Psychologia giełdy  - Andre Kostolany - ebook

Psychologia giełdy - ebook

Andre Kostolany

(0)
Wydawca: Europa Kategoria: Poradniki Język: polski

Książka zabezpieczona watermarkiem. Przeczytasz ją na:

komputerze EPUB
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
W książce tej Kostolany udowadnia, że o giełdzie nie trzeba mówić z wyżyn uniwersyteckiej katedry. Swe wykłady prowadzi przy kawiarnianym stole, przy dźwiękach muzyki, którą - jak podkreśla - kocha bardziej niż pieniądze. Każdy może się tu dosiąść, by posłuchać tego fascynującego opowiadacza - trochę misjonarza (bo przecież świat pieniądza to prawdziwa dżungla), trochę filozofa (bo, mimo że przeżył 50 krachów na giełdach całego świata, zachował iście stoicki spokój).
Psychologia giełdy to ulubiony temat Kostolanya, gdyż na parkietach giełdowych zawsze fascynowali go przede wszystkim ludzie. Jego książka opowiada o tych, którzy potrafią myśleć nieschematycznie, i o tych, którzy przegrywają, dlatego że są absolutnie pewnie wszystkiego. Bo gra na giełdzie nie przypomina ani szachów, ani ruletki - jest zdumiewającym połączeniem jednego i drugiego. Kostolany podstawowe zasady działania tej potężnej machiny finansowej ilustruje na przykładach zdarzeń z własnego życia, zamieniając nudny wykład z ekonomii w zabawną anegdotę...








Andre Kostolany

Psychologia giełdy

Wydawnictwo Europa

Wydanie II 2008


Tytuł oryginału Kostolanys Börsenpsychologie. Vorlesungen am Kafeehaustisch

Dyrektor, redaktor naczelny Wojciech Głuch

Opracowanie redakcyjne Stanisław Lejda

Konsultacja translatorska Marcin Słychan

Korekta Anna Kurzyca

Projekt okładki i typografia Magdalena Idaszewska, Studio MAK sp. z o.o.

Przygotowanie do druku Piotr Sieradzki, Studio MAK sp. z o.o., tel./fax (071) 344 44 68


Wydanie II 2008


© for the original text by André Kostolany © 1991 for the German edition by ECON Verlag GmbH

© 1999 for the Polish translation and edition by Wydawnictwo EUROPA


ISBN 978-83-61039-11-2


Wydawnictwo EUROPA Sp. z o.o.
50-011 Wrocław, ul. Kościuszki 35
tel. 071 346 30 11, faks 071 346 30 15
e-mail: europa@wydawnictwo-europa.pl
www.wydawnictwo-europa.pl


Druk i oprawa: SOWA. Druk na życzenie, www.sowadruk.pl

Konwersja: Nexto Digital Services



SZCZWANY LIS GIEŁDY – ANDRÉ KOSTOLANY


Nie zna podobnego miejsca, w którym na metr kwadratowy przypada tylu idiotów, co na parkiecie giełdy. Ostentacyjnie obnosi się ze swym lekceważeniem wobec wszystkich zawodowych spekulantów. Jego rada: trzeba być nieufnym, cynicznym, nawet zarozumiałym, trzeba umieć powiedzieć: – Jesteście bandą durniów, tylko ja TO wiem, a w każdym razie MAM O TYM WIĘKSZE POJĘCIE!!!

Urodzony w Budapeszcie, w rodzinie określanej jeszcze wtedy mianem burżuazji, studiował filozofię i historię sztuki na tamtejszym uniwersytecie. Po ukończeniu studiów przypadkowo „wylądował" na giełdzie paryskiej. Odtąd pozostał wierny giełdzie, choć oczywiście zmieniał jej parkiety – zna go Paryż, Nowy Jork i Londyn. Najpierw był maklerem, później doradcą, następnie działał już na własny rachunek. Jako absolwent filozofii zna świetnie maksymę Woltera: „O wiele łatwiej pisać o pieniądzach, niż je robić", jednak nie mógł zastosować jej w swoim wypadku. Musiał najpierw zrobić fortunę, zyskać niezależność, a potem w spokoju to wszystko opisać.

Kostolany ma taką receptę na sukces: NIGDY NIE PŁYŃ Z PRĄDEM! Maksyma ta stała się trzonem siedmiu książek przetłumaczonych na siedem języków. Pozycje te rozchwytywane są przez czytelników na całym świecie (rekord – 15 tysięcy egzemplarzy w ciągu dwóch dni!!!). Kostolany znany jest jako stały współpracownik magazynu gospodarczego „Capital", i innych wydawnictw. Często udziela wywiadów w radiu i telewizji, jest także popularnym wykładowcą. Sławy przysporzyło mu również, działające od kilkunastu lat, "Seminarium giełdy". Wygłasza też prelekcje w bankach w Niemczech, Szwajcarii, Austrii i Holandii. Za działalność publicystyczną generał de Gaulle mianował go Rycerzem Legii Honorowej, zaś Robert Schuman – były minister spraw zagranicznych i premier Francji – napisał przedmowę do jego książki La paix du Doller.




Słowo wstępne


Tytuł pierwszego artykułu pióra Kostolanya, który wpadł mi w ręce w 1965 roku, brzmiał: Wyznania spekulanta.

W jednej ze swych książek pisze on: „Ministrem finansów – być nie mogę, być bankierem – nie chcę, spekulantem i giełdziarzem – tym właśnie jestem".

Od 70 lat zajmuje się tajemniczą i kapryśną giełdą, na której ekonomiczne fakty mieszają się z pełnymi fantazji historyjkami i często umiejętnie wplatanymi w nie plotkami, półprawdami i radami, które – podsycane strachem i nadzieją – prowadzą do pozornie nielogicznych i irracjonalnych ruchów cen.

Giełda jest dla niego nie tylko obszarem działalności, lecz teraz – bardziej niż kiedykolwiek – obiektem badań. Kiedy wyemigrował po pierwszej wojnie światowej ze swego rodzinnego Budapesztu do Paryża, rozpoczął karierę, która stała się dla niego więcej niż profesją, bo historią życia. Giełdę nazywa dżunglą, a cena, jaką przyszło mu zapłacić za naukę, była wielokrotnie wyższa od kosztów studiów na Harvardzie, i pewnie nauka ta jest też wielokrotnie więcej warta.

Z praktyki przeszedł do teorii i zdobył doświadczenie na własnych pieniądzach, w przeciwieństwie do wielu innych ludzi, którzy z teorii przechodzą do praktyki, a doświadczenie zdobywają, dysponując cudzymi pieniędzmi. Jednym z jego pierwszych spostrzeżeń było to, że na giełdzie wszystko jest możliwe – nawet to, co jest logiczne.

Kostolanyowi nie wystarcza znajomość wszystkich faktów dotyczących giełdy. Motorem spekulacji i warunkiem sukcesu pozostaje fantazja. Z tego właśnie powodu ma on lekceważący stosunek do spekulantów posługujących się w grze na giełdzie różnego rodzaju systemami i komputerami, gdyż brak im fantazji. Właśnie to, co ludzkie – a często aż zanadto ludzkie – kształtuje ruchy cen na giełdzie, a zwłaszcza ruchy wywołane tzw. czynnikami psychologicznymi. I to jest głównym tematem tej książki.

To właśnie nam, Niemcom, wytyka, iż nie dorośliśmy jeszcze do tego, by sprostać kaprysom pieniądza. Niemiecki naród romantyków, filozofów i muzyków jest w sprawach finansowych nieromantyczny i traci zamiłowanie do filozofii, a zwłaszcza do fantazji. Jest w tym chyba trochę prawdy. Kiedy spotkałem Kostolanya po raz pierwszy – a stało się to w 1969 r. w Monachium – wówczas zagadnąłem go na temat jego wypowiedzi, że nam, Niemcom, brak jest 30 lat doświadczeń inwestycyjnych, gdyż inaczej nie wdalibyśmy się np. w całe to zamieszanie związane z funduszami IOS*, przed którymi ostrzegał jako jeden z nielicznych.

Zadałem mu pytanie, czy zechciałby wykorzystać swoje doświadczenie giełdowe do wspólnego przedsięwzięcia i w ten sposób przyczynić się do zmniejszenia niechęci Niemców do giełdy. I tak rozpoczęło się wtedy nasze joint venture – doradztwo inwestycyjne i seminaria giełdowe – które trwa do dziś.

Wbrew naszym wcześniejszym oczekiwaniom, seminaria giełdowe cieszyły się coraz większym powodzeniem, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Pochodzący z nich materiał zawarty został w wydanej w 1986 roku książce zatytułowanej Kostolanys Börsenseminar für Kapitalanleger und Spekulanten**.



Książka ta stała się bestsellerem. Wielu z tych, którzy ją przeczytali i skorzystali z zawartych w niej wskazówek, odniosło wspaniałe sukcesy na giełdzie lub potrafiło zabezpieczać się przed stratami. Także i ta książka powinna stać się obowiązkową lekturą dla inwestorów i spekulantów chcących odnosić sukcesy na giełdzie. Odsłania ona giełdowe tajemnice i uczy samodzielnego, niezależnego myślenia i działania. Nie jest to podręcznik, raczej opowiadanie kogoś, kto mówi o sobie: „Ja nie nauczam, ja opowiadam". Jako człowiek duchowo, zawodowo i materialnie niezależny, może odgrywać rolę, do której został stworzony; rolę nonkonformisty – odważnego, zaangażowanego, a czasem wręcz zagorzałego wojownika o czysty kapitalizm, potrafiącego z właściwą sobie niepowtarzalną śmiałością nazwać każdego – jeśli tak uważa – łotrem czy kimś jeszcze gorszym. Nie pomija przy tym także banków, a wytykanie im potknięć – zwłaszcza przed ich własną klientelą – sprawia mu iście diabelską radość.

Czytelnikom tej książki życzę duchowej rozrywki i materialnego sukcesu, natomiast jej autorowi, mojemu serdecznemu przyjacielowi i partnerowi, Kostolanyowi, życzę, aby długo jeszcze mógł z właściwym sobie urokiem, dowcipem, radością życia i niepohamowanym optymizmem wskazywać swoim czytelnikom i uczniom drogę do sukcesu na giełdzie.


Gottfried Heller
(od ponad 20 lat partner
André Kostolanya)



wykład inauguracyjny





Ostatnio spotkałem siebie z lat młodości




Pewnego wieczoru, podczas międzynarodowej konferencji bankowców w Monachium, w słynnej hali Bayerischer Hof – miejscu spotkań wielkiego świata – przyglądałem się zgromadzeniu finansjery amerykańskiej. Ujrzałem tam wielu znanych polityków i ważnych przedstawicieli świata gospodarki i finansów. Natomiast nieco ukryty w kącie, ale nadstawiający bacznie uszu, siedział młody, może dwudziestoletni, młodzieniec. Znałem go – to André Kostolany. Sam siebie nazywa spekulantem, ponieważ nic innego w życiu nie robi, poza analizowaniem wydarzeń, aby później spekulować na różnych giełdach. Kiedy go zagadnąłem, odparł nieprzyjaźnie: – Tak, ja również ciebie poznałem. Jesteś przecież moim „starym ego"*. Pytasz, co tu robię? Czyżbyś nie widział, jak wielcy ludzie tutaj przebywają? Jeśli tylko uda mi się podsłuchać choćby jedną informację, będę mógł zarobić na tym majątek.

Ja: Mój Boże, jesteś źle poinformowany, skoro uważasz, że informacje są takie ważne. Czy nie znasz mojej dewizy: poinformowany = zrujnowany?

On: Uważasz, że ci panowie niczego nie wiedzą?

Ja: Nie wiedzą o sprawach najważniejszych. Znają wprawdzie wszystkie cyfry, lecz nie potrafią nawet określić, czy USA znajdują się obecnie w stanie recesji, czy nie. Jeden z nich chciałby zwiększyć ilość pieniędzy na rynku, drugi zaś chciałby tę ilość zmniejszyć. Jeden jest za podwyższeniem podatków, drugi natomiast zaklina się, żeby utrzymać deficyt budżetowy. Jeden za największe niebezpieczeństwo uważa istnienie deficytu w bilansie płatniczym, drugi z kolei gwiżdże na to. Jeżeli zaś panowie ci nie potrafią właściwie ocenić obecnej sytuacji, to jak mogliby przewidzieć, co może nastąpić w przyszłości?

On: A ja ci mówię, że się zestarzałeś. Czy nie wiesz, że dziś używa się komputerów i stosuje różne analizy?

Ja: Myślicie, że wszystko to należy do zakresu nauk ścisłych. Zorganizowanie tej konferencji w Akademii Nauk było błędem, gdyż ani ekonomia, ani finanse nie są naukami ścisłymi, lecz sztuką. Konferencja ta byłaby bardziej na miejscu w monachijskiej pinakotece.

On: Dlaczego jesteś aż takim pesymistą?

Ja: Wcale nim nie jestem. Jednakże po siedemdziesięciu latach doświadczeń stałem się bardziej krytyczny. Podczas mojej kariery bardzo często właśnie dlatego zarabiałem pieniądze, że postępowałem dokładnie przeciwnie w stosunku do tego, co uchodziło za dobrą radę. Wielcy tego świata niemal zawsze mówią coś innego, niż rzeczywiście planują uczynić. Czy sir Stafford Cripps, brytyjski minister finansów, nie oświadczył kiedyś przed parlamentem, że dewaluacja funta jest wykluczona? Czternaście dni później ten sam minister zdewaluował funta i chociaż nie podał się do dymisji, to pozostał doskonałym angielskim dżentelmenem. Także w Niemczech panuje wielkie zamieszanie w kwestiach walutowych. Każdy mówi co innego, i zdaje się, że Bundesbank jak na razie nie dorównuje na tym polu graczom giełdowym. Gdyby jednak za swych doradców miał doświadczonych spekulantów, wówczas mógłby pobawić się w kotka i myszkę z graczami spekulującymi na kursie marki niemieckiej. Czy przestępcy nie stają się niekiedy najlepszymi żandarmami?

On: A zatem nie powinno się w ogóle niczego wiedzieć?

Ja: Wcale nie miałem tego na myśli. Wprost przeciwnie, wiedzieć trzeba bardzo dużo, ale nie trzeba znać cyfr, które znaleźć można w wielu książkach i komputerach. Należy rozumieć związki między wydarzeniami i umieć interpretować wiadomości. Trzeba mieć natchnienie, doświadczenie, i jeszcze raz doświadczenie – zdobyte na wielu potknięciach i trzeba uważnie studiować moje książki. Wtedy dopiero będziesz...

On: Jasne. Wtedy, może za 60 lat, będę równie przebiegły jak ty.








wykład pierwszy







Giełda składa się w 90 procentach z psychologii




Mój kuzyn, George Katona, który mieszkał w Stanach Zjednoczonych – ale studiował także i w Niemczech – był profesorem nauk ekonomicznych specjalizującym się w dziedzinie psychologii gospodarczej. Jego podręczniki (m.in. Masowa konsumpcja, Psychological Economics, O zachowaniach konsumentów i przedsiębiorców) do dziś są podstawowymi dziełami tej, wciąż nieco zaniedbanej, dziedziny badań.

Po ukazaniu się przed niemal trzydziestu laty mojej książki Si la bourse m'était contée („To jest giełda"), otrzymałem od niego list. Moją książkę przeczytał z przyjemnością i z aprobatą. Jednakże nie zgadza się ze mną w jednym punkcie, a mianowicie w tym, że – jak napisałem – nie da się ocenić i skalkulować psychologicznych reakcji poszczególnych uczestników rynku giełdowego, czy też giełdy jako całości. „Można je zmierzyć i ocenić, a wyjaśnię ci to latem, gdy przyjadę do Paryża" – napisał. Niestety, wkrótce potem zmarł, pozostając mi dłużny to wyjaśnienie.

Później długo zastanawiałem się nad tym, jakie to powody wpłynęły na jego przekonanie, że psychologiczne zachowania uczestników rynku są obliczalne. Po głębokim namyśle nad tą tak istotną dla każdego spekulanta kwestią, doszedłem do wniosku, że faktycznie nie sposób przewidzieć głębszych motywacji psychologicznych jednostek i mas, jak również ich reakcji na określone sytuacje. Jednakże intensywność sumy tych pojedynczych decyzji, a więc gwałtowność psychologicznej reakcji tłumu, jak również przybliżony czas jej wystąpienia, rzeczywiście niekiedy można – jeśli się jest doświadczonym giełdowym graczem, nie tyle przewidzieć, co wyczuć lub odgadnąć.

Twierdzę, iż roli psychologii na giełdzie nie sposób przecenić. Giełda, w okresie krótko- i średnioterminowym, składa się w 90 procentach z psychologii. Psychologia giełdowa jest „nauką", do której trzeba umieć podejść z ogromnym wyczuciem, albowiem jest ona niemal sztuką. Najczęściej używanymi na giełdzie słowami są: być może, miejmy nadzieję, możliwe, można by, mimo to, chociaż, wprawdzie, wierzę, myślę, ale, prawdopodobnie, wydaje mi się... Wszystko, w co się wierzy i o czym się mówi, jest względne i może być widziane zupełnie inaczej.

Najsłabszymi akcjami na wszystkich giełdach świata są akcje „Logiki S.A.", gdyż jej kursy nie podążają za trendem. Poruszają się w górę i w dół, odzwierciedlając jedynie reakcje 100 000 rozhisteryzowanych profesjonalistów i półprofesjonalistów giełdowych, którzy często z minuty na minutę zmieniają swoje zdanie.

Często powtarza się opinię, że giełda stała się dzisiaj zupełnie nieprzejrzysta. Gdyby jednak była przejrzysta, wówczas nie byłaby giełdą. Gracze giełdowi łowią w mętnej wodzie, którą sami czynią jeszcze bardziej mętną swoją czczą gadaniną. Media zaś rozpowszechniają takie „mądrości giełdowe", i dlatego w relacjach i komentarzach panuje totalne zamieszanie. Najczęściej najpierw kursy ulegają zmianie, a dopiero później do redakcji dostarczane są pospiesznie wymyślane uzasadnienia tych zmian.

Dzisiaj mówi się, że ceny spadają z powodu malejącego bezrobocia, którego inflacjogenne działanie prowadzi do wyższych stóp procentowych. Natomiast kilka dni później strachem napawa wzrastające bezrobocie, które jest oznaką słabnącej gospodarki. Raz głębszy deficyt w handlu zagranicznym interpretowany jest jako zjawisko korzystne, innym razem traktowany jest negatywnie, ponieważ zbyt duży eksport napędza inflację. Jednego dnia uważa się, że mocny dolar jest czynnikiem pozytywnym, gdyż amerykański Zarząd Rezerwy Federalnej nie będzie zmuszony do podniesienia stóp procentowych – co przypadkowo jest nawet logiczne. Dwa dni później mocny dolar określany jest jako czynnik negatywny, itd., itd. Jeżeli zaś profesjonaliści są w złym humorze, to na nic się zdają te wszystkie dywagacje.

Muszę przyznać, że często sam nie potrafię odgadnąć, czy reakcja giełdowych graczy na określone wydarzenie bądź informację dotyczącą finansów – choćby była to tylko pogłoska – będzie miała wydźwięk pozytywny czy negatywny, inwestorzy bowiem z reguły nie wiedzą, jak dana wiadomość oddziaływać będzie na życie gospodarcze – czy należy ją ocenić jako wiadomość dobrą czy złą dla ich inwestycji lub dla całej giełdy. Giełda zachowuje się często jak alkoholik – płacze z powodu dobrych wiadomości, a cieszy się ze złych. Dla ilustracji chciałbym podać przykład mówiący o spekulacji dewizami.

W latach siedemdziesiątych, kiedy dolar był osłabiony z powodu kłopotów wewnętrznych Ameryki, kraje arabskie założyły syndykat handlu ropą, który następnie stale podnosił jej ceny. Przy każdej podwyżce spekulanci dolarowi wykrzykiwali: Wyższe ceny ropy działają inflacyjnie, a to bardzo źle dla dolara. Grali zatem na zniżkę i dolar nieustannie tracił na wartości. Już wtedy pisałem na łamach „Capital" jak bezsensowna jest taka reakcja. Podwyżka cen ropy oznacza, że takie potęgi gospodarcze jak Japonia, Francja czy Niemcy zwiększą swoje zapotrzebowanie na dolary z powodu wyższych rachunków za ropę. Popyt na dolary zwiększyłby się, a to powinno stać się bodźcem dla giełdowej hossy. Spekulanci przyczyniali się bowiem do dalszego spadku wartości dolara.

Kilka lat później – w latach osiemdziesiątych – gdy waluta amerykańska znajdowała się w ponownym spadku, tłumaczono to w sposób zupełnie przeciwny. Po pierwsze, zmniejszyło się ogólnoświatowe zużycie ropy, po drugie, jej cena spadła. Tym razem ta konkluzja okazała się słuszna, albowiem zapotrzebowanie krajów rozwiniętych gospodarczo na dolary zmniejszyło się i dlatego też zmalał ogólny popyt na tę walutę.

Gdy w latach siedemdziesiątych powstało określenie „szok naftowy", wówczas usłyszeć można było także i takie opinie, iż wzrost cen ropy był nieuchronny, z tym że kraje arabskie mają do swej dyspozycji większe ilości dolarów, za które z kolei mogłyby nabywać towary w krajach zachodnich, a to byłoby dobre dla gospodarczej koniunktury. Coraz głośniejsze stawały się także głosy, że zwiększone wydatki konsumentów na benzynę i ogrzewanie znacznie ograniczają środki na inne towary konsumpcyjne, co stanowi poważne zagrożenie dla rozwoju gospodarczego.

Krótko mówiąc: Wyjaśnienia pojawiają się zawsze po pewnym czasie. Kursy akcji i walut rosną lub spadają, a niezliczone rzesze graczy, spekulantów, doradców inwestycyjnych i analityków wyjaśniają później bardzo dokładnie – często przy pomocy zupełnie przeciwstawnych sobie argumentów – dlaczego do tego po prostu musiało dojść. To kursy tworzą wiadomości, które następnie są rozpowszechniane, a nie odwrotnie!

Wiadomości ze „świata zewnętrznego", jakkolwiek by były one interpretowane, nieraz w ogóle nie mają większego wpływu na przebieg kursów. Inwestorzy znajdują się często w pesymistycznym nastroju, nie mając ku temu żadnego rzeczywistego powodu. Mojemu staremu przyjacielowi Grünowi, wiedeńskiemu emigrantowi mieszkającemu w Nowym Jorku, kolega zadał pytanie: „Powiedz, jesteś happy w Ameryce?" „Happy tak – brzmiała melancholijna odpowiedź – ale szczęśliwy to ja nie jestem". Przyczyna tego pesymizmu tkwi w charakterze wielu uczestników rynku kapitałowego, albowiem są oni graczami, którzy nie zastanawiają się zbyt długo i nie snują rozważań na temat zdarzeń zewnętrznych, lecz usiłują coś kupić lub sprzedać, aby szybko osią gnąć wysokie zyski i pozostać przy grze. Są to ludzie, którzy całkowicie ulegają namiętnościom. Im więcej takich graczy przystępuje do gry, tym bardziej niestabilny staje się klimat na giełdzie. Na czoło wysuwają się wówczas czynniki subiektywne, np. to, w jakim stopniu zaangażowani są gracze, czy zainwestowali już w papiery wartościowe wszystkie swoje pieniądze, a może się nawet zapożyczyli. Jeśli określone fakty, np. pewne wydarzenia polityczne, trafią na giełdę zdominowaną przez graczy, to będą one miały zupełnie inny rezonans, aniżeli wtedy, gdy ich portfele inwestycyjne są puste.

Bardzo często dochodzi do takiej sytuacji, że ceny akcji rosną przy bardzo wysokich obrotach. Analitycy mówią wtedy, że giełda jest stabilna, ponieważ wysokie obroty świadczą o tym, że ludzie interesują się giełdą. Jest to, moim zdaniem, założenie z gruntu fałszywe. Im większe – przy jednocześnie wzrastających kursach – są obroty na giełdzie, tym więcej papierów przechodzi z rąk „mocnych" do rąk „słabych", to znaczy od mocnych psychicznie do psychicznie słabszych uczestników rynku. Gdy zaś wszystkie papiery znajdują się w słabych rękach, wówczas giełda z całą pewnością znajduje się u progu krachu.

Gwałtowność psychologicznej reakcji inwestorów giełdowych zależy, moim zdaniem, wyłącznie od „technicznego stanu rynku". Twierdzeniem tym wykraczam już jednak poza pierwszą lekcję psychologii giełdowej.

Moje wystąpienie w roli psychologa giełdowego i gospodarczego może zostać odebrane przez niektórych czytelników jako przejaw arogancji, ponieważ nie studiowałem ani ekonomii, ani psychologii. Jednakże o wiele więcej nauk pobrałem w czasie mojego długiego życia w tej dżungli, jaką jest giełda, gdzie za naukę trzeba mi było o wiele więcej zapłacić. Jakież to szczęście! W ten sposób zawsze mogłem pozostać całkowicie bezstronny przy dokonywaniu swoich analiz. Duże znaczenie przywiązuję do tego, aby moje rzemiosło charakteryzowały: zdolność myśle nia, logika i precyzja. Nie lubię błędów w rozumowaniu, gdy planuję jakąś spekulację, podobnie jak nie znoszę fałszywych tonów w muzyce. Nie każdy ceni sobie wysiłek umysłowy tak jak ja. Kiedy niedawno prowadziłem w Wyższej Szkole Technicznej w Darmstadt wykład dla tysiąca studentów, podczas dyskusji, która odbyła się po zakończeniu tego wykładu, jeden ze studentów zadał mi takie oto interesujące i inteligentne pytanie: „Czy warto w ogóle zajmować się giełdą, skoro trzeba aż tak dużo myśleć i zastanawiać się?" Sądził pewnie, że wystarczy regularnie czytać gazety giełdowe, ażeby stać się spekulantem, który odniesie na giełdzie sukces.

Profesorowie często podśmiewują się z moich tez i wypowiedzi, ale jednak uważnie mi się przysłuchują, nie mówiąc już o tysiącach słuchaczy, którzy chętnie przychodzą na moje seminaria, czy też o studentach, dla których prowadziłem wykłady na wielu uczelniach.

Zdaje się, że profesorowie uważają mnie za niewykształconego szarlatana. Ale jakąż rolę może to odgrywać w moim wieku? A zatem, niech już zostanę starym szarlatanem. Lepiej być niewyuczonym spekulantem, który przez ponad 70 lat obnosił swój grzbiet po 70 giełdach, aniżeli zostać profesorem ekonomii, który na giełdowym parkiecie nie spędził nawet 24 godzin.

Wyzwałem nawet na pojedynek pewnego specjalistę nauk ekonomicznych z uniwersytetu w Konstancji, który wobec swoich studentów określił mnie mianem szarlatana. Obaj stawimy sobie czoła w fachowej debacie przed publicznością. Zobaczymy wtedy, kto lepiej zna się na gospodarce i na finansach. Jednak dotąd nie zareagował na moje wyzwanie.

Dlatego chciałbym przedstawić czytelnikom wszystkie moje doświadczenia oraz płynące z nich wnioski dotyczące psychologii jednostek i mas. Byłyby to pewnego rodzaju wykłady przy kawiarnianym stoliku, prowadzone bez przesadnej akademickiej powagi i w lekko humorystycznym tonie.

Także zaczerpnięte z mojego życia historie oraz wspomnienia o spekulantach, graczach* i innych spryciarzach, zawsze mają coś wspólnego z giełdą (jest ona moim życiem!), i należą do sumy tych doświadczeń, które umożliwiły mi poznanie się na tej wielkiej giełdowej „psychozabawie" i pomogły, co chętnie podkreślam, pomyślnie zainwestować w przynajmniej 51 na 100 przypadków.




wykład drugi







O zafascynowaniu pieniędzmi




„Pieniądze to jeszcze nie wszystko, ale dużo pieniędzy to już coś" – powiedział kiedyś trafnie George Bernard Shaw. Filozofowie często namiętnie roztrząsali problem, czy pogoń za pieniędzmi da się moralnie usprawiedliwić, czy też nie. Aczkolwiek obiektywna ocena tego zagadnienia jest niemożliwa, to jedno jest pewne: Zafascynowanie pieniędzmi i pogoń za nimi jest motorem postępu gospodarczego.

Precyzyjna analiza tego problemu jest trudna i zawsze będzie zależała od charakteru danej osoby. Spróbujmy zatem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dana osoba jest zafascynowana pieniędzmi i od jakiej sumy zaczyna się ta fascynacja.

„Jest multimilionerem, z pewnością ma 100 000 guldenów" – mawiali niegdyś wiedeńczycy. Jak na owe czasy nie brzmiało to nawet paradoksalnie, gdyż słowo „milioner" niekoniecznie oznaczało, iż tak nazywana osoba faktycznie posiadała milion. Określenie „milioner" – podobnie jak „Rothschild", czy „krezus" – dotyczyło, i pewnie ciągle jeszcze dotyczy, bogatego mężczyzny, którego trzeba traktować z należnym mu respektem.

Mam przyjaciół, którzy czują się milionerami, mając w kieszeni sto marek, ale także i takich, którzy zachowują się tak, jakby pili słoną wodę: „im więcej jej piją, tym bardziej są spragnieni" (Schopenhauer). Wiele osób szczególnie interesują pieniądze innych ludzi, dlatego też łamią sobie głowy nad tym, ileż to pieniędzy ma ten czy tamten. Słysząc o znanych bogaczach, wzdychają: „Ileż to on może mieć pieniędzy?" Ich myśli o ludziach i przedmiotach zawsze krążą wokół ich wartości.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie dziennikarka zajmująca się finansami, która przeprowadzała sondaż. Jej pytanie brzmiało: „Panie Kostolany, jest pan przecież profesjonalistą giełdowym mającym duże doświadczenie. Jak wobec tego wytłumaczyć można fakt, że nie jest pan milionerem?" Nieco skonsternowany odparłem: „Po pierwsze, pani pytanie jest niedyskretne, a po drugie, skąd pani wie, że nie jestem milionerem? Czy mam ujawnić stan mojego konta? Proszę się jednak nie obawiać, nie będę pani naciągał na pożyczkę".

Jakże często, pytając o zdrowie, czy o pracę któregoś z moich znajomych, otrzymywałem odpowiedź: „Ach, on ma bardzo dużo pieniędzy". Wiele osób odnosi się z respektem do pieniędzy, które inni kiedyś mieli, lecz teraz już ich nie mają. Bywają też i tacy ludzie, których fascynują ich własne pieniądze: Pieszczą je, podziwiają i dają się nimi hipnotyzować. Jeden z moich dobrych przyjaciół, poeta, powiedział mi kiedyś: „Gdybym miał dużo pieniędzy, wówczas cały majątek oddałbym bogatym, którzy tak bardzo kochają pieniądze". Znałem także pewnego człowieka, którego ulubioną rozrywką było dodawanie cyfr ze swojego konta bankowego. Mówił, że jest to najlepsze lekarstwo na zabicie nudy.

Są także i tacy ludzie, którzy wprawdzie mogliby sobie pozwolić na kupno rzeczy pięknych i drogich, ale nie czynią tego, gdyż wystarcza im sama myśl, że mogą tak zrobić. Czują blask pieniądza i ten fakt całkowicie ich zadowala i czyni szczęśliwymi.

Miałem przyjaciela, który wypowiadając słowo „pieniądze", głaskał swój portfel poprzez materiał marynarki, doznając przy tym uczucia, jakby wszystkie rozkosze życia skondensowane były w zawartości książeczki czekowej. Zwróciłem mu kiedyś uwagę na ten mimowolnie wykonywany, brzydki gest. Był mi bardzo wdzięczny za tę uwagę i odtąd zaniechał tego obscenicznego głaskania. Ktoś inny opowiadał mi, że zawsze, kiedy obliczał stan kasy i okazywało się, że pieniędzy w niej przybywało, odczuwał libido. Natomiast dla kogoś innego było jasne, że w tym dniu, w którym poniesie dużą stratę na giełdzie, od razu pójdzie do burdelu.

Są jeszcze na szczęście ludzie, którzy faktycznie pragną przy pomocy swoich pieniędzy zaznać wszelkich życiowych rozkoszy. Nie zadowala ich studiowanie jadłospisu, chcą go także skosztować.

Pieniądze są dla wielu ludzi także symbolem władzy i statusu społecznego. Przysparzają im przyjaciół, obłudników, zazdrośników i pochlebców, a także przyciągają darmozjadów. Są zafascynowani pieniędzmi, gdyż wiedzą, że ich pieniądze fascynują także wiele innych osób. Chcieliby zaznać nie tylko luksusu materialnego, ale również poczuć potęgę pieniędzy, które zapewniają im przecież usłużność innych ludzi.

Szczególnie mocno zafascynowani pieniędzmi są ci, którzy mieli ich kiedyś dużo; muszą mieć bardzo silny charakter, aby przezwyciężyć ból po ich utracie. Markiz Boni de Castellane, najsłynniejszy kawaler francuski z przełomu wieków, pisał w swoich pamiętnikach, jak nieszczęśliwy był w dniu, w którym przestał być mężem amerykańskiej miliarderki, Anny Gould. Oczywiście nie musiał klepać biedy, jednakże czasy szastania milionami skończyły się. Całą historię skomentował następująco: „Od kiedy jestem bankrutem, znam swoje słabości".

Na inny sposób zafascynowani pieniędzmi są hazardziści. Gdyby gra szła nie o pieniądze, lecz o ziarna fasoli, nie byłoby w niej takiego dreszczyku emocji. Pieniądze mogą także stanowić pewną formę rekompensaty za ułomności w postaci np. upośledzenia fizycznego czy brzydoty. Mogą być również pocieszeniem dla kogoś, kto ma ambicje towarzyskie, ale przeszkodą jest jego skromne pochodzenie. Pieniądze są w stanie zastąpić mu przodków. Słynna dziennikarka, redagująca głównie kolumny towarzyskie, Elsa Maxwell, zrobiła świetną karierę w heroicznych latach rozkwitu Ameryki, zbliżając nowych amerykańskich milionerów irlandzkiego pochodzenia, którzy nie byli akceptowani przez wytwornych Amerykanów „Mayflower"* do zubożałych angielskich arystokratów. Dzięki utrzymywaniu stosunków towarzyskich z lordami i książętami, nowi milionerzy poczuli się nagle równorzędnymi partnerami owej skostniałej amerykańskiej plutokracji, jednocześnie arystokrację, która nie posiadała już pieniędzy, fascynowały fortuny nowobogackich.

Pieniądze potrzebne są wielu ludziom po to, aby móc się nimi chwalić. Niektórzy czynią różne uwagi, aby w ten sposób rozpowszechniać czy nawet wyolbrzymiać legendę o swoich pieniądzach. Jednym słowem, pieniądze wywołują u ludzi różne reakcje.

Dotyczy to oczywiście także miłości. Pieniądze mogą wzbudzić u kobiety szczere uczucie miłości. Pieniądz jest w jej oczach symbolem sukcesu mężczyzny, a mężczyzna, któremu się powodzi, fascynuje ją, zwłaszcza wtedy, gdy może ona czerpać z tego korzyści. Potrafikochać mężczyznę szczerze, także dlatego że otacza on ją luksusem.

Z drugiej zaś strony są także i takie kobiety, które nienawidzą akurat tego mężczyzny, od którego otrzymują pieniądze; kochają natomiast tego, którego pieniędzmi obdarowują. Inne traktują pieniądze jedynie jako miernik sukcesu, nie będąc nimi zafascynowane. Pamiętam, jak Lili Darvas – słynna niegdyś aktorka Maxa Reinhardta** – powiedziała do mnie tuż po przybyciu do Paryża: „Ubiorę się teraz bardzo prowokacyjnie, a potem przespaceruję po bulwarze, aby zobaczyć, czy ktoś mnie zaczepi. Chciałabym się dowiedzieć, ile mi się zaoferuje, albowiem kobieta nie na darmo jest piękna!" Chciała się dowiedzieć, jak wysoko ceni się ją w gotówce jako kobietę.

Kiedy jednak kobieta zafascynowana jest wyłącznie samymi pieniędzmi, wówczas może się to okazać bardzo niebezpieczne dla jej męża lub kochanka. Największy nawet luksus – pałace, biżuteria, futra, samochody – też ma swoje granice, od pewnego momentu można poczuć przesyt nim. Konto bankowe, w którym kobieta się zakocha, nie zna jednak żadnych granic i jest swoistą beczką Danaid.

Do jakiego stopnia zafascynowanie pieniędzmi potrafiprzewrócić człowiekowi w głowie, zilustrować może następująca anegdota:

– Czy już słyszałeś? – pyta ktoś swego znajomego. – Umarł nasz przyjaciel Meier!

– Ach to straszne – brzmi odpowiedź – a co miał?

– Myślę, że może ze dwa miliony.

– Nie to miałem na myśli – co mu dolegało?

– Brak około pół miliona.

– Ciągle mnie nie rozumiesz! Na co umarł?

– Ach, o to ci chodzi – pada odpowiedź. – To jasne – na różnicę!




Trzeba mieć gotówkę


Świat pieniądza nie zawsze jest piękny. Pieniądz może być zabójczy, potrafikorumpować i często wyciąga na światło dzienne najwstrętniejsze ludzkie cechy.

Dzisiaj mam bardzo neutralny stosunek do pieniędzy. Jednak nie zawsze tak było.

Gdy ojciec wysłał mnie w moich młodych latach z podupadłego i zubożałego Budapesztu do Paryża, abym zapoznał się tam z giełdowym rzemiosłem, wówczas utrzymanie zapewniali mi rodzice. Miałem więc wystarczające do życia środki finansowe.

Przybyłem do Paryża. Znalazłem się w mieście, które stanowiło wtedy centrum świata. Było to fantastyczne miasto, gigantyczny park rozrywki. Sklepy przepełnione były towarami, luksusem. Ten właśnie luksus i chęć do życia odczuwalne były wszędzie.

Paryż... J'ai deux amours, mon pays et Paris. („Mam dwie miłości: moją ojczyznę i Paryż").

Bananowe kolie uroczej córy Antyli, Józefiny Baker*, kołysały się w takt tej piosenki, którą uczyniłem moim wyznaniem wiary. Paryż oznaczał pełne luksusu, rozrywek i bankietów życie, które chciałem poznać za pomocą Orient Expresu, wysiadając z niego pewnego pięknego wieczoru, podobnie jak bohater Balzaka, Rastignac, wysiadł niegdyś z dyliżansu pocztowego.

Nie wiedziałem jeszcze, że świat ten byłby rajem zakazanym, bliskim na wyciągnięcie ręki, a jednak nieosiągalnym, jeśli nie posiadłoby się klucza, aby się do niego dostać: pieniędzy. A pieniędzy miałem w kieszeni za mało, o wiele za mało.

Było to fascynujące widowisko. Na Montparnasse** pojawiał się Fujita – w szylkretowych okularach i z czarnymi włosami w jaśniejsze pasemka. Za nim podążała jego ulubiona modelka Kiki. Przychodzili, aby przy drewnianych stołach rozstawionych obok rotundy i katedry podyskutować ze swymi przyjaciółmi Kislingiem, Vertésem i innymi.

Eleganckie damy pozwalały towarzyszyć sobie do Longchamp i Auteuil, aby podczas gonitwy pokazać się w sukniach wykreowanych dla nich przez Poireta. Krawiec, pełniąc rolę wytwornego gospodarza, przyjmował na swym jachcie przyjaciół należących do śmietanki towarzyskiej i do świtu przygrywał im najnowsze melodie z Nowego Orleanu.

Na Champs-Élysées i na bulwarach ludzie stawali w kolejkach, by odkryć Amerykę Chaplina w Gorączce złota i świat Orientu w Złodzieju z Bagdadu.

Czytając powieści Francisa Carco*, zapoznawano się z językiem ludu, by tak uzbrojonym, móc wmieszać się w barach na placu Pigalle między prostych ludzi, gdyż uchodziło to za przejaw elegancji.

Innym razem chodzono wieczorami na wytworne kolacje do Maxima, nucąc za Maurice'em Chevalierem najnowszy kuplet Valentine. Panowie pozostawali czasami w kawiarni Webera, dyskutując w swoim gronie o nowym modelu samochodu, czy też o nogach Mistinguetty**. Anglicy zawładnęli trawnikami Le Touquet, a zarząd gminy brał nawet pod uwagę przetłumaczenie na język angielski nazw ulic i cenników towarów w oknach wystawowych.

Podobnie jak dziecko przyklejające nos do okna cukierni, tak też i ja z podziwem patrzyłem na to niezwykłe życie i gwar.

W tym mieście można było mieć wszystko, potrzebne było do tego tylko jedno: pieniądze.

Tak więc głęboko utkwiła mi w głowie myśl zdobycia pieniędzy, dużej ilości pieniędzy! Pieniądze były wtedy o wiele ważniejsze i bardziej konieczne do życia, niż dzisiaj, jeśli się weźmie pod uwagę choćby zdrowie. Zacząłem więc ubóstwiać pieniądze jako jedyną treść życia, natomiast ich pomnażanie traktować jako jedyny jego cel. Jeżeli zaś człowiek aż tak bardzo uwielbia mamonę, wówczas zmienia się jego nastawienie do życia i do całego świata. Wszystko inne, także wszelkie inne wartości, cenione są wtedy bardzo nisko. Nic bowiem nie posiada wartości samej w sobie. Za pieniądze mogę otrzymać wszystko – zawsze i wszędzie. Trzeba je tylko mieć...

Pierwszego dnia, jaki spędziłem na giełdzie, zagadnął mnie pewien starszy, miły pan:

– Co pan tu robi, młodzieńcze? Jeszcze nigdy tu pana nie widziałem. (Ludzie przychodzący na giełdę najczęściej znają się z widzenia).

– Jestem praktykantem w firmie Alexandre.

– Ach tak – powiedział – pański szef jest moim dobrym przyjacielem. Wobec tego objaśnię panu giełdę krótko i precyzyjnie: Bez względu na to, co ludzie tutaj opowiadają, jakich wskazówek sobie udzielają itd., wszystko zależy tylko od tego, czy jest tu więcej głupców niż akcji, czy też więcej akcji niż głupców.

Dewiza ta jest dla mnie ważna po dziś dzień i cała moja giełdowa filozofia opiera się na niej, to znaczy – na prawach popytu i podaży.

Pierwsze dni spędzone na giełdzie były dla mnie szczególnie emocjonujące. Było tam tak, jak w ogromnym kasynie gry. Pieniądze zdawały się unosić w powietrzu. Potrzebna była tylko antena, aby je wyczuć i wychwycić... Jeśliby wierzyć mojemu mentorowi, nie było to takie trudne. Wystarczyło być wyrafinowanym, potrafić płynąć z nurtem hossy i umieć sobie zaufać... „a pod koniec miesiąca inkasuje się pieniądze" – powiedział z szerokim uśmiechem i poklepał mnie po ramieniu.

Prawdę mówiąc, nie rozumiałem całego tego rozgardiaszu, jaki czyniło kilkaset zgromadzonych tam osób. W moich na wpół ogłuchłych uszach dudniły nieznane mi nazwy papierów wartościowych (były wśród nich nawet stare rosyjskie akcje). Młodzi chłopcy – tak zwani grou-illots – biegali od jednej grupy do drugiej. Trzymając w ręku małe kartki papieru, na których zapisane były zlecenia klientów, zdawali się tańczyć jakąś skoczną polkę, biegając pomiędzy różnymi skrzydłami budynku; poszturchiwali się i przepychali, i znów się rozbiegali w różnych kierunkach.

W środku, przy „ringu", stało siedemdziesięciu mężczyzn, ubranych zarówno latem, jak i zimą – na czarno. Byli to członkowie Stowarzyszenia Maklerów Giełdowych. Opierając się łokciami o balustradę oddzielającą ich od publiczności, także i oni wykrzykiwali w tym piekielnym zgiełku: kupuję, sprzedaję. Zdawało się, że cały świat ginie w tej wrzawie. Jedni biegli do budek telefonicznych, aby przekazać pierwsze wyniki. Inni, trzymając przed ustami dłonie zwinięte w trąbkę, szeptali coś do siebie, nadęci ważnością wypowiadanych słów. Jeszcze inni gorączkowo zapisywali jakieś koślawe cyfry do swych małych, czarnych notesików.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com