Książka ebook Ona i on. Całkiem zwyczajna historia  Urszula Jarosz, Jerzy Gracz MUZA S.A.

Ona i on. Całkiem zwyczajna historia (ebook)

Autor:

Urszula Jarosz, Jerzy Gracz

Cena: 34,99 zł 27,99 zł (oszczędzasz 20%)
+27 pkt (kup za 14,00 zł)
Dodaj do koszyka Pobierz fragment Wydawnictwo: MUZA S.A. Dostawca: NetPress Digital Kategoria: Literatura obyczajowa Język: polski Format: EPUB (DRM) (do pobrania na e-czytnik, smartfon, tablet lub komputer)

Współczesna powieść obyczajowa o miłości i samotności, o rozdźwięku między modą na bycie singlem a tęsknotą za ciepłem domowego ogniska.
Historia opowiedziana na przemian przez parę głównych bohaterów, raz z perspektywy jego, raz z perspektywy jej.

On - Andrzej, dojrzały mężczyzna, scenarzysta filmowy.
Ona - Kaśka, trzydziestokilkuletnia fotografka i samotna matka dorastającego syna.
Poznają się przypadkowo na planie filmu i szybko odkrywają, że są dla siebie kimś wyjątkowym. Od tej chwili stają przed trudnym wyborem: miłość czy kariera.
Opis miłosnych zmagań, pełnych niedomówień, pomyłek i podejrzeń, wzbogacają reportażowe fragmenty z podróży Kaśki do Afryki i w Alpy, widziane od kuchni ciekawostki z planu filmowego Andrzeja oraz duża doza ciepłego humoru.

Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.

Spis treści

Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3

Urszula Jarosz
Jerzy Gracz

Ona i on

całkiem zwyczajna historia


Projekt okładki: Marta Górska

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

© by Urszula Jarosz and Jerzy Gracz

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2011

ISBN 978-83-7758-121-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2011

Wydanie I


Prolog

[On]

Bar stał w samym rogu knajpki. Knajpka przy jakiejś krzywej uliczce, a uliczkę wytyczono na jakimś zadupiu. Zadupie nazywało się Kraków. Już to dla rodowitego warszawiaka powinno być wystarczającym ostrzeżeniem.

Nie było.

Siedziałem przy tym barku ślepy i głuchy na wszelkie dawane mi przez los znaki. Los dał tedy za wygraną i wzruszywszy ramionami, zostawił mnie w błogim spokoju, oko w oko z siedzącym obok przeznaczeniem. Przeznaczenie zaś uśmiechało się radośnie i czasami muskało mnie opuszkami palców, jakby chciało się upewnić, czy się nie wymknę… Zaskoczony pulsującym we mnie spokojem sączyłem kawę.

Nie mogłem wiedzieć, bo wiedzieć nie chciałem, że patrzę w kasztanowe oczy nawałnicy, która już wkrótce przewróci całe moje życie duszą do góry i odbierze święty spokój – spokój, który tak bardzo lubiłem i którego jeszcze bardziej miałem dość. Patrzyłem w oczy swojemu przeznaczeniu i ogłupiały jak zając w świetle reflektorów rozkoszowałem się jego dotykiem. Gdybym wtedy wiedział, na jakiej drodze stawiam pierwszy krok…


Rozdział 1

[On]

Cisza na planie! Kamera! Poszła! Ostatnie zdjęcia. Wieczorem zwyczajowa popijawa i można do domu. Jeśli się go oczywiście ma. Stoimy na wietrze pod ścianą tatrzańskiego Mnicha, kończymy buteleczkę i liczymy minuty do końca. Igor, zapatrzony w spokojną taflę Morskiego Oka, wygląda, jakby szybował myślami gdzieś po horyzonty zdarzeń, ale ja wiem, że tak nie jest. Jak każdy producent przelicza w myślach minuty na złotówki. Każdy dubel przyjmuje z grymasem cierpienia na twarzy. Każdą minutę dłużej, każdy dodatkowy klaps odbiera jak podstępny skok na kasę. Na jego kasę. To nie szkodzi, że ma do pieniędzy dość obojętny stosunek. Forsa jak to forsa. Raz jest, raz jej nie ma. Igor nie cierpi wyrzucania pieniędzy w błoto, zwłaszcza tych, które można przebalować. Też ich nie będzie, ale przyjemność jakby większa. Co zrobić – takie kino…

Popijamy zatem powolutku, chowamy głowy w ramiona, by choć trochę osłonić twarze od wiatru, i czekamy cierpliwie. Aktorzy z namaszczeniem wypowiadają swoje kwestie, budując zapisany w scenariuszu dramat. I nagle krzyk odbity echem:

– Przypominam, że termosy są do zwrotu!

Michał, nasz kierownik produkcji, ma w nosie cały świat, jeśli coś mu się nie zgadza w rachunkach. W jego pojęciu nie istnieje większy dramat niż brak choćby jednego wydanego na plan termosu, metra kabla czy koca. Zapomniał, że jego krzyk odbije się echem pośród szczytów i zagłuszy wycyzelowane słowa aktorów. Ekipa ryczy ze śmiechu. Kamera stop. Reżyser klnie, na czym świat stoi, a aktorzy nagle zdają sobie sprawę, że ich sztuka warta jest cokolwiek tylko wtedy, jeśli nie zgubili koca i na czas oddali termosy. Nawet nie wiem, czy Michał ma pojęcie, o czym jest film, który kręcimy. Chyba nie. To mistrz w swoim fachu, zrobił dziesiątki obrazów, ale na sztukę nadal patrzy z perspektywy faktur i rachunków. Nie widzi powodu, by to zmieniać. Świat dla Michała jest prosty. Składa się z dwóch rubryk: „winien” i „ma”. To wszystko. Reszta to wymysł scenarzystów…

Ostatnią scenę trzeba powtarzać, Igor klnie koncertowo, a ja uśmiecham się pod nosem.

Od dwóch dni kręci się wśród nas szalenie urokliwa dziewczyna. Pewnie przysłał ją ktoś od zleceniodawcy. Czy to ważne? Grunt, że robi wrażenie sympatycznej. Podobno kobieta w życiu mężczyzny potrafi zaprowadzić ład i jaki taki porządek. Może. Tego nie wiem. Wiem jednak, że zawsze niesie ze sobą komplikacje. Choć gdyby akurat ona chciała skomplikować mój świat…

Dziewczyna lata po planie jak szalona i wszędzie stara się wetknąć nos. Ciekawe po co? Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że chce się jej na tym wietrze tak latać. Jakby nie mogła sobie spokojnie stanąć pod skałą i przeczekać do końca dzisiejszego dnia. Każdy raport można napisać z sufitu.

Na tej wysokości leży jeszcze kupa śniegu, jest ślisko, stromo i zimno, a ta biega jak opętana. Ile jej za to płacą? Na dodatek robi wrażenie zadowolonej.

– Cudak (tak mnie nazywają w ekipie) – Igor w mig dostrzega niebezpieczeństwo – uspokój ją jakoś, bo jak nam ta laska spadnie, będziemy musieli siedzieć przy niej w szpitalu o suchym pysku do rana.

To jest argument. Nim jednak zdążyłem pomyśleć, jak tę żywą rtęć przywołać do porządku, dziewuszysko przysiadło zmęczone na kamieniu. I dobrze. Mogę dalej stać sobie spokojnie z głową wtuloną w kołnierz i kombinować leniwie, jak by tu do panienki podejść. Igor czuje pismo nosem.

– Coś mi się zdaje, Cudak, że masz na nią ochotę. Ale uważaj, bo wcale nie jestem pewien, kto kogo łyknie.

Nie mam zamiaru wdawać się z nim w dyskusję. Lubię drania. W życiu nie spotkałem takiej gamy wad i zalet w jednym człowieku. Nie wiem, jak to się stało, że tak długo jesteśmy przyjaciółmi. Czasami doprowadza mnie do szewskiej pasji. Ja jego też. Ale kumpel to kumpel. Widać jesteśmy na siebie skazani. O czym tu zresztą dyskutować. Czy to ważne, kto kogo łyknie. Ważne, by łyknąć i zrobić to sprytnie. Nim jednak zdołałem cokolwiek wymyślić, ruchliwa cholera wydłubała z torebki komórkę.

– Cześć, kochanie – usłyszałem niesiony wiatrem głos. – Właśnie skończyłam. Jutro wracam. Tęsknię. Pa!

I wszystko jasne. Problem rozwiązał się sam. Moje męskie ego zawyło jak ranny łoś. I to bardzo rogaty łoś. Igora skręciło ze śmiechu, a mnie ze złości. Na szczęście napatoczył się Michał. Bąknąłem mu coś o nowych rachunkach producenta i nie czekając na koniec zdjęć, ruszyłem w dół, do schroniska. Myśl, że teraz Michał, na którego nieprzewidziane rachunki działały jak płachta na byka, naskoczy na Igora i obaj panowie – nim wszystko wyjaśnią – zdążą powiedzieć sobie parę słów prawdy, wyraźnie poprawiła mi humor. A z tą wścibską dziewczyną pogadam osobiście.

Nim jednak pierwsza karta w naszym pokerze wyskoczyła na stół, zdążył mnie dopaść… Michał. Zbiegał z gór jak szalony i było widać, że ma zamiar wsadzić mnie do rubryki „winien”.

– Co jest? Mam wracać?

Michał przez chwilę łapał oddech.

– Cudak, kto mistrzowi pakował plecak?

– A bo ja wiem?

– Jest afera i coś mi się zdaje, że maczałeś w niej palce!

– Gadanie.

– No nie wiem… Ktoś dał Pierwszemu plecak cały załadowany piwem, a potem wmówił mu, że to część sprzętu, który trzeba wnieść na górę. Pierwszy targał go przez cały dzień. Przed chwilą otworzył plecak i krew go zalała, kiedy zobaczył, że targa flaszki.

Pierwszy to nasz reżyser. Zdolny gość, ale cholernie zarozumiały. Jeszcze nie zdarzyły się takie zdjęcia, w czasie których komuś by nie podpadł. Tym razem podpadł ratownikom TOPR-u. W pewnym momencie zorientowali się, że zabrakło sprzętu, by wypchać nim plecak reżysera, i wpadli na genialny pomysł. Postanowili połączyć przyjemne z pożytecznym.

Kiedy ekipa wychodziła rano na plan, w schronisku pozostała „bez opieki” potężna bateria piwa. Ratownicy wypchali więc tym dobrem ogromny plecak reżysera, wychodząc z założenia, że w nim towar będzie najbezpieczniejszy, a przy okazji mistrz ekranu przekona się na własnej skórze, jak ciężko pracują ci, którzy codziennie wynoszą sprzęt na położony wysoko w górach plan filmowy. Pierwszy ganiał cały dzień z plecakiem, walczył z zadyszką i potem zalewającym oczy, znosił trudy bez skargi, przekonany, że dźwiga ważny sprzęt do realizacji „swojego” filmu. Pod koniec dnia zorientował się jednak, że nikt z techników, operatorów, oświetleniowców, dźwiękowców i kogo tam jeszcze ani razu nie sięgnął do z takim trudem niesionego bagażu. W głowie mistrza zaświtała nagle okropna myśl. Oto dźwiga coś, co nikomu nie jest potrzebne! Wściekły zajrzał do plecaka i na widok podręcznego monopolu wpadł w szał. Szał tym większy, że pytani o zawartość plecaka ratownicy z minami niewiniątek tłumaczyli mu, iż według nich monopol był szalenie potrzebny w razie wypadku.

– Jakiego wypadku?! – darł się Pierwszy, a echo niosło jego wrzaski po najwyższe szczyty, hen na słowacką stronę.

– No, w wypadku frustracji ekipy!

– Gdzie jest kierownik produkcji?! – wrzasnął Pierwszy, ale odpowiedziało mu tylko echo.

Michał w zdrowym odruchu obrony życia dawno poczętego błyskawicznie rozpoczął odwrót na z góry upatrzone pozycje. Do schroniska. Miał przy tym nadzieję, że nim cała ekipa zwlecze się wreszcie w dół, on wymyśli jakąś rozsądną wymówkę. Niezbędną, zwłaszcza że to był już drugi numer wycięty reżyserowi w czasie tego filmu. Kilka dni wcześniej, po wielkim bankiecie, Pierwszy padł godnie pod stół na polu bitwy. Trzeba mu przyznać, że poległ jak prawdziwy mężczyzna, niosąc do ust kolejny kieliszek. I może wszystko by się dobrze skończyło, gdyby nie Genek, nasza złota rączka. Ten w mig dostrzegł swoją szansę. Oto właściwa pora, by udowodnić mistrzowi, że on, szary członek ekipy, też potrafi być reżyserem.

Właściwie nikt nie brał owych wypowiedzi poważnie, a że większość z nas miała już w sobie więcej alkoholu niż krwi, przeto ze wszystkich sił zachęcaliśmy Genia, by sprawy sztuki wziął w swoje ręce. Tak zrobił. Następnego dnia Pierwszy obudził się z potwornym kacem. W gardle pustynia, głowa jak balon, błędnik szaleje. Kiedy reżyser otworzył ostrożnie jedno oko, nie od razu się zorientował, gdzie jest. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był stojący obok łóżka kubeł z brudną wodą i przerzuconą przez jego krawędź jeszcze brudniejszą ścierą. Dalej nieco podłogę zaścielał granatowy stylonowy fartuch, jakaś kiecka w kratkę i bladoróżowa halka. Oparta o nocny stolik stała dumnie ryżowa szczotka na kiju. Chwilę później Pierwszy zorientował się, że obok niego leży nieznana mu dama. Mimo męczącego kaca w miarę szybko kojarzył fakty i obrazy.

Oto on, esteta, przekonany o swoim wyrafinowanym smaku i ogromnych wymaganiach wobec dam, w pijanym widzie uwiódł – lub, co gorsza w jego pojęciu, dał się uwieść – niezbyt urodziwą sprzątaczkę hotelową. Musiał działać. Bardzo powoli, ostrożnie, by nie zbudzić wyraźnie zmęczonej nocnymi uciechami kobiety, zsunął się z łóżka, nadzwyczaj sprawnie wrzucił na siebie ciuchy i wyskoczył na korytarz. Udało się. Odetchnął z ulgą, ale jego radość nie trwała długo. Nagle uświadomił sobie, że uciekł z własnego pokoju! A tam wszystko, dokumenty, pieniądze, notatki do scenariusza, scenopis, no, cały jego prywatny świat i artystyczny warsztat. A wiadomo, co zrobi wściekła, rozczarowana jego nieobecnością baba? Dreszcz przerażenia przeszedł Pierwszemu po plecach i, nie bacząc na towarzyską kompromitację, w poszukiwaniu ratunku zbiegł do hotelowej restauracji.

Jak się spodziewał, część ekipy już tam urzędowała. Niby wszystko było normalnie, witali się z nim, zagadywali, doradzali najlepsze sposoby na kaca, ale Pierwszy nie mógł się pozbyć wrażenia, że uśmiechają się przy tym z przekąsem, wymieniając jednocześnie znaczące spojrzenia. Z ciężkim sercem dosiadł się do długiego stołu i zabrał za śniadanie.

Pierwszy odezwał się Genek.

– Słyszałem, że kiedyś jedna panienka spiła faceta i zaciągnęła go do łóżka.

Pierwszy nastawił ucha, a Genek ciągnął:

– Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że była w ciąży i w ten sposób postanowiła znaleźć tatusia. Ten facet to jakiś artysta był. Pisarz, malarz, a może reżyser, nie pamiętam, dość, że…

– Baby to cwane są – wtrącił się do opowieści Janusz, nasz kaskader. – Jedna taka wyciągnęła z gościa, co się dało. Podobno puściła go z torbami: dom, samochód, wszystko.

– Zamknijcie się wreszcie! Wiem, że wiecie! Radźcie, co robić! Baba leży w moim łóżku i czeka, nie wiadomo na co!

– Może chce powtórki?

– Nie czeka – wtrącił półgębkiem oświetleniowiec. – Właśnie idzie.

W drzwiach restauracji stała nasza sprzątaczka. Kobieta w stylonowym fartuchu, z wiadrem i szczotą w ręku szła ku nam z godnością królowej. Jedno nie ulegało wątpliwości. Była teraz panią życia i śmierci Pierwszego. On – reżyser z pierwszych stron gazet, autorytet moralny świata sztuki, pogromca krajowego ekranu – kurczył się w oczach. Nigdy chyba nie wydawał się taki malutki, bezbronny i przerażony. Tymczasem królowa życia była coraz bliżej, a kiedy zrównała się z naszym stołem, mistrz zamknął oczy jakby w oczekiwaniu ciosu. Ale cios nie nastąpił. Kobieta zręcznie ominęła stół i skierowała się bez słowa w stronę kuchni. Ledwie skryła się za drzwiami, Pierwszy zerwał się od stołu i popędził do swojego pokoju. Tam na środku rozgrzebanego łóżka znalazł kartkę: „Należy mnie się kochaniutki 200 złoty, jak obiecałeś, i 300 na dodatek, za to, co wiesz”.

Pierwszy nie zamierzał podejmować negocjacji finansowych. Natychmiast wezwał do siebie Genia.

– Masz tu pięć stów i załatw z nią, co trzeba!

– Z kim?

– Ty już dobrze wiesz! – wrzasnął na cały pokój Pierwszy. – Wszyscy wiecie!

Genio, choć triumf rozsadzał mu piersi, nie powiedział ani słowa. Zgarnął kasę i zwiał. Był szczęśliwy. Nie dość, że urządził happening, jakiego nie zaznała żadna ekipa filmowa, to jeszcze na koszt głównego bohatera! Wedle umowy miał się ze sprzątaczką podzielić gotówką na pół. Oddał jej wszystko.

Wszak wielkich dzieł nie tworzy się dla pieniędzy, ale z miłości do prawdziwej sztuki.

Cała historia rozeszła się w światku filmowym z prędkością wprost proporcjonalną do wielkości wstydu Pierwszego, a Genio na wszelki wypadek jeszcze tego wieczoru wrócił do Warszawy. Kolejne dni pracy zdawały się Pierwszego uspokajać i kiedy wydawało się, że wszystko przyschnie, wycięli mu numer z plecakiem. Teraz winny musiał się znaleźć. Tyle tylko, że ja nie miałem zamiaru kłaść głowy pod topór.

– Daj spokój, nic o tym nie wiedziałem. Swój monopol noszę osobiście. Za dobrze was znam, by komukolwiek powierzyć takie dobro.

Argument widać przekonał Michała, bo z ciężkim sercem przeniósł mnie z rubryki „winien” do „ma”.

– To co ja mu teraz powiem?

Tak to już bywa, że najmądrzejszy facet może kombinować całymi miesiącami, jak pozyskać przychylność kobiety, i nic mądrego nie wymyśli. Będzie się męczył, a i tak, za żadne skarby świata, nie przyjmie do wiadomości prostego faktu, że to kobiety decydują, który facet je wybierze. Potem utrzymują go łaskawie w przekonaniu, że to on jest zdobywcą. A my w swojej naiwności chodzimy dumni i w zaciszu barów chwalimy się dokonanymi podbojami, jak zające dumne z tego, że zostały wybrane na pasztet.

Czasami jednak dobry Bóg, widząc beznadziejne wysiłki i najwyraźniej wątpiąc w swym wszechmocnym zwątpieniu w nasze umiejętności, podsuwa nam „genialne” pomysły. W jednej chwili taka łaska spłynęła i na mnie. Ułamek sekundy. Błysk dosłownie. Jedno uderzenie tętna i już wiedziałem, jak zbliżyć się do rudzielca.

– Wiem, co powinieneś zrobić, ale nie ma nic za darmo. Znasz tę rudą, która latała po planie?

– Bo co?

Michał popatrzył podejrzliwie.

– Bo to, drogi przyjacielu, że za parę drobnych informacji gotów jestem wyciągnąć cię z kłopotu.

– Przyznasz się!

Oczy Michała rozbłysły nadzieją.

– No nie. Nie zamierzam popełnić samobójstwa. Powiesz, co o niej wiesz, a ja powiem ci, jak uspokoić Pierwszego.

– Nazywa się Katarzyna Rowecka i jest tu z ramienia reklamodawcy. Podobno jest też fotografikiem.

– Samotne biedactwo?

– A diabeł ją wie. Chyba tak. Ale pewności nie mam. Ciągle siedzi mi na karku. Profesjonalistka. Diabli ją tu nadali. Staram się jej unikać jak ognia. Pewnie melduje sponsorowi, jak wykorzystujemy jego pieniądze.

– Czyli znasz ją bliżej? Przedstaw nas. Powiesz, że jestem scenarzystą i jak będzie chciała pogadać o poprawkach w scenariuszu, to ma gadać ze mną.

– Przecież to bzdura! Podpisaliśmy kontrakt i na nic już nie masz wpływu.

– I co z tego? Przysługa za przysługę. Napuścisz ją na mnie. Powiesz jej, że coś zmieniłem w scenariuszu, a ja ci powiem, jak sobie radzić z mistrzem.

Oczy Michała rozszerzyły się ze zdziwienia. Patrzył na mnie, jakbym już nie żył.

– Cudak, gorzała ci mózg zjadła czy sperma ci go zalała? Przecież jak ja jej powiem, że zmieniłeś coś niezgodnie z kontraktem, to ona cię rozszarpie na strzępy, zanim zdążysz się odezwać.

– Jak tak, to radź sobie sam.

– Zgoda, ale pamiętaj – ja nie mam z tym nic wspólnego. No już. Gadaj, bo mi się spieszy! Pierwszy przedłużył zdjęcia. Dziś nici z balu. Zostajemy jeszcze na trochę. Chciałbym tych parę dni przeżyć spokojnie.

– Zrobisz tak: wrócisz na plan, odwołasz Pierwszego na bok i powiesz mu w największej tajemnicy, że zrobił to naczelnik ratowników, by jego ludzie nie napili się przed zdjęciami. A włożył flaszki do plecaka reżysera, bo tylko jemu ufa. Pierwszy będzie zachwycony. Wszak uważa nas wszystkich za nieodpowiedzialną bandę. Ucieszy się, że prócz niego ktoś jeszcze ma takie samo zdanie. Na dodatek nie podskoczy naczelnikowi, bo będzie się bał, że ten wycofa swoich ludzi. A jak wiesz, bez nich nie ma filmu. Proste?

Nie usłyszałem odpowiedzi. Michał gnał w górę jak na skrzydłach. Uśmiechnąłem się pod nosem. Mam szelmę. Sama przyjdzie! Moje męskie ego wyraźnie się uspokoiło. Może nawet lekko zachłysnęło się triumfem? Zgoda, koleżanki feministki. Jestem tylko facetem. Ale wiecie co? Dobrze mi z tym. Możecie mnie ukrzyżować na swoich transparentach, ale jeśli ona choć na moment się do mnie przytuli, będzie warto.

Zaraz po kolacji i komunikacie, że zostajemy jeszcze kilka dni, zobaczyłem rudzielca, jak przeciska się między stolikami w moim kierunku. Plan działał! Błyski w oczach dziewczyny podpowiadały mi jednak, że chyba nie do końca przemyślałem swój przebiegły plan. Poczułem nagłą suchość w gardle i gwałtowne ukłucie w mostku. Na twarzy niosła uśmiech, ale w oczach… Nie wyglądało to najlepiej.

[Ona]

Jeszcze przed paroma minutami miałam błogie przekonanie, że czekają mnie spokojne dwa–trzy dni pracy i będę mogła wrócić do domu. Nic z tego. Ostatnia wiadomość mnie zaskoczyła, choć w głębi duszy spodziewałam się, że prędzej czy później pojawią się jakieś trudności.

O czym ten Michał mówi? – myślałam ze złością. – Zmiany w scenariuszu pod koniec zdjęć? Chyba powariowali!

Miałam ochotę na piekielną awanturę. Opanowałam się.

Stanęłam w progu sali i rozejrzałam się po wrogim terytorium. W kącie siedziało kilku zabłąkanych turystów, resztę stolików zajmowali ludzie z ekipy. Dyskutowali, pociągali piwo, plotkowali, palili. Filmowcy, cholera! Światek hermetycznie zamknięty dla śmiertelników takich jak ja. Powietrze było gęste od rozmów i dymu.

Przebijając się przez opary, poszukałam wzrokiem scenarzysty.

Jest! To ten. Zaszył się w końcu sali, schowany za stertą papierów, całkowicie pochłonięty jakimiś notatkami. Ale ważniak! W ogóle nie zwracał uwagi na otoczenie. Może znowu coś kombinował w scenariuszu? Rano, na planie, obserwowałam go parę chwil. Stał pod skałą z obojętną miną, jakby to, co się działo dookoła, wcale go nie interesowało. Robił wrażenie dość nieprzystępnego. Musiałam teraz jednak do niego podejść. Nie miałam innego wyjścia, sprawę należało załatwić natychmiast.

Ręka, którą trzymałam na klamce, lekko drżała. Poczułam się jak w szkole, gdy leciałam do tablicy na geografii. Spocone dłonie i czerwone policzki nie dodawały odwagi. Trzeba przeparadować przez całą salę pod ostrzałem zimnych spojrzeń. Byleby się tylko nie poślizgnąć… Uszami wyobraźni słyszałam złośliwe komentarze na swój temat. Miałam wrażenie, że czuję na sobie krytyczny wzrok kobiet (nie rozsunął mi się przypadkiem suwak przy spódnicy?) i kpiące spojrzenia mężczyzn (poczekajcie! Już ta laska wam pokaże!). Jeżeli wiedzieli o zmianach w scenariuszu, na pewno czekali na rozgrywkę między nami. Na przedstawienie. Piranie czyhające na potknięcie. Najważniejsze to zachować spokój. Piekielna niepewność. Jak z tym robić karierę?

Kaśka, do cholery! Weź się w garść! To tylko praca. Załatwisz sprawę profesjonalnie i jedziesz do domu.

Postanowiłam być zimna i opanowana. Przypomniałam sobie rady z ostatniego kursu dla menedżerów: odetchnąć głęboko, przełknąć ślinę, pilnować głosu, żeby nie zadrżał. Tak przygotowana do walki wkroczyłam na pole bitwy i ruszyłam energicznie w jego kierunku.

Gdy brałam tę fuchę, uczynne koleżanki gorliwie mnie ostrzegały:

– Nie boisz się? Zastanawiałaś się nad tym, jacy oni są? Gazet nie czytasz? Z nimi nie da się pracować! Nie dotrzymują umów, zapominają jutro, co podpisywali wczoraj.

– Poradzę sobie. Jestem fotografem. Poznałam już niejednego lokatora Pana Boga.

– Może. Ale to jest co innego. Oni wszyscy znają się od lat. Ty dla nich jesteś kimś z zewnątrz. Na dodatek kobietą.

Kobietą jestem, odkąd pamiętam, teraz miałam przekonać się na własnej skórze, czy potrafię sobie poradzić ze scenarzystą. Facet czuł się pewnie wielkim, niezależnym twórcą. A jednak… To nie Hollywood, a ja nie jestem rozhisteryzowaną nastolatką. Umowa dawno podpisana. Nie miałam zamiaru pozwolić komukolwiek skakać sobie po głowie.

[On]

– Ty jesteś Andrzej Watkowski? Autor tego… dzieła, że się tak wyrażę.

– Tak, to ja. Słucham.

– Katarzyna Rowecka. Jestem przedstawicielką firmy Media Pol. Michał powiedział mi, że twój scenariusz nieco odbiega od ustaleń zapisanych w umowie, jaką zawarł wasz producent z naszą firmą. Chciałabym to wyjaśnić.

Prawdę mówiąc, spodziewałem się gwałtowniejszego ataku i jej spokojne stwierdzenie zupełnie zbiło mnie z tropu. Ten spokój niósł w sobie pomruk burzy. Szelma była naprawdę urokliwa i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Łagodny uśmiech kontrastował z pobrzmiewającą w jej głosie stanowczością. Czułem, jak powoli oblewa mnie rumieniec.

– Poddaję się.

– Nie bardzo rozumiem? A walczyliśmy?

– W zasadzie nie bardzo jest co rozumieć. – Rumieniec na twarzy rozlewał się coraz szerzej i nabierał zdecydowanej barwy. – To był podstęp.

– Podstęp? – Jej głos nieznacznie stwardniał, a ona sama zrobiła jeszcze jeden krok do przodu. – Szykujesz mi jakiś perfidny numer?

Nie wiem, czy mi się wydawało, czy było tak w rzeczywistości, ale źrenice niebezpiecznie jej się zwęziły i dałbym głowę, że dłonie powoli zaciskały się w pięści.

– Nie, nie – zaprzeczyłem gwałtownie – nie o to chodzi, ja…

– Słucham uważnie…

Zrobiła jeszcze pół kroku w przód.

– Nie mogłem wymyślić sposobu, jak…

– Jak co?

– Jak do ciebie zagadać. W akcie desperacji wymyśliłem te zmiany w scenariuszu i podpuściłem Michała, żeby ci o tym powiedział. Teraz myślę, że to… nie było najmądrzejsze.

Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, co zrobić z rękoma, gdzie patrzeć i jak zwiać. Dawno nie czułem się tak głupio.

[Ona]

Zatkało mnie. Przez chwilę nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Byłam zadowolona, że nie zaczęłam awanturą. Przygotowana wewnętrznie na dyskusję szukałam miażdżących argumentów, wytaczałam działa, szykowałam się do walki, tymczasem taka niespodzianka.

Nie spodziewałam się, że zauważył mnie na planie. Nie dawał nic po sobie poznać. W tej sytuacji zrozumiałam, dlaczego Michał mówił półsłówkami, gdy mnie na niego napuszczał. Uśmieszki jego kolegi spod Mnicha też nabrały innego znaczenia. To nie była ironia, to była żądza sensacji.

Andrzej wstał, oparł się o krzesło, zaczerwienił. Patrzyłam, jak bezustannie obraca długopis w ręku. Do twarzy mu było z tą niepewną miną. Odłożył długopis i zaczął mechanicznie przekładać kartki na stole, to patrząc mi w oczy, to znów uciekając wzrokiem. Chyba zrobiłam na nim wrażenie. Poczułam się doskonale, tak jak czułaby się każda dziewczyna na moim miejscu. Rozbawił mnie jego fortel i muszę przyznać, że było to posunięcie godne co najmniej… zwykłego śmiertelnika. Może wcale nie był taki trudny w kontaktach, jak mi się na początku wydawało. Zamiast wyniosłej lodowej góry stał przede mną normalny facet. Miał ciepły, trochę nieśmiały uśmiech, który zacierał wrażenie zarozumiałego filmowca z mojej wyobraźni, sympatyczne spojrzenie i wesołe oczy. Zdenerwowanie powoli ustępowało.

Rozejrzałam się dyskretnie dookoła. Ludzie pochłonięci byli swoimi rozmowami. O dziwo, nikt na nas nie patrzył. No, może z wyjątkiem przyjaciela Andrzeja. Ale to już mi nie przeszkadzało.

– Wystarczyło podejść i powiedzieć, że ci się podobam. Skoro jednak już wymyśliłeś taki „mądry” fortel, to czy mogę wiedzieć, co przewiduje dalsza część twojego wyrafinowanego planu? Kawa, spacer, szybki seks? Proszę – zrobiłam ćwierć kroku w jego kierunku – słucham.

– Awantura.

– O! Tego numeru jeszcze nie znam.

[On]

– Zgoda. Czasami zdarza mi się wymyślić coś naprawdę głupiego. Mówią nawet, że mam do tego talent. Faktycznie mogłem podejść do ciebie i spytać, co tam robisz. Przy okazji przypomnieć ci, że na planie zdjęciowym komórki muszą być wyłączone. Nieco zaintrygowało mnie twoje bieganie po skałach i robienie zdjęć. Tam jest jeszcze śnieg, lód, łatwo o wypadek, a w gipsie nie byłoby ci do twarzy. Nie gniewaj się, muszę już iść. Jeszcze raz przepraszam za ten podstęp, a… szybkich numerków nie lubię.

Nie mogłem uwierzyć, że to powiedziałem, ale powiedziałem i już. Byłem zły. Zły na siebie i trochę na jej ironię, choć akurat to mi się podobało.

– A wino lubisz?

– Tak. Wino lubię i jeśli nie uznałaś mnie za kompletnego dupka, to jeszcze się razem napijemy.

Powiedziałem „do jutra” i ostrożnie ją wyminąłem. Potem wepchnąłem ręce do kieszeni i czując, że są wreszcie na swoim miejscu, poszedłem szukać Michała, by dowiedzieć się, jak mu poszło z reżyserem. Dopiero po kilku krokach dotarło do mnie, że skoro spytała o wino, gość z telefonu nie był aż tak wielką konkurencją. Moje szanse zdawały się rosnąć.


Rozdział 2

[Ona]

Stanęłam w progu restauracji. Rozejrzałam się niezdecydowanie. Byłam głodna, a szans na znalezienie wolnego stolika – żadnych. Przez chwilę zastanawiałam się, gdzie usiąść. Pracowałam tu już od paru dni i nadal nikogo bliżej nie znałam. Hanka, jak mówiono najlepsza wizażystka w ekipie, machnęła do mnie ręką. Szczupła, młodziutka, obcięta na jeża, zadyrygowała energicznie trzymanym w ręku rogalem.

– Dziewczyny, posuńcie się. Zróbcie Kaśce miejsce. Siadaj, zmieścimy się.

Zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie.

– I co zrobiłaś?

– Wyrzuciłam go z domu – odpowiedziała szybko, nie przerywając żucia. – Kaśka, chcesz kawę czy herbatę?

– Nie oprę się kolumbijskim aromatom. Pachnie kawą już na korytarzu.

– To między wami naprawdę już koniec? Nie wiedziałam!

To nie było do mnie i do kawy, tylko do Hanki.

– A jak może być inaczej? W moim domu! O! Dzbanek jest pusty, kawa się skończyła. W moim łóżku!? Z jakąś przygodnie poznaną panienką?

Hanka, nie przerywając opowieści o tragicznym zakończeniu swojej ostatniej miłości, odwróciła się w poszukiwaniu kelnerki. Pokazała na migi, że chcemy więcej, i opowiadała dalej.

– Wyobraźcie sobie. W mojej sypialni pocieszał jakąś smarkulę po nieudanym castingu. A ona pewnie myślała, że coś w ten sposób załatwi. Wyleciał za drzwi prędzej, niż się wprowadził. Ech! Oni tu wszyscy są tacy sami. Szybkie deklaracje. Szybkie miłości, szybkie zdrady.

– Nie przesadzaj. Jest kilka bardzo dobrych par.

– Tak? Które, jeśli można spytać? Podaj choć jeden przykład.

– Sylwia i Artur? Są już ze sobą tyle lat.

Charakteryzatorka, pani Zofia, próbowała coś uratować ze swojej wiary w miłość. Zdecydowanie od nas starsza, pracowała już wiele lat w tym otoczeniu, widać nie traciła jednak optymizmu. Ale Hanka była nieubłagana.

– Oczywiście. Bo Sylwia spełnia każde jego życzenie. Uprzedza wszystkie jego zachcianki. Jak gejsza.

– I co z tego? Ona wygląda na szczęśliwą.

– Jeżeli ona ma osobowość niewolnicy, to nie próbuj mi udowadniać, że jest to recepta na szczęście, którą warto polecić innym kobietom.

– No dobrze. A Danka i Jarek?

Milcząca dotąd dziewczyna wpadła im w słowo.

– Jarek od lat ciężko choruje. – Hanka aż podskoczyła na krześle. – Danka jest mu niezbędna do życia. Bez niej nie dałby sobie rady w pracy. A nie chce z niczego zrezygnować. Oni wszyscy szukają tylko swoich korzyści.

Jadłam w milczeniu. Słuchałam jej wywodów, z których kapało rozczarowanie, jak woda z odciskanego sera. Faceci… Rozejrzałam się po sali. Wszystkie stoliki były zajęte. Przy każdym toczyły się dyskusje, niektóre dość ożywione. Dało się zauważyć wyraźny podział na aktorów i ekipę filmową. Nie mieszali się ze sobą, nawet przypadkowo. Linia demarkacyjna według zawodów. Co ciekawsze – równocześnie nastąpił podział płci. Kobiety zajęły stoliki wzdłuż przejścia. Mężczyźni pochowali się w grupkach po kątach. Jakby ta wczesna pora, te pierwsze godziny po przebudzeniu, z podpuchniętymi twarzami, podkrążonymi oczami, nie do końca zrobionymi włosami nie sprzyjały kokieterii, flirtowi, rozgrywkom płci. Na ring wyjdą jak zwykle dopiero wieczorem, uczesani, ubrani, przygotowani do gry.

– Jak to? Żaden z nich nie jest w stałym związku? – zainteresowałam się.

– Prawie żaden. Pierwszy jest w trakcie rozwodu. Trzeciego z kolei. Igor – pokazała na przyjaciela Andrzeja – miał kiedyś jakąś wielką miłość, ale już od lat zmienia tylko przyjaciółki. Takie krótkie historie. Michał też jest sam.

– A scenarzysta? – zapytałam i samą mnie to zdziwiło.

– Ach, ten. To w ogóle jakiś dziwak. Chyba zwolennik samotności w dzień i pojedynczych numerków na noc. Zdaje się, że z niejedną już tu spał. Choć żadna się nie przyzna. Ale podobno robi to tylko na wyjeździe. Nie słyszałam, żeby któraś była u niego w domu.

– Taki casanowa?

– Ale skądże! Taki „męski”. – Hance udało się zgrabnie włożyć w cudzysłów wypowiedziane słowo. – Raczej nie zwraca uwagi na kobiety. Pewnie nie chce się wiązać i nie lubi, gdy mu ktoś przeszkadza w jego królestwie. Za wygodny.

– A ty? Masz kogoś?

Nagłe pytanie skierowane prosto do mnie wyrwało mnie z myśli o Andrzeju. Uśmiechnęłam się. Wiek i charakter robił swoje. Nie miała zahamowań.

– Nie, nie mam. Od lat jestem sama.

– A widzicie! – Hanka triumfowała. – A nie mówiłam?

– O! – zdziwiłam się. – To takie oczywiste?

– Tak. Jest w tobie cały czas pewna niezależność. Jakbyś nie potrzebowała mężczyzny obok siebie.

– To mi pochlebia. – Albo raczej martwi, pomyślałam. – Lubię sobie sama radzić ze wszystkim. Choć według Jaśka wystarczy, że się zapatrzę na jakiegoś faceta, i od razu głupieję. Dobrowolnie przemieniam się w dobrze funkcjonującą kurę domową i pędzę pod nóż.

– A Jasiek to kto? Kumpel? Brat?

– Jasiek to mój prawie dorosły syn – wyjaśniłam, widząc ich pytające spojrzenia.

– Który pewnie uważa, że nie potrzebuje obcego gościa w domu! A ty, oczywiście nie chcąc mu robić przykrości, przypadkowo, ale dziwnie konsekwentnie, trafiałaś zawsze na męską niedojrzałość umysłową? – podsumowała mnie Hanka.

– Kasiu, nie denerwuj się. Hanka każdego analizuje. Uwielbia psychoanalizę. Kocha Freuda.

– Jestem całkiem spokojna. Lubię Freuda, szczególnie za to, że docenił znaczenie symbolu fallicznego. Jak w tym rogalu, którym Hanka wywija od co najmniej pół godziny, obgryzając go namiętnie. A rogal jak był cały, tak jest.

Zabrałam się za swoją bułkę i wyjaśnienia.

– Z tymi facetami to nie tak. Fakt, nie spotkałam dotąd nikogo do rzeczy. Mężczyznom przeszkadzała zawsze moja pasja fotograficzna. Żaden nie mógł z tą pasją konkurować. Zawsze, gdy byłam pochłonięta pracą, zapominałam o miłości. Kobiety potrafią to znieść. Mężczyźni już nie. Nie lubią być zaniedbywani. Może powinnam zmienić orientację seksualną. Lepiej bym na tym wyszła.

Parsknęłyśmy równocześnie.

Nieopodal siedział Andrzej z kumplami. Rozmawiali o czymś, czasami wybuchając śmiechem. Zerkałam na niego spod oka. Jego zmieszanie i czerwienienie się w trakcie naszej rozmowy raczej nie potwierdzało tego, o czym mówiła Hanka. Jak on to ujął? „A szybkich numerków nie lubię”? Ciekawa deklaracja. Dobrze, zobaczymy, co to za jeden. Nie ślubowałam czystości. Facet jest sam, wygląda sympatycznie. Dlaczego mam się nudzić po pracy? Jeżeli jeszcze raz mnie zapyta, czy idę z nim na kolację, zgodzę się. Nie bardzo wiedziałam, co o nim sądzić.

Może jestem trochę za bardzo poukładana, ale zawsze lubiłam przygotować się do nowego zlecenia. Dowiedzieć się jak najwięcej o ludziach, z którymi będę pracować. Wiedziałam, że reżyser jest wybuchowy. Był z tego znany. Nawet bardzo. Po szczególnie głośnych awanturach dało się z nim niejedno wynegocjować. Kierownik produkcji lubił się bawić i był wrażliwy na damskie wdzięki. Nie żebym chciała z nim cokolwiek w ten sposób załatwiać, to nie moja bajka, ale zawsze dobrze wiedzieć, jakie kto ma słabości.

O naszym scenarzyście nie wiedziałam nic. Napisał parę dobrych scenariuszy do filmów fabularnych. Zajmuje się również filmem dokumentalnym i to koniec informacji, które zdołałam o nim zdobyć. Jego fortel, a później szybkie przyznanie się do podstępu świadczyły albo o zupełnym braku doświadczenia w kontaktach z kobietami, albo o ogromnej pewności siebie. A już z całą pewnością o braku kompleksów. Nie ma nic gorszego niż zakompleksiony mężczyzna, który każdą różnicę poglądów przyjmuje jako atak na swoją męskość. Może tylko tak zwana wyemancypowana kobieta, która wszystko wie najlepiej.

Posmarowałam następną bułkę masłem. Pogoda była znośna. Dzień zapowiadał się pracowicie. Dziewczyny okazały się sympatyczne i co najważniejsze, wyraźnie przyjęły mnie do swojego grona. Nie czułam się już tak wyobcowana.

[On]

Poranne wstawanie zawsze było dla mnie wyczynem. Jeśli budzę się zbyt wcześnie, jestem kompletnie nieprzytomny. Do dziś chłopaki z ekipy śmieją się na wspomnienie dnia, kiedy zaspany szedłem do łazienki, nie trafiłem w drzwi i przyłożyłem głową w ścianę. Od tamtej pory staram się uważać, choć zawsze mam wrażenie, że nogi stawiają kroki, ręce wykonują rutynowe czynności, ale cały „środek” śpi.

Z przyjemnością dosiadłem się do Igora, rozparłem wygodnie na krześle i przymykając oczy, pociągnąłem łyk mocnej czarnej kawy. Pierwszy kubek kawy to poezja w najczystszej postaci. Czujesz, jak gorący płyn wdziera się do przełyku i wolno wędruje do żołądka. Chwilę później świat zaczyna ożywać, nabierać barw, smaku i zapachów. Powoli, bardzo powoli dociera do mózgu sens wypowiadanych obok słów.

– Jak tam, Cudaku, budzisz się? Zamówiliśmy jeszcze dzbanek kawy, zaraz przyniosą.

Igor wyglądał równie marnie jak ja.

– Mam tu coś, co powinno szybko postawić cię na nogi, przysuń kubek.

Nie pytałem, o co chodzi, a Igor nie miał zamiaru mi czegokolwiek tłumaczyć, tylko zgrabnym ruchem dolał do kawy porcję rumu.

– Przed nami przegląd materiałów.

Jęknąłem. Perspektywa ślęczenia przed ekranem wywołała kolejną falę senności.

– Muszę tam być?

– Musisz, musisz. I nie krzyw się, tylko pij. Rum prosto od towarzysza Castro. Samo zdrowie. Pij i opowiadaj, jak ci poszło z naszym reklamowym nadzorcą. Będzie coś z tego?

– A bo ja wiem…

– To ja mam wiedzieć? Widzę tylko, że laseczka wygląda na taką z temperamentem. Warta grzechu. Umówiłeś się już na małe zajęcia z anatomii?

– Daj mi święty spokój. Ledwo żyję, a mój wczorajszy występ nie zrobił na niej chyba piorunującego wrażenia.

– Spokojnie, przyjacielu, to tylko wstęp. Wstęp zawsze bywa nudny. Ja tam nigdy nie czytam wstępów.

– Co tam kombinujecie? – Michał dosiadł się do nas z ogromnym dzbankiem. – Wasza kawa. Te śniadania coraz więcej kosztują.

– Michaś, człowieku, czy ty nawet na chwilę nie możesz zapomnieć o buchalterii?

– Pilnuję twoich pieniędzy. – Michał z wyrzutem spojrzał na Igora, a w jego oczach pokazał się napis „winien”. – Mógłbyś to docenić.

– Doceniam, doceniam. Zwłaszcza kiedy widzę, jak w jednym pokoju tłoczy się czterech ludzi.

– Nic im nie będzie. I tak wieczorami zbieraliby się w jednym, a trzy stałyby puste. Przynajmniej po tych całonocnych posiedzeniach nie mają daleko do łóżek.

– Daj kubek, to ci uszlachetnię kawę. Tylko bez komentarzy. Kupiłem za własne kieszonkowe. Poza budżetem. Słowo.

– Bardzo dowcipne, bardzo…

Michał uznał za stosowne zrobić na moment obrażoną minę, ale uszlachetnienia kawy nie odmówił.

– No jak tam, Cudak – zmienił temat – udało ci się jakoś dogadać z tą Kaśką?

– Nie bardzo.

– Szkoda. Ale może jeszcze coś z tego wyniknie, choć będzie trudno, bo chyba ma kogoś.

– Skąd wiesz?

– Nie wiem na pewno, ale przypominam sobie, że parę razy rozmawiała z jakimś gościem przez telefon. Nie wiem, czy to jej facet, czy kumpel, ale była dla niego niezwykle czuła. Jeśli dobrze dosłyszałem, ma na imię Jasiek.

– Kumpel czy facet, co za różnica. – Igor wyraźnie zignorował rewelacje Michała. – To żadna przeszkoda dla prawdziwego mężczyzny. Jedno ci powiem, warto spróbować. Kilka fajnych nocy warte jest małego wysiłku. Najwyżej wyjdziesz na dupka. W końcu nie pierwszy raz.

– Igor!

– Żartowałem.

– No!

– To, bracie, jak film. Nakręciłeś początek, kręć do końca. Zwłaszcza że sam piszesz scenariusz. Może połowę scenariusza, ale to zawsze pięćdziesiąt procent szans na sukces.

– Tylko z budżetem nie przesadź – dorzucił Michał.

Wybuchliśmy szczerym śmiechem.

– Daj jeszcze tej kawy, trzeba coś zjeść. Potem powalczymy. Przed nami cały dzień. Kto to może wiedzieć, jakie niespodzianki przyniesie.

Tak czy inaczej, nie odpuszczę. Jest za ładna, za pyskata i chyba za inteligentna, by przejść obok takiej dziewczyny obojętnie.

– Wiesz co, Cudak – Igor przełknął kolejny łyk kawy – cholernie jestem ciekawy, czy ci się uda.

– I ile to cię będzie kosztować, choć tym razem nie mówię o pieniądzach – sprecyzował Michał.

Pół godziny później drzwi do zaciemnionej sali konferencyjnej odcięły mnie od zewnętrznego świata.

Rozpoczynał się przegląd.

[Ona]

Z restauracji wyszłam w świetnym humorze. Przegadałyśmy z dziewczynami ponad godzinę. Hanka nie należała chyba do najspokojniejszych, ale na pewno można w niej było zyskać niezłą kumpelkę. Taką, że konie kraść. A Grażyna, ta milcząca dziewczyna w kącie, zdawała się całkiem niegłupia. Dobra przeciwwaga dla Hanki.

Wyjęłam komórkę.

– Jasiek? Wszystko w porządku? Dom jeszcze stoi?

– Cześć, Kaśka. Głupi dowcip. Po to dzwonisz?

– Nie bądź taki drażliwy. Moim szlachetnym obowiązkiem jest na ciebie uważać. Zostaję tu jeszcze parę dni. Potrzebuję twojej pomocy. Musisz coś dla mnie zrobić.

– Coś się stało?

W jego głosie zabrzmiał niepokój.

– Nie. Nic. Przedłużono zdjęcia. Zawiadom o tym mojego szefa. Już pewnie wrócił do firmy z ostatniego zlecenia.

– Nie możesz sama zadzwonić?

– Mogę. Ale w domu leżą jeszcze zdjęcia, które dla niego obrabiałam. Trzeba mu je dostarczyć. Urlop bezpłatny przedłuży mi bez problemu, pod warunkiem jednak, że będzie miał te zdjęcia.

– To te, przy których siedziałaś ostatnie noce?

– Tak. Płytka jest chyba w moim komputerze.

– Dobrze. Wrzucę je do skrzynki na listy.

– Jasiek! Do jakiej skrzynki? Masz mu je oddać osobiście!

– Coś ty! Nie mam czasu. To cały dzień do tyłu przy tych korkach. Poza tym jak wpadnę w jego łapy, zagada mnie na śmierć.

– Nie marudź. Trzeba pielęgnować dobre stosunki. Wiesz, że on ma do ciebie słabość.

– W porządku. Tylko nie nudź. Pojadę, jak będę miał chwilę.

– Jutro! To jest cholernie ważne. Albo wracam natychmiast!

– Dobrze, dobrze. Możesz na mnie liczyć. A kiedy wracasz?

– Myślę, że za tydzień albo trochę dłużej. Zadzwonię. Nie obawiaj się nalotu. Pa, kochanie. Uważaj na siebie.

Wyłączyłam się. No! Sprawy służbowe załatwione.

Wiedziałam, że zrobi, o co go proszę. Zawsze narzekał, ale tak naprawdę lubił Tadzika. A Tadzik lubił Jaśka. Nie mogłam znaleźć lepszego szefa. Zaczęłam u niego pracować jeszcze w czasie studiów. Najpierw tylko parę godzin w tygodniu. Potem na cały etat. Teraz znowu coraz mniej. Odkąd pamiętam, szybko wybuchał. Mimo to doskonale potrafił wczuć się w moją sytuację. Pozwalał mi przyprowadzać małego Jaśka do pracy, gdy nie miałam go z kim zostawić. Milczał, gdy przynosiłam kolejne zwolnienia, bo w przedszkolu znowu wybuchła grypa albo ospa wietrzna. Później chodził nawet ze mną do szkoły, gdy się okazało, że Jasiek miał więcej wagarów niż obecności na lekcjach. Przeprowadził z małym parę poważnych rozmów i o dziwo, mój syn słuchał tego, co on ma mu do powiedzenia. Może dlatego, że Tadzik niczego ode mnie nie chciał. Jego zainteresowanie Jaśkiem było prawdziwe.

– Cześć, Tadzik! Tu Kaśka. Mam ogromną prośbę.

– Wal, dziewczyno.

Usłyszałam w słuchawce głębokie westchnienie.

– Możesz dać mi jeszcze parę dni wolnego?

– A co? Wsiąkłaś już całkiem w filmowy świat? Ostrzegałem. Ale wrócisz jeszcze kiedyś do fotografii?

– Na pewno nie wsiąkłam. Mamy poślizg w zdjęciach. Powinnam zostać do końca. Muszę drani pilnować.

– A moje zdjęcia?

– Jasiek ci podrzuci.

– W porządku. To siedź tam sobie, jak ci dobrze. I tak nie ma teraz sezonu. Na śluby za zimno, komunie jeszcze się nie zaczęły. Nudy. Z tym, co jest, poradzę sobie sam.

– Dziękuję ci. A co w domu? Wszystko dobrze?

– Bez zmian – rzucił krótko, ucinając dalsze pytania. – Daj znać, jak będziesz wracać.

Dziwnie spokojny zrobił się ostatnio. Normalnie już dawno powinien mnie opieprzyć za niesłowność. Widać było, że ma podcięte skrzydła. Szkoda mi się go zrobiło. Nie miałam jednak czasu na zastanawianie się. Poczułam mocne szturchnięcie w bok.

– Kaśka! Zaraz zaczyna się zebranie. Chowaj już tę komórę i chodź, bo Pierwszy zrobi aferę za spóźnienie.

Hanka zdążyła zrobić jeszcze głupią minę i już jej nie było.

[On]

Teoretycznie taki przegląd powinien być przyjemny. Powinien – ale nie jest. Nie jest, bo nie ma nic wspólnego z oglądaniem filmu w sali kinowej. Ekran pstrzy się od kodów czasowych i przebitek obrazów, a dźwięk jest jeszcze pełen szumów i zakłóceń. Człowiek siedzi skoncentrowany do maksimum z notatnikiem w ręku, patrzy, notuje uwagi i stara się pośród tego chaosu wyłowić przyszłą fabułę.

Przed projekcją zasugerowałem Igorowi, by na przegląd zaproszono Kasię. Niech już teraz przekona się, czy produkty firmy, którą reprezentuje, są wyeksponowane dostatecznie i czy czas ich ukazywania się na ekranie odpowiada umowie zawartej ze sponsorem. Wprawdzie propozycja ta nie wzbudziła w nikim entuzjazmu, ale argument, że lepiej obłaskawiać diabła teraz, kiedy jeszcze wszystko da się zrobić, niż po montażu, kiedy możliwości są ograniczone, ostatecznie zwyciężył.

Bo trzeba wiedzieć, że walka między reżyserem a sponsorami to współczesny „diabeł” filmu. Producent jakiegoś wyrobu, bank, firma lub co tam jeszcze daje pieniądze, ale w zamian za to żąda, by jego produkt czy logo firmy pojawiały się na ekranie. Oczywiście sponsor za swoje pieniądze chciałby widzieć swój towar jak najczęściej i najlepiej na pierwszym planie, a reżyser najchętniej pokazywałby je jak najrzadziej, jak najkrócej i jak najdalej od pierwszego planu. Wojna o to trwa zawsze od początku do końca realizacji filmu, a obie strony starają się za pomocą różnych forteli przechytrzyć siebie nawzajem. Reżyser ma w ręku kamerę i jej triki, a sponsor umowy i strażników, których często za własne pieniądze wysyła na plan, by pilnowali wszystkiego na miejscu. Ot, takie Kaśki właśnie. Uparte, energiczne, wiedzące, czego chcą i czego mają pilnować. Gotowe walczyć o swoje racje do upadłego.

Obserwowałem jednym okiem ekran, a drugim Kaśkę. Umościła się wygodnie na krześle stojącym nieco z boku, na małym stoliczku ułożyła ogromny zeszyt i co chwila pisała w nim coś zawzięcie. Światło padające z prowizorycznego ekranu oświetlało jej pełną skupienia twarz. Widać było, że kiedy bierze się do pracy, to na serio. Patrzyłem na nią z prawdziwą przyjemnością, choć wiedziałem, że liczne notatki, które robi, nie wróżą nic dobrego i stanowią zaczyn sporej awantury.

Do obiadu udało się przejrzeć cały nakręcony materiał i określić plan zdjęć na następne dwa dni. Szczegóły mieliśmy omówić po obiedzie na spotkaniu z całą ekipą. Kiedy tylko obraz znikł z ekranu i obecni na przeglądzie ruszyli do drzwi, podszedłem do Kaśki. Siedziała zamyślona i widać było, że nie jest w najlepszym humorze.

– Coś nie gra?

– A coś gra? Cokolwiek?

Było gorzej, niż myślałem. Napięte mięśnie twarzy, lekko, ale wyraźnie zwężone usta, dłonie na notatniku kurczowo zaciśnięte i oczy badawczo śledzące moje reakcje. Była zła. Nie tylko zła. Na jej twarzy malował się zawód, zniecierpliwienie. Bałem się, że jakikolwiek nieostrożny ruch z mojej strony doprowadzi do wybuchu.

– Pierwszy raz pracujesz przy filmie?

– Tak. Co z tego?

Widać było, że jednocześnie szykuje się do obrony i ataku.

Nie dziwiłem się. Z jej perspektywy byłem gościem z drugiej strony barykady. Nie mogła mi ufać. Jeśli po raz pierwszy znalazła się w takiej roli, musiała zastanawiać się teraz, jaką strategię przyjąć. Była nieco zagubiona, ale zdaje się, że ten powód nie wystarczał, by zrezygnowała z walki. Nie ona. Nie wiem dlaczego, byłem tego pewien.

– Jeśli coś nie gra, nie atakuj reżysera bezpośrednio. Na naradzie mów do wszystkich. Staraj się nie personalizować zarzutów. Nie zamykaj jednym ruchem wszystkich furtek i dopóty, dopóki nie będzie to absolutnie potrzebne, nie stawiaj spraw na ostrzu noża.

Jej wzrok nieco złagodniał. Przez chwilę popatrzyła na mnie z zaciekawieniem i chyba odrobiną sympatii. Była inteligentna i dostrzegła, że siedzę na tej barykadzie okrakiem.

– Bądź spokojny. Znam zasady. I bądź też pewny, że wam nie odpuszczę. To możesz zapowiedzieć też swoim kumplom. A teraz idź już na obiad – dodała łagodniej – muszę przez chwilę spokojnie pomyśleć.

Na moim biurku stoi model spartańskiego hoplity. Dawno temu, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o filmowych bojach, trzystu takich Spartan powstrzymało triumfalny marsz zadufanych w sobie Persów. Może za swój triumf nie musieliby zapłacić życiem, gdyby ich nie zdradzono i nie pokazano perskim wojskom drogi na tyły obrońców. Nie wiedziałem jeszcze, po której stronie przyjdzie mi stanąć.

– Trzymaj się, hoplitko.

– Słucham?

Odwróciłem się na pięcie i poszedłem jeść.

– Nie spiesz się – rzuciłem przez ramię – powiem obsłudze, żeby zostawili ci obiad.

Świat w dwudziestym pierwszym wieku zmienia się z dnia na dzień. Zmienia się dosłownie wszystko, tylko nie zebrania. Zawsze są dłuższe, niż powinny być, zawsze pada na nich więcej słów, niż jest to potrzebne, i bardzo często nic z nich nie wynika. I taka właśnie była pierwsza część naszej nasiadówki.

Pierwszy z namaszczeniem podsumował to, co dotychczas zrobiliśmy. Kilka razy wspomniał o swoich „nowatorskich” rozwiązaniach, nakreślił plan kolejnych dni zdjęciowych i zaczął zbierać się do wyjścia.

– Jeśli można, chciałabym wyjaśnić pewien drobiazg, który mnie niepokoi.

Głos Kaśki zmusił Pierwszego do powrotu na miejsce.

– O jaki drobiazg chodzi? Troszkę się spieszę.

Kaśka otworzyła notatnik i uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Jestem pewna, że wszystko da się wyjaśnić. Dzisiaj na pokazie zauważyłam, że produkty firmy, którą reprezentuję, pokazują się na ekranie o wiele krócej, niż przewiduje umowa ze sponsorem. Pozwoliłam sobie, oczywiście w zaokrągleniu, podsumować czasy. Według pobieżnych obliczeń, brak co najmniej dwunastu minut! A jeśli jeszcze przy montażu coś pójdzie do kosza?

– Nie będę dla pani kręcił scen od nowa! To kosztuje!

– Wiem. – Głos Kaśki stwardniał nieznacznie. – Właśnie dlatego, że kosztuje, sugeruję dotrzymanie umowy.

Ton głosu Kaśki był nadal bardzo uprzejmy i łagodny, ale tylko głuchy nie dosłyszałby w nim groźby. Pierwszy poczerwieniał nieco, a uśmieszek pobłażliwości zastąpił grymas zwiastujący wybuch.

Wiedziałem, że Kaśka ma rację, ale rozumiałem też Pierwszego. Jak każdy reżyser starał się, by w jego filmie elementy product placement były najmniej widoczne. Ale dwanaście minut braków to więcej niż połowa tego, co zapisano w umowie. W imię sztuki udaje się wytargować ze sponsorami, by zgodzili się na zmniejszenie liczby gadżetów reklamowych o trzy lub pięć procent, ale nie o ponad pięćdziesiąt! Pierwszy ewidentnie przesadził. Zamiast się do tego przyznać, szykował się na wojnę.

– Zróbmy tak – wtrąciłem się do sporu, zdając sobie sprawę, że pakuję się między dwie lokomotywy. – Wybierzmy przy montażu sceny, w których grają gadżety, i tnijmy je trochę dalej, niż to przewidywaliśmy. Kilka sekund w każdej z nich będzie niezauważalne, a razem nadrobią parę minut. W tych, które są, przesuńmy je na pierwszy plan i przedłużmy ich byt o pół sekundy. Wprawdzie nie nadrobimy całego czasu, ale w zamian sponsor dostanie kilka rzeczy grających samodzielnie. To powinno mu zrekompensować różnicę czasu między tym, co jest, a tym, co ujęto w umowie. Film nie straci na jakości, a sponsor dostanie wyraźniejszą reklamę. Myślę, że to rozsądna propozycja.

– Rozsądna jak rozsądna – mruknął Pierwszy pod nosem i skinął aprobująco głową. Burza, przynajmniej do czasu, kiedy Pierwszy znowu czegoś nie nawywija, została zażegnana. Mogliśmy się spokojnie rozejść.

Kaśka wychodziła ostatnia. Poczekałem na nią przy wyjściuz sali.

– I jak? Może być? Urządza cię takie rozwiązanie?

– Jeszcze nie wiem, muszę się skonsultować z szefem, ale bardzo ci dziękuję za pomysł. Jak powiedziałam, nie wiem jeszcze, czy jest do przyjęcia, ale wygląda całkiem nieźle. Musisz przyznać, że to, co zrobiliście, to jednak draństwo! Na co liczyliście?

– No wiesz… to wojna. Tak to działa. Przyznaję jednak, że Pierwszy przeholował.

– Nic o tym nie wiedziałeś?

Kaśka uważnie patrzyła mi w oczy. Nie spuściłem głowy. Milczałem.

– Przynajmniej jesteś uczciwy. Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

– Nie napiłabyś się wina? – wypaliłem.

– Wysłali cię, by mnie udobruchać? Masz mnie oczarować? Namówić? Przekupić?

Z każdym słowem robiła ćwierć kroku do przodu i ani przez chwilę nie przestawała patrzeć mi w oczy.

– Nie jestem twoim wrogiem. I nie mam zamiaru cię namawiać, udobruchać, przekupić.

– Zostało – oczarować…

– To też pewnie by mi się nie udało, ale pozostaje wino. Messalina, choć sypała Klaudiuszowi do wina truciznę, to przecież nie odmawiała mu wspólnej kolacji.

– Normalny to ty nie jesteś, ale przynajmniej oczytany. Mam nadzieję, że wino też będziesz umiał wybrać… cudaku.

[Ona]

Patrzyłam z dezaprobatą na rosnącą na łóżku górę ubrań. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tyle ich zabrałam. Chociaż… na podłodze pod oknem stała ogromna walizka. Jej wielkość wiele wyjaśniała. Stwierdzenie tego faktu nie upraszczało problemu.

No co ja mam na siebie włożyć!? Przede wszystkim nie wiedziałam, czy idę na służbowe spotkanie, czy na randkę. Czekała mnie walka i dyplomatyczne podchody w imię reklamy czy miły wieczór i może coś więcej? Lubiłam go? Podobał mi się? Czy zacznie mnie wkurzać? Pewnie byłabym szczersza, gdybym zapytała, czy ja mu się podobam. No tak, sprawę stroju należało starannie przemyśleć. Miało być elegancko, ale nie za bardzo, powściągliwie, ale z fantazją, seksi, ale nie nachalnie. Tak, żebym pasowała do każdej sytuacji. Buty na obcasie nie nadają się na zakopiańskie nierówności, krótka spódnica – za zimno. Bluzka jedwabna – za prześwitująca, pomyśli, że chcę go poderwać. (A nie chcę?) W końcu wybór padł na klasyczne dżinsy, kremową bluzkę i naszyjnik z hebanu. Szeroka skórzana bransoletka i gruby, miękki sweter zamiast obcisłego żakietu miały podkreślać, że nie idę na łowy. I co tu dużo mówić: sprawić wrażenie miękkiego ciepła okraszonego erotyzmem dużego dekoltu.

Właśnie upinałam włosy, gdy usłyszałam pukanie. W drzwiach stała Grażyna.

– Przyszłam, żeby cię zabrać na ploty. Ale widzę, że się spóźniłam.

Spojrzała ze zrozumieniem na rozkopane ciuchy.

– Wychodzisz?

– Umówiłam się z Andrzejem na wino – odpowiedziałam lekko zmieszana. – Pomógł mi przecież na zebraniu i teraz chciał ze mną obgadać dalsze posunięcia.

Grażyna zaśmiała się ironicznie, ale z pewną dozą serdeczności.

– Kaśka, daj spokój. Nie sądzisz chyba, że on ci zaproponował wyjście, by gadać z tobą o reklamie? Przecież widać, że ma na ciebie ochotę. Inaczej by ci nie pomógł.

– Czyli Hanka miała rację?

– I tak, i nie. Tu rzeczywiście łatwo o szybki, niezobowiązujący romans. Ale wszędzie są ludzie i ludziska. Tu też nie każdy facet to seksistowski dupek. A Andrzej jest w porządku. Myślę, że i na jedną noc, i na długo, jakby co. Pokaż, co masz na ręku? Jaka fajna bransoletka. Lubię biżuterię z naturalnych materiałów.

– Dostałam od Jaśka na Gwiazdkę.

– Ma chłopak gust!

– To prawda. Interesuje się trochę sztuką i ma wyczucie.

– Bardzo ładna. No, idę już. Nie będę ci przeszkadzać. Baw się dobrze i nie zapomnijcie, że dziś jeszcze jedziemy do Morskiego Oka.

Wyszła. Zostałam sama ze swoimi myślami. Dobrze, podejdę do sprawy na luzie: może randka, a może po prostu fajny kolega. Co się będę zastanawiać.

Upięłam do końca włosy, wypuszczając parę niesfornych pasemek na bokach. Jeszcze tylko perfumy i mogę iść. Gotowe. Zaraz! A okulary przeciwsłoneczne? Może słońce wyjdzie jeszcze na chwilkę. Te okulary świetnie się prezentują przy mojej skórzanej kurtce. O! Teraz naprawdę byłam gotowa.

Andrzej siedział w fotelu przy recepcji i oglądał reklamówki hotelu. Podeszłam po cichu, położyłam mu delikatnie rękę na ramieniu i pochyliłam się nad nim. Moja twarz znalazła się tuż przy jego policzku.

– No i co? Lepiej wygląda twój pokój na obrazku niż w rzeczywistości? – zapytałam miękkim głosem. Przysunęłam się tak blisko, że musiał wyczuć na skórze ciepło mojego oddechu. Zerwał się z fotela. Nie mógł wykrztusić słowa.

– Długo czekałeś? W zasadzie mogłeś czekać tylko tyle, ile ja się spóźniłam – ujęłam sprawę logicznie – a więc jedną chwilkę – odpowiedziałam szybko na własne pytanie, udając, że nie widzę jego zmieszania. – Idziemy? Mam nadzieję, że nie będzie mi za zimno? Pogoda naprawdę przedwiosenna. Kwiecień plecień, bo przeplata… Raz śnieg, raz słońce. Daleko do tej restauracji?

Paplałam bez zastanowienia, słowami pokrywając swoją niepewność. Nie tylko on czuł się głupio. Przecież prawie się nie znaliśmy. A jeżeli będzie nieciekawie i nudno? A jeżeli jest narwany albo myśli, że od razu u mnie wyląduje?

– Będziemy szybko szli, nie powinnaś zmarznąć.

Wyszliśmy na ulicę. Wczesne popołudnie. Z ulgą przywitałam słońce i skryłam się za okularami. Po Zakopanem przewijały się tłumy. Miało to ogromną zaletę. Chodnik na Krzeptówkach był za wąski, by iść koło siebie i prowadzić spokojną rozmowę. Mieliśmy oboje dość czasu, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Mimo wczesnej pory w knajpce U Wnuka siedziało już sporo gości.

– Dzień dobry, panie Watkowski, stolik czeka. Ten co zwykle, w rogu.

Oho – stały gość! I chyba chętnie widziany. Podeszliśmy do stołu. Pomógł mi zdjąć kurtkę, podsunął krzesło, podał kartę.

– Myślę, że powinniśmy coś zjeść. Na kolację do hotelu i tak nie zdążymy.

– Zobacz, mają tu oscypek z grilla z żurawiną. Uwielbiam! Sama robię borówki, ale żurawina jest ciekawsza. Ma w sobie cukier z lata, dzikość i goryczkę z jesieni.

– Słodycz, dzikość i gorycz? Bardzo erotyczne. To ja biorę żurawinę. Może być bez oscypka. A do tego wścieklaka.

– Że niby pasuje do dzikości? Śmieszna nazwa. Nie znam tego.

– W takim razie natychmiast to zmienimy. Dwa wścieklaki – zawołał do kelnera. – Takie poprawione. Ta pani tego nie zna.

– Musisz wypić jednym haustem. Dopiero wtedy smakuje naprawdę.

Przechyliłam kieliszek. Wścieklak był rewelacyjny. Wódka piekła w gardło. Pieczenie łagodziła natychmiast rozlewająca się słodycz malinowego soku, by na koniec przejść w lekkie szczypanie i gorycz tabasco. Na mojej twarzy musiało malować się przyjemne zaskoczenie, bo od razu usłyszałam pytanie:

– Jeszcze jeden?

I po chwili trzymałam w ręku następny kieliszek.

– Za pomyślne zakończenie dzisiejszej narady.

Uśmiechnęłam się do niego najładniej, jak umiałam. Tym razem byłam przygotowana na wybuchy smakowych fajerwerków. Przez tę piekielną naradę nic nie jadłam w południe. Czułam, jak wódka uderza mi do głowy.

– Gorąco tu.

Zdjęłam sweter. Byłam rozpalona, policzki mi płonęły. Pochyliłam się i lekko dotknęłam jego dłoni.

– Dziękuję za pomoc. I tak bym nie ustąpiła, ale dzięki tobie cała afera trwała krócej i nie była taka nieprzyjemna.

Andrzej nic nie odpowiedział. Siedział wpatrzony w mój dekolt. Teraz było już wyraźnie widać – nasze spotkanie zdecydowanie nie było spotkaniem służbowym.

– A co jeszcze zjemy? Jeden oscypek i wódka to trochę za mało na cały wieczór. Przecież przez waszego szefa nie zdążyłam na obiad.

Roześmiałam się i moja ręka prawie bezwiednie powędrowała do wycięcia w bluzce. Zaczęłam bawić się wisiorkiem.

– Może szaszłyk z jagnięciny. Tu robią najlepszy w Zakopanem.

Nawet nie zajrzał do karty. Wyraźnie nie interesowało go, co znajdzie się na naszych talerzach. Pokazałam mu to danie w karcie, dotykając niby mimochodem jego ręki.

– To ten? Wolisz zjeść to bezbronne, nadziane jagnię z ryżem czy z frytkami?

Co we mnie wstąpiło? Czy to po alkoholu? Żeby tak ewidentnie podrywać? Ciągle zaglądałam mu w oczy, przechylałam głowę. Bawiliśmy się w uprzejmą rozmowę, a tymczasem w odpowiedzi wkradały się dwuznaczności. Słuchając go, przygryzałam wargi, a on patrzył na mnie niezbyt przytomnym wzrokiem. Jak w kiepskim romansidle – atmosfera gęstniała. Dużo bym dała, żeby się dowiedzieć, o czym w tym momencie myślał. W jego oczach widać było zainteresowanie. Ciekawe, czy interesowałam go ja, czy zafascynował mój dekolt. To istotna różnica. W każdym razie swoimi spojrzeniami pobudził mnie do flirtu. Gdzieś zanikały konkretność, powściągliwość, profesjonalizm, za którym się najchętniej chowałam. Wdzięczyłam się i odruchowo modulowałam głos. Idiotka. Zaczęłam prowadzić jakieś gierki, jakieś śmieszki. Na usprawiedliwienie powiem tylko – szumiało mi nieźle w głowie.

– Dla mnie w takim razie zamów jagnięcinę i już żadnych wścieklaków. Zaraz wracam.

Wyszłam do łazienki, by się uspokoić.

Dziewczyno! Co ty wyprawiasz. Już dawno tak ewidentnie nie podrywałaś faceta. Aż tak cię wzięło? A gdzie twoja ostrożność? Zawsze uwielbiałam ze sobą rozmawiać. Szczególnie w pustych łazienkach w nieznanych mi knajpach. To tak dobrze oswaja miejsce. Przyjrzałam się sobie w lustrze z dezaprobatą, opłukałam twarz zimną wodą.

Opanowałam się, wróciłam do stolika i postanowiłam zacząć w miarę normalną rozmowę.

– Opowiedz mi coś o swojej pracy. Czy scenarzysta, pisząc scenariusz, widzi ujęcia filmowe jak obraz? Wyobraża sobie, jak wszystko wygląda? Wystrój wnętrz, meble, ubranie aktorów, światło? Czy pisze tylko historię, a reszta jest sprawą reżysera?

Zaczął opowiadać. Powoli napięcie ustępowało. W końcu mogłam prowadzić rzeczową rozmowę. Nie musiałam udawać, że interesuje mnie to, co mówi. Opowiadał z taką werwą, że siedziałam zasłuchana.

– Tak naprawdę dla scenarzysty ważna jest historia. O wygląd sceny martwi się scenograf. Ja opisuję przedmioty tylko wtedy, gdy grają w filmie, kiedy mają przypisaną rolę. Dam ci przykład: jeżeli kredens będzie ważny dla jakiegoś wątku, jeżeli „gra” w filmie, a nie jest tylko tłem dla sceny, to w scenariuszu będzie napisane: w pokoju stał stary kredens. W innym przypadku piszę po prostu: wnętrze mieszkania w bloku. W didaskaliach dodaje się uwagi, gdzie odbywa się scena, o jakiej porze.

– To zupełnie inaczej niż w mojej pracy. U mnie najważniejszy jest obraz. Obrazem opowiadam swoją historię. Bo wydaje mi się, że zdjęcia coś jednak opowiadają. I trochę w ten sposób odbieram filmy. Czasem łapię się na tym, że patrzę na film jak na serię zdjęć. Gdy jest estetycznie, dobrze zrobiony, gubię opowieść pod nawałem obrazów.

– To mogłabyś robić scenografię, zamiast pilnować reklamy. Dla mnie film to opowiadanie, słowa, przeplatające się wątki.

– Lubisz to, co robisz? – spytałam jak nastolatka.

– Bardzo – odpowiedział ze spokojną, niezachwianą pewnością. – Lubię snuć opowieść. Obracać słowa, bawić się nimi, smakować, żonglować znaczeniem, wydobywać podwójne dno. Ciekawi mnie przyglądanie się, jak ze słów powoli powstaje film.

Widać było, że zapala się w miarę mówienia.

– W takim razie powinieneś pisać powieści, opowiadania.

– Próbuję. Niestety, za rzadko. Ciągle brakuje mi czasu. Ale mam już dużo ciekawych planów.

Doskonale go rozumiałam. Mówił o pracy z dobrze znanym mi zaangażowaniem. Gdzieś odłożył swoją powściągliwość. Sprawiało mi przyjemność przyglądanie się, jak ze zdystansowanego, lekko cynicznego mężczyzny wyłaniał się pasjonat. Znowu musnęłam jego dłoń. Ciągle miałam ochotę go dotykać.

– To bardzo miłe, co opowiadasz.

Zawarłam w tym zdaniu klasyczną informację pozawerbalną. Naprawdę było mi z nim miło. Pociągał mnie coraz bardziej. Ciekawe, jak reaguje na kobietę z pasją? Poznałam wielu mężczyzn, dla których w życiu liczyła się tylko praca. Zamykali się hermetycznie, a zza zatrzaśniętych drzwi dolatywały nikłe odgłosy, szczątkowe informacje o tym, co ich interesuje. Rolą kobiet było opiekowanie się nimi, podziwianie i niezadawanie zbyt wielu pytań.

Andrzej opowiadał o swoich zamiłowaniach dużo i chętnie. Siedziałam zasłuchana i odruchowo znowu zaczęłam bawić się naszyjnikiem. Po chwili zauważyłam, że nie odrywa wzroku od mojego dekoltu. Pochyliłam się więc zalotnie w jego kierunku, ułatwiając zapuszczenie wzroku w głębsze rejony.

– Hej? Mogę cię przywołać do rzeczywistości?

Zaczerwienił się po nasadę włosów. To było zabawne – facet w jego wieku!

– Podziwiałem biżuterię. Heban i skóra zamiast złota i srebra? Czy to ma jakiś związek z twoim stosunkiem do Afryki?

– Załóżmy, że wierzę w twoje głębokie zainteresowanie damską biżuterią. – Roześmiałam się. – Owszem, jestem zafascynowana Afryką. Wiesz, kontynenty są jak ludzie w różnych fazach życia. Afryka jest jak dziecko: nieporadne, przerażone, gubiące się w świecie, który pędząc, nie chce na nie poczekać. Jej własne lęki, wiara w magię i czary, jej sposób odbierania rzeczywistości paraliżuje ją w działaniu. Europa to mężczyzna w średnim wieku: dobry garnitur, aktówka w ręku i kariera w głowie. Obydwie Ameryki to zbuntowana młodzież, zaćpana, kontestująca lub rozbawiona.

– A Australia? – podchwycił zabawę Andrzej.

– Australia to człowiek w fazie embrionalnej, gdy jeszcze nic nie jest zdefiniowane. Jak w muzyce Aborygenów. Pierwotny stan, istnienie zaraz po stworzeniu świata. Kiedy dźwięk i obraz są symbolem tajemnicy bytu. Biali w Australii są jak kamera w łonie matki: obserwując to co ukryte, nie zawsze rozumieją, co widzą. I tak bym chciała te kontynenty fotografować – dodałam w zamyśleniu.

Restauracja zdążyła się zapełnić i znów wyludnić, a my nadal siedzieliśmy przy stoliku. Czas nam upływał błyskawicznie i zanim się zorientowaliśmy, trzeba było wracać. Wyszliśmy. Andrzej, podając mi kurtkę, przytrzymał mnie przez chwilę w ramionach. To z całą pewnością nie było przypadkowe. Zaparło mi na chwilę dech.

– Czujesz wiosnę w powietrzu? – zawołałam trochę za wesoło. Szłam obok niego i gestykulowałam w trakcie rozmowy. Przyspieszałam, odwracałam się, idąc tyłem zastępowałam mu drogę.

– Uważaj, wpadniesz na słup! – Złapał mnie w ostatniej chwili. – Gdybym nie widział cię dzisiaj na zebraniu, nie uwierzyłbym, że potrafisz być poważna.

– Wolisz, jak jestem poważna i odpowiedzialna? W takim razie musimy pędzić, bo się spóźnimy. Pierwszy będzie wściekły.

Puściłam się biegiem do hotelu. Rzeczywiście wpadliśmy w ostatniej chwili. Ekipa pakowała się już do podstawionego pod hotel autobusu, który miał zawieźć nas do schroniska przy Morskim Oku. Zabrałam z pokoju przygotowaną na wyjazd torbę. W autobusie usiadłam obok Grażyny. Puściła do mnie oko i uśmiechnęłyśmy się zadowolone. Następnego dnia czekała nas kolejna seria zdjęć w plenerze.


Rozdział 3

[On]

Wiem, wiem! Alpy, Pireneje, Masyw Centralny, Kaukaz, to dopiero prawdziwe góry. Może to prawda. Nawet jestem skłonny w to wierzyć. Ale nie dzisiaj. Nie teraz. Teraz stoję na ganku schroniska przy Morskim Oku, trzymam w ręku ciężki kubek z mocną kawą i poprzez unoszące się znad ziemi mgły patrzę na budzące się Tatry. I wiecie co – są naprawdę piękne. Może dlatego, że jakieś takie swojskie, rzec można, przytulne. Może dlatego, że spod ich urokliwego oblicza wyłania się czasem w jednej chwili prawdziwa groza ukrytego gdzieś ducha Tatr, który zlekceważony potrafi pokazać swoją moc.

Obok stoi Kaśka. Od czasu do czasu patrzymy na siebie bez słów. Jest nieco zaspana, a w jej gestach nie widać wczorajszej ruchliwości. Raczej łagodność. Drży. Nie doceniła porannego chłodu. Bez słowa okrywam ją swoim polarem. Będzie mi trochę zimno, ale wytrzymam. Jestem odporny na chłód, zawsze byłem. Przyjmuje polar, dziękuje lekkim uśmiechem i dalej milczy. Dobrze. To nie jest chwila na babskie szczebiotanie. Dziwne, ale ona zdaje się to rozumieć.

Stawiam kubek na poręczy balustrady tarasu i idę po sweter. Kaśka zostaje ze swoimi myślami. Kiedy wracam, stoi dokładnie w tym samym miejscu i nadal patrzy przed siebie. Tylko mój kubek stoi pewnie oparty na szerokim słupku. Przesunęła go, by nie spadł z wąskiej poręczy. Teraz ja się uśmiecham i milczymy sobie dalej, tyle że jest to już inne milczenie. Jakby te proste gesty z polarem i kubkiem stały się dalszą częścią wczorajszego wieczoru, znakiem, że był udany i że barykada, którą nasze firmy i codzienne życie postawiły między nami, nie jest taka wysoka. Dawno nie spotkałem dziewczyny, która tak by mi się podobała. Co nie znaczy, że ma mi wchodzić na głowę.

[Ona]

Wtuliłam się w polar Andrzeja. Zimno! W nocy był chyba jeszcze niezły mróz. Słońce powoli wyłaniało się zza szczytów jarzących się ostrą linią na tle nieba. Promienie załamywały się na graniach, ślizgały po skalnych półkach. Ośnieżone zbocza tonęły w granatowym mroku. Pasy porannej mgły snującej się w powietrzu zmiękczały kontrast między światłem a cieniem. Widok przede mną zapierał dech. Iść po aparat? Nie, szkoda przerywać taki moment. Tatry w kwietniu. Wciągnęłam lekko mroźne powietrze… Piekło w nosie… Poczułam zapach kosodrzewiny, topniejącego śniegu i mokrych skał. Zapach, który natychmiast wywoływał wspomnienia z dawnych lat.

Kiedy tylko mogłam, urywałam się z miasta. Przyjeżdżałam w Tatry przez okrągły rok: wiosną i na jesieni, na wakacje i na ferie zimowe. Poznałam je jak własną kieszeń. Najpierw jako młoda dziewczyna, później z Jaśkiem. Nocowaliśmy w schroniskach, czasem na podłodze, byle tylko bliżej szlaku. Budziłam się o świcie i nie mogłam się doczekać, kiedy wyruszymy.

Tym razem też nie mogłam spać. Po cichu, żeby nie budzić innych, wymknęłam się z sypialni. Z kuchni, gdzie przygotowywano już śniadanie, wzięłam kawę i wyszłam na dwór. Chciałam uchwycić ten zaczarowany moment, tuż przed wschodem słońca. Popatrzeć na moje Tatry, zanim zacznie się produkcyjny młyn.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.


Książki podobne do: Ona i on. Całkiem zwyczajna historia

Ostatnio oglądane książki