.
Szabla brzęknęła o pokład i na jedną długą chwilę wszelki ruch zamarł. Davies, wciąż stojąc na nogach, choć odwrócony przez impet pchnięcia, gapił się na Chandagnaca w zdumieniu, rozbrojony zaś przeciwnik w napięciu oczekiwał na kulę, która mogła nadlecieć w każdej chwili i z każdej strony. Wstrzymał oddech, patrząc zranionemu piratowi prosto w oczy.
W końcu Davies ostrożnie schował broń i równie ostrożnie przyklęknął. W absolutnej ciszy Chandagnac słyszał, jak krople krwi skapują na pokład.
– Zabić go – rzucił Davies zdecydowanie.
Chandagnac odwrócił się bokiem do relingu, zamierzając skoczyć do wody i wpław dostać się na Hispaniolę, gdy nagle usłyszał parsknięcie.
– Za to, że pokonał cię w szermierce, Phil? Zaiste, jest to jakiś sposób na utrzymanie pozycji niekwestionowanego mistrza.
Wśród piratów zapanowało poruszenie i Chandagnac zamarł z nadzieją. Zerknął z powrotem na Daviesa, licząc, że ten wykrwawi się na śmierć, zanim zdąży powtórzyć rozkaz.
Davies popatrzył na pirata, który postanowił się odezwać, i po kilku sekundach uśmiechnął się drapieżnie, wskazując rozcięty bok.
– Och, Venner, naprawdę myślisz, że to wystarczy? To draśnięcie?
Pochylił się, kładąc dłonie na pokładzie i z wysiłkiem podciągnął pod siebie najpierw jedną, a potem drugą nogę. Spojrzał na Vennera i powoli wstał z klęczek. Jego uśmiech nie zbladł ani na chwilę, chociaż wyraźnie zbladła skóra pod opalenizną, a twarz zalśniła od potu.
– Jesteś... nowy, Venner – ciągnął Davies zachrypniętym głosem. – Spytaj Abbota albo Gardnera, jakiej rany trzeba, żeby mnie spowolnić. – Zaczerpnął głęboko tchu, po czym zachwiał się i wbił wzrok w pokład. Jego pludry, wpuszczone w buty, nasiąkły ciemną krwią aż do łydek. Spojrzał w górę. – A może – zaczął, cofając się niepewnie i dobywając rapiera – może sam chciałbyś... sprawdzić, jak osłabił mnie ten cios?
Venner był mężczyzną niskim i krępym, z rumianą, ospowatą twarzą. Uśmiechnął się półgębkiem, obserwując kapitana badawczym wzrokiem, zwykle zarezerwowanym dla przeciwnika w grze karcianej, jakby się zastanawiał, czy jego pijacki bełkot nie jest blagą, lub przynajmniej mocną przesadą. W końcu rozłożył ręce.
– Niech mnie szlag, Philip – powiedział swobodnie. – Przecież wiesz, że nie miałem na myśli nic wyzywającego.
Davies kiwnął głową i pozwolił sobie na chwilę przymknąć oczy.
– Oczywiście, że nie. – Schował broń i odwrócił się do Chandagnaca. – Venner ma rację – zazgrzytał zębami. – Cieszę się, że nikt cię nie zabił... skoro tylko tak mogłem się nauczyć tego manewru. – Oparł się plecami o gródź nadbudówki rufowej. – Ale, na miłość boską, człowieku – parsknął głośno – jak to, do diabła, możliwe, że znasz taki cwany ruch, jeśli biegasz jak kaczka, a szablę trzymasz jak kucharz patelnię?
Chandagnac próbował na poczekaniu wymyślić jakieś przekonujące kłamstwo, ale nic nie przychodziło mu do głowy, więc niechętnie wyznał piratowi prawdę:
– Mój ojciec miał teatrzyk marionetkowy – wydukał – a ja... a ja przez większą część mojego życia byłem lalkarzem. Dawaliśmy przedstawienia w całej Europie, a jeśli w scenariuszu pojawiały się walki na szable, a pokazywaliśmy dużo Szekspira, ojciec konsultował się z mistrzem szermierki, żeby wyglądały realistycznie. Więc – wzruszył ramionami – uczyłem się na pamięć wszystkich ruchów i wykonywałem je setki razy... ale tylko na marionetkach.
Davis, trzymając się za bok, zamrugał w stronę Chandagnaca.
– Marionetki – powiedział. – Cóż, ja... A niech to szlag. Marionetki. – Powoli zsunął się po grodzi i usiadł na pokładzie. – Gdzie jest ten stary czart, Hanson?
– Tutaj, Phil. – Jeden z piratów podbiegł do niego, otwierając duży składany nóż. – Będziesz się musiał położyć.
Davies wykonał polecenie, ale podparł się na łokciach, by widzieć Chandagnaca, podczas gdy Hanson, który najwyraźniej pełnił funkcję chirurga, zaczął rozcinać mokrą od krwi koszulę.
– Cóż – odezwał się znowu Davies. – Venner zasugerował, że byłem nieco zbyt... surowy, rozkazując cię zabić, a my... au, niech cię diabli, Hanson, ostrożnie! – Zamknął oczy i odetchnął głęboko. – A my kierujemy się zasadą, że wszystkie rozkazy podlegają dyskusji, pomijając sytuacje, gdy jesteśmy w ogniu walki. W każdym razie, ugodziłeś mnie, więc nie mogę tak po prostu... puścić cię wolno. – Rozejrzał się po twarzach towarzyszy. – Proponuję, by dać mu szansę.
Piraci kiwali głowami, tu i tam ktoś wyraził zadowolenie okrzykiem.
Davies spojrzał na Chandagnaca.
– Dołącz do nas i przyjmij wszystkie nasze cele jako własne albo zginiesz, tak jak stoisz.
Chandagnac odwrócił się do Beth Hurwood. Dziewczyna szeptała coś na ucho ojcu, on jednak wydawał się nie zauważać jej obecności. Dalej stał nachmurzony Leo Friend – być może rozczarowany, że Chandagnac wciąż żyje. Chandagnac nigdy jeszcze nie czuł się równie samotny i bezbronny. Nagle dotkliwie zatęsknił za ojcem.
Spojrzał z powrotem na Daviesa.
– Dołączę do was.
Davies kiwnął w zamyśleniu głową.
– Tak zwykle brzmi odpowiedź – stwierdził. – Chociaż nie byłem do końca pewien, czy tak samo będzie w twoim przypadku.
Hanson wstał, zerkając z powątpiewaniem na bandaż, którym obwiązał kapitana.
– To wszystko, co mogę dla ciebie zrobić, Phil – powiedział. – Poproś milorda Hurwooda, żeby powstrzymał krwawienie i zgorzel.
Chandagnac spojrzał zaskoczony na pirata. Z pewnością chodziło ci o Leo Frienda, pomyślał. Filozofią żadnych ran się nie pozszywa.
Na dźwięk swojego nazwiska Hurwood otrząsnął się z zamyślenia i rozejrzał.
– Gdzie jest Thatch? – zapytał zbyt głośno. – Miał tutaj być.
– W tym roku się spóźni – odparł Davies, nawet na niego nie patrząc. – W tej chwili jest w Charles Town, gromadząc zapasy, o które prosiłeś. Spotkamy się z nim na Florydzie. A teraz chodź tu i zrób coś, żebym nie skonał od tego draśnięcia.
Beth chciała coś powiedzieć, ale Hurwood uciszył ją machnięciem ręki.
– Pozwolił tobie wziąć wskaźnik? – zapytał niezadowolony.
Davies sposępniał.
– Ten zasuszony łeb psa? Owszem. I niech mnie szlag, jeśli nie zaczął wczoraj syczeć i kręcić się jak szalony w tym wiaderku z rumem. Około południa wreszcie dał za wygraną, patrząc zawzięcie na południowy wschód. Zmieniał pozycję tylko wtedy, gdy my zmienialiśmy kurs, więc popłynęliśmy tam, gdzie się gapił. – Wzruszył ramionami tak energicznie, jak na to pozwalał mu jego stan. – Doprowadził nas prosto do ciebie, nie przeczę, ale to z pewnością paskudny kawał truchła. A ile się napociłem, odganiając szczury, żeby go nie zżarły...
– Niech będzie przeklęty ten szaleniec Thatch – wybuchnął Hurwood – za to, że powierza tak wyrafinowane przyrządy zwykłym bandytom! Jeśli szczury choćby tknęły ten wskaźnik, pożrą cię całego żywcem, Davies, obiecuję! Ty nieostrożny głupcze, jak ci się zdaje, jak często rodzą się dwugłowe psy? Natychmiast wyślij po tę głowę jednego ze swoich ludzi!
Davies uśmiechnął się i położył wygodnie na pokładzie.
– Cóż... – zaczął z ociąganiem. – Chyba jednak nie. Dostaniesz drugą połowę swojej śmierdzącej parki dopiero wtedy, gdy stanę na brzegu New Providence, i to tak zdrowy, jak jeszcze godzinę temu. Jeśli do tego czasu nie wydobrzeję, moi chłopcy spalą to przeklęte cudeńko. Zgadza się, chłopcy?
– Twoje słowa są dla nas rozkazem, Phil! – krzyknął jeden z piratów, a pozostali radośnie mu przyklasnęli.
Hurwood potoczył dookoła wściekłym wzrokiem, ale podszedł do Daviesa i przyklęknął. Popatrzył na bandaż, uniósł go i zerknął pod spód.
– Do diabła, pewnie zagoiłoby się i bez mojej pomocy – powiedział – ale przez wzgląd na dobro wskaźników dam ci na to gwarancję. – Zaczął gmerać w głębokich kieszeniach długiego do kolan płaszcza.
Chandagnac spojrzał ponad jego ramieniem w miejsce, gdzie leżało ciało kapitana Chawortha. Niewątpliwie martwe, wraz z kołysaniem statku ślizgało się po słonecznym pokładzie tam i z powrotem, a dłoń odrzuconej ręki przewracała się z jednej strony na drugą – wierzchem do góry i wierzchem w dół – w dziwacznie filozoficznym geście. Wszystko przychodzi i odchodzi, zdawał się sugerować ten ruch: dobro i zło, życie i śmierć, radość i smutek. Nic nie powinno być dla nas zaskoczeniem.
Cała ta scena wydawała się Chandagnacowi żenująco niestosowna, jakby ktoś zostawił nieboszczyka z opuszczonymi spodniami. Prosząc w duchu, by ktoś ułożył ciało Chawortha we właściwszej pozycji, odwrócił wzrok.
A ponieważ nigdy wcześniej nie widział, jak lekarz pracuje nad raną – co zapewne właśnie teraz robił Hurwood – przysunął się, by popatrzeć. To, co zobaczył, wprawiło go w konsternację. Przez głowę przemknęła mu myśl, że stary profesor zamierza doprowadzić do ładu strój Daviesa, ponieważ wyciągnął z kieszeni coś, co przypominało szczotkę.
– Ten ogon wołu – odezwał się Hurwood głosem zarezerwowanym dla słuchaczy w audytorium – został spreparowany w taki sposób, aby skupić na sobie uwagę istoty, którą zwiesz Panem Los-Darzy. Gdyby ta istota była czymś potężniejszym, potrafiłaby doglądać nas wszystkich, lecz będąc tym, czym jest, może uważnie obserwować zaledwie kilka osób jednocześnie. Podczas niedawnej bitwy chroniła mnie i pana Frienda, ponieważ jednak niebezpieczeństwo minęło, pozwolę, aby skupiła swój wzrok na tobie. – Wsunął szczeciniasty przedmiot pod limonkową koszulę Daviesa. – Zobaczmy... – Znów zaczął grzebać w kieszeniach płaszcza i wyciągnął niewielką płócienną sakiewkę. Tutaj mamy drogue, która sprawia, że wnętrzności pracują w należyty sposób. Jej również potrzebujesz teraz bardziej niż ja, ale pamiętaj, chcę ją z powrotem. – Ściągnął Daviesowi kapelusz, położył mu sakiewkę na głowie i założył nakrycie z powrotem. – To wszystko – rzucił, podnosząc się. – Nie marnujmy czasu. Zapakuj na szalupę wszystkich, którzy chcą odejść, i ruszajmy wreszcie.
Nowi właściciele „Carmichaela” rozhuśtali zawieszoną na żurawikach szalupę i z głośnym pluskiem spuścili ją niedbale na wodę, po czym zrzucili na dół wiązkę oderwanych want, by ludzie mogli zejść. Przy następnej fali szalupa weszła pod kadłub okrętu i nabrała sporo wody, ale Davies zmęczonym głosem wykrzyczał jakieś rozkazy i po chwili „Carmichael” obrócił się ciężko ćwiartką rufową sterburty w stronę wiatru. Kołysanie zelżało.
Davies wstał, krzywiąc się z irytacją.
– Wszyscy, którzy chcą odejść, na dół – warknął.
Chandagnac z zazdrością patrzył, jak była załoga „Carmichaela” człapie w kierunku relingu sterburty. Kilku podtrzymywało rannych towarzyszy. Beth Hurwood, z czarnym kapturem naciągniętym na miedziane pukle, ruszyła za nimi i po chwili odwróciła się do ojca.
– Tato! Chodź ze mną do szalupy.
Hurwood spojrzał na córkę, a z jego piersi wyrwał się zduszony śmiech, brzmiący niczym jęk nienaoliwionej maszyny.
– Z pewnością doceniliby tam moje towarzystwo. Połowa zabitych zawdzięcza swój los tej ręce i mojej kolekcji pistoletów. O nie, najdroższa, zostaję na pokładzie tego okrętu, a ty razem ze mną.
Choć ta odpowiedź nią wstrząsnęła, Beth odwróciła się i ruszyła w stronę relingu.
– Zatrzymać ją! – syknął Hurwood.
Davies kiwnął głową i kilku roześmianych piratów zastąpiło dziewczynie drogę.
Hurwood pozwolił sobie na jeszcze jeden wybuch śmiechu, który jednak przeszedł po chwili w kaszel i torsje.
– Ruszajmy – wychrypiał.
Chandagnac zauważył kątem oka Leo Frienda i niemalże ucieszył się, że został na okręcie, ponieważ otyły lekarz mrugał nerwowo, wpatrując się w Beth, a jego mięsiste usta były wilgotne.
– Dobrze – odezwał się Davies. – Chodźcie tu, bęcwały, i wyrzućcie nieboszczyków za burtę. Tylko uważajcie, żeby nie zepchnąć ich do szalupy! Czas ruszać w drogę. – Spojrzał w górę. – I co tam, Rich?
– Bez bezanu zwrotu przez rufę nie zrobi – doleciał z góry krzyk – ale na tym morzu i przy tym wietrze da się chyba halsować, o ile chłopcy wejdą na perty.
– W porządku. Elliot, weź paru ludzi i zabierz slup do domu.
– Tak jest, Phil.
Beth Hurwood przeniosła wzrok z ojca na Leo Frienda, który natychmiast uśmiechnął się i wystąpił naprzód. Chandagnac dopiero wtedy zauważył, że na jego wyszukany strój składa się także para groteskowych trzewików na czerwonych obcasach, ze wstążeczkami wielkości skrzydeł wiatraka. Otyły lekarz podszedł do Beth i podał jej rękę przypominającą ozdobny, wypchany podgłówek, lecz ona bez słowa stanęła przy Chandagnacu. Zaciskała usta równie mocno co wcześniej, choć Chandagnac dostrzegł w jej oczach łzy, zanim niecierpliwym ruchem wytarła je o mankiet.
– Chciałabyś zejść pod pokład? – zapytał cicho Chandagnac.
Pokręciła głową.
– Nie zniosłabym tego.
Davies spojrzał w ich stronę.
– Nie macie jeszcze żadnych obowiązków – rzucił do Chandagnaca. – Zabierz ją na bok, żeby nie plątała się pod nogami. I przy okazji przynieś jej trochę rumu.
– Nie wydaje mi się, żeby... – zaczął sztywno Chandagnac, lecz Elizabeth weszła mu w słowo.
– Na miłość boską, tak.
Davies wyszczerzył się do Chandagnaca i puścił go przodem.
* * *
Kilka minut później znajdowali się na pokładzie dziobowym, tuż obok kotwicy, osłonięci od wiatru przez napięty grotżagiel. Chandagnac przyniósł z kambuza dwa ceramiczne kubki z rumem i podał jeden Beth.
Liny znów świszczały na bloczkach, a drzewce masztu skrzypiały, gdy piraci trymowali żagle, by złapać spokojny wschodni wiatr. Okręt ruszył łagodnym łukiem na północ, a później na północny wschód, Chandagnac zaś obserwował, jak przepełniona szalupa ratunkowa cofa się i w końcu znika za wysoką rufą. Slup, wciąż po stronie bakburty, dyktował tempo „Hałaśliwemu Carmichaelowi”. Z miejsca, w którym opierał się o reling, popijając ciepły rum, Chandagnac widział maszt i żagle mniejszego okrętu, a gdy nabrali prędkości i slup odbił, by zrobić im więcej miejsca, zobaczył też jego długi, płytki kadłub. Pokręcił głową, wciąż nie dowierzając.
– Cóż, mogliśmy skończyć znacznie gorzej – powiedział cicho do Beth, choć siebie próbował przekonać do tego równie mocno, co ją. – Wygląda na to, że wybaczono mi atak na herszta tej bandy, a ciebie chroni przed nimi pozycja twego ojca.
Na śródokręciu, na lewo od Chandagnaca, jeden z piratów pogwizdywał wesoło, posypując piaskiem z wiaderka świeże plamy krwi. Chandagnac spojrzał w przeciwną stronę i podjął rozmowę:
– A gdy już wykaraskamy się z tych tarapatów, marynarze z szalupy potwierdzą, że zatrzymano nas tu wbrew naszej woli.
Dumny ze spokoju, który bił z jego głosu, wziął kolejny łyk rumu, by powstrzymać budzące się dopiero teraz, po zażegnaniu kryzysu, drżenie rąk i nóg.
– Mój Boże – rzuciła nieprzytomnie Beth – mogę liczyć tylko na to, że razem z nimi zginie. Już nigdy nie wróci na kontynent. Przecież nawet nie zamkną go w szpitalu dla obłąkanych, od razu trafi na szubienicę.
John przytaknął, dodając w myślach, że stryczek i tak byłby dla Hurwooda zbyt łagodną karą.
– Mogłam przewidzieć to szaleństwo – ciągnęła. – Przecież wiedziałam, że staje się ekscentryczny, zajął się badaniami, które były dość... dziwaczne, ale nigdy nie sądziłam, że zupełnie postrada zmysły i jak wściekły pies zacznie zabijać ludzi!
Chandagnacowi przed oczyma stanął marynarz, który zginął przy dziale, i ten, któremu Hurwood strzelił chwilę później prosto w twarz.
– On nie uczynił tego pod wpływem... szaleństwa, panno Hurwood – stwierdził. – Robił to chłodno, metodycznie, jak kucharz rozgniatający mrówki na blacie, który zaraz potem wyciera ręce i przechodzi do innych zajęć. A ten gruby jegomość stał po drugiej stronie okrętu i w odpowiedzi na każdy jego strzał oddawał jeden swój.
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com