Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach - Waldemar Smaszcz - ebook

Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach - ebook

Waldemar Smaszcz

(0)
lub

Czytaj od 6,99 zł miesięcznie

Uzyskaj stały dostęp do ponad 5000 ebooków

Jak często czytasz? Mamy propozycję specjalnie dla Ciebie:

Książka zabezpieczona watermarkiem. Przeczytasz ją na:

komputerze EPUB
Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ksiądz Jan Twardowski sam siebie nazywał „starszym panem z odrąbaną młodością”. Przez długie lata pozostawał poetą bez biografii. Zarówno do czytelników, jak i krytyków docierały wyłącznie wiersze, co sprzyjało skupieniu się na ich poetyckim wymiarze. Zważywszy jednak, że liryka z reguły ma charakter autobiograficzny, brak informacji tej natury sprzyjał różnorodnym domysłom.

Waldema Smaszcz przez blisko dwadzieścia trzy lata pozostawał w bliskich relacjach z księdzem-poetą. Po latach odwiedził wszystkie miejsca związane z ks. Twardowskim, zwłaszcza z jego dzieciństwa, młodości i lat wojny. To, jak i ich osobiste rozmowy, pomogło naszkicować pełen obraz życia i twórczości ulubionego księdza-poety.

Serce nie do pary jest pierwszą książką poświęconą ks. Twardowskiemu i jego wierszom opartą zarówno na bliskich z nim spotkaniach, jak i wnikliwym odczytaniu jego twórczości.

Waldemar Smaszcz – historyk literatury, krytyk, eseista. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie studiował pod kierunkiem prof. K. Górskiego i prof. A. Hutnikiewicza. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Jan Paweł II przyznał mu za twórczość literacką Insygnia Najczcigodniejszego Krzyża Pro Ecclesia et Pontifice. Z ks. Janem Twardowskim łączyła go ponad dwudziestoletnia najpierw znajomość, a potem przyjaźń.









Redakcja: ROBERT WIKTOROWICZ
Korekta: AGNIESZKA PIETRZAK, DOROTA RING
Projekt okładki, opracowanie typograficzne oraz skład: TOMASZ KĘDZIERSKI + ALEKSANDRA NAŁĘCZ-JAWECKA – to/studio
Zdjęcie na okładce: Copyright © PAP / Andrzej Rybczyński
Copyright © by Waldemar Smaszcz, 2013
Copyright © by Instytut Wydawniczy ERICA, 2013
ISBN: 978-83-64185-21-2
Instytut Wydawniczy ERICA
e-mail: wydawnictwoerica@wp.pl
www.wydawnictwoerica.pl
Oficjalny sklep www.tetraerica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Ważne

To że wszystko dzieje się inaczej

to cierpienie tędy owędy

ten dzień bez kochanej ręki

ten ból i tak dalej

ten mróz że tylko jeden piec mnie zrozumiał

gdy kładłem serce do zimnego łóżka

[...]

powiedz że to właśnie ważne


I ›
Waldemar Smaszcz z ks. Twardowskim w Aninie
(fot. ze zbiorów W. Smaszcza)

I

POEZJA NA MIARĘ NOBLA

O poecie-księdzu Janie Twardowskim stało się głośno w roku 1970, kiedy to w Krakowie ukazał się tom Znaki ufności. Autor, dotąd szerzej niemal nieznany, z dnia na dzień dołączył do pierwszoplanowych postaci naszej literatury, a książka (wznowiona przed upływem roku, co w tamtej sytuacji było prawdziwym ewenementem) doczekała się kilkudziesięciu (!) omówień. Niewielu wiedziało, że nie był to pierwszy, lecz TRZECI już zbiór wierszy Jana Twardowskiego, wydany trzydzieści trzy lata po przedwojennym jeszcze Powrocie Andersena i jedenaście lat po Wierszach. Zwłaszcza ów niewielki tomik z 1937 roku pozostawał zupełnie zapomniany, o czym świadczą noty biograficzne z lat siedemdziesiątych, wymieniające zbiór z roku 1959 jako debiut poetycki. Dodajmy jednak, że Powrót Andersena został wydany w czterdziestu zaledwie egzemplarzach, a Wiersze rozprowadzano drogą subskrypcji.

Nie można wszakże powiedzieć, że ksiądz-poeta nie miał swoich czytelników. Przeciwnie, było ich – powiedziałbym – nad wyraz wielu, zważywszy na trudności z dotarciem do jego wierszy. I to czytelników szczególnych, którzy gromadzili jego wiersze wycinane z nielicznych czasopism katolickich, a bodaj częściej jeszcze po prostu je przepisywali. Stanowili jednak dość zamknięte grono, wywodzili się głównie spośród prenumeratorów „Tygodnika Powszechnego”, z kręgu Klubów Inteligencji Katolickiej i studentów skupionych w ośrodkach duszpasterstwa akademickiego. W latach PRL, przed powstaniem w połowie lat siedemdziesiątych kultury niezależnej i tzw. drugiego obiegu wydawniczego, były to jedyne środowiska, w których tacy twórcy, jak ks. Jan Twardowski, mogli zaistnieć.

I właśnie w kręgu duszpasterstwa akademickiego po raz pierwszy zetknąłem się z nieznanym mi wcześniej poetą. W roku 1969 rozpocząłem studia polonistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Miałem szczęście, bo w tym właśnie roku akademickim po raz ostatni prowadził zajęcia prof. Konrad Górski (urodzony jeszcze w XIX stuleciu!), wielka legenda toruńskiej polonistyki, wymieniany obok takich luminarzy historii literatury, jak Juliusz Kleiner (u którego zresztą krótko studiował na wskrzeszonym w 1915 roku Uniwersytecie Warszawskim), Stanisław Pigoń czy Julian Krzyżanowski. Niekwestionowany autorytet naukowy i moralny, świetny znawca twórczości Adama Mickiewicza, zwłaszcza Pana Tadeusza, ceniony i za to, że nie ugiął się w czasach stalinowskich, co przypłacił odsunięciem od zajęć uniwersytec-kich w latach 1950–1956.

Nieoczekiwanie poznałem Profesora osobiście, a nawet zostałem zaproszony do jego domu. Te wizyty stały się czymś bardzo ważnym w moim życiu. Słuchałem Profesora, chłonąc każde zdanie, później w akademiku zapisywałem te najważniejsze do przemyślenia, z nadzieją, że kiedyś do nich powrócę. Mówił, oczywiście, o Mickiewiczu, Słowackim, Krasińskim, Norwidzie, Kasprowiczu, ale i Jerzym Liebercie oraz Zbigniewie Herbercie, którego pamiętał z czasów studiów na toruńskiej uczelni. Zwłaszcza rozmowy o Liebercie wniosły wiele do mojego myślenia nie tylko o poezji. Konrad Górski od początku interesował się duchowością pisarzy (był autorem książki o Mauriacu), wiele pisał na ten temat, a zanim w roku 1935 objął Katedrę Historii Literatury Polskiej na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, związany był z Laskami i słynnym „Kółkiem” ks. Władysława Korniłowicza, który powierzył mu redakcję kwartalnika „Verbum” (do czego jeszcze powrócę).

Podczas jednych z odwiedzin niespodziewanie wysłuchałem prawdziwego wykładu na temat poezji ks. Jana Twardowskiego. Mój Mistrz nie tylko znał bliżej księdza-poetę, ale i korespondował z nim.

Był rok 1971. Jezuita o. Władysław Wołoszyn, nasz duszpasterz akademic-ki, zaprosił ks. Twardowskiego w związku z ukazaniem się Znaków ufności. Konrad Górski miał wygłosić wprowadzenie do wieczoru w kościele akademickim. Kiedy przyszedłem do Profesora, zastałem go z owym tomem w rękach. Zapytał mnie, czy znam autora. Z przykrością musiałem zaprzeczyć. Konrad Górski, wyraźnie poruszony, zaczął mówić, jak znakomite to wiersze, tak inne od naszej współczesnej liryki religijnej, przywracające jej dawną świetność. Dowiedziałem się wówczas wiele o Laskach, najważniejszym ośrodku odnowy religijnej w dwudziestoleciu międzywojennym, i wybitnych postaciach kultury polskiej związanych z tym kręgiem, o kwartalniku „Verbum”, wychodzącym w latach 1934–1939, którego dwa pierwsze numery Profesor zredagował, zanim opuścił Warszawę. Podkreślał, że środowisko Lasek przygotowało grunt pod przemiany polskiego katolicyzmu, a także okazało się prekursorskie w stosunku do dzieła Soboru Watykańskiego II.

Twórczość ks. Twardowskiego – zdaniem mojego rozmówcy – wyrastała z tego ducha, dzięki czemu była mu szczególnie bliska. Cytował wiersze ze Znaków ufności, komentując poszczególne obrazy, metafory, porównania. Przede wszystkim zwrócił uwagę na często pojawiające się słowo „uśmiech”, choćby w Suplikacjach, tak bliskich i... odmiennych zarazem od znanych mi podniosłych, błagalnych śpiewów zanoszonych przed ołtarze w dramatycznych zazwyczaj sytuacjach:

Boże, po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty –

Iżeś stworzył papugę, zaskrońca, zebrę pręgowaną –

kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom –

teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami –

dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno –

uśmiechnij się nade mną

– Suplikacje

Tu także jest mowa o czasie „smutnym i dusznym, i ciemnym”, ale jakże inny jest sam wiersz, zwłaszcza prośba kierowana do Stwórcy – poeta nie prosi, by się nad nim zmiłował, lecz by się... uśmiechnął. Zmieniało to zasadniczo utrwalony w suplikacjach obraz Boga, a w konsekwencji także charakter tej zbiorowej modlitwy, która nabrała cech liryki osobistej. Nie ma tu mowy o potężnym starotestamentowym Bogu, przed którym człowiek padał na twarz. Kolejne frazy ukazują zupełnie inny obraz Stwórcy, który będzie powracał w dalszej twórczości księdza-poety, aż do ostatniego wiersza-modlitwy napisanego w dniu śmierci: „Zamiast śmierci / racz z UŚMIECHEM / przyjąć Panie...” [podkr. – W.S.].

Znakach ufności bliski Suplikacjom (które wcześniej znalazły się we wspomnianym zbiorze Wiersze) jest rozbudowany utwór Który stworzyłeś. Autor, zdumiony różnorodnością i dziwnością dzieła stworzenia, w litanijnym wyliczeniu (jak to często czynił w tym tomie) poszedł znacznie dalej, zaskakując zarówno inwencją, jak i niebywałą wiedzą przyrodniczą:

Który stworzyłeś

pasikonika jak szmaragd z oczami na przednich nogach

czerwoną trajkotkę z wąsami na głowie

bociana gimnastykującego się na łące

kruka niosącego brodę z dłuższych piór

barana znającego tylko drugą literę łacińskiego alfabetu

kolibra lecącego tyłem

słonia wstydzącego się umierać może dlatego że taki duży

osła aż tak miłego że głupiego

kowalika chodzącego do góry ogonem

[...]

nieśmiertelniki więdnące – więc prawidłowe i nieprawdziwe

[...]

– Który stworzyłeś

Bez wątpienia poeta mógłby długo jeszcze przywoływać „dziwności” świata stworzonego, które dostrzegał wszędzie. Nawet w najdłuższej litanii pojawia się wszak inwokacja „Baranku Boży”, zamykająca całość. Ksiądz sięgnął po szczególny rodzaj zakończenia, puentę, jak zawsze u niego, znakomitą, należał bowiem do prawdziwych mistrzów tej sztuki poetyckiej:

chyba jeszcze nie powstał na serio świat

jeszcze trwa Twój uśmiech niedokończony

– Który stworzyłeś

To jedna z tych puent, które nawet pozornie najzwyklejsze treści przenoszą w zupełnie inny wymiar, zamieniają wiersze w poezję. Można by ją nawet uznać za sui generis klucz do całej poezji ks. Twardowskiego, ale do takich wniosków doszedłem znacznie później.

Inny wiersz z tego kręgu nosił tytuł O uśmiechu w kościele, w jeszcze innym wróbel „łaską zdumiony” wpada „na zbitą głowę do święconej wody”. Zapamiętałem też ten O maluchach, którym „nie nudziło się w czasie kazania”, no i, oczywiście, Wyjaśnienie z księdzem wierzącym Panu Bogu „jak dziecko”.

Uderzający był osobisty ton tych wierszy, pozbawiony wszakże, dzięki humorowi, choćby cienia sentymentalizmu. To było także niezwykłe novum w naszej liryce religijnej. W wierszu zatytułowanym Z Dzieciątkiem Jezus ksiądz-poeta swoją miłość do Chrystusa wyraził w doprawdy zdumiewający sposób, zupełnie inaczej niż w swoich najpierwszych kapłańskich wierszach. Gdy wcześniej – by tak powiedzieć – drżącym piórem pisał: „Przygasnę przy ołtarzu iskierka po iskierce / zostaną tylko buty jak przydeptane serce / [...] / Msza się dzieje. Matka Boska mnie trzyma / jak niezdarną bańkę na słomce” (Na słomce), to tu, po krótkim „wprowadzeniu”, ukazał sytuację na wskroś zaskakującą:

Święty Józef święty Stanisław Kostka święty Antoni trzymają

dziecko Jezus na ręku

opiekunowie wzruszeń

przyzwyczaili do siebie

ale kiedyś nocą kiedy penitenci pookrywali już kołdrami uszy

[...]

ktoś mi powiedział przez sen –

niech ksiądz weźmie Dzieciątko Jezus

sam je potrzyma na ręku

ustawi się pod filarem

serce mi zadrżało jak owies

a potem lęk – jakby uciekały okulary –

– ładne rzeczy – ksiądz z dzieckiem na ręku w kościele –

[...]

– Z Dzieciątkiem Jezus

„Ksiądz z dzieckiem na ręku” – najzwyklejsze przecież zdanie, w potocznym języku nad wyraz dwuznaczne, nabiera zupełnie innych sensów w zestawieniu ze świętymi „opiekunami wzruszeń”. Wiersz – przyznajmy – zyskałby, gdyby zakończył się w tym miejscu. Autor widocznie uznał, że byłoby to zbyt ekstrawaganckie, stąd rozbudowane dopowiedzenie, niewiele jednak zmieniające w wymowie całości utworu:

jedni powiedzą – świeżo upieczony święty

buty lampkami obstawią

inni zaczną w maszynach do pisania ostrzyć litery

anonimem w kurii oparzą

krzyżem wskażą godzinę

skrupulanci rozpoczną cedzić w siteczku cień sumienia

[...]

– Z Dzieciątkiem Jezus

Dzieciątko, które trzymają na rękach św. Józef czy św. Antoni, złożone w betlejemskim żłóbku od wieków budzi czułość, co tak pięknie wyrażają nasze kolędy. I do tej tradycji nawiązał autor, zwracając się w zakończeniu do Matki Boskiej:

a Dziecko miało ślipka niebieskie

jak w Betlejem podstrzyżone włoski

bezbronne i jeszcze bez ran

ze wzruszenia na klęczkach mówiłem

coś bez sensu do Matki Boskiej

– Z Dzieciątkiem Jezus

*
***
*

Obok tych – nazwijmy je tak – „uśmiechniętych” wierszy były też zupełnie inne, z których największe wrażenie wywarł na mnie utwór zatytułowany Spojrzał:

Spojrzał

na gotyk co stale stroi średniowieczne miny

na osiemnastowieczny ołtarz jak barokową trumnę

na szczurzych łapkach

na włochate dywany które zmieniają nasze kroki

w skradające się koty

na żyrandol jak dziedziczkę w krynolinie

na jaśnie oświecony sufit

na pyszno pokutne klęczniki

[...]

stanął w kącie załamał odjęte z krzyża ręce

i pomyślał

chyba to wszystko nie dla mnie

– Spojrzał

O ile wcześniejsze liryki wywołały uśmiech, o ile ten po prostu mną wstrząsnął. Obraz Jezusa, który – powtórzmy – „załamał odjęte z krzyża ręce”, wydaje się bardziej przejmujący niż samo Ukrzyżowanie. Ono prowadziło wszak do chwały Zmartwychwstania, tutaj zaś Jezus stanął po ludzku bezradny wobec tego, co – w najlepszej przecież wierze – zrobiono z Domem Jego Ojca. Wprawdzie i w tym wierszu niektóre z wyliczeń mają humorystyczny wydźwięk (jak „jasno oświecony sufit” poprzedzony „dziedziczką w krynolinie” czy „pyszno pokutne klęczniki”), jednak nie skłaniają już do uśmiechu.

Zapytałem Profesora, czy mógłbym pożyczyć choćby na krótko Znaki ufności. Otrzymałem książkę na jedno popołudnie i wieczór, następnego ranka miałem ją zwrócić. W akademiku okazało się, że jest to „roboczy” egzemplarz z uwagami, a w zasadzie tylko podkreśleniami Profesora. Przepisałem wszystkie wiersze, które nosiły ślady ołówka, i starałem się zrozumieć tropy interpretacyjne. Mogę więc powiedzieć, że „uczyłem się” wierszy ks. Twardowskiego przez pryzmat uwag prof. Konrada Górskiego.

Po latach, kiedy napisałem pierwszy esej poświęcony tej poezji, zatytułowałem go Poeta uśmiechniętego Chrystusa („Kierunki”, 1984, nr 36, 37). Publikację wysłałem Profesorowi, przyznając, że wykorzystałem jego uwagi. Sprawił mi ogromną radość, przypominając, że tak chętnie pożyczył mi wówczas książkę, ponieważ zauważył moje poruszenie wierszem Spojrzał.

Starałem się odtąd śledzić wszystko, co pisano na temat wierszy ks. Twardowskiego, jednak tamta rozmowa okazała się najważniejsza. Zapamiętałem też zdanie, którym Profesor niejako podsumował swój „wykład”: „Musi pan koniecznie zająć się twórczością ks. Twardowskiego. JESTEM PRZEKONANY, ŻE ZA DWADZIEŚCIA LAT BĘDZIE TO NASZ NAJWIĘKSZY POETA” [podkr. – W.S.].

Autor rozprawy o słuchu literackim jako warunku sine qua non pisania o poezji – Zdolność odbioru dzieła sztuki jako organ poznawczy (K. Górski, Rozważania teoretyczne, Lublin 1984, s. 155) – nie mógł się mylić. Podkreślał w niej, że wśród nauk humanistycznych „istnieją [...] takie, których uprawa wymaga JEDYNIE PRACY INTELEKTUALNEJ, i takie, gdzie SAM INTELEKT JAKO ORGAN POZNAWCZY NIE WYSTARCZA i musi oprzeć się na INDYWIDUALNYCH UZDOLNIENIACH BADACZA, nie dających się sprowadzić jedynie do działania intelektu” [podkr. – W.S.]. W tych naukach talent jest tak samo niezbędny, jak w twórczości artystycznej.

Profesor odznaczał się niebywałym słuchem muzycznym i poetyckim. Był przekonany, że badacz pozbawiony tych uzdolnień może być co najwyżej „pożytecznym erudytą”, ale nigdy nie napisze nic interesującego na temat liryki. Lubił powoływać się na Mickiewicza, któremu w Panu Tadeuszu nie wystarczyło ukazanie niezwykłej urody Zosi, podobnej w blasku słońca do świętej na obrazku, obdarzył ją ponadto wyjątkową wrażliwością na dźwięki. W Księdze VIII bohaterowie „po wieczerzy [...] wychodzą na dziedziniec”, gdzie ogarnia ich „dziwna muzyka wieczoru”. Ale tylko „Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarów / Akord muszek i PÓŁTON fałszywy komarów” [podkr. – W.S.].

Czytając korespondencję ks. Jana Twardowskiego i prof. Konrada Górskiego (za której udostępnienie serdecznie dziękuję panu Janowi Pronobisowi, byłemu dyrektorowi Biura Towarzystwa Naukowego w Toruniu), nie mamy wątpliwości, że poeta w najważniejszym dla siebie momencie, bo niemal na progu twórczości, trafił na wyjątkowego rozmówcę. Nie tylko uczonego mickiewiczologa o wielkim autorytecie, ale i szczególnie wyczulonego na taką właśnie poezję czytelnika. Po ukazaniu się niemal zupełnie niezauważonego zbioru Wiersze toruński uczony napisał w liście z 31 grudnia 1959 roku:

Przeczytałem tomik z prawdziwą radością. Są tam rzeczy, które znałem dawniej z łamów „Tygodnika Powszechnego”, są i nowe, których nie znałem. Nie będę się bawić w komplementy. Głębia moralna, która promieniuje z całego cyklu, upewnia mnie, że Autor nie jest człowiekiem próżnym, który łaknie zdawkowych pochwał. Toteż ograniczę się do powtórzenia, że przeczytałem to z radością i wdzięcznością. Tak – z wdzięcznością, bo to jest uczucie, jakie się w nas budzi, ilekroć spotykamy się z dokumentami życia duchowego utrwalonego artystycznie. Każdy z nas jest dziś przecież tak bardzo samotny, że świadomość bliskiej obecności koło nas bliskiej duszy, czującej podobnie jak my, musi budzić odruch właśnie wdzięczności.

W archiwum prof. Konrada Górskiego zachowały się listy ks. Twardowskiego, wśród nich także te związane ze wspomnianym spotkaniem autorskim w Toruniu. Dowiedziawszy się, że Profesor ma wygłosić słowo wstępne, poeta napisał:

Z wielkim wzruszeniem dowiedziałem się [...], że Pan Profesor ma zamiar powiedzieć kilka słów na wieczorze moich wierszy w Toruniu 18 XI 71. Nigdy nie spodziewałem się takiego zaszczytu, jestem ogromnie wdzięczny za samą obietnicę. [...]

Całym wdzięcznym sercem dziękuję Panu Profesorowi za życzliwość i dobroć dla moich wierszy.

Po powrocie do Warszawy od razu tego samego jeszcze dnia napisał w liście:

Chciałem raz jeszcze podziękować za to, że Pan Profesor powiedział tyle życzliwych słów o moich wierszach. Nie marzyłem nawet o tym, zawsze onieśmielony ogromnym autorytetem Pana, teraz stał mi się Pan Profesor bardzo bliskim, prawdziwym ojcem.

Wiersze moje pomagają mi w pracy kapłańskiej, ułatwiają kontakty z ludźmi, dlatego nie umiem się od nich jeszcze oddalić.

Nie bardzo udało mi się czytanie w dużym kościele przez mikrofon, czyniłem to w takich warunkach po raz pierwszy w życiu, speszony popadłem w deklamatorstwo, ale chciałem jak najlepiej i modliłem się, ŻEBY TO NIE BYŁ TYLKO WIECZÓR AUTORSKI.

Bardzo dziękuję, uzbierałem trochę recenzji o moich wierszach, ale wypowiedź Pana Profesora jest dla mnie najcenniejsza i będzie zawsze najdroższa [podkr. – W.S.].

I nie były to jedynie konwencjonalne grzeczności. Ks. Twardowski w listach do uczonego dzielił się swoimi przemyśleniami dotyczącymi poezji („Szkoda, że pan Profesor nie mieszka blisko, tyle bym się zawsze mógł dowiedzieć...” – czytamy w jednym z listów), prof. Konrad Górski pamiętał nawet o imieninach poety, czym wprawiał go wręcz w zakłopotanie:

Czcigodny i kochany Panie Profesorze – pisał ks. Twardowski 25 czerwca 1971 roku. – Z największym wzruszeniem i radością dziękuję za przesłane mi życzenia otrzymane przed chwilą. Jestem wdzięczny za każde słowo. [...]

Jest Pan tym niezwykłym Profesorem, którego wiedzę, dokładność, wielkość zawsze podziwiałem, już nie ma Pan Profesor sobie równych. Przesłana mi kartka przyniosła szczęście i obudziła od razu wiele gorących uczuć...

Serdeczne słowa nadesłał uczony po śmierci matki księdza-poety, na co ks. Twardowski odpowiedział:

Jestem ogromnie wzruszony życzliwością dla mnie. Wdzięcznym i wiernym sercem dziękuję za ostatni list na wiadomość o śmierci mojej matki. Śmierć matki jest potężnym przeżyciem i wydaje mi się, że po jej śmierci przestajemy być dziećmi [...].

Nawet w późnej starości, przekroczywszy dziewięćdziesiąty rok życia, Konrad Górski potrafił odłożyć wszystko na bok, by przeczytać wydany w roku 1986 zbiorek Na osiołku:

Ileż tam olśniewających point, ile miejsc, gdzie – jak mówił Boileau – słowa dziwią się, że znalazły się w swoim towarzystwie! Jedno wydaje mi się całkiem nowe: skłonność do celowych wulgaryzmów, jakby wybuch niecierpliwości w obliczu zakłamania i niedostrzegania prawdy, oczywistej dla tych, którzy mają odwagę spojrzeć jej prosto w oczy! Za wszystko razem: Bóg zapłać! Z wyrazami najgłębszego oddania i podziwu – Konrad Górski.

Dodajmy, że „wulgaryzmy” w rozumieniu subtelnego badacza poezji, jakim był prof. Konrad Górski, dalekie są od zalewających dzisiaj nasz język. Chodziło o takie wiersze, jak choćby Proszę o wiarę:

stukam do nieba

proszę o wiarę

ale nie o taką byle jaką

taką co liczy gwiazdy a nie widzi kury

taką jak motyl na jeden dzień

ale

zawsze świeżą bo nieskończoną

taką co [...]

ze słów wybiera najmniejsze

nie na wszystko ma odpowiedź

i nie przewraca się do góry nogami

jeżeli kogoś szlag trafi

– Proszę o wiarę

Podobnie kończy się znany utwór Zaufałem drodze, który wszedł do kanonu poezji autora. Św. Agnieszka, witając go po wyczerpującej wędrówce drogą „wąską / takiej na łeb na szyję / z dziurami po kolana”, mówi:

nareszcie [...]

martwiłam się już

że poszedłeś inaczej

prościej

po asfalcie

autostradą do nieba z nagrodą od ministra

i że cię diabli wzięli

– Zaufałem drodze

*
***
*

W listach ks. Twardowskiego do prof. Konrada Górskiego znalazłem też informację o planowanym wyjeździe w lipcu 1971 lub 1972 roku (ostatnia cyfra niezbyt czytelna) do Tuchowa koło Tarnowa, na zaproszenie o. Mieczysława Witalisa, a w zasadzie do Lubaszowej, bo tam, w ośrodku ojców redemptorystów poeta przebywał dłużej i tworzył. Ten zupełnie nieznany fakt z biografii ks. Twardowskiego (potwierdzony przez o. Kazimierza Plebanka, który świetnie zapamiętał to zdarzenie) jest o tyle ważny, że wakacyjne wyjazdy, w całości poświęcone twórczości poetyckiej – o czym tu będzie jeszcze mowa – z reguły prowadziły do maleńkich miejscowości położonych w mazowieckich lasach. Tylko dwukrotnie poeta naruszył tę zasadę, wyjeżdżając właśnie do Tuchowa i Lubaszowej oraz, w roku 1993, na zaproszenie białostockiego wydawcy, Krzysztofa Tura, do Supraśla.

Do Tuchowa ksiądz-poeta przyjechał na początku lipca, w czasie Wielkiego Odpustu trwającego dziewięć dni. Pozostał wszakże bardzo krótko. Udał się do Lubaszowej, uroczej miejscowości położonej na górskim stoku wśród lasów. Miał tam wszystko, czego potrzebował do pisania – spokój i ciszę, przerywaną jedynie śpiewem ptaków, lasy z ginącymi w gęstwinie ścieżkami, wokoło linię horyzontu, zza której o świcie wschodziło słońce, by powrócić wieczorem. Być może tam właśnie powstał jeden z najpiękniejszych liryków, zatytułowany Przepiórka:

Przepiórko co się najgłośniej odzywasz

zawsze o wschodzie i zachodzie słońca

prawda że tylko dwie są czyste chwile

ta wczesna jasna i tamta o zmierzchu

gdy Bóg dzień daje i gdy go zabiera

[...]

– Przepiórka

Na pewno zaś z Tuchowem związana jest jedna z inwokacji Litanii polskiej:

Matko Tuchowska

z różą, jabłkiem i redemptorystami módl się za nami

Litania polska

*
***
*

Przez niemal dwadzieścia lat wielokrotnie rozmawiałem z Profesorem o poezji, także współczesnej. Konrad Górski bowiem był typem uczonego, który swoich badań nie ograniczał do jednej epoki literackiej. Na jego seminariach magisterskich, poświęconych głównie romantyzmowi, powstawały także prace o piśmiennictwie reformacyjnym czy twórczości Zbigniewa Herberta, którego uczony bardzo cenił. Studia związane choćby z Janem Kasprowiczem nie zamykały zainteresowań epoką przełomu wieków. Pamiętam moje spotkania z Tomaszem Jodełką-Burzeckim; często powracaliśmy do Jerzego Lieberta i Lasek. Okazało się, że właśnie liryka religijna pozwoliła mu nawiązać serdeczny kontakt z toruńskim uczonym, a w konsekwencji pod kierunkiem Profesora powstała rozprawa doktorska poświęcona... Władysławowi Stanisławowi Reymontowi.

W rozmowach z prof. Konradem Górskim często powracaliśmy do poezji ks. Jana Twardowskiego. Z radością konstatowaliśmy rosnącą pozycję „naszego” autora. Zapamiętałem zwłaszcza jedną z wizyt w roku 1986, kiedy ukazał się wspomniany tu zbiorek Na osiołku, wydany przez Katolicki Uniwersytet Lubelski w niebywałym nakładzie 50 tysięcy(!) egzemplarzy, oraz zaskakująco obszerne zbiorowe wydanie wierszy Nie przyszedłem pana nawracać, przygotowane przez Jacka Giebułtowicza w Wydawnictwie Archidiecezji Warszawskiej w nakładzie 25 tysięcy(!). Tom, wznawiany odtąd aż do śmierci poety, liczył ponad 420 stron!

Kiedy przyszedłem któregoś dnia, Profesor właśnie oddawał pani, która prowadziła mu dom, korespondencję do wysłania. Nieoczekiwanie, po przywitaniu, powiedział z zagadkowym uśmiechem:

Panie Waldemarze, rozmawia Pan z człowiekiem nieuczciwym...

Zaprzeczyłem, oczywiście, a wówczas usłyszałem:

Akademia Szwedzka prosi mnie o opiniowanie polskich kandydatur do Literackiej Nagrody Nobla. Znowu wpisałem Zbigniewa Herberta, bo to świetny poeta. Powinienem jednak księdza Jana Twardowskiego, ale przecież protestanccy Szwedzi nie dadzą tej nagrody katolickiemu księdzu...


II ›
Wikary w Żbikowie (fot. ze zbiorów rodziny Knichowieckich)

II

KSIĄDZ, KTÓRY PISAŁ WIERSZE

Wiersze od początku wywoływały w ks. Janie Twardowskim tyleż zakłopotania, co radości. Nie potrafił ich nie pisać, więc najpierw, jeszcze w szkole, ukrywał tę swoją – jak mawiał – „słabość”, aby nie wytykano go palcami, a po przyjęciu święceń kapłańskich długo zmagał się sam ze sobą, jak pogodzić te dwa powołania. W końcu ujął to tak, jak napisałem wyżej: nie uważał siebie za poetę, ale za księdza, który pisze wiersze.

Charakterystyczny wydaje się tytuł jego debiutanckiego, jeszcze gimnazjalnego utworu, Skarga, i końcowe wyznanie: „Ach, po co śniłem plany / gdy snów nikt nie rozumie”. Poezja, ten szczególnym rodzaj rozmowy, z samej swojej natury otwarta na drugiego człowieka, często bywa odrzucana jako coś niezrozumiałego czy wymagającego od czytelnika zbyt wiele. Nierzadko się zdarza, że jej twórca czuje się wyobcowany nawet wśród najbliższych. Dlatego młody autor ukazywał siebie jako młodzieńca o „sercu [...] cichym jak pacierz”, „we własny cień otulonym”, „na krawędzi życia i snu”.

Potrafił wszakże – dodajmy – spojrzeć też z dystansem na własne próby poetyckie, jak choćby w „Poradniku literackim”, który prowadził w międzyszkolnym piśmie „Kuźnia Młodych”. Odpowiadając autorowi zagubionemu w rzeczywistych czy tylko subiektywnie odczuwanych lękach, napisał („KM” 1934, nr 10):

Kolego-autorze, więcej optymizmu! Optymizm to załamanie się w pryzmacie duszy ludzkiej słońca, twórczej potęgi Bożej, która we wszechbycie zawiera się i objawia – prościej można to powiedzieć w ten sposób: tylko lekarze nie każą się śmiać – bo śmiech to zdrowie, ale uczeń zawsze jest wesoły i zawsze śmieje się, nawet choćby był korepetytorem subiekta w składzie trumien.

W innej wypowiedzi („KM” 1934, nr 15), niejako potwierdzając, że potrafi śmiać się i z siebie, napisał:

Kiedy mruczałem pod nosem jeden z ostatnich swoich wierszy, ojciec mój słuchał długo, potem na palcach przeszedł do drugiego pokoju i kładąc palec na ustach rzekł do matki mojej – „Pss, pss, Anielciu kochana, zdaje mi się, że za mało nam było pożyczki narodowej, jeszcze nam syn pierworodny zwariował”.

*
***
*

Stosunek do poezji zmieniła – jak całe życie poety – wojna, zwłaszcza Powstanie Warszawskie, które było najważniejszym przeżyciem przed wstąpieniem do seminarium duchownego, a nawet – co ks. Twardowski wielokrotnie podkreślał – zadecydowało o przyjęciu powołania. Wtedy właśnie narodził się przyszły ksiądz i autor zupełnie innych już utworów, które określiły jego dojrzałą twórczość.

Wiersze – jak to nierzadko bywa – wyprzedziły dojrzewanie i do kapłaństwa, i do twórczości na miarę talentu, jaki otrzymał od Stwórcy. Pojawiły się jednak – o czym już pisałem – nowe wątpliwości: czy można pogodzić dwa powołania, czy raczej oddać siebie całego Chrystusowi i stać się narzędziem w Jego rękach.

W jednym z wczesnych kapłańskich liryków, będących zapisem owych rozterek, czytamy:

Obym nigdy nie układał litanii

choć najpiękniej nie nazywał Boga –

bo to wszystko próżność, garść prochu –

inna wiedzie ku Niemu droga

[...]

– Obym nigdy nie układał litanii...

Bardzo interesujące w tym kontekście wydają się zwłaszcza mało znane wiersze z drugiej połowy lat czterdziestych, niewłączone do żadnego ze zbiorków poetyckich:

[...]

Że właśnie taki dzień, że właśnie takie dnie

zmęczenia w oczach cień, spokoju trochę w śnie –

że wiśni pełen sad, że wolna droga w świat

maleńki, opuszczony, w Powstaniu obtłuczony

Pan Jezus zamyślony powtarza – Rzucisz mnie –

– Że właśnie taki dzień...

Niedawny student polonistyki i powstaniec nie skorzystał z „wolnej drogi w świat”, lecz z różańcem w ręku – jak napisał w pierwszym opublikowanym pod własnym nazwiskiem, już po wstąpieniu do seminarium duchownego, utworze – zatytułowanym właśnie Różaniec – dał się ogarnąć „całemu żarowi modlitwy późnego powołania”, by wyznać: „Przed własną tajemnicą przyklękam taki mały...”.

W wierszu O jednym z pacierzy zapewniał, że zarówno w życiu, jak i twórczości pozostanie na zawsze wierny Chrystusowi:

Choćby wzbronili wierszy o Tobie

pięknych drukować –

na klęczkach będę szeptać Ci jeszcze

wzbronione słowa

– O jednym z pacierzy

*
***
*

Musiało wszakże minąć niemało czasu, zanim ks. Twardowski pokonał powracające wątpliwości. Był kapłanem i to powołanie, wprawdzie późniejsze niż twórczość poetycka, uważał za najważniejsze w swoim życiu. Bardzo przeżywał słowa Chrystusa skierowane do najbliższych uczniów, zapisane w Ewangelii według św. Jana: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje” (J 15, 16). Wprawdzie – by odwołać się do słów Jana Pawła II z książki Dar i Tajemnica – i powołanie kapłańskie, i artystyczne są darem Stwórcy, jednak nic nie może się równać z tytułem przyjaciela Chrystusa, a tak właśnie Zbawiciel nazwał swoich uczniów: „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15, 15).

Dopiero utwierdziwszy się w przekonaniu, że „wiersze mają swoje posłannictwo, torują na swój sposób drogę Łasce”, ks. Twardowski uznał je za jedną z form posługi duszpasterskiej. Miał, oczywiście, świadomość, że nie do wszystkich dociera ten rodzaj wypowiedzi: „Wiersze [...] przemawiają do pewnych tylko ludzi wrażliwych na wiersze. Ci wrażliwi mogą być nieliczni, ale ponieważ są wrażliwi, są bardzo ważni, ważniejsi od licznych niewrażliwych” – powtarzał.

A tego już nie można wytłumaczyć inaczej, niż sięgając do istoty poezji...

Najgłębiej – jak sądzę – ukazał ten problem Karol Wojtyła, który, podobnie jak ks. Jan Twardowski, był przekonany, że tylko język poetycki jest w stanie przeniknąć próg Tajemnicy, wyrazić to, co w inny sposób jest niewyrażalne. Na tej prawdzie, leżącej u źródeł poezji, oparli swoją twórczość wielcy mistycy, ale w języku dyskursywnym wyrazili ją dopiero symboliści, mówiąc, że „poezja to wyrażanie niewyrażalnego”.

Jeszcze w poezji Adama Mickiewicza – mam na myśli Drogę nad przepaścią w Czufut-KaleSonetów krymskich – znajdujemy znamienne wyznanie:

MIRZA

Znów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica,

Tu jeździec końskim nogom swój rozum powierza:

Dzielny koń! Patrz, jak staje, głąb okiem rozmierza,

Uklęka, brzeg wiszaru kopytem pochwyca,

I zawisnął. – Tam nie patrz! Tam spadła źrenica,

Jak w studni Al-Kairu, o dno nie uderza.

I ręką tam nie wskazuj, nie masz u rąk pierza;

I myśli tam nie puszczaj, bo myśl jak kotwica

Z łodzi drobnej ciśniona w niezmierność głębiny,

Piorunem spadnie, morza do dna nie przewierci,

I łódź z sobą przechyli w otchłanie chaosu.

PIELGRZYM

Mirzo, a ja spojrzałem! Przez świata szczeliny

Tam widziałem – com widział, opowiem – po śmierci,

Bo w żyjących języku nie ma na to głosu.

– Droga nad przepaścią w Czufut-Kale

Poeta znakomicie uchwycił tu sytuację człowieka, który sięgnął poza zasłonę rzeczywistości, a choć – powtórzmy – „w języku żyjących” nie znalazł jeszcze „na to głosu”, nie ustawał w wysiłkach, by sięgnąć nieznanego, odkryć iście boską tajemnicę łączenia słów w wielkie metafory, poruszające obrazy przybliżające niepojęte prawdy.

Karol Wojtyła w swojej młodzieńczej twórczości nawiązał do św. Jana od Krzyża, hiszpańskiego mistyka, który jak nikt wcześniej potrafił utrwalić w słowie spotkania człowieczej duszy z Chrystusem. Doświadczenia mistyczne zapisał w czteroczęściowym traktacie: Droga na Górę Karmel, Noc ciemna, Pieśń duchowa, Żywy płomień miłości, poprzedzając każdą z owych części osobnym poematem, jakby na potwierdzenie wyjątkowej roli poezji. Przyszły papież, który poświęcił Doktorowi Nocy rozprawę doktorską Zagadnienie wiary w dziełach św. Jana od Krzyża, podjął próbę wyjaśnienia niezrozumiałego dla wielu zestawienia poezji i traktatu teologicznego, zważywszy na to, że język tych dwu rodzajów wypowiedzi różni się zasadniczo. W opublikowanym wówczas artykule O humanizmie św. Jana od Krzyża („Znak” 1951, nr 27, s. 8) napisał:

Poezja niewątpliwie UŁATWIŁA Autorowi wiele w tej dziedzinie, która ani w ramach POTOCZNEGO PROZAICZNEGO JĘZYKA, ani w więzach ściśle NAUKOWEJ TERMINOLOGII nie da się WSPÓŁRZĘDNIE wyrazić. [podkr. – W.S.].

Zwróćmy uwagę na wyróżnione słowa. Na pewno wielu, a nawet większość z nas, nie potrafiłoby się zgodzić ze stwierdzeniem, że poezja cokolwiek „ułatwia”, bo tak też nie jest. „Ułatwia” – powtórzmy – jedynie wtedy, kiedy czegoś w inny sposób nie możemy wyrazić. Rezygnacja z tego rodzaju wypowiedzi spowodowałaby, że niemały obszar naszej rzeczywistości, zwłaszcza duchowej, pozostałby nieznany. Dlatego Karol Wojtyła uważał język poetycki za – raz jeszcze podkreślmy – WSPÓŁRZĘDNY z językiem potocznym i naukowym.

Z tym także nie jest łatwo się zgodzić, zważywszy na specyfikę mowy poetyckiej. Język potoczny i naukowy mają charakter POJĘCIOWY, to znaczy słowo nazywa konkretną rzecz, na przykład gdy mówimy „stół”, wiemy, co kryje się za tą nazwą, podobnie jak „krzesło”, „drzewo”, „książka”, „dziecko”, „człowiek” itd. Nie wszystko jednak można w ten sposób określić. Co kryje się za słowami „miłość”, „przyjaźń”, „wiara”, „ufność”, „Bóg”?

Próbując wyrazić z jednej strony coś, co nas nieskończenie przerasta (jak Bóg), a z drugiej najsubtelniejsze uczucia, stany wewnętrzne człowieka, poeci stworzyli jedyny w swoim rodzaju „alfabet”; nie z liter, a osobnych słów, łączonych w niepojęty dla innych sposób, by choć PRZYBLIŻYĆ SIĘ do Tajemnicy. Zdanie: „Lśniła bzu zapachem cisza” łamie wszelkie zasady logiczne, a przecież tworzy jakże pojemny, pełen znaczeń obraz poetycki. Nie zawsze, oczywiście, zestawienia słów przynoszą nowe sensy, bo też nie istnieje jakaś określona zasada owych szczególnych połączeń, które są równie tajemnicze, jak... miłość, zespalająca zupełnie obcych sobie ludzi w doskonałą jedność, że – by sięgnąć do słów z Biblii – stają się jednym ciałem.

Umiejętność ta dostępna jest jedynie artystom obdarzonym przez Stwórcę talentem, którego nie można ani kupić, ani się nauczyć. Jan Paweł II, związany z twórcami – jak wyznał – „doświadczeniami [...], które pozostawiły niezatarty ślad w moim życiu”, napisał w słynnym Liście do artystów z 4 kwietnia 1999 roku:

Nikt nie potrafi zrozumieć lepiej niż wy, artyści, genialni twórcy piękna, czym był ów pathos, z jakim Bóg u świtu stworzenia przyglądał się dziełu swoich rąk. Nieskończenie wiele razy odblask tamtego doznania pojawiał się w waszych oczach, artyści wszystkich czasów, gdy zdumieni tajemną mocą dźwięków i słów, kolorów i form, podziwialiście dzieła swego talentu, dostrzegając w nich jakby cień owego misterium stworzenia, w którym Bóg, jedyny stwórca wszystkich rzeczy, zechciał niejako dać wam udział. [...]

Pierwsza stronica Biblii ukazuje nam Boga jako poniekąd pierwowzór każdej osoby, która tworzy jakieś dzieło: w człowieku twórcy znajduje odzwierciedlenie Jego wizerunek Stwórcy. Tę więź ukazuje szczególnie wyraźnie język polski dzięki pokrewieństwu między słowami „stwórca” i „twórca”.

Jaka jest różnica między „stwórcą” i „twórcą”? Ten, kto stwarza, daje samo istnienie, wydobywa coś z nicości [...] i ten ściśle określony sposób działania jest właściwy wyłącznie Wszechmogącemu. Twórca natomiast wykorzystuje coś, co już istnieje i czemu on nadaje formę i znaczenie. [...]

W „twórczości artystycznej” człowiek bardziej niż w jakikolwiek inny sposób objawia się jako „obraz Boży” i wypełnia to zadanie [...]. Boski Artysta, okazując artyście ludzkiemu łaskawą wyrozumiałość, użycza mu iskry swej transcendentalnej mądrości i powołuje go do udziału w swej stwórczej mocy. [...]

Dlatego artysta, im lepiej uświadamia sobie swój „dar”, tym bardziej skłonny jest patrzeć na samego siebie i na całe stworzenie oczyma zdolnymi do kontemplacji i do wdzięczności, wznosząc do Boga hymn uwielbienia.

Przypomnijmy, że od majestatycznego hymnu uwielbienia rozpoczął swoją polską twórczość nasz pierwszy wielki poeta Jan Kochanowski i ta jego pieśń, Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary, do dziś pozostała żywa, rozbrzmiewa we wszystkich świątyniach.

Aby jednak ów hymn mógł powstać, autor musiał być przekonany, że jedynie w ten sposób najpełniej wypowie wielkość niepojętego, nieogarnionego Boga, co wiązało się z niebywałym poczuciem mocy twórczej oraz świadomości, że został nią obdarowany przez Niego samego. Jan z Czarnolasu był poetą epoki sprzed wielkiego kryzysu światopoglądowego przełomu szesnastego i siedemnastego stulecia, po którym Europa nigdy już nie powróciła do dawnej jedności, coraz bardziej zatracając swoją duchowość. Człowiek, przekonany o własnych możliwościach i niezmąconej harmonii świata, zbyt wiele – można powiedzieć – przyjął na swoje barki, aż się ugiął, „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie” (Mikołaj Sęp Szarzyński, Sonet III). Niepewność co do własnej kondycji nie pozostała bez wpływu zarówno na myśl filozoficzną, jak i twórczość artystyczną. Nawet spory z Panem Bogiem wynikały raczej z ludzkiej bezradności niż siły. Dlatego sztuka kolejnych epok odchodziła coraz dalej od rzeczywistości sakralnej, w najlepszym razie zamykając się w kręgu estetyki.

W tym też kontekście należy widzieć wątpliwości zwłaszcza kapłanów co do uprawianej twórczości. Ks. Jan Twardowski nie był pierwszym z nich, wystarczy przywołać przykład św. Brata Alberta, który jako artysta malarz Adam Chmielowski odniósł niemałe sukcesy, lecz ostatecznie w całości oddał się służbie wśród najbardziej opuszczonych, znajdujących się na marginesie życia społecznego, nierzadko z własnej winy. Podobne dylematy przeżywali Jerzy Liebert i jego ukochana Agnieszka. Autor Wyboru i wielu innych znakomitych wierszy nie potrafił porzucić poezji, jego wybranka zaś poszła inną drogą – wstąpiła do zakonu i resztę życia poświęciła pracy z dziećmi ociemniałymi w Laskach.

Ks. Twardowski nie tylko nie odszedł od poezji, ale właśnie w wierszach najpełniej wyraził podziw dla Stwórcy i dzieła stworzonego, określiwszy najpierw swoje widzenie kapłańskiego powołania. W jednym z najpiękniejszych liryków, wspomnianym już O wróblu, czytamy:

Nie umiem o kościele pisać

o namiotach modlitwy znad mszy i ołtarzy

[...]

o oku Opatrzności

które widzi orzechy trudne do zgryzienia

[...]

lecz o kimś

skrytym w cieniu

co nagle od łez lekki gorący jak lipiec

odchodzi przemieniony w czułe serce skrzypiec

i o tobie niesforny wróblu

co łaską zdumiony –

wpadłeś na zbitą głowę

do święconej wody

– O wróblu

Odrzucił tym samym wszelki schematyzm w posłudze duszpasterskiej, poszukując – można powiedzieć – mniej oficjalnych form wypowiedzi. Zamiast ubolewać nad „orzechami trudnymi do zgryzienia”, potrafił cieszyć się z każdego, kto odchodził od konfesjonału pojednany z Bogiem – powtórzmy – „od łez lekki gorący jak lipiec”, „przemieniony w czułe serce skrzypiec”. Takiego widzenia nie mógł nauczyć się na zajęciach z homiletyki, raczej wynikało to z jego wrażliwości. W słynnym Wyjaśnieniu napisał w:

Nie przyszedłem pana nawracać

zresztą wyleciały mi z głowy wszystkie mądre kazania

[...]

po prostu usiądę przy panu

i zwierzę swój sekret

że ja, ksiądz

wierzę Panu Bogu jak dziecko

– Wyjaśnienie

Końcowy fragment nie pozostawia wątpliwości, że Autor nie zaniedbał niczego ze swego powołania, tylko postanowił inaczej je realizować. Nie chcąc naruszyć wolności swego rozmówcy, po prostu „zwierzył” mu „swój sekret”: mimo iż jest księdzem, wierzy „Panu Bogu jak dziecko”. Odwołanie się do wiary dziecka ma swoją wagę. Bodaj wszyscy w tym okresie kochaliśmy Pana Boga miłością – by sięgnąć po cytat z Dzieciństwa wiary – „tak czystą że karmiła Boga”.

Charakterystyczny wydaje się dystans księdza-poety do kazań, które są szczególnym elementem duszpasterskiej posługi; można nimi – jak w ogóle słowem – zarówno pozyskać słuchaczy, jak i łatwo ich zniechęcić. Stąd w wielu wczesnych wierszach ks. Twardowski powracał do nich, by przywołać utwór pod tytułem, nomen omen, O kazaniach:

O jakże już nie znoszę wszystkich świętych kazań,

mądrych, dobrych, podniosłych, pobożnych i słabych

Kiedy głoszę je, czasem urwałbym w pół zdania

i brewiarz mówił w sadzie, gdzie jabłek powaby

Inna rzecz – dzieci uczyć, pacierz przypominać,

grzesznikom w twarz popatrzeć i nie mówić słowa

[...]

– O kazaniach

„Poznacie ich po ich owocach” (Mt 7, 16) – to zdanie z Ewangelii według św. Mateusza byłoby najbardziej zwięzłym komentarzem do podobnych utworów. Autor, absolwent uniwersyteckiej polonistyki, zapewne miał w pamięci znane powiedzenie z Szekspira i Wyspiańskiego: „słowa, słowa, słowa”, stąd nie chciał, by posługa duszpasterska jedynie do słów się sprowadzała.

*
***
*

W tych najwcześniejszych wierszach nie sposób oddzielić poety od kapłana, czego wymownym przykładem jest to wyznanie:

Żeby móc tak nareszcie uprościć,

jedną miłość wybrać z wielu miłości,

jedną przyjaźń najbardziej prawdziwą,

z zim na łyżwach – tę jedną szczęśliwą,

z psów kudłatych – najwierniejsze psisko,

z prac doktorskich – jasną nade wszystko

To bliziutko już od tej prostoty

do jedynej za Bogiem tęsknoty

– Żeby móc tak nareszcie uprościć...

To wiersz niejako programowy, wskazujący drogę do szczęśliwego życia blisko Boga, a więc – w przypadku ks. Twardowskiego – do spełnionego kapłaństwa i twórczości poetyckiej, w której najtrudniejszą sztuką jest prostota. Jednym z ulubionych słów ks. Twardowskiego było „ubóstwo”, „ubogi”. Stworzył nawet swoistą etymologię tego słowa: „ubogi” to ktoś, kto nic nie posiada, bo wszystko ma „u Boga”; sam o to właśnie prosił:

Daj nam ubóstwo lecz nie wyrzeczenie

radość że można mieć niewiele rzeczy

i że pieniądze mogą być jak świnie

i daj nam czystość co nie jest ascezą

tylko miłością – tak jak życie całe

i posłuszeństwo co nie jest przymusem

ale spokojem gwiazd co też nie wiedzą

czemu nad nami chodzą wciąż po ciemku

[...]

– Daj nam

Ksiądz, który modlił się, „żeby nie być taką czcigodną osobą / której podają parasol / wysyłają do Rzymu” (Gorętsza od spojrzenia), w twórczości literackiej od „wierszy krzykliwych siebie pewnych” wolał „nieśmiałe i bose”, „przemilczane”, ale „łaski pełne”.


III ›
Ksiądz w bramie kościoła w Żbikowie; 55 rocznica święceń kapłańskich (fot. W. Smaszcz)

III

...śnią nam się jeszcze
spokojne noce
i drzewa

Autor Sześciu pór roku urodził się w Warszawie, tu się wychował i zdobył wykształcenie, wstąpił do seminarium duchownego i przyjął święcenia kapłańskie. Poza krótką tułaczką popowstańczą, kilkuletnim pobytem w nieodległym Żbikowie oraz wikariacie na Żoliborzu i Saskiej Kępie, całe jego życie upłynęło w samym sercu stolicy, między ulicami: Koszykową, gdzie przyszedł na świat, Elektoralną, gdzie rodzina Twardowskich zamieszkała po odzyskaniu niepodległości, Kapucyńską, przy której mieściło się Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego, wreszcie Krakowskim Przedmieściem, gdzie najpierw studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim im. Józefa Piłsudskiego, a po wojnie w seminarium duchownym przygotowywał się do kapłaństwa. Po jedenastu latach (od roku 1959) jako ksiądz rektor zamieszkał przy klasztorze Sióstr Wizytek (Krakowskie Przedmieście 34), gdzie pozostał do końca długiego, ponad dziewięćdziesięcioletniego życia.

Należał więc ks. Twardowski do nielicznej grupy pisarzy na wskroś warszawskich, jak choćby starszy o pokolenie Jan Lechoń, autor najpiękniejszych strof o rodzinnym mieście. W tym wszakże przypadku okazało się, że tak jednoznaczna biografia w niewielkim stopniu wpłynęła na charakter twórczości i światopogląd poetycki autora Sześciu pór roku. Jan Twardowski od początku źle czuł się w mieście, wielokrotnie, od najwcześniejszych wierszy podkreślał swoją niechęć do cywilizacji urbanistycznej.

Przykładem jest choćby Leśniczówka napisana w 1935 roku. Przybysz z Warszawy, rozgościwszy się w tytułowej leśniczówce, „zaplątanej gdzieś tam na kresach w starych sosen aż kilkanaście”, nie krył, dlaczego tu przyjechał:

tutaj jest co innego – w ciche liście rozdzwonione okno

poprzez srebro strun naciągniętych – poprzez szyby

mogę nocy już dotknąć

[...]

a dom został zaplątany w dzikie wino werandami w las

jak w noc otwarty

– Leśniczówka

Po latach, gdy w Piśmie Świętym znalazł potwierdzenie swoich uprzedzeń, napisał w wierszu Dzieło rąk Kainowych:

Ucałuję cię Biblio, bo w tobie są słowa,

że Kain pierwsze miasto na ziemi zbudował –

[...]

– Dzieło rąk Kainowych

Kiedy zaś po święceniach kapłańskich został skierowany do pracy we wspomnianym Żbikowie, który dzisiaj jest dzielnicą Pruszkowa, lecz w 1948 roku był prawdziwą wsią, poczuł się po prostu szczęśliwy. Tym boleśniej przeżywał powrót do Warszawy w roku 1952, o czym wiemy z głośnego wiersza Pożegnanie wiejskiej parafii:

Pora odejść żal tając jak iskry niezgasłe,

że mnie ze wsi zabrali by pokrzywdzić miastem

[...]

– Pożegnanie wiejskiej parafii

„Żal”, jedno z ulubionych słów poety, powraca w tym utworze kilkakrotnie, jakby na potwierdzenie westchnienia Antoniego Słonimskiego z pięknego liryku zatytułowanego właśnie Żal: „Jak różne są rzeczy ukryte / W króciutkim wyrazie: żal”. Czego młodemu wikaremu z cytowanego wiersza było żal? „Szkoły dzieci w ławkach woźnej z pękiem kluczy / [...] / kulawych i głuchych chorego w szpitalu / bardzo dawnej paniusi w przedpowstańczym szalu / przygotowań do wilii smutnej oczywiście / gdy opłatek od matki drży na poczcie w liście”.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.