Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.
Część I.
TAMBOURMAJOR ORKIESTRY WOJSKOWEJ
Moje miasteczko
Urodziłem się w Niemirowie nad Bugiem. Tak zawsze pisało się adres. Nad Bugiem. Niemirów był piękną miejscowością. Dawniej słynął jako atrakcyjne miasteczko. Tu schodziły się granice wszystkich trzech zaborów. Krzyżowały się trasy w kilku kierunkach. Niemirów miał ulicę Zamkową z historycznymi ruinami zamku na górze Zamkowej. Ulica Brzeska wychodziła w kierunku Brześcia Litewskiego i Wołczyna, miejsca urodzin ostatniego króla Polski – Stanisława Augusta. Na południe była przeprawa promowa. Prowadziła ona w kierunku Janowa Podlaskiego. Ciągnęli tędy ludzie w każdy wtorek na jarmarki, a w każdy poniedziałek do Konstantynowa. Na północy leżało Wysokie Litewskie, które słynęło z targów, na które przybywali ludzie z bliższych i dalszych okolic. Na zachód podążało się w kierunku Mielnika i Siemiatycz, które miały jarmarki w każdy czwartek.
Pamiętam ulicę Szpitalną, gdzie dawniej był szpital, oraz Cmentarną, prowadzącą z kościoła na miejsce ostatniego spoczynku wielu ludzi. W Niemirowie jest piękny rynek, przy którym stoi zabytkowy kościół pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa. Przed wojną były w tej miejscowości: poczta, szkoła siedmioklasowa i budynek nadzorcy wodnego, który sprawował nadzór na rzece Bug – od Niemirowa aż do mostu w Turnie. Przed II wojną światową w mieście żyło wielu żydów. Byli to szewcy i krawcy, wielu prowadziło sklepy i zajmowało się drobnym rzemiosłem. Mieli oni swoją bożnicę, w której się modlili, oraz kirkut (nieopodal cmentarza katolickiego). W dawnych czasach życie mieszkańców Niemirowa toczyło się wokół roboty na roli i wynajmowania się do pracy zarobkowej, gdzie tylko się dało. Najmłodsi, zdrowi mężczyźni garnęli się do orylki – zatrudnienia przy spławianiu drewna Bugiem do Wisły i dalej do Gdańska.
A w niedzielę, po mszy świętej i po obiedzie, nad rzeką rozkwitało życie towarzyskie. Ludzie opowiadali sobie nad Bugiem o wydarzeniach tygodnia, śpiewali, podziwiali widoki tratw i innych obiektów płynących wodą. Nad rzeką spotykała się też młodzież, której było bardzo dużo w Niemirowie.
Urodziłem się
Było to 1 stycznia 1934 roku, a może wcześniej. Mogło być kilka dni przed Nowym Rokiem. Mama mówiła, że ze względu na to, abym nie był starszy o rok, załatwiono z organistą, że najlepsza będzie data 1 stycznia. W dniu mego świętego patrona, Mieczysława. Takie też otrzymałem imię.
Mój Ojciec, Aleksander, syn Józefa i Karoliny, urodził się w 1900 roku. Dziadek Józef został w 1913 roku wcielony do wojska carskiego i nigdy nie powrócił do rodziny. Jego koledzy opowiadali, że przeżył wojnę 1914 roku i rewolucję 1917. Prawdopodobnie nawet się tam ożenił. Swojej żonie, a naszej babci Karolinie – pozostawił aż pięcioro nieletnich dzieci. Mój Ojciec był najstarszy z rodzeństwa. Miał siostrę Scholastykę, braci Stanisława i Wacława oraz siostrę Marię.
Rodzice mieli biedę
Po I wojnie światowej panowała straszna bieda, zwłaszcza w tych rodzinach, gdzie zabrakło ojca. Mój Ojciec musiał stać się dorosłym ze względu na rodzeństwo i samotną matkę. Opowiadał mi, że miał zastąpić ojca swemu rodzeństwu. Szybko skończyło się jego dzieciństwo. Wraz ze swoją matką rozpoczął ciężką pracę na roli. W gospodarstwie brakowało wszystkiego, a szczególnie konia, bez którego nie można było dobrze uprawiać ziemi. Niewiele było pola. W dodatku, trudno było zaorać. Po wojnie we wsi nie było koni. Orano więc krowami. Nie było czym karmić zwierząt. Do obowiązków Ojca należało więc paść krowy lub woły w nocy, aby w dzień można było nimi pracować przy orce lub innych pracach polowych. Ojciec musiał jeszcze chodzić na zarobek do bogatszych gospodarzy i za zarobione pieniądze kupować trochę cukru lub coś do ubrania dla siebie i rodzeństwa. Tak rozpoczęło się jego dorosłe życie i ciężka praca. Ojciec był człowiekiem bardzo dobrym, uczciwym i serdecznym. Był też serdecznym, dobrym ojcem.
Moja Mama – Helena (z domu Smorczewska) – urodziła się w 1912 roku. Była córką Antoniego i Leontyny. Miała nieszczęśliwe dzieciństwo. Jej ojciec, Antoni, został w czasie I wojny światowej wcielony do armii carskiej. Wprawdzie przeżył wojnę i rewolucję, ale do Polski dopiero powrócił w latach czterdziestych, już po II wojnie światowej. Moja Mama nie była z tego zadowolona, bo jej ojciec wrócił z drugą żoną, Rosjanką, z którą zamieszkał w Siemiatyczach. Babcia Leontyna zmarła bardzo młodo. Pozostały po niej osamotnione dzieci. Moja Mama miała wtedy 6 lat, a jej brat Janek – 4. Nie było nikogo, kto by się zajął osieroconymi kilkulatkami. Mamę przygarnął Julian Tulej, adwokat z Kamienia Koszyrskiego, brat Leontyny. Bratem Mamy, Jankiem, zaopiekowała się jakaś dalsza rodzina, prawdopodobnie w Czartajewie koło Siemiatycz. Niestety, dowiedziałem się, że go tam źle traktowano. Zabiedzony pasał gęsi u gospodarzy.
Mama później wspominała, że u swego wuja Juliana miała bardzo dobrze. Przebywała tam kilka lat. Chodziła do szkoły i uczyła się krawiectwa. Była bardzo uzdolniona, jeśli chodzi o malarstwo i krawiectwo. Po pewnym czasie jej sytuacja się skomplikowała. Wujenka stale robiła jakieś wyrzuty Jej i babci, czyli matce wujka Juliana. Była to osoba o ogromnych ambicjach, zarozumiała i dumna ze swego bogactwa. Stwarzała ogromny dystans pomiędzy Mamą a swoimi dziećmi, a o tym nie zawsze wiedział wujek. Wobec takiej atmosfery, jaka się wytworzyła, i przy zachęcie swojej babci i aprobacie wuja, Mama z babcią postanowiły powrócić do Niemirowa. Zamieszkały w bardzo starym domu przy ulicy Brzeskiej. Miały tam trochę pola, zwanego czwartakiem. W starym domu z ciosanych bali nie było podłogi, zastępowała ją udeptana glina. Światło wpadało przez małe okienko, którego nigdy nie otwierano. W jednym, dużym pokoju stał duży ceglany piec. Dom był kryty słomą, a na zimę ściany ogacano, czyli okładano liśćmi lub mchem. Pewnie wujek Julek, adwokat, przysyłał im jakieś pieniądze, bo z czego by się mogły utrzymać? Tym bardziej, że babcia Mamy wtedy ciężko zachorowała i przestała chodzić. Z podkurczonymi nogami leżała w łóżku aż do śmierci, czyli aż do roku 1940, gdy zmarła i została pochowana na cmentarzu w Tokarach.
Wtedy w Niemirowie było tylko kilka słuchawkowych aparatów radiowych. Jeden z nich znajdował się w szkole, inne u niektórych bogatszych gospodarzy, nauczycieli i urzędników poczty.
Rok 1930
W tym roku pobrali się moi Rodzice. Ślub odbył się w kościele parafialnym w Niemirowie. Mama miała wtedy dom, choć bardzo stary, to jednak własny. Do tego pole i niewielkie zabudowania gospodarcze. Jak mówiono gwarowo w Niemirowie, Ojciec poszedł w przystępy, czyli zamieszkał u żony. Ponieważ w jego rodzinie pozostało jeszcze rodzeństwo, to nie mógł wiele wnieść do wspólnego gospodarstwa. Z pola, jakie miała Mama, oraz niewielkiego areału, jaki wniósł Ojciec, trudno było żyć, zwłaszcza że babcia Mamy bardzo chorowała. Ojciec zatem zajął się ciesielką i traczką. Kupił piłę tarczową i z pomocnikami przecierał drewno, bo w pobliżu Niemirowa nie było żadnego tartaku.
W innym czasie Tata wyjeżdżał na Wołyń i stamtąd spławiał drewno najpierw Bugiem, a potem Wisłą, aż do Gdańska. Na tratwie ludzie spali, przyrządzali sobie posiłki. Życie było tam trudne, niebezpieczne, ale taki los spotykał gospodarzy, których nie mogła wyżywić ziemia. Orelka była jedynym źródłem polepszenia życia całej rodziny.
Mama była osobą bardzo pracowitą. W krótkim czasie musiała nauczyć się wszystkich prac polowych i gospodarskich. Wcześniej nie miała nic wspólnego z pracą na roli. Wiem, że umiała szyć nie tylko dla siebie, ale też dla innych, aby zarobić jakieś grosze. Ojciec musiał pomagać swojemu rodzeństwu – dorastającym sierotom. Utrzymanie się na roli było bardzo dla nich trudne, zwłaszcza że brakowało ojca rodziny, który nie powrócił z I wojny światowej, choć ją prawdopodobnie przeżył.
Pierwsza była Julia
Nadszedł rok 1931 i urodziła się moja siostra Julia. Warunki mieszkaniowe pozostały bez zmian. Nadal pod jednym dachem zamieszkiwali Rodzice wraz z córką Julią i z Klarą, babcią mojej Mamy. Staruszka nadal chorowała i nie poruszała się o własnych siłach.
Powoli płynęło wtedy życie w Niemirowie, w pięknym małym miasteczku nad Bugiem. Ludzie pracowali na swych wąskich, a długich zagonach. Inni szukali pracy zarobkowej. Najbardziej stabilną część społeczeństwa w Niemirowie stanowili urzędnicy państwowi, kupcy, handlarze i drobni rzemieślnicy. Większość tamtejszych sklepów prowadzili żydzi. Istniała duża konkurencja pomiędzy Polakami a żydami.
Najstarsze słodkie wspomnienie
Urodziłem się w 1934 roku. Data ta, jak już wspomniałem, jest nieco zagmatwana. Chodzi tu o kilka dni różnicy. Trudno mi cokolwiek pisać o tych pierwszych swoich latach. Niewiele dowiedziałem się z opowiadania Rodziców. Pamięcią swoją sięgam do roku 1937.
Było to w grudniu przed świętami Bożego Narodzenia. Otrzymaliśmy od wujka Mamy, Juliana (z Kamienia Koszyrskiego) – dużą paczkę. Radości było wiele, a najwięcej z dużej ilości cukierków. Kiedy razem z Mamą i Julą stroiliśmy choinkę, wtedy – zgodnie ze zwyczajem niemirowskim – wieszaliśmy na niej cukierki w ładnych papierkach. Choinkę też przystroiliśmy zabawkami, jakie sami wykonaliśmy. Kiedy Mama z Ojcem i Julą poszli na pasterkę, zostałem w domu tylko ja i prababcia Klara oraz… myszy, które buszowały w całym domu, a najbardziej, jak sobie przypominam, pomiędzy garnkami na piecu. W pewnym momencie chciałem zrobić przyjemność prababci Klarze. Zerwałem z choinki dwa cukierki. Jeden dałem prababci, a drugi sam zjadłem. Cukierki musiały prababci zasmakować, bo kazała mi przynieść jeszcze po jednym. To polecenie powtarzało się aż do całkowitego ogołocenia choinki z cukierków. Kiedy Rodzice powrócili z pasterki, to siostra Jula zauważyła, że na choince nie ma słodyczy. Ani ja, ani prababcia nie przyznawaliśmy się do ich spałaszowania. Ponieważ oprócz nas w domu nie było nikogo, prababcia, ratując mnie, próbowała oskarżyć za to myszy, ale nic z tego nie wyszło. Nie pamiętam, czy były jakieś reperkusje. Wiem tylko, że rano Mama zawiesiła na choince cukierki, które jeszcze zostały.
Pan mecenas z samochodem
Na rok następny, czyli 1938, wujek Mamy zapowiedział swój przyjazd do Niemirowa. Żadnych przygotowań nie czyniono, bo i cóż można było zrobić. Dom nie posiadał mebli godnych uwagi pana mecenasa. Rodzice uradzili, że poproszą księdza proboszcza, aby wujek adwokat mógł u niego jadać posiłki i nocować. Tak też uczynili. W naszym domu Mama pobieliła ściany. Z zewnątrz uprzątnięto mech, którym na zimę obkładano chatę. Posprzątano podwórko i oczekiwano gościa. Wreszcie, w wakacje 1938 roku wuj przyjechał własnym pięknym samochodem, co wywołało nie lada sensację wśród niemirowian. Najbardziej dumny czułem się ja, ponieważ mogłem siedzieć wewnątrz samochodu, a dzieci z całego Niemirowa biegły za nami. Tak było za każdym razem, kiedy tylko jechaliśmy ulicami. Pamiętam, jak siedziałem wewnątrz samochodu.
– To moja sówka! – krzyczałem, skracając słowo „taksówka”. Duma mnie rozpierała. A samochód, w tym czasie, zwłaszcza w Niemirowie, był nie lada sensacją, nie tylko wśród dzieci, ale też i dorosłych. Niektórzy z miejscowych widzieli go po raz pierwszy.
Zgodnie z planami, wuj jadał i spał na plebanii. W rozmowach, jakie prowadzili z księdzem i innymi mieszkańcami, jak mi później opowiadał Ojciec, wyczuwało się jakieś nadchodzące niebezpieczeństwo. Bajka na jawie się skończyła. Po urlopie wujek Mamy odjechał do Kamienia Koszyrskiego.
1939 rok. Wybucha wojna
Zapamiętałem pierwsze dni wojny. Jedyne radio głośnikowe wystawiono na zewnątrz, na oknie budynku szkoły. Całe miasteczko skupiało się wokół tego miejsca, słuchając komunikatów. Pamiętam transmisję mszy świętej z Jasnej Góry. Robiło to ogromne wrażenie na słuchaczach. Ludzie byli bardzo przygnębieni i nie wiedzieli, co ich czeka. Z radia płynęły komunikaty i ostrzeżenia oraz wezwania do stawienia się młodzieży do obrony kraju. Nie pamiętam dokładnie… Działo się to 4 czy 5 września. Piękna słoneczna pogoda. Rodzice z siostrą pracowali w polu przy zbiorze gryki. W odległości około 2 km od domu. W mieszkaniu zostałem sam z chorą prababcią. Większość mieszkańców Niemirowa, którzy posiadali pola, znajdowała się w tym czasie przy zbiorach różnych plonów. W pewnym momencie nadleciały samoloty. Jak stwierdzili starsi mieszkańcy, były niemieckie. O dziwo, zaczęły zrzucać zapalające bomby. Akurat na centrum Niemirowa. Na rynek, przy którym znajdował się kościół, szkoła i większość sklepów. W pewnym momencie bombardowanie się nasiliło. Ogień ogarnął większość sklepów żydowskich, bożnicę i część polskich domów. Pożoga dotarła też do naszego starego domu i innych zabudowań. Ogień był bardzo gwałtowny, gdyż łatwo paliły się drewniane budynki, które były kryte słomą.
Wyniosłem prababcię i piłę
Nikt nie udzielił mi pomocy. Każdy ratował swoje mienie. Byłem akurat w mieszkaniu. Nie pamiętam, jak udało mi się wynieść z ognia prababcię, na ulicę. Następnie sam wyciągnąłem z sieni dużą piłę i części do niej. Wytoczyłem też małą beczułkę z solą. Tyle tylko pozostało z naszego gospodarstwa.
W krótkim czasie przybiegli Rodzice z siostrą. Było jednak już po wszystkim. Zostały same zgliszcza. O dziwo, nasz dom spłonął ostatni na naszej ulicy. Dalej już ogień się nie rozprzestrzeniał. Ja siedziałem obok prababci. Obok leżała piła i beczułka z solą. Byłem bardzo dumny, że to wszystko uratowałem z pożaru. W następnych latach Mama i Tata wspominali, że uratowałem nie tylko babcię Mamy, ale i piłę, dzięki której Ojciec zarabiał.
Pamiętam kolejne zdarzenie przed naszym spalonym domem. Złapano jakiegoś człowieka, który nie mógł się wytłumaczyć, co robi w Niemirowie, skąd przybył i dlaczego się pojawił. Mieszkańcy podejrzewali go, że jest szpiegiem i to on miał wskazywać samolotom, gdzie mają zrzucać świece zapalające. Ludzie pragnęli zemsty i linczu, do którego pewnie by doszło, gdyby nie pan Żmudzki, pracujący jako nadzorca wodny. Był to człowiek bardzo poważany w Niemirowie. On zdecydował, że schwytanego mężczyznę należy przekazać policji. I tak też uczyniono.
Nigdy jednak nie wyjaśniło się, dlaczego Niemcy spalili część Niemirowa, gdzie nie było żadnych obiektów wojskowych. Zapalające świece gaszono tylko piaskiem. Jeszcze później podobne świece wybuchały w innych miejscach, poza zabudowaniami.
Początek wojennej tułaczki
Mieliśmy kłopot. Co robić? Gdzie iść? W takich sytuacjach szuka się najbliższych. I tak zamieszkaliśmy u babci Karoliny, która była mamą Ojca. Jej dom, który znajdował się przy rynku w Niemirowie, ocalał. W ciasnocie zamieszkiwali razem: siostra Marysia z dziećmi, brat Stanisław, brat Wacław, babcia i my z naszą chorą prababcią Klarą. Mieliśmy jednak dach nad głową. Choć było nas dużo, to jednak zdarzały się także i chwile radości. Był też smutek. Babcia Karolina dzieliła wnuki na dwie kategorie: lepsze – to dzieci córki Marysi, i gorsze – syna Olka. Z przykrością doświadczaliśmy, że wnuki ze strony córki częstowała chlebkiem z masłem, a mnie i Julę suchym chlebem.
Przypominam sobie pewną noc. Nastała już późna pora. Wtem przed naszym domem, na samym rynku, usłyszeliśmy tętent koni. Na placu zapanował duży ruch. W pewnym momencie dobiegł odgłos pukania do drzwi. Okazało się, że byli to polscy oficerowie. Wytworzyła się jakaś przygnębiająca atmosfera. Jeden z oficerów podszedł do mego łóżka i zaczął mnie głaskać po głowie. Mówił, że ma syna w takim samym wieku i niczego tak nie pragnie, jak możliwości ujrzenia go i przytulenia. Poczuliśmy się bardzo zasmuceni jego dolą. Zaczęliśmy płakać. Nie mogłem się powstrzymać od łez. Wyrażałem swój żal tak głośno, że to spowodowało jeszcze większe wzruszenie wśród pozostałych oficerów. Dopiero po latach dowiedziałem się, że były to resztki brygad kawalerii przeprawiających się przez Bug, w kierunku Lublina. Brygady te brały następnie udział w słynnej bitwie pod Kockiem, ostatecznym finale kampanii wrześniowej.
Do Niemirowa nie dotarli jeszcze wtedy Niemcy. Panowało jeszcze bezkrólewie. Nie było żadnej władzy. Młodzi ludzie zostali zmobilizowani do wojska. Mieszkańcy Niemirowa to patrioci. Nasłuchiwali wieści z radia i pogłosek szeptanych przez różnych domorosłych znawców sztuki wojennej.
Wyzwoleni przez Sowietów
Pewnego dnia, gdzieś po 20 września, mieszkańcy Niemirowa z ogromnym zdumieniem ujrzeli – obok kościoła – wspaniałą bramę tryumfalną, z napisem witającym sowieckich wyzwolicieli. Nigdy nie dowiedziałem się, kto postawił tę bramę. Przypuszczano, że byli to żydzi i prawosławni, których kilkanaście rodzin mieszkało w Niemirowie. Wkrótce do Niemirowa wkroczyli Rosjanie. Chociaż na bramie wypisano słowa powitania, to jednak większość mieszkańców przyjęła wschodnich cudzoziemców z ogromnym niezadowoleniem i niepewnością jutra.
Wkroczenie Rosjan na tereny Białostocczyzny było rezultatem paktu Ribbentrop-Mołotow, na podstawie którego Niemcy i Sowieci podzielili Polskę. Naszej rodzinie przypadła strefa radziecka, gdzie miał zapanować dobrobyt i szczęście ludu pracującego. Prasa, radio i różne ulotki propagandowe głosiły, że to raj na świecie, dobrobyt i szczęście narodów wyzwolonych przez władzę radziecką. Niemal natychmiast po wejściu, Rosjanie wprowadzili swoje porządki. Powołali przedstawicieli. Już samo słowo „przedstawiciel” wywoływało strach, a mundury pewnej formacji – NKWD – budziły przerażenie, wprost nie do opisania.
Zgodnie z pierwszym zarządzeniem, Sowieci zamknęli kościół i urządzili strażnice w Sutnie, ponieważ rzeka Bug stanowiła granicę między Niemcami a Związkiem Radzieckim. W pierwszym okresie ludzie, którzy przeczuwali pewne niebezpieczeństwo, uciekali za Bug. Niektórym nawet nakazano wyjazd jak najdalej od granicy, w inne rejony Białostocczyzny. I tak, Ojca brat i siostra Marysia (moja ciocia) dostali nakaz wyjazdu do Tokar, odległych o 10 km od Niemirowa. Wuj Stanisław uciekł za Bug, przedzierając się do Warszawy. My mieliśmy nakaz wyjazdu do Adamowa lub Mętnej. Mieszkańcy Niemirowa interweniowali jednak u władz, żeby mój Ojciec jako cieśla, budowniczy i tracz z własnymi narzędziami pracy – pozostał. Był on niezbędny w Niemirowie. Starania ludzi okazały się owocne. Na razie pozostaliśmy w naszej wsi.
Przedstawicielem władzy radzieckiej w Niemirowie został ojciec Aleksandry Czarneckiej (nazywali ją we wsi „Szura”), która przed samą wojną wyszła za mąż właśnie za Jana Czarneckiego, syna brata mojego dziadka, Józefa. Jan Czarnecki był bardzo dobrym kolegą mojego Ojca z czasów młodości. Nieraz nam pomagał i – jak się okaże później, ratował nam życie.
Nigdy nie dowiedziałem się, co się stało z niemirowskimi żydami. Po wojnie ludzie opowiadali, że kiedy Niemcy spalili ich domy, ludzie wyznania mojżeszowego uciekli na wschód, w kierunku Wysokiego Litewskiego. Ponoć powędrowali jeszcze dalej. Ślad się urwał. Po wojnie nikt z nich nie zjawił się w Niemirowie, przypuszczam, że zostali gdzieś wymordowani.
Wypędzeni z granicy
Niemirowianie otrzymali bezwzględny nakaz przeniesienia się, wraz z wszystkimi budynkami, na odległość 2 km od Bugu, czyli granicy pomiędzy Generalną Gubernią a ZSRR. Wyznaczono nam miejsce pod lasem, wzdłuż istniejącej drogi polnej. I teraz dopiero zaczęła się gehenna mieszkańców Niemirowa. Nakaz był rygorystyczny. Nie podlegał żadnej dyskusji. Nie było od niego odwołania, zresztą, do kogo można byłoby się odwoływać? Ludzie zaczęli jednak zwlekać z wykonaniem tego nakazu. Niektórzy myśleli, że tak dobra władza (zgodnie z propagandą sowiecką) ulży mieszkańcom, już i tak bardzo doświadczonym przez pożar, który spowodowali Niemcy. Niestety, nic takiego nie nastąpiło.
Pewnej nocy niemirowianie zauważyli, że na każdym domu siedzi po kilku żołnierzy sowieckich i na dany znak wszyscy zaczynają rozbierać dachy, zdzierając słomę, dachówki i wszystko to, czym były pokryte budynki. Gdy wojsko rozbiera zabudowania, można sobie tylko wyobrazić, jak niszczono pokrycia dachowe, ściany, okna i drzwi. Nastąpiła kompletna dewastacja. Ludzie zaczęli prosić, że już sami będą rozbierać budynki, aby tylko żołnierze zaprzestali niszczenia. I o to właśnie chodziło władzy ludowej. Gospodarze sami ruszyli do rozbierania budynków. Jedni drugim pomagali, rodziła się solidarność. Sąsiedzi wspólnie pracowali w dzień i w nocy. Na nowym miejscu niektórzy kopali ziemianki, inni stawiali jakieś baraki, aby choć przed deszczem mieć gdzie ukryć rodziny. Nie było żadnego transportu. Drogi wtedy były piaszczyste, pozbawione jakiegokolwiek utwardzenia. Jeździły po nich wozy na drewnianych kołach. W starym Niemirowie pozostał tylko kościół, jeden dom murowany na ulicy Zamkowej i bardzo stary dom pana Gryciuka przy Cmentarnej; nie nadawał się on do rozbiórki. Pamiętam jeszcze, że gdy mieszkańcy Niemirowa z ogromną determinacją pracowali przy rozbiórce własnych budynków, żołnierze radzieccy chodzili swobodnie i grali na piszczałkach organowych, zrabowanych z kościoła. Wprawiało to naszych ludzi w ogromne zasmucenie. Poznaliśmy, czym jest właściwie władza radziecka i jej obłudne oblicze.
Wacław, brat Ojca, i jego matka Karolina oraz siostra Marysia zostali wywiezieni do Tokar. A dom, jaki po nich pozostał, i w którym po pożarze mieszkaliśmy, musieliśmy przenieść na nowe miejsce. Nie posiadaliśmy ani konia, ani wozu. Pozostaliśmy skazani na pomoc innych. Najważniejsze było to, że Ojciec umiał budować domy, piłować kloce na bale. To dawało nam gwarancję, że ludzie przewiozą nasz dom. Liczyli na to, że Tato złoży im budynki rozebrane w starym Niemirowie. Tacy ludzie, jak mój Ojciec, byli na wagę złota. Dlatego obcy starali się nam pomagać, by tylko mieć pewność, że ich zabudowania będą złożone, choć wcześniej zdewastowali je żołnierze.
Powstanie nowy Niemirów
Na nowym miejscu, gdzie powstawał nowy Niemirów, nie było jeszcze żadnej studni ani innego źródła wody. Do obowiązków moich i mojej siostry Julii należało donoszenie wody z Niemirowa starego do nowego. Na wodę czekali Rodzice i ludzie, którzy nam pomagali. Nie mieliśmy żadnych naczyń, oprócz litrowych butelek i baniek po mleku. Nasza rodzina nie miała nawet bańki, toteż wodę nosiliśmy w butelkach. Braliśmy z siostrą po dwie i szliśmy do starego Niemirowa (jeszcze pozwalali nam na to Rosjanie), czerpaliśmy wodę żurawiem ze studni na rynku i wracaliśmy. Po drodze część wypijaliśmy, bo były straszne upały. Kiedy napoiliśmy spragnionych domowników, ponownie wracaliśmy na rynek. Tak po kilka razy dziennie.
Wszystko było podporządkowane jednej idei, aby jak najszybciej przenieść dorobek całego życia na nowe miejsce i zmieścić się w wyznaczonym terminie. A termin naglił. Był bardzo krótki. Rosjanie ostrzegali, że w razie jego przekroczenia, zamkną dostęp do starego Niemirowa i granicy na Bugu. Rozpoczął się wyścig z czasem. Już nie chodziło o stawianie budynków, ale przynajmniej przetransportowanie ich na nowe miejsce. Ludzie pracowali w dzień i w nocy. Z cudem graniczyło przewiezienie dachów, ścian, okien i drzwi słabymi wozami, przy małej liczbie koni, po marnych drogach. Stanowiło to nie lada wyczyn. Mama, jak mogła, pomagała Ojcu, ale musiała dbać głównie o pożywienie dla nas i choćby najskromniejsze ubranie. Nie było żadnych zapasów ubraniowych i żywnościowych. Nic dodatkowego nie pozostało po pożarze domu w 1939 roku.
Po przewiezieniu budynków, ludzie zaczęli składać domy i inne pomieszczenia. W dalszym ciągu praca trwała dzień i noc. Ludzie musieli przy tym uprawiać pola, bo stanowiło to ich jedyne źródło utrzymania. Czasy były to trudne. Wiadomo: nowe miejsce, nowi sąsiedzi. Ale, jakaż panowała wspaniała atmosfera, solidarność i koleżeńskość. Ludzie byli dla siebie przyjacielscy. Wzajemnie się wspomagali. Nie pamiętam kłótni lub jakichś nieporozumień. Niestety, Rosjanie nie pozwalali nikomu chodzić do kościoła w starym Niemirowie. Kościół był zamknięty. Niemirowianie zatem dojeżdżali lub chodzili do Tokar. Bliższy Mielnik był w podobnej sytuacji, jak nasza miejscowość.
Tak szybko powstał nowy Niemirów... Była w nim jedna, prawie dwukilometrowa ulica – z zabudowaniami po obu stronach. Na wzgórzu stał wiatrak, przywieziono też niewielki budynek na szkołę, a obok nas, w budynku Jana Czarneckiego, powstała spółdzielnia. Teść Jana pełnił funkcję sołtysa wsi. Ludzie nie mieli pieniędzy (rubli). W sklepie brakowało towaru. Można było tam kupić głównie wielkie suszone ryby, zapałki, machorkę i sól oraz przedmioty niewiele przydatne ludziom. Tak rozpoczęło się nowe życie w nowym Niemirowie. Byliśmy pod opieką władzy radzieckiej. Propaganda głosiła, że „nastał dobrobyt i radosne dni”. Oferowała nam szczęście narodu. A nad tym wszystkim czuwało NKWD.
Obywatele Związku Radzieckiego
Odbyły się nawet wybory do rad. Każdy obywatel otrzymał kartkę do głosowania z wypisanymi kandydatami. Miał ją obowiązkowo wrzucić do urny. Takim to sposobem zostały wygrane wybory. W stu procentach. I przy stuprocentowej frekwencji. Dzięki temu staliśmy się Białorusinami. Obywatelami Związku Radzieckiego. Dorośli obywatele otrzymali dokumenty. Znajdowały się w nich adnotacje z zaznaczeniem pewnej kategorii lojalności względem władzy radzieckiej. Miały być na nich tajne znaki. Tak mówili ludzie.
Rozpoczął się rok szkolny 1940/41. Nie pamiętam, na jakiej zasadzie, czy z powodu braku podręczników lub z innych przyczyn, nie uczyliśmy się języka rosyjskiego. Najpierw pani nauczycielka czytała nam bajki i inne opowiadania w języku polskim. Dopiero po pewnym czasie uczyliśmy się po rosyjsku. Wszystko sprowadzało się do uwielbienia władzy radzieckiej, a przede wszystkim – Stalina. Największy nacisk kładziono na wychowanie poprzez śpiew i pogadanki na temat życia narodów Związku Radzieckiego. Przedstawiano też zgniliznę życia pod panowaniem szlachty – panów Polski przedwojennej.
Pierwsze chwyty propagandy
Na św. Mikołaja nauczycielka nawiązała w rozmowie z nami, że normalnie powinniśmy mieć tego dnia prezenty lub przynajmniej jakieś cukierki. Zebrano nas wszystkich w sali, gdzie pojawili się jacyś wojskowi. Nauczycielka zaproponowała, abyśmy prosili św. Mikołaja, a nawet modlili się do niego – o jakieś prezenty. Wiadomo, zachowaliśmy się, jak dzieci w głodnych latach. Zaczęliśmy szeptać, niby prosić. Modlitwy nie słyszałem. Ale nikt nas nie wysłuchał. Następnie przemawiał jeden z wojskowych. Nauczycielka zachęciła, aby dzieci zaczęły prosić o cukierki Dziadka Stalina. Ochoczo zaczęliśmy głośno skandować podane nam hasło: „Dziadzia Stalin, prosimy o cukierki (kanfiety)!” Robiliśmy to coraz głośniej i z przekonaniem. Nagle otwiera się klapa wejścia na strych i mnóstwo cukierków sypie się na całą klasę. Niesamowita konsternacja. Oczarowani najmłodsi na chwilę zamarli. Starsze dzieci nie były tak bardzo zaskoczone tym genialnym atakiem propagandy. Poznawały, jak zniewalała ona najmłodsze pokolenie narodu polskiego.
Ucieczka spod ekranu z Czapajewem
W niektóre dni przyjeżdżały wojskowe samochody ciężarowe. Ładowano do nich dzieci i wywożono na filmy, które wyświetlano w lesie. Uczniowie w różnym wieku bardzo chętnie wybierali się na takie eskapady. Pewnego dnia także nasza klasa pojechała do lasu, gdzie rozwieszono ogromny ekran i ustawiono aparaturę filmową. Zaczęliśmy się tłoczyć. A ja nosem dotykałem niemal płótna ekranu. Wyświetlono nam Czapajewa. Już w chwili, jak film zaczynał się imponującym najazdem konnicy, wyglądało to tak, jakby kawaleria gnała wprost na nas. Tego nie dało się wytrzymać! Przerażeni, w popłochu zerwaliśmy się z miejsc i z krzykiem rozbiegliśmy po lesie. Wywołało to ogromny śmiech wśród starszych uczniów. Po pewnym czasie powróciliśmy na miejsca. Teraz już spokojniej dotrwaliśmy do końca filmu. Oglądaliśmy po raz pierwszy prawdziwy film. Niestety, po projekcji, już w nocy, musieliśmy wracać o własnych siłach do wsi. A było daleko…
Białe niedźwiedzie i aresztowania
W tym właśnie roku wywieziono kilka rodzin na białe niedźwiedzie – tak u nas mówiono o zesłaniu. Wszyscy pozostali żyli w strachu, spodziewając się wywózki na Syberię. Wtedy też umarła prababcia Klara. Została pochowana na cmentarzu w Tokarach, bo w Niemirowie cmentarz i kościół były pod ścisłym nadzorem władzy.
Nie wiem, dlaczego brat Taty, Stanisław, który przebywał w Generalnej Guberni, za Bugiem, nagle zjawił się w Niemirowie, i gdy tylko dotarł do nas, został aresztowany przez rosyjską straż graniczną. Natychmiast przewieziono go do Brześcia. Tylko tyle o nim wiedzieliśmy. Dopiero po latach nadeszła wiadomość, że jako żołnierz II Korpusu gen. Andersa po wojnie zamieszkał w Londynie.
Krwawe golenie enkawudzisty
A mój Ojciec, jako złota rączka, od czasu do czasu zajmował się nawet strzyżeniem włosów. Najczęściej korzystali z tego sąsiedzi, rodzina i inni znajomi. Robił to przeważnie za darmo. Czasami trafił się jednak drobny zarobek. Tato nie spodziewał się kontroli. A władza radziecka nakładała podatki na różnych rzemieślników. Ktoś doniósł, że Ojciec zajmuje się fryzjerstwem i prowadzi zakład. Pewnej niedzieli zjawił się oficer NKWD, który miał sprawdzić skargę. Zażądał, aby go ostrzyc i ogolić. Tato z wielkim strachem tłumaczył mu, że nie jest fryzjerem. Wyjaśnił, iż strzyże tylko własne dzieci. Niestety, nie było żadnego tłumaczenia. Ojciec musiał rozpocząć strzyżenie. Jakoś poszło. Najgorsze miało nadejść. Trzeba było ogolić pana oficera. Tu zaczął się problem. Tato jeszcze nigdy nikogo nie golił brzytwą. Jako człowiek pracujący na roli miał ciężką rękę. Teraz doszedł ogromny strach. Nie było jednak rady. Mama przygotowała ręczniki, miskę z wodą. Spodziewała się nieszczęścia.
Ojciec z trzęsącymi się rękoma rozpoczął golenie Rosjanina. Szło fatalnie! Za każdym pociągnięciem brzytwy krew spływała oficerowi po policzkach. W dodatku klient miał chropowatą twarz. Mama też ledwie ze zdenerwowania mogła utrzymać miednicę. Ojciec rozedrganymi dłońmi dokonywał dzieła. Co pewien czas Mama wycierała i myła twarz enkawudzisty. Była to istna krwawa jatka! W pewnym momencie oficer się zerwał i okropnie, szpetnie zaczął kląć na fryzjera. Jego słów nie powtórzę, choć zapadły mi w pamięć. Struchleliśmy z siostrą, bojąc się o życie Rodziców. A Rosjanin złapał mundur i tyle go widzieliśmy. Z podatkiem był spokój. Od tej pory żaden wojskowy już nigdy się nie zjawił w naszym domu. A Tato dalej strzygł sąsiadów i innych chętnych. Nikt we wsi nie zamawiał oczywiście golenia.
Dom został postawiony i wykończony. Pobudowaliśmy też nową stodołę i chlewy. Mieliśmy bardzo dobrych, uczynnych sąsiadów. Na czas regulowaliśmy podatki i obowiązkowe dostawy zboża i mięsa. To, co ponadto zostało, musiało wystarczyć do życia rodziny.
Sowieci budują schrony
Na trasie z Niemirowa do Tokar, w lesie, obok szosy Drohiczyn – Siemiatycze – Wysokie Litewskie, Sowieci zbudowali ogromny obóz wojskowy. Zakwaterowane były tam oddziały wojskowe, budujące umocnienia przy granicy nad Bugiem. W Niemirowie wykopano ogromny rów przeciwczołgowy. Rów ten był bardzo szeroki i głęboki. Wszystkie prace żołnierze wykonywali ręcznie. Z powodu tegoż wojska ciągle brakowało wody. Wojskowi w nocy poili bowiem konie. Rano nasze studnie świeciły pustkami.
Rosjanie świetnie maskowali prace przy budowie schronów. Niemirowianie rano się budzili i – przecierając oczy – widzieli nowy las, którego jeszcze dzień wcześniej nie było. Podczas bezksiężycowych nocy wojsko obsadzało wybrany teren wyciętymi zielonymi drzewami, głównie młodą sosną, co stwarzało wrażenie lasu. Wewnątrz budowano schron betonowy. Niektóre schrony powstawały w pewnym oddaleniu od granicy, a inne bardzo blisko rzeki. Niemcy jednak zapewne orientowali się w lokalizacji tych obiektów. Dopiero w latach osiemdziesiątych dowiedziałem się, że te umocnienia nazywano linią Mołotowa. Do niczego Sowietom się nie przydały.
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com