Książka ebook Spalona róża Walczak, Anna Novae Res

Spalona róża (ebook)

Autor:

Walczak, Anna

Cena: 32,90 zł 12,99 zł (oszczędzasz 61%)
+12 pkt (kup za 6,49 zł)
Dodaj do koszyka Wydawnictwo: Novae Res Rok wydania: 2010 Kategoria: Powieść Język: polski Format: EPUB (DRM) (do pobrania na e-czytnik, smartfon, tablet lub komputer)

Madison Carpen i Daniel Broogins są przeciwieństwami.
Ona od zawsze biedna, poniżana i doświadczona przez los.
Nic nieznacząca.
On bogaty i pożądany, krętacz, kobieciarz. Drań.
Nienawidzą się.
Czy żyjąc pod jednym dachem, w mrocznym domu
i czarnej przestrzeni, pomimo przeciwności losu
I niebezpieczeństwa, uda im się…

Uwierzyć w miłość?

Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.

Spis treści

Strona tytułowa
Informacje o książce

Prolog
Rozdział I Powiew złych wspomnień
Rozdział II Być znienawidzonym przez wieki
Rozdział III W mej duszy będziesz tylko kamieniem
Rozdział IV Plama brudnej krwi

Anna Walczak

Spalona róża


© Anna Walczak i Novae Res s.c. 2010.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-61194-27-9

Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.


Platon

Paulo Coelho


Prolog

Następny dzień dobiegał końca. Kolejne mijające minuty świadczyły o beznadziejności życia. Absurdalnie intensywne światło z kominka raziło mnie w oczy. Klaustrofobiczny wystrój pomieszczenia sprawiał, że odczuwałam na twarzy języki ognia.

Nie dało się tu wytrzymać bez wody; moje gardło było wysuszone, paliło. Co chwila dolewałam wody do szklanki o cienkich ściankach. Tylko człowiek siedzący naprzeciw mnie zdawał się być przyzwyczajony do panującego tu mrocznego klimatu. Jego demonicznie czarne oczy skrywały głęboką nienawiść. Posyłał mi wrogie spojrzenia, a ja odwzajemniałam się tym samym. Mierzyliśmy się wzrokiem, choć moje jasne tęczówki niknęły w nienawiści.

Tak wyglądało moje życie. Wieczna bitwa zakończona klęską. Mimo że walczyłam do utraty tchu, nie byłam w stanie wygrać.

Atmosfera w pokoju przerastała mnie. Gęste powietrze, unoszący się zapach aromatycznych kadzideł i olejków… To wszystko otumaniało moją biedną, zmęczoną głowę, tylko demon siedział spokojnie ze wzrokiem utkwionym we mnie.

Nie chciałam po raz kolejny wpaść w złość i wylądować na izbie przyjęć. Wstałam, drżąc na całym ciele. W dłoni trzymałam szklankę z wodą. Zamierzałam wyjść z salonu. Marzyłam o zaczerpnięciu świeżego, czystego powietrza. Nim się obejrzałam, ciepłe, delikatne ręce spoczęły na moim nadgarstku i obróciły mnie w stronę demona. Tym razem jego oczy były martwe i zimne. Szklanka spadła na podłogę, a on zbliżył się na niebezpieczną odległość.


Rozdział I
Powiew złych wspomnień

Jesień. Pochmurna i deszczowa jak nigdy dotąd. Ani jeden promyk słońca nie chciał się przebić przez szare niebo. Ciemność unosiła się nad wysokimi budynkami z brudnej czerwonej cegły.

Smog zmniejszał widoczność. Wszystko było szare. Ta dzielnica była jedną z najniebezpieczniejszych. Domy miały powybijane szyby, wiele z nich nosiło ślady bójek i popisów grafficiarzy.

W jednym z takich domów siedziała dwudziestotrzyletnia kobieta. Długie jasnobrązowe włosy spływały na jej ramiona, piękne zielono-niebieskie oczy patrzyły na album ze zdjęciami. Nagle jedna łza spłynęła na brzoskwiniowy policzek kobiety.

Na jednym ze zdjęć była ona – siedemnastolatka ubrana w niemodną czarną spódnicę i jeszcze gorszą białą bluzkę. Na nogach miała za małe, obtarte buty w kolorze błota.

Obok niej stał wysoki blondwłosy chłopak – ubrany modnie i elegancko. Jego wzrok wbity w fotografa wyrażał kpinę, wręcz irytację.

Kobieta zerwała się ze starego fotela i zatrzasnęła album, aby odrzucić złe wspomnienia.

Wszystkie momenty, w których ją poniżał. Wróg, który wiedział o wszystkim. Który nie pomógł, lecz zrównał z ziemią.

– Nic niewarte śmieci! – krzyknęła.

Jej głos mimo wyczuwalnej złości i bezsilności był gładki jak aksamit.

Spojrzała w okno. Pogoda nie przytłaczała jej, wręcz przeciwnie – dodawała sił i energii. Szare chmury i brak słońca – to było jej teraz potrzebne.

Spojrzała na stłuczony zegar wiszący na ścianie. Ogarnęła swoim morskim spojrzeniem cały pokój. Wszystko było utrzymane w porządku, lecz ciężko był mówić o schludności. Starała się utrzymywać czystość. Nie zawsze jednak było to możliwe.

Kochała noc. To była ta pora dnia, w której ojca nie było w domu. Upijał się. Codziennie. Zwyczajnie. Normalnie. Szedł do baru niedaleko domu i nad ranem wracał pijany. Kiedy ona była w swoim ulubionym miejscu…

Lecz czy „ulubionym miejscem” można nazwać zapuszczony park, pełen starych gazet i puszek po napojach? Gdzie drzewa są uschnięte, a wychudzone psy wyżerają resztki jedzenia ze śmietnika? Gdzie zatacza się obdarty pijak? Pasowała tylko do tego miejsca.

***

Na ławce nad rzeką siedział młody mężczyzna. Krótkie, starannie obcięte, postawione blond włosy nadawały jego twarzy wyraz młodzieńczej bystrości. Nie miał nastu lat, ale w czym mu to przeszkadzało? Te naiwne siedemnastolatki i tak się w nim kochały.

Czarne oczy patrzyły w nieosiągalny punkt poza widnokręgiem, który tylko on dostrzegał. Bo widział wspomnienia.

Te wszystkie dziewczyny pamiętał jak przez mgłę. W szkole był uznawany za najprzystojniejszego chłopaka. Jednak nigdy nie miał trzech dziewczyn naraz. Owszem, zdarzało mu się mieć dwie…

Albo ta… Jak jej tam było… Medison? Ta brązowowłosa dziewucha. Kochał sprawiać jej przykrość. Dobrze wiedział, że te siniaki to nie wina upadku ze schodów. Nie omieszkał powiedzieć, kim jest jej ojciec… Chociaż to jego rodziców zabili, hmm, przyjaciele…

I aż do teraz nic się nie zmieniło. Mimo dwudziestu trzech lat na karku nie wyrósł z głupich rozrywek, był niepoprawnym kobieciarzem, kochał… poniżać innych? Zrównywać ich z ziemią? W jego życiu toczyła się wieczna walka o pieniądze.

Po co mu to było? Od zawsze był bogaty! Nigdy nie brakowało mu pieniędzy. Nawet nie musiał pracować w tej durnej firmie, pozostawionej mu przez ojca. Nie chciał być z nim utożsamiany. Nie z… bandytą.

Żył od zakładu do zakładu. Żył, bo wygrywał. Żył, bo… musiał!

Nie był draniem. Więc dlaczego to zrobił? Żeby zranić kolejną? Tylko którą?

Nagle z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Odebrał go znudzony, przysięgając sobie, że przy najbliższej okazji wyrzuci go do rzeki.

– Słucham… – rzucił w przestrzeń.

– Spotkaj się ze mną jutro o szesnastej na Moście Północnym – szybko rzucił kobiecy głos.

Nie znał go. A może… Ale nie przypominał go sobie.

– Czekaj… Kim jesteś? – zapytał, wstając gwałtownie.

Nerwy? To nie było w jego stylu.

– Nieważne. Przyjdź. Będę czekać – rzekła kobieta i natychmiast odłożyła słuchawkę.

Nie zdążył zapytać o nic więcej. Po co? I tak by mu nie odpowiedziała! Ale coś mu podpowiadało, że powinien pójść na spotkanie. To przecież była kobieta.

W samą porę…


Rozdział II
Być znienawidzonym przez wieki

Jasny brąz jej włosów, poszarzała cera i morskie oczy zupełnie nie pasowały do pogody tego dnia. Poranek był ciepły i słoneczny.

Siedziała w fotelu i uparcie wpatrywała się w rozbity zegar. Teraz był jej stróżem. Nie mogła się spóźnić. To była jej jedyna szansa.

Jeszcze raz spojrzała przez okno na brudne budynki, oświetlone blaskiem jesiennego słońca.

Miała nadzieję, że to się zmieni. Czy się bała? Przecież wiele razy stawiała czoła przeszkodom stojącym jej na drodze. Nie bała się nawet ojca, który był zaliczany do grona najgroźniejszych osób w okolicy.

Więc co to było? Uczucie, którego nigdy nie doznała. Nie było to strach ani zniecierpliwienie. Nie chciała wiedzieć.

***

Ten dom pasował do otoczenia. Wielki niczym zamek, zbudowany z czarnej cegły. Mroczny, zimny…

Nieczuły. W jednym z jego pokoi stał blondyn o czarnych oczach. Pasował do tego miejsca. Wyraz jego twarzy nic nie mówił. Nie można było określić, co ten człowiek czuje.

Spojrzał na zegarek. Była piętnasta trzydzieści. Miał pół godziny.

Westchnął cicho, narzucił na siebie modną czarną marynarkę i wyszedł na podwórze.

W twarz uderzyło go zimno. Poranek był ciepły niczym nadzieja. Teraz pogoda zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Niebo było zachmurzone, padał zimny deszcz, wiatr uderzał z dziką prędkością we wszystko, co spotkał na swej drodze.

Mimo to mężczyzna ruszył w stronę Mostu Północnego.

Idąc, rozmyślał. Kim była ta tajemnicza kobieta, która poprosiła go o spotkanie? Czy ją znał? Czy to któraś z jego byłych dziewczyn? Czego od niego chce?

Nie znał odpowiedzi na te pytania. Potrząsnął głową, chcąc wyrzucić te myśli z głowy. Nic to jednak nie dało. Kolejny natłok pytań sprawiał, że coraz bardziej bolała go głowa. Za dużo myślał. Nie chciał, ale musiał. Coraz więcej pytań, żadnych odpowiedzi.

W końcu dostrzegł cel swojej podróży. Most Północny był jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Szare, zardzewiałe metalowe poręcze były mokre od nieustannie pa dających kropli deszczu, kałuże tworzyły na ziemi mętną ciecz, woda w rzece zdawała się jeszcze brudniejsza.

Ponownie spojrzał na zegarek: była piętnasta pięćdziesiąt pięć. Rozejrzał się: był sam.

Znów westchnął, oparł ręce na barierce i spojrzał w nieprzeniknioną toń rzeki. Tworzyły się na niej małe wiry, przyprawiając go o zawroty głowy.

W końcu po kilku długich minutach usłyszał odgłosy zbliżającej się osoby.

Spojrzał w kierunku wejścia na most.

W odległości stu metrów zobaczył szarą postać. Była ubrana bardzo biednie, żeby nie powiedzieć – żałośnie. Na nogach miała przemoknięte, rozwalające się półbuty, spodnie bojówki w popielatym kolorze, bluzę khaki. Spod podziurawionej czapki wystawały jasnobrązowe włosy.

Kroczyła ku niemu coraz szybciej. W końcu znalazła się obok niego i oparła dłonie o barierkę.

Był pewny, że to ona chciała się z nim spotkać.

– Czego chcesz? – zapytał.

Był rozczarowany. Myślał, że ten gładki głos będzie należał do jakiejś kobiety o długich nogach i włosach blond, modnie ubranej.

Tymczasem stała obok niego jakaś… żebraczka?

– Czemu chciałaś się ze mną spotkać? – zapytał ponownie szorstkim głosem.

Nie mógł dostrzec jej twarzy, co trochę go irytowało. Chciał już mieć za sobą to spotkanie, a jednocześnie pragnął rozwiązać zagadkę, którą postawiła przed nim ta kobieta…

W końcu spojrzała na niego. Jasnobrązowe włosy okalały jej twarz. Patrzyły na niego zielono-niebieskie oczy. Kobieta miała spierzchnięte, ale pełne usta. I rysy jej twarzy… Skądś ją znał… Tylko nie wiedział skąd…

– Zaskoczony? – zapytała, uśmiechając się kpiąco.

Odpowiedź spadła na niego niczym grom z jasnego nieba.

Jak mógł od razu jej nie poznać? To z pewnością była ona. Ten sam głos, ten sam styl ubierania się, te same oczy…

– Medison Carpen… – zaśmiał się. – Nic się nie zmieniłaś.

– Ty też. Daniel Broogins, jak zawsze elegancki i pewny siebie – odrzekła.

Zapadło milczenie. Daniel nie mógł otrząsnąć się z szoku, jaki go przed chwilą spotkał. Stała przed nim kobieta, dawniej dziewczyna, której szczerze nienawidził… za nic.

Jej sytuacja z pewnością się nie zmieniła. Spojrzał na jej żałosne ubranie i uśmiechnął się kpiąco.

– Jak tam tatuś? – zakpił.

– Dobrze się trzyma. Chyba widać – odrzekła.

Ponownie go zaskoczyła. W szkole mógł obrażać ją, jej ojca, śmiać się z niej, a ona nie reagowała. Zamykała się w łazience, nieraz płakała przez niego na lekcji.

Teraz bez najmniejszego zawahania odpowiedziała na jego pytanie. Przecież temat jej ojca zawsze był drażliwy. Zaskoczyła go.

– A jednak zmieniłaś się… – rzekł.

– Życie zmienia każdego – odparła.

Kolejna chwila milczenia. Napięcie i niepewność, co się zaraz zdarzy.

– Czego chciałaś? – zapytał.

Kobieta odgarnęła z czoła brązowe włosy, spojrzała w głęboką toń rzeki i rzekła:

– Chciałam ci złożyć pewną matrymonialną propozycję.

– Mianowicie? – niecierpliwił się.

– Mianowicie: ożeń się ze mną – powiedziała spokojnie.

Daniel usłyszawszy odpowiedź, upuścił do rzeki telefon, który właśnie wyciągał.

Wypowiedziała te słowa tak spokojnie, że aż głupio zabrzmiały.

– Że co?! – krzyknął.

Nie ukrywał już zaskoczenia i zdenerwowania.

– Głupi jak zawsze – mruknęła tak cicho, aby jej nie usłyszał. – Ożeń się ze mną.

– Niby czemu? – zapytał.

Było to najgłupsze pytanie, jakie kiedykolwiek mógł zadać.

– Sam wiesz, że nie masz wyjścia – zaśmiała się.

Zdenerwowanie Daniela sięgało zenitu. Czy ona o wszystkim wiedziała? Od kogo? Czemu się tu zjawiła?

Jednak spostrzegł, że sytuacja jest sprzyjająca. Zreflektował się i zapytał:

– Czemu chcesz wyjść akurat za mnie?

– Nie zadawaj głupich pytań – zirytowała się.

Jeszcze nie wiedział? Spojrzała na niego. Wyglądał na zdezorientowanego. Westchnęła. Tak, najwyraźniej nie wiedział.

– Ślub z tobą będzie świetną okazją na wzbogacenie się… Jeśli mogę to tak ująć.

– Twoja sytuacja aż tak bardzo się pogorszyła? – zaśmiał się.

– Tak, moja sytuacja pogarsza się z dnia na dzień… Myślę, że doskonale o tym wiesz – zakpiła.

Rozmowa zaczynała go już denerwować. Ta mała żebraczka za dużo sobie myślała.

– Słuchaj, Carpen, nie pozwalaj sobie – zaczął znudzonym tonem. – Powiedz, czemu akurat mi składasz taką propozycję?

– Nie udawaj – żachnęła się. – Sytuacja sprzyja nam obojgu… Myślisz, że nie wiem o tym zakładzie? – zaśmiała się, widząc zdziwienie malujące się na jego twarzy – A więc widzisz, twój przyjaciel bardzo głośno mówił w pubie, że z pewnością wygra zakład z tobą, ponieważ nie chcesz się ustatkować. Myślę, że moja propozycja nie jest aż taka zła.

Daniel patrzył na nią. Musiał przyznać, że jej propozycja nie była zła. Był pewien, że takie małżeństwo bez zobowiązań nie będzie przysparzało mu kłopotów.

– I że niby ja wygram zakład i będę cię utrzymywał? – zakpił.

– Mniej więcej coś w tym stylu… – westchnęła kobieta. Jego głupota przekraczała wszelkie granice.

Nastała kolejna chwila milczenia.

Patrzyli sobie w oczy. On w jej morskie, idealnie pasujące do brzoskwiniowej cery i jasnobrązowych włosów. Ona w jego czarne, puste, kontrastujące z bladą cerą i blond włosami.

Żadne z nich nie chciało przerwać tego milczenia. Wrogowie od zawsze i na zawsze… A teraz małżeństwo?

Fikcyjne. To mógł być najlepszy interes w jego życiu. Podjął decyzję. Spontaniczną i nieprzemyślaną. Był jednak pewny, że właściwą.

– Zgoda – rzekł, patrząc na nieokreślony punkt nad rzeką.

– Słucham? – zapytała Medison.

– Jak zwykle wolno myślisz, Carpen – zaśmiał się Dan.

Spojrzał na jej twarz, którą teraz oblał rumieniec. A jednak coś zostało z dawnej Medison. Znowu poniżona, znowu onieśmielona…

– Nie sądziłam, że tak szybko się zgodzisz – rzekła drżącym głosem.

– Ach… – westchnął – Wiesz, to może być najlepsza inwestycja w moim życiu. Dostanę pieniądze praktycznie za NIC.

– Nie podkreślaj tego słowa, bo z moją pomocą sam tak skończysz – warknęła.

– Wydaje mi się czy mi grozisz? – zachichotał. – Nieważne – uciął, gdy kobieta już otwierała usta. – Widzimy się jutro – w tym samym miejscu o tej samej porze.

I nie czekając na odpowiedź, odszedł. Pozostawił Medison Carpen samą na tle szarego nieba.


Rozdział III
W mej duszy będziesz tylko kamieniem

Chodziła w kółko po pokoju. Gdy kładła nogi na szarym dywanie, wzbijały się niemrawe obłoczki kurzu. Ten dzień stanowił kompletne przeciwieństwo wczorajszego. Na niebie nie było ani jednego białego obłoczka, błękit był niczym przezroczysty woal, słońce natomiast świeciło z zaskakującą siłą. Jakby chciało dodać ludziom otuchy…

W końcu usiadła na fotelu. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co stało się wczoraj. To poszło tak łatwo… Za łatwo… Musi być jakiś haczyk…

Zawsze dopatrywała się w dobrym czegoś złego. Ale czy to było dobre? Związać się na zawsze z człowiekiem… Z TYM człowiekiem. Z wrogiem.

On, który kocha kobiety, który na pewno spodziewał się pięknej blondynki, a ujrzał ją… Dziewczynę w przykrótkich spodniach, starej kurtce, szarej chuście i wytartej czapce… Bez makijażu, którym nigdy nie splamiła swojej twarzy, będącej w stanie gorszym niż nędzny. A jednak zgodził się… Czy wiedział, na co się pisze? Czy zdawał sobie sprawę, że to zobowiązanie na całe życie? Wyraźnie słyszała, co o tym zakładzie mówił jego przyjaciel: „Na całe życie, uwierzysz?! Daniel i jakaś kobieta całe życie w jednym domu! Jak tylko któraś ze stron złoży pozew o rozwód, Daniel oddaje mi pieniądze! Ach, wydaje mi się, że już niedługo bardzo się wzbogacę…”.

Spojrzała na zegarek. Zbliżała się godzina spotkania. Powoli wstała z miejsca. Podeszła do szafy i otworzyła ją. Była niemal pusta. Wisiały w niej trzy pary spodni. Wyciągnęła jedne z nich, te, które uważała za najschludniejsze. Były to szerokie, bezkształtne dżinsy w jasnym odcieniu błękitu. Do tego założyła białą bluzkę z krótkim rękawem i czerwoną bluzę. Następnie spojrzała przez okno i wyszła z domu.

Niemal natychmiast pożałowała wyboru ubrania. Choć słońce zdawało się świecić mocno, jego blask był chłodny, a ostre, zimne powietrze przechodziło przez cienki materiał bluzy i dotkliwie kąsało każdy skrawek jej ciała. Objęła się ramionami i krzywiąc się z zimna, ruszyła w kierunku Mostu Północnego.

Kałuże zalegały na tłocznych ulicach od poprzedniego dnia. Pomimo mrozu ludzie wychodzili z domów i szli do miasta na spotkania, zakupy i inne przyjemności. Czy ona kiedykolwiek myślała o zakupach? O przyjemnościach, jakie niosły ze sobą spotkania ze znajomymi? Nie miała przyjaciół.

Uczucie chłodu pogłębiło się. Czy ona, Medison Carpen, naprawdę jest taka niepozorna, szara, że wszyscy o niej zapominają? Nie dostrzegają jej w tym kolorowym świecie, niepoprawnie optymistycznym.

Tyle się słyszy o katastrofach, o dzieciach umierających z głodu, o samobójstwach… A ludzie idą sobie spokojnie ulicą, wdychając świeży zapach jesieni. Czy tylko jej oczy są szeroko otwarte? Czy tylko ona dostrzega uderzającą niesprawiedliwość?

Rozmyślając, niemalże ominęła miejsce spotkania.

Weszła na most tą samą drogą co wczoraj. Dostrzegła człowieka w czarnej kurtce, który ze znudzeniem opierał ręce na barierce. Dłuższe kosmyki jego blond włosów unosiły się pod wpływem wiatru. Czarne oczy patrzyły na tak czystą dziś wodę.

Stanęła obok niego, nie spojrzawszy mu w oczy. Nie wiedziała, co będzie dalej. Nie śmiała nawet o tym myśleć.

Jeszcze dobre kilka minut stali tak, nie wiedząc, co robić. W końcu Daniel spojrzał na nią. Jego oczy zwęziły się. Zmierzył ją wzrokiem i rzucił szorstko:

– Idziemy.

I odszedł wolnym krokiem.

Medison stała jeszcze kilka minut, po czym ruszyła za nim szybkim krokiem. W końcu zrównała się z Danielem. Szli w milczeniu. Nic nie mówili. Nie dlatego, że nie wiedzieli, co powiedzieć. Nie chcieli ze sobą rozmawiać. Nawet dla Daniela, tak bezwzględnego, ta sytuacja była dość dziwna, aby uznać ją za podejrzaną.

– Gdzie idziemy? – zapytała w końcu Medison ze wzrokiem utkwionym w chodniku.

– Do sklepu – odrzekł krótko Daniel.

– Jakiego – chciała wiedzieć Medison.

– Naprawdę jesteś tak tępa czy tylko udajesz? – zakpił, po czym jeszcze raz na nią spojrzał.

Popatrzył na jej cienką czerwoną bluzę, westchnął i poszedł dalej. Medison chcąc nie chcąc, ruszyła za nim.

Dopiero gdy zatrzymali się przed dużym sklepem jubilerskim, zrozumiała, o co mu chodziło.

– Już teraz? – zdziwiła się.

– Nie mam zamiaru robić ceregieli z tego naszego „układu” – warknął. – Zdejmuj bluzę.

– Co?! – krzyknęła Medison.

– Nie krzycz tak – obejrzał się nerwowo przez ramię. – To elegancki sklep i nie obchodzi mnie, czy będzie ci zimno, czy nie, masz dorównywać mi wyglądem. Albo chociaż przypominać człowieka. Czesałaś dzisiaj te swoje… włosy? Ta biała bluzka jeszcze jakoś wygląda…

Medison zmrużyła oczy, zacisnęła szczęki i powolnymi ruchami zaczęła zdejmować bluzę.

Łzy stanęły jej w oczach, gdy ukazała mały skrawek gołej ręki. Krótki rękaw białej bluzki był lekko naderwany. Mimo to zdjęła bluzę i wrzuciła ją do małej torby.

Daniel spojrzał krytycznie na jej małą, skurczoną postać. Gęsia skórka i łzy w oczach nie zrobiły na nim większego wrażenia. Uchwycił spojrzeniem naderwany rękaw jej bluzki, ponownie westchnął i objął ją ramieniem, zasłaniając tym samym defekt.

Medison przeszły lekkie dreszcze. Na początku poczuła jeszcze gorszy chłód, materiał kurtki był lodowaty. Z czasem jednak robiło się jej coraz cieplej.

– Nie musisz się tak poświęcać – warknęła.

– Nie poświęcam się dla ciebie – odparł. – Masz się zachowywać kulturalnie i nie odgrywać żadnych scen. Mam zamiar załatwić to szybko, to żadna przyjemność.

Nadal obejmując ją ramieniem, wszedł do sklepu.

Było tam gorąco, co sprawiło, że po ciele Medison przeszły dreszcze. Razem z Danielem podeszła do lady sklepowej, za którą stała ekspedientka w średnim wieku, ubrana w szary kostium. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, co nadawało jej surowy wygląd. Medison nie wiedziała, co ta kobieta może sobie pomyśleć o jej ubraniu.

Jednak ekspedientka uśmiechnęła się na ich widok. Rysy jej twarzy stały się bardziej zaokrąglone, twarz wypogodniała.

– W czym mogę państwu pomóc? – zapytała.

– Chcielibyśmy kupić pierścionek zaręczynowy… – zaczął Daniel.

– Hmm… Większość mężczyzn chce, aby to była niespodzianka dla ukochanej… – zaczęła, ale Daniel przerwał jej.

– Moja dziewczyna ma… wysokie wymagania.

– Rozumiem. A która z nas ich nie ma, prawda? – uśmiechnęła się jeszcze szerzej ekspedientka. – W takim razie proszę za mną.

Kobieta poruszała się w kostiumie sztywno, ale z gracją. Manewrowała między kolejnymi regałami z naszyjnikami i bransoletami. W końcu stanęła przy stoliku, w którym pod szybą leżały poukładane w równych szeregach złote pierścionki. Chwilę patrzyła na szczupłe palce Medison, po czym wyjęła cztery pierścionki o odpowiedniej średnicy.

– To edycja limitowana. Każdy z nich został wyprodukowany tylko raz, więc są wyjątkowe. Mogę zagwarantować, że nie spotka pani drugiej osoby noszącej taki pierścionek.

Medison popatrzyła ze zmrużonymi oczyma na cztery wyjątkowe pierścionki. Każdy wydawał się skrywać tajemnicę. Każdy wyjątkowy na swój sposób, każdy inny.

– Który ci się podoba… kochanie? – zapytał Daniel, szybko dodając ostatnie słowo.

– Wszystkie są wyjątkowe – odrzekła Medison. – Może ty wybierzesz?

Mogłaby przecież wybrać najdroższy albo jeszcze długo marudzić, ale nie robiła tego. Wbrew pozorom była bardzo dobrze wychowana. Lecz czy o to jej chodziło?

Nie znała się na biżuterii. Może chciała uniknąć krępujących pytań, jakie mogłaby jej w tej sprawie zadać ekspedientka. Nie chciała zaprzepaścić jedynej szansy… Tu chodziło o jej interes.

Daniel przez chwilę mrużył oczy, po czym wybrał pierścionek z małym czarnym oczkiem, oplecionym biało-zieloną masą, która tworzyła miniaturowe listki.

– Myślę, że ten będzie najodpowiedniejszy – odparł.

– Będzie pasował do pani pięknych oczu – uśmiechnęła się ekspedientka.

– Tak. Jest piękny – szepnęła Medison, gdy Daniel wsunął go na jej palec.

To był drogi pierścionek. Bardzo drogi. Nie wiedziała, dlaczego wybrał akurat taki.

– Chciałem szybko załatwić tę sprawę – odpowiedział obojętnym tonem, gdy wyszli ze sklepu. – I co, już nie jest ci zimno?

Zaabsorbowana oglądaniem pierścionka, Medison nie odczuwała zimna ani lodowatego wiatru.

– Nie – odrzekła, cały czas oglądając pierścionek.

Daniel, zobaczywszy to, prychnął mimowolnie.

– Skręcamy – mruknął i pociągnął ją w jakąś boczną uliczkę.

– Gdzie mnie znowu ciągniesz? – zapytała Med.

Nie odpowiedział.

– Zadałam ci pytanie – powtórzyła po chwili.

I tym razem nie odpowiedział. Otworzył natomiast drzwi pewnej obskurnej kafejki i wszedł pierwszy.

„Ani krzty kultury” – pomyślała Medison, zamykając za sobą drzwi. Następnie dosiadła się do stolika Daniela.

– Po co tu przyszliśmy? – niecierpliwiła się.

– Żeby obgadać szczegóły naszego… „związku” – odrzekł Daniel.

– W TAKIM miejscu? Nie mogłeś wybrać czegoś… odpowiedniejszego? – wydusiła.

– Chciałem, żebyś się poczuła jak u siebie w domu – zaśmiał się. – Poproszę dwie kawy – powiedział do młodej kelnerki. Mrugnął do niej, a kobieta zarumieniła się i potknęła o własne nogi.

– Nie trzeba – wycedziła Medison.

– Daruj sobie – odparł znudzony. – Miałaś nie robić przedstawień. To publiczne miejsce. Nikt cię nie nauczył, jak trzeba się zachowywać w takich miejscach? Mniejsza z tym – uciął. – Czego oczekujesz?

– Niczego wielkiego – rzekła Medison. – Dachu nad głową i pieniędzy.

– Pieniędzy… które zawsze traktowałaś z przymrużeniem oka… – zakpił. – Nie podejrzewałem, że usłyszę od ciebie: „Potrzebuję pieniędzy”…

– Teraz to ty sobie… daruj – wycedziła. – A ty? Czego oczekujesz?

Daniel upił trochę kawy z filiżanki, po czym powiedział:

– Masz się nie mieszać w moje sprawy i nie przynosić mi wstydu. I chociaż udawać idealną żonę. Resztę wytrzymam. Twoją obecność… W końcu ślub z tobą przyniesie mi duże zyski.

– Więc… kiedy mam się wprowadzić? – zapytała.

Bała się zadać to pytanie. Jednak nie chciała dopuścić do siebie myśli o strachu. Medison Carpen, która boi się ślubu? W jej słowniku nie było słowa „strach”. Po prostu… Nie znosiła swojej niepewności… Nie wiedziała, jaką odpowiedź usłyszy.

– Jak najpóźniej – odrzekł Daniel. – Teraz możesz codziennie do mnie wpadać, żebyśmy sprawiali wrażenie „zakochanej pary”. Na nieszczęście mam wścibskich sąsiadów – w tym miejscu prychnął ironicznie. – Za kilka dni wydam małe spotkanie dla moich przyjaciół, żeby się dowiedzieli, że się pobieramy. Oficjalnie zamieszkasz u mnie w dniu ślubu.

– Czy to przyjęcie jest konieczne? – zdziwiła się.

Chociaż czy to było zdziwienie? Ton jej głosu zaskoczył ją samą. Załamywał się. Czemu?

– Według mnie TAK – wycedził. – Jeśli ci to nie odpowiada, nie przychodź. Chociaż będzie to wtedy trochę dziwnie wyglądało…

– Nie martw się – odpowiedziała. – Nie mam zamiaru popsuć tak dobrego interesu.

Wstała z krzesła, zostawiając na stole nietkniętą kawę. Podbiegła do drzwi i wyszła z kafejki.


Rozdział IV
Plama brudnej krwi

Jakie to chore… Jakie to… Nienormalne…

Jeszcze pięć dni temu chowała się przed pijanym ojcem, trzymającym w dłoni szczątki filiżanki. Jeszcze cztery dni temu siedziała na strychu swojej kamienicy z paczką chusteczek w ręku. Wykręcane dłonie jeszcze ją bolały, chociaż pręgi nie były już widoczne.

Tydzień temu leczyła rozciętą wargę. Dwa tygodnie temu zdjęli jej szwy ze skroni.

Wszystko goiło się zaskakująco szybko, nie zostawiając żadnej pamiątki.

Już niedługo jej życie miało się zmienić. Miała przestać uciekać. Już niedługo miała żyć w bogactwie – u boku wroga… Ale czy to było teraz takie ważne? Nie przejmowała się, że będzie mieszkać pod jednym dachem z człowiekiem, który zawsze ją poniżał. Za dużo przeszła, aby pozwolić na to kolejnemu mężczyźnie. Zmieniła się. Życie nauczyło ją wielu nowych rzeczy. Nie była już tą samą nastolatką z przeszłością, zostawioną przez matkę na pastwę losu. Dziewczyną, która litowała się nad biednymi. Teraz każdy jej krok był przemyślany.

„Teraz możesz codziennie do mnie wpadać, żebyśmy sprawiali wrażenie zakochanej pary” – powiedział Daniel.

Hmm… A gdyby tak odwiedzić narzeczonego?

Spojrzała na piękny pierścionek. Czarne oczko mieniło się w blasku słońca, którego promienie wpadały przez okno. Białe listki tak piękne z nim kontrastowały. Lubiła się w niego wpatrywać…

Czemu by nie spróbować?

Wyjrzała przez okno. Ach, ten klimat północnej Anglii… Prawie codziennie wpatrywała się w szare chmury, w przejrzyste krople deszczu. Codziennie słyszała odgłos małych kropelek, które z hałasem uderzały o dach kamienicy. Codziennie dreptała po kałużach w przemokniętych, podartych butach. Dzisiaj nie chciała krążyć bez celu. Zamierzała odwiedzić dom swojego „ukochanego”.

Szybko narzuciła na siebie kurtkę, założyła buty i wyszła na szare ulice swojego miasta. Po raz kolejny poczuła niemiłe kąsania wiatru. Szczelniej otuliła się kurtką, po czym truchtem ruszyła drogą.

Często chodząc po mieście, zapuszczała się w tę najbogatszą okolicę. A mieszkanie swojego wroga rozpoznałaby od razu, w końcu tak często widywała je w gazetach…

Dom Daniela stał w znacznej odległości od kamienicy Medison. Dziewczyna pół godziny szła pustymi ulicami, zanim ujrzała piękny, duży dom, z pewnością należący do zdrajcy.

Jak bardzo różnił się od jej niechlujnej kamienicy! Tutaj chodnik był śnieżnobiały, spływające strużki deszczu nie zostawiały na nim żadnej skazy. Medison powoli po nim przeszła, delikatnie stawiając na każdej płytce stopy, tak jakby chodnik mógł się w każdej chwili złamać. Przy drzwiach spojrzała na marmurowe kolumny podtrzymujące taras. Szary dom był mroczny, ale zadbany, po obu jego stronach rosła niewiarygodnie zielona o tej porze roku trawa. Medison spojrzała na piękne czarne, rzeźbione drzwi. Po dłuższej chwili wahania nadusiła dzwonek przy drzwiach. Rozległ się przerażający, mrożący krew w żyłach odgłos gongu.

Chwilę później drzwi otworzyła starsza kobieta. Jej twarz była gładka, tylko na czole majaczyło kilka wąskich zmarszczek. Czarne włosy z siwymi odrostami związała z tyłu w ciasny koczek.

– Czym mogę służyć? – zapytała spokojnie.

– Ja przyszłam… do… – zająknęła się Medison.

Sama była zdziwiona, że się jąka. Nigdy nie okazywała niepokoju, jednak ten wystawny dom napawał ją niepewnością, przerażeniem.

– Do… – kontynuowała.

Strasznie niezręcznie się czuła. Stała w drzwiach tego domu, przed nią była kobieta, najwyraźniej służąca, a ona nie potrafiła powiedzieć, do kogo przyszła!

– Ach, to ty, Carpen – usłyszała aksamitny męski głos. Daniel błyskawicznie pojawił się za plecami służącej. – Wpuść ją, Olivio.

– Tak, już – odpowiedziała kobieta, po czym ze sztywną miną wpuściła Medison do środka.

Niepewnie przekroczyła próg domu. Gdy postawiła nogę na ciemnym dywanie, natychmiast ogarnęła ją atmosfera bogactwa i nienormalnej wręcz elegancji.

Wszystko było tu obce, nieprzyjazne. Pokojówka, mierząca ją nienawistnym, pełnym pogardy spojrzeniem, najwyraźniej stała się jej wrogiem numer dwa. Wygląd domu był tak smutny, przytłaczający…

Białe marmurowe ściany na korytarzu pokryte były ogromną liczbą dzieł znanych artystów. Czarny dywan wyraźnie rysował się na tle białych marmurowych kafelków. Dokładnie na środku tego pomieszczenia wisiał czarny żyrandol. Pięknie rzeźbiony, nadawał temu pomieszczeniu jeszcze bardziej złowrogi wygląd. Czarno-białe masywne schody prowadziły na górę. Z tej perspektywy Medison dostrzegła jeszcze kilkanaście par innych drzwi, znajdujących się na piętrze.

– Aż tak cię zatkało? – zakpił Daniel. – Może lepiej wezwę karetkę, zanim doznasz jakiegoś wstrząsu?

Zaciskając zęby, Medison przestała podziwiać kolejne zdobienia żyrandola. Obróciła się na pięcie w stronę Daniela, po czym posłała mu pełne nienawiści spojrzenie.

– Więc prowadź – syknęła.

Daniel wykrzywił usta w kpiącym uśmiechu.

– Tak więc za mną, Carpen. Tylko się nie zgub.

Po czym szybkim, pełnym gracji krokiem przeszedł przez korytarz i otworzył trzecie drzwi po prawej.

W Medison wszystko wrzało. Spojrzała jeszcze raz na służącą, której twarz wykrzywiał pełen pogardy uśmiech. Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, weszła za Danielem do – jak się okazało – salonu.

Był to pokój o wiele mniejszy od korytarza, w którym przed chwilą się znajdowali. Ciemnogranatowe ściany zlewały się z podłogą w tym samym kolorze. W czarnym kominku trzaskały płomienie, rzucając ciepłą poświatę na ciemny drewniany stół. Na stole stał piękny kasztanowy wazon ze sztucznymi czarnymi różami w środku. Szare skórzane fotele były najjaśniejszym fragmentem tego pomieszczenia.

Ciemność napierała na oczy Medison, a kontrast pomiędzy granatowymi ścianami a światłem z kominka sprawił, że rozbolała ją głowa. Pocierając oczy, bez słowa usiadła na jednym ze skórzanych foteli.

– Tak – zaśmiał się Daniel. – Czuj się jak u siebie w domu… Ale czy to możliwe, jeśli całe życie mieszkało się praktycznie w śmietniku?

– Ach, Daniel, Daniel – westchnęła. – Zawsze byłeś mistrzem ciętej riposty, prawda?

– Cóż, czy nie powinnaś wiedzieć o tym najlepiej? – zapytał, udając wielkie zdziwienie.

Nie odpowiedziała, ponieważ zauważyła piękny, kosztowny zegar stojący na kominku, przed którym właśnie siedziała. Rzeźbienia przedstawiały różne sceny z życia człowieka – przeciętnego człowieka, którym ani Medison, ani Daniel nie byli. Chrzest – nie mogła pamiętać wydarzenia sprzed dwudziestu trzech lat. Tylko mama opowiadała jej, jaka była wtedy grzeczna, wszyscy podziwiali jej „piękną, małą córeczkę”.

Pierwsza Komunia Święta – tu poczuła niemiły skurcz w żołądku. Właśnie w ten dzień, dzień Pierwszej Komunii Świętej, opuściła ją mama. Wtedy całe jej życie się zawaliło.

Bierzmowanie – do dzisiaj pamięta te szydercze uśmiechy kolegów i koleżanek, gdy przyszła z podbitym okiem. Pierwszy raz, odkąd sytuacja w domu się popsuła – pierwszy raz od dnia, w którym zostawiła ją mama, dostała w twarz od pijanego ojca.

Gdy patrzyła na sakramenty małżeństwa i śmierci, zaschło jej w gardle. Żołądek podszedł jej do gardła, nie mogła wydusić słowa. Dopiero teraz poczuła, jak do jej suchych oczu cisną się łzy. Przez chwilę miała przed oczami czarne kropki. Aby nie zemdleć w tym dusznym pomieszczeniu, wzięła kilka głębszych oddechów. Przeszło, ale zakręciło jej się w głowie.

– Czy mogę napić się wody? – zapytała. Serce wciąż waliło jej jak młot.

– Tak – odrzekł oschle – Olivio! Przynieś szklankę wody… z kranu – uśmiechnął się szyderczo.

Medison jeszcze raz spojrzała na niego, usiłując zabić go wzrokiem.

– Wybacz – odpowiedział na jej spojrzenie. – Chcę, żebyś naprawdę czuła się jak w domu. Nie chcę cię peszyć.

W tym samym momencie do pokoju wkroczyła Olivia ze szklanką z wodą. Uśmiechała się jeszcze szerzej, co sprawiało, że jej oczy były małe jak szparki, a wokół ust powstały głębokie zmarszczki. Postawiła wodę na stole przed Medison i wyszła z salonu.

– Nie krępuj się – powiedział Daniel. – Pij. Mieszkając w takiej dziurze, na pewno piłaś gorsze rzeczy niż normalna woda z kranu.

Oczy Medison ciskały gromy. Miała swój honor, nie chciała znów być poniżana, a jednak w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu czuła się bardzo źle. Nie miała siły wstać i iść do kuchni. Przecież nawet nie wiedziała, gdzie znajduje się to pomieszczenie! Pozostawało tylko wypić tę wodę, mając nadzieję, że służąca nie dosypała po drodze jakiejś trującej substancji.

Powoli podniosła szklankę. Szkło było tak cienkie, jakby miało za moment się rozkruszyć. Gdy Medison po czuła w ustach zimny płyn, dreszcz przeszedł jej po plecach. Natychmiast poczuła się lepiej, wróciła jej energia.

– Powiedz mi, Carpen, jak ci się podoba mój dom? – zapytał Daniel. – Czy twój rozum zdołał ogarnąć te dwa pomieszczenia, tak aby następnym razem się nie zgubić? Wiesz, dziwię się, że w ogóle zdołałaś tu dotrzeć. To jedna z lepszych dzielnic w tym mieście, nie wiedziałem, że potrafisz tu dojść…

– Nie wysilaj się już – powiedziała spokojnie Medison, chociaż była bardzo zdenerwowana.

– Och, nie, mówienie prawdy nie jest dla mnie wysiłkiem – zachichotał. – Chcę tylko powiedzieć, że część znajomych wie już o mojej decyzji, mianowicie – o zamiarze zawarcia małżeństwa. Nie wiedzą tylko, kim ma być moja żona. Tak więc za jakieś dwa tygodnie urządzę małe przyjęcie…

– Za dwa tygodnie? – przerwała mu przerażona Medison.

– …I zaproszę większość gości. Chociaż pomyślałem, że lepiej ograniczyć się do minimum, bo po pierwsze, chyba zbyt by cię onieśmielali swoją klasą, której ty – nie oszukujmy się – nie masz – zaśmiał się, a Medison poczuła, jak serce zaczyna jej szybciej bić, a krew wrzeć. – A po drugie, nie chciałbym, żeby tyle osób widziało, że moja żona pokazuje się w takich – spojrzał na jej ubranie i wykrzywił twarz w podłym uśmiechu – szmatach.

Medison czuła, że zaraz nie wytrzyma tych obelg. Nagle zaschło jej w gardle. Mocniej zacisnęła ręce na szklance i…

– Ała! – wrzasnęła z bólu.

Zacisnęła ręce na szklance z taką siłą, że cienkie szkło pękło. Jej dłoń zaczęła obficie krwawić, krew wypływała spod mocno zaciśniętych pięści i spadała na jasne fotele. Ostre odłamki wbijały się coraz głębiej w jej skórę, lecz ona mocniej zaciskała rękę.

– Idiotka! – syknął Daniel, po czym podszedł do niej i siłą rozwarł jej dłoń. Aż syknęła z bólu, gdy przypadkowo nacisnął na jeden z odłamków szkła, wbijając go mocniej w ranę.

Ponownie na niego spojrzała. Teraz znowu prawie nie czuła bólu. Krew wypływała szybko z otwartych ran, dając ulgę jej nerwom.

– Idziemy – powiedział Daniel, po czym mocno pociągnął ją za rękę.

Chcąc nie chcąc, Medison poszła za nim.

Gdy wyszli z salonu na korytarz, jej policzki musnęło chłodne powietrze. Wzięła głęboki wdech i natychmiast poczuła ostry ból w prawej dłoni.

Szli szybko przez korytarze, po schodach, mijając kolejne drzwi, aż w końcu Daniel pchnął jedne z nich i pociągnął za sobą Medison. Byli w kuchni. Natychmiast odkręcił zimną wodę i wsadził rękę Medison pod kran. Woda zabarwiła się na różowo od ciemnoczerwonej krwi.

– Olivia! – krzyknął. – Olivia!

Nikt się nie odezwał.

– Oddanej służącej nie ma? – zakpiła nerwowo Medison. Patrzyła, jak krew wypływa, nie zwalniając tempa.

– Zamknij się – warknął.

Ponownie poczuła przypływ agresji. Wyciągnęła spod kranu obficie krwawiącą rękę i zamierzyła się na niego, gotowa do uderzenia. Daniel zauważył to i chwycił jej rękę, gdy była w połowie drogi do jego policzka.

– Jesteś chora psychicznie – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Bardzo możliwe. Zwariowałam przez ciebie! – odparła.

W tym momencie drzwi do kuchni otworzyły się. Stała w nich kobieta ubrana tak samo jak Olivia, tyle że to nie była ona. Twarz tej służącej była łagodniejsza, pokryta licznymi zmarszczkami. Na jej twarzy przez cały czas błąkał się miły, matczyny uśmiech.

– Olivii nie ma, skończyła swoją zmianę – powiedziała. – W czym mogę pomóc?

– Zetrzyj krew z podłogi, Rebeko – odpowiedział. – Mój gość zrobił sobie krzywdę.

Kobieta spojrzała na rękę Medison, po czym przekręciła głowę na bok. Pomiędzy jej brwiami pojawiła się mała zmarszczka.

Medison dopiero teraz zauważyła, że jej dłoń była cała czerwona, a nadmiar krwi obficie spływał na czarny rękaw koszuli Daniela. On również to zauważył i szybko puścił jej rękę.

– Myślę, że te ranę trzeba opatrzyć – powiedziała Rebeka, a na jej twarzy pojawiła się troska. – Nie wygląda to ładnie.

– Nie mam teraz czasu na jeżdżenie po szpitalach – warknął na nią Daniel. – Zajmij się nią, jeśli potrafisz. Ja wychodzę. Mam spotkanie.

Patrząc z obrzydzeniem na poplamiony krwią rękaw koszuli, wyszedł z kuchni.

– Niech pani pokaże tę rękę – powiedziała Rebeka z troską w głosie. Delikatnie ujęła dłoń Medison niemal przezroczystymi dłońmi i syknęła: – Tu się nie obejdzie bez szwów.

– Nie! – krzyknęła Med. Ci wszyscy chirurdzy za dobrze ją znali. – Nie… To niepotrzebne. Jeśli ma pani jakiś bandaż, chusteczkę…

– Proszę mi mówić „Rebeka” – odrzekła z uśmiechem. – I naprawdę myślę, że tę ranę trzeba opatrzyć i założyć szwy. Jest dość głęboka.

Medison westchnęła. Było widać, że Rebeka, razem ze swoją matczyna troską, nie podda się tak łatwo.

– Proszę tylko o chusteczkę – powiedziała twardo. – I tak muszę już iść, przejdę się do tego chole… do szpitala.

Rebeka westchnęła i podała Medison całą paczkę chusteczek higienicznych.

– Dziękuję – Medison jeszcze raz spojrzała na twarz kobiety, całą pooraną zmarszczkami. Coś skłoniło ją do uśmiechu. – Do widzenia.

– Do widzenia – odrzekła Rebeka.

Medison szybko opuściła kuchnię. Do wyjścia kierowała się śladami krwi, wyraźnie rysującymi się na białej marmurowej posadzce. Czuła kłucie w ręce, wiedziała, że za kilkanaście minut będzie przeżywała katorgi w szpitalu podczas usuwania szkła. Starając się o tym nie myśleć, zeszła ze schodów i zdjęła z wieszaka kurtkę. Ponownie spojrzała na rękę. Krew przesiąkała już przez chusteczkę. Zamknęła oczy, zacisnęła pięść i starając się nie wydać jęku bólu, wsunęła rękę przez rękaw kurtki.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Biznes i media
Warunki sprzedaży
Społeczność