Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.
Jeśli staniemy na wznoszącym się nad Lwowem Wzgórzu Zamkowym i popatrzymy na zachodzące słońce, możemy odnieść wrażenie, że jesteśmy gdzie indziej. Mamy przed sobą typowo włoskie dachy z czerwonej dachówki, między którymi pojawiają się co jakiś czas korony drzew czy też wielkie kopuły kościołów. Wyrastające z mgły kontury wież i iglic wskazują na to, że duch tego miasta znajduje się w Europie Zachodniej. Na przykład we Florencji.
Daleko w dole widać wąskie, brukowane uliczki wijące się wokół średniowiecznych kościołów. Budynki pochylają się nad ulicami, łypiąc oknami na pełne hałaśliwych przechodniów trotuary. Nagle te śliczne, wąziutkie uliczki skręcają i wychodzą na bulwary o prawdziwie europejskim charakterze. Plac Świętego Teodora, ogrody miejskie czy tereny wokół opery przypominają Paryż lub Berlin. Czerwono-białe tramwaje, które z klekotem przejeżdżają przez ulice, przywodzą na myśl Wiedeń. Ratusz miejski, będący doskonałym przykładem dziewiętnastowiecznego klasycyzmu, stoi na środku wielkiego placu w otoczeniu straganów i klasycznych rzymskich rzeźb.
Lwów stanowi dziwną mieszaninę wpływów śródziemnomorskich i germańskich, a także romantycznych oraz klasycznych. Znajduje się na zachodnich obrzeżach sowieckiego imperium, ale przez większą część swojej historii należał do Polski. Chociaż w tym rejonie żyją głównie ukraińscy chłopi, dawniej zamieszkiwali go przede wszystkim Polacy, Żydzi i właśnie Ukraińcy. Stanowił on też wysunięty na wschód przyczółek monarchii austro-węgierskiej oraz przez setki lat pełnił rolę centrum zachodniej kultury i handlu na granicy rosyjskich stepów. W tamtych czasach nosił oficjalną nazwę Lemberg i tylko Ukraińcy używali nazwy Lviv. Obecnie Polacy, którzy tu mieszkają, powoli się starzeją, Żydzi zniknęli zupełnie, więc dominuje ludność pochodzenia rosyjskiego i ukraińskiego.
Wieczorami, kiedy wąskie ulice ukryją się w chłodnym cieniu, a handlarze zwiną stragany i zamiotą śmieci, słychać tu szum wody, którą oczyszcza się ulice z resztek. Kiedy ostatnie tramwaje zjadą już do zajezdni, na pustym placu też słychać wodę z fontann stojących na jego dwóch przeciwległych krańcach – Diany wśród kwiatów i Neptuna z trójzębem. Te dźwięki jakby się niosły w stronę wzgórza, które wznosi się za placem i wyrasta ponad miasto.
Kiedy staniemy na szczycie kopca o nazwie Wysoki Zamek i popatrzymy w stronę miasta, dostrzeżemy rzekę Pełtew, biorącą początek we wzgórzach na południe od Lwowa. Płynie ona płytką doliną, tworząc kolejną iluzję, gdyż woda i mgły, które się nad nią unoszą, sprawiają takie wrażenie, jakby miasto było wielkim portem. Wystarczy popatrzyć na rozmazany krajobraz na zachodzie, by niemal zobaczyć morze. Jednak morza nie ma, a rzeka szybko kryje się między zabudowaniami.
Ze szczytu Wysokiego Zamku widzimy mrugające w wieczornym półmroku światła latarni i możemy niemal usłyszeć, jak miasto zwalnia bieg. Wokół robi się coraz ciszej, słychać tylko szum wiatru w gałęziach drzew i może też ostatni tramwaj, który przejeżdża wyludnionymi ulicami. Z oddali dobiega gwizd lokomotyw, który powtarza się w zapadających ciemnościach.
Był marzec 1943 roku.
Do miasta dniem i nocą regularnie przyjeżdżały pociągi z żołnierzami z całych Bałkanów, Włoch, Czechosłowacji, Austrii i oczywiście z Niemiec. Następnie odjeżdżały do Kijowa i dalej. Do Lwowa przyjeżdżały też pociągi z innym „ładunkiem”. Były długie i składały się z solidnych wagonów z jednym małym okienkiem zabezpieczonym drutem kolczastym. W wagonie tłoczyło się w smrodzie ekskrementów około osiemdziesięciu osób: mężczyzn, kobiet i dzieci. Jechali oni do miejscowości Bełżec, położonej siedemdziesiąt pięć kilometrów na północ od Lwowa. Zwożono ich z tak odległych krajów, jak Holandia, Francja, Belgia czy nawet Norwegia.
Po wyjeździe z położonego w zachodniej części Dworca Głównego, zwanego też Wiedeńskim, pociągi przejeżdżały przez stację rozrządową, a potem płytkim wąwozem pod ulicą Janowską. Mimo że jechały tak nisko, ich pasażerowie nie mogli nie zauważyć wielkiego, ogrodzonego murem terenu zamkniętego, który znajdował się po prawej stronie. Wieczorem był on jasno oświetlony latarniami, które ustawiono wzdłuż ogrodzenia.
Niektóre pociągi zatrzymywały się na stacji rozrządowej, gdzie wypędzano z nich pasażerów. Przeganiano ich dalej na rzęsiście oświetlony plac położony w centrum obozu. Wciąż ściskali oni w dłoniach to, co udało im się uratować, przekonani że przywieziono ich tu do pracy; jakąś godzinę później musieli wrócić do wagonów, ale już nago. Tę scenę obserwowali z daleka mieszkańcy obozu, którzy zaraz po odjeździe pociągu wychodzili z baraków, by sortować pozostawione na placu rzeczy.
Kiedy pociąg mijał KZ Janowska, skręcał łukiem w kierunku południowo-wschodnim, jakby wracał do centrum. Jednocześnie wyjeżdżał z wąwozu i wspinał się wysoko nad ulicę, jadąc stromym nasypem. Wyjeżdżając z przemysłowych obrzeży do dzielnicy mieszkalnej, wprawiał w drżenie okna na pierwszych piętrach domów.
Po lewej stronie torów, niedaleko nasypu stały proste domy i budynki czynszowe, w których mieszkali robotnicy. Wokół panował całkowity bezruch, nie świeciły światła, nikt nie wychodził na wieczorną przechadzkę. Pociągi przejeżdżały z hukiem przez most nad ulicą Pełtewną, wypełniając hałasem kaniony ulic.
Mieszkańcy getta przywykli już do tych transportów, które dniem i nocą jeździły im nad głowami. Te z żołnierzami jechały na wschód, do Tarnopola, do Kijowa, na front. W zimie mówiono, że wożą mrożone mięso. Ale jeśli lokomotywa ciągnęła ponure bydlęce wagony, nazywano je po prostu żydowskimi pociągami.
Większość Żydów z getta wiedziała, dokąd jadą, od tych, którym udało się wyskoczyć z transportów. Byli to przerażeni ludzie, którzy zdołali się jakoś przecisnąć przez zabarykadowane wejście i skoczyć nago z nasypu. Jeśli przeżyli upadek, a także ostrzał strażników i nie dali się później złapać, szukali schronienia w getcie. Ich opowieści stanowiły ostrzeżenie dla wszystkich, którzy chcieli ich słuchać.
Pociągi przejeżdżały później przez przedmieścia na północy i kierowały się najpierw polami na wschód, a potem na północ, w kierunku Bełżca. Podróż zajmowała niecałe dwie godziny. Podobno cała droga była usłana wybielonymi kośćmi tych, którzy wyskakiwali z transportów1.
Marcowy wieczór zrobił się chłodniejszy. Rozległ się pojedynczy gwizdek, a potem w drzwiach domów zaczęły pojawiać się kobiety i przechodzić na środek ulicy Pełtewnej przy dźwiękach radosnego marsza, granego przez niewielką, ustawioną nieco dalej pod mostem kolejowym orkiestrę. Dźwięki klarnetów i talerzy nie współgrały ze sobą. Było to „ulepszenie” wprowadzone przez jednego z wcześniejszych komendantów getta.
Ostatni maruderzy opuścili już domy i ruszyli w stronę orkiestry. Obserwowali ich rozstawieni po obu stronach ulicy uzbrojeni żołnierze. Z przygarbionych z powodu niedożywienia kobiet, ściskających w dłoniach za duże ubrania, utworzono pięćdziesięcioosobową „brygadę”, której przewodził młody człowiek w burej, szpiczastej czapce – członek żydowskiej policji. Nadzorował wszystkie przemarsze kobiet. Ta sama scena powtarzała się w cieniu mostu kolejowego codziennie, rano i wieczorem.
Pod mostem znajdowała się wielka, zwieńczona drutem kolczastym brama, która nie pozwalała przejść ulicą. Dalej po obu stronach ciągnęło się wzdłuż torów drewniane ogrodzenie z drutem kolczastym, sięgające czasami ponad trzech metrów. Biegło ono do mostu na ulicy Zamarstynowskiej, potem na północ tą ulicą do Granicznej, gdzie skręcało w lewo, ponownie przecinało Pełtewną i dalej tworzyło duży łuk, wracając do linii kolejowej. W marcu 1943 roku żydowska społeczność getta liczyła sobie dziewięć tysięcy dusz.
Oddział po przeliczeniu mijał orkiestrę i przechodził dalej ulicą przez otwartą bramę. Paulina Chiger pamięta, że nie widziała się z mężem przed wezwaniem jej do brygady, ale że poinstruowała swoją siedmioletnią córkę Krystynę, gdzie powinna się schować wraz z młodszym bratem w wypadku jakichś kłopotów. Ćwiczyły to wiele razy: Krystyna, gdyby tylko usłyszała kroki, miała chwycić czteroletniego Pawła, wsadzić go do walizy i umieścić ją pod łóżkiem. Następnie sama miała się schować w kącie za szlafrokiem matki. Musiała liczyć sekundy, by otworzyć walizę, zanim brat się udusi.
Kobiety szły środkiem ulicy, między strażnikami idącymi chodnikiem po obu jej stronach. Drwili z nich stojący w niewielkich grupkach mężczyźni i naśmiewały się bawiące się na ulicach dzieci. Szły ze spuszczonymi głowami, przyciskając do siebie jesionki i płaszcze, zdarzało się bowiem, że jakiś przechodzień przyskakiwał do nich, by zerwać z którejś odzienie. Takiej kradzieży nie uważano za przestępstwo.
Przechodziły przez środek miasta do fabryki odzieżowej Schwarza, położonej przy ulicy Marcina. Wiele zakładów korzystało z darmowej pracy Żydów: Leder, Pelz-Galenterie Le-Pel-Ga, cukiernia Hazeta, fabryka konserw Ruckera, warsztaty miejskie, Reinigung – zakład oczyszczania miasta, zakłady naprawy taboru kolejowego i inne. Firma Schwarz und Co. szyła mundury: w lecie tysiące lekkich zielonych koszul, marynarek i spodni, w zimie białe spodnie i kurtki. Ponad trzy tysiące osób (głównie kobiet) trudziło się na dwóch dwunastogodzinnych zmianach, by wywiązać się z zamówień. Pracowały przy maszynach do szycia na pedały lub taśmociągu pod bacznym okiem kierowników, którzy potrafili zadbać o dyscyplinę i wydajność za pomocą gumowych pałek.
Praca w fabryce nie ustawała, a ci, którym nie udało się wypracować limitów, musieli w niej zostawać po czternaście czy nawet szesnaście godzin. Mimo takich obostrzeń fabryka Schwarza należała do lepszych zakładów pracy i wiele osób czekało tam na wolne miejsca. Jeżeli ktoś nie miał pracy, niemal z całą pewnością mógł się spodziewać wywózki.
Do pracy w tej fabryce przydzielono między innymi siedemnastoletnią Klarę Keler. Jej ojciec i brat zginęli wcześniej w obozie przy Janowskiej. Nieco później była świadkiem śmierci matki, którą zabito strzałem między oczy. Tak więc Klara i jej młodsza siostra Mania musiały radzić sobie same. Zaraz też je rozdzielono i Klara trafiła do obozu przy Janowskiej. We wspomnieniach Klara pisze o tym, jak stała na placu apelowym w środku grupy złożonej z setek kobiet, a niemiecki oficer przechodził między nimi, każąc im przejść na prawo lub na lewo.
Jak olbrzymia liczba innych osób, które stały w tym samym miejscu, Klara nie zdawała sobie sprawy ze znaczenia tych rozkazów. Jednak tym razem miała blisko kogoś, kto je rozumiał i znał zasady gry. Kiedy oficer zaczął się do niej zbliżać, poczuła, że ktoś ją kopnął w nogę. A potem usłyszała z tyłu kobiecy głos:
– Powiedz im, że umiesz szyć.
Klara spojrzała przez ramię.
– Powiedz im, że umiesz szyć.
– Ale ja nie mam pojęcia...
– Po prostu powiedz, że umiesz szyć!
Klara spełniła polecenie, a strażnik pochylił się w jej stronę.
– Masz własną maszynę ?
– Obie mamy maszyny – odezwała się stojąca za nią kobieta, a Klara skinęła głową.
– Tak, mam – bąknęła.
– Na prawo.
Zaprowadzono je z powrotem do getta. Jej nowa przyjaciółka miała na imię Estera. Kiedy do Klary dołączyła Mania, obie przeprowadziły się do rodziny Estery, która mieszkała w tak zwanym baraku, czyli budynku dla robotników położonym przy bramie getta. I chociaż ich nowi sąsiedzi wydawali się trochę nieokrzesani, obie wiedziały, że są tam bezpieczne.
Znaleziono też dla Klary maszynę do szycia, którą trzeba było przekazać firmie w zamian za zatrudnienie. Mania nigdy nie dostała pozwolenia na pracę, więc musiała ukrywać się w barakach, gdzie było wielu chętnych, by jej pomóc i zagrać władzom na nosie.
W tej samej brygadzie była inna dziewczyna, która walczyła o przetrwanie. Mówiono na nią Halina, ale tak naprawdę nazywała się Fajga Wind, a stała się dobrą katoliczką i Polką, Haliną Naszkiewicz, po to, by ratować życie. Przez jakiś czas dawało to efekty i jako chrześcijanka mogła tylko przyglądać się tym wszystkim biedaczkom, które prowadzono do pracy. Ten widok sprawiał, że serce ściskało jej się z bólu: „To była prawdziwa katorga, patrzeć, jak poganiają je strażnicy z psami i nahajkami”.
Wkrótce jednak wszystko się wydało i Halina musiała dołączyć do tych kobiet. Była zdezorientowana i przerażona i kryła twarz przed oczami prześmiewców. Przyjęła imię Halina, ale zrezygnowała z nazwiska Naszkiewicz i nazywała się obecnie Halina Wind2.
Przed rozpoczęciem zmiany do kobiet przemawiał oficer SS z obozu przy Janowskiej. Powiedział, że jest to ich ostatnia nocna zmiana w Schwarz und Co. i że znajdzie się dla nich jakaś inna praca. Ta wiadomość nie zainteresowała zbytnio zebranych kobiet.
– Czyżby już nie potrzebowali mundurów? Co tam dla nas znajdą? Co w ogóle można tu robić poza szyciem mundurów?
Pracowały zgięte przy maszynach aż do północy, kiedy to dostały miskę zupy i kawałek chleba. W nocy wyglądały co jakiś czas za okno, by sprawdzić, czy ich zmiana dobiega końca. Kiedy wreszcie zaczęło świtać, ta sama grupa wycieńczonych kobiet powróciła do getta. Prawdę mówiąc, nie było to już getto. W styczniu uznano je za Juden Lager, w skrócie Julag, co wskazywało, że szanujący się obywatele powinni trzymać się z daleka od tego miejsca. W marcu przy wejściu pojawiła się nowa informacja:
JU-LAG
RW
Lemberg
Był to więc „Obóz dla Żydów”, litera R oznaczała Rüstung – amunicję, a W – Wirtschaft, czyli produkcję. Getto zamieniono więc w obóz koncentracyjny, miejsce, gdzie albo się spało, albo pracowało. Mieszkający w nim ludzie musieli być zatrudnieni w określonych zakładach pracy, a ich zakwaterowanie zależało właśnie od tego, gdzie pracowali. Żydzi bez pracy nie mieli szans na przeżycie.
Komendantem getta był SS-Hauptscharführer Grzimek3, Niemiec z Sudetów. Jego poprzednik przetrwał tylko parę miesięcy, a potem nabawił się tyfusu plamistego. Przybycie Grzimka zmieniło życie mieszkańców obozu, gdyż miał on obsesję na punkcie czystości. Jego zdaniem wszyscy powinni spełniać najwyższe standardy higieny. W całym obozie wisiały plakaty z napisami:
CZYSTOŚĆ I PORZĄDEK!
WZYWAMY DO UTRZYMYWANIA PORZĄDKU I CZYSTOŚCI!
PORZĄDEK NADE WSZYSTKO!
Grzimek sam wyruszał na kolejne patrole i sprawdzał domy, gdy ich mieszkańcy byli w pracy. Wystarczył tłusty ślad na szybie, resztki jedzenia na stole czy popiół w piecu, by narazić się na represje. Grzimek był mordercą. Potrafił zabić za to, że ktoś źle się ogolił, za brak porządku zsyłał do obozu śmierci, przy pierwszych oznakach choroby kazał rozstrzeliwać zarażonych i burzyć ich domy. Jego szaleństwo powodowało, że wszyscy wokół zajmowali się myciem, zamiataniem i ogólnie sprzątaniem tego, co musieli uznać za swój dom.
Tego ranka kobiety wróciły z ostatniej nocnej zmiany znacznie wcześniej niż zwykle. Klara pisze: „Była piąta, a w getcie widać było sporą aktywność”. Strażnicy stanęli w przypominającej zepsuty akordeon grupie i patrzyli przed siebie. Coś tu się niewątpliwie działo. Po chwili kobiety też to zobaczyły. Nieco dalej na ulicy żołnierze wywrzaskiwali rozkazy, starając się przekrzyczeć płacz dzieci. Próbowali je zabrać.
Komendant Grzimek z pomocą oddziału SS i całej hordy ukraińskiej milicji chciał okrążyć dzieci.
Wszyscy zamarli, obserwując tę scenę. Przy końcu ulicy stało sporo ciężarówek, do których ładowano dzieci. Komendant sam przechadzał się tam i z powrotem, wydając rozkazy. Co jakiś czas pokazywał kogoś na ulicy, w ogólnym hałasie rozlegał się strzał, ktoś padał... W tym czasie żołnierze spędzali grupy dzieci do ciężarówek. Klara wspomina brutalność wojskowych: „Niektóre dzieci były już martwe, inne ranne, ale oni rzucali je do ciężarówek, jakby to były kawałki mięsa”.
Klara widziała zabitych i rannych malców wleczonych ulicą za nogi. Kobiety obserwowały z przerażeniem, jak żołnierze łapali ich dzieci za kończyny i wrzucali do ciężarówek.
W końcu niektóre matki nie wytrzymały i pobiegły w tamtym kierunku, wykrzykując imiona swych pociech. Niektóre same wskakiwały na tyły ciężarówek, inne zatrzymywano, a potem wrzucano do środka. Grzimek całkowicie kontrolował sytuację. Nie mógł dopuścić, by w getcie zapanował chaos, chociaż wydawało się, że krzyki matek i płacz dzieci poruszą niebiosa. Klara stała w grupie świadków, porażona tym widokiem. Zerknęła na znajdujących się obok żołnierzy. „Strażnicy, którzy przyprowa-dzili nas do getta, stali w milczeniu. Żaden z nich się nie ruszył” – pisze.
Na końcu ulicy rozszalało się prawdziwe pandemonium. Kobiety, które szukały dzieci, uciekały od ciężarówek, z nadzieją że te może jednak jeszcze do nich nie trafiły. Kobiety biegły więc do swych domów, by sprawdzić znajdujące się tam kryjówki. Otwierały kredensy, sprawdzały pod łóżkami przy wtórze imion wykrzykiwanych na ulicy, na schodach, na poddaszach... Pościel wciąż była ciepła, krzesła poprzewracane, nigdzie nie mogły znaleźć dzieci.
Paulina Chiger stwierdziła, że jej mieszkanie jest puste. Zaczęła więc krzyczeć tak jak inne kobiety, co rusz zaglądając do walizek lub pod łóżko. Wyszła do przedpokoju i zeszła po schodach do warsztatu w suterenie. Jej mąż, Ignacy, był tu majstrem i nadzorował naprawę mebli, a także innych zepsutych rzeczy z getta.
– Gdzie moje dzieci? – rzuciła.
Robotnicy też byli przerażeni. Nie było sensu udawać spokoju.
– Ignacy? Gdzie dzieci?
– Tutaj, w bunkrze.
Jeden z robotników zrobił krok w jej stronę.
– Tak, w bunkrze.
W tym momencie pojawił się jej mąż, wziął ją za ramię i poprowadził siłą w kąt warsztatu. Udało mu się zrobić jeszcze jedną bardzo sprytną kryjówkę za imitacją ściany. Miała ona mniej niż trzydzieści centymetrów grubości i sprawiała, że ta część piwnicy wydawała się mniejsza. Ignacy odsłonił wejście do niej i wepchnął żonę do środka. Poruszała się w środku po omacku, nie mogąc złapać tchu, aż w końcu natknęła się na znajome kształty. Dzieci ścisnęły jej dłonie, ale nie odezwały się nawet słowem. W końcu zaczęła oddychać normalnie i w krótkich przerwach, kiedy hałasy na zewnątrz cichły, s łyszała oddechy innych.
Nikt nie wiedział, czy są bezpieczni. Na schodach rozległy się ciężkie kroki, a potem żołnierze kazali wszystkim wyjść z warsztatu.
– Wo sind die Kinder!4
Usłyszeli stłumioną odpowiedź i serca im się ścisnęły ze strachu.
– Hier ist eine nasse Wand. Das heisst, das ist frisch!5
Tynk wciąż był świeży. Niemcy odkryli, że ta ściana jest tylko imitacją. Kolejne rozkazy. Jeden z robotników miał wziąć kilof. Po chwili wbił się on w mokrą ścianę, rozwalając ją kawałek po kawałku. Paweł wybuchnął płaczem, a Paulina krzyknęła, żeby przestał. Wyczołgała się z kryjówki z synkiem na rękach, trzymając Krystynę za rękę. Poza nią znajdowała się tam starsza kobieta, która co jakiś czas zajmowała się sprzątaniem, i dwóch cieśli.
– Juden raus! Raus!6
Nad ich głowami mignął szeroki skórzany pas. Bili ich po plecach i nogach. Paulina pamięta, że kiedy wyszli na środek warsztatu, pomyślała: „Mam w ręce trzy fiolki cyjanku. Jedną dla siebie i dwie dla dzieci. Ale jeszcze zaczekam. Może coś się zdarzy, może ktoś nas ocali. Jeśli nie, zrobimy to na ciężarówce”.
Następnie na schodach znowu rozległy się kroki. Był to Ignacy Chiger, który zwrócił się po niemiecku do oficera:
– Przepraszam, ale ona powinna być na dziennej zmianie. Wczoraj to zmienili i jest teraz na dziennej zmianie.
Paulina ścisnęła fiolkę z cyjankiem potasu w dłoni.
– Dlaczego ich schowałeś?
– Obawiałem się o moje dzieci.
Oficer przyjrzał się im, a następnie kazał zostać w warsztacie dwóm swoim ludziom, a sam zabrał się do poszukiwań. Z góry dobiegały do nich odgłosy dalszych rewizji.
– Pójdziesz z dziećmi – jeden z żołnierzy zwrócił się do Pauliny.
Chiger padł na kolana.
– Nie, nie!
Błagał ich, coraz bardziej się poniżając. Paulina pisze: „Zdjął zegarek i dał go żołnierzom. Wzięli go, ale pozostali niewzruszeni. Kiedy błagał ich coraz natarczywiej, wyglądali na coraz bardziej rozdrażnionych, aż w końcu któryś walnął go kolbą w głowę”.
Z głębokiego rozcięcia nad okiem zaczęła płynąć krew. Sprawa przedstawiała się beznadziejnie. Byli całkowicie zdani na łaskę esesmanów. Jednak po chwili zdarzył się cud.
– Dobrze, jedno dziecko zostaje z tobą, a drugie jedzie z nią. Wybieraj.
Ignacy i Paulina popatrzyli na siebie, próbując ogarnąć tę nową sytuację. „Ta propozycja spowodowała, że mąż zaczął ich jeszcze usilniej błagać o zmiłowanie. Był zrozpaczony. Prosił ich, płaszcząc się na podłodze i zawodząc”.
– Pozwólcie im zostać, błagam. Jak mam wybierać między moimi dziećmi? – Wyjął z kieszeni zdjęcie dzieci i wyciągnął w ich stronę niczym talizman, coś, co mogło uchronić je od tragedii.
W tym czasie Paulina, która uważnie obserwowała żołnierzy, odkryła, że być może darują im życie. Niemcy byli wyraźnie zainteresowani dwiema torbami, które miała na ramieniu. Postawiła je więc wolno na podłodze i pokazała im znajdujące się w środku produkty. „Musieliśmy mieć tam jedzenie. Nie wiedzieliśmy, jak długo będziemy siedzieć w kryjówce” – wspomina Paulina.
To jak by się mogło wydawać nie najlepsze posunięcie poprawiło ich sytuację. Paulina zaczęła rozdawać suchary, chleb i sardynki Niemcom, którzy natychmiast zjedli to wszystko. Byli bardzo głodni. Wysypali zawartość toreb na podłogę. Były tam jeszcze lekarstwa dla dzieci i prawdopodobnie trochę ubrań. W końcu jeden z nich powiedział z pełnymi ustami, że mogą zostać. W tym momencie do warsztatu wpadł oddział ukraińskiej milicji. Ukraińcy kazali Paulinie wyjść z dziećmi na ulicę. Niemcom nie spodobał się taki brak szacunku dla przełożonych i jeden z nich rzucił:
– Nein. Diese Kinder bleiben hier!7
Ukraińcy byli zdziwieni, ale odeszli bez zbędnych pytań. Parę minut później pojawiła się nowa grupa, która chciała co do joty wypełniać rozkazy Grzimka. Żołnierze i tym razem kazali Ukraińcom odejść, a Paulina postanowiła skorzystać z okazji, by zapewnić bliskim bezpieczeństwo.
– Czy możemy wrócić do naszego mieszkania? I czy któryś z was może nas tam odprowadzić? Wszędzie pełno milicjantów.
Przez cały czas ściskała mocno fiolki z cyjankiem. Kiedy już znaleźli się w swoim mieszkaniu, spytała spokojnie żołnierza:
– Chce pan coś jeszcze do jedzenia?
– Smażone jajka.
– Ile?
– Sześć.
W czasie tej dziwnej sceny dołączył do nich szwagier Chigera, Kuba Leinwald. Był wysoki, dystyngowany i pracował w dużej fabryce farby. Przed wojną był tam jednym z kierowników. Niemcy postanowili wykorzystać jego wiedzę i doświadczenie, chociaż teraz miał oczywiście znacznie niższe stanowisko.
Dzieci siedziały w kącie. Chiger zatamował krwawienie i zajmował się właśnie opatrywaniem rany, a Paulina rozmawiała z żołnierzem. Zachowywała się swobodnie i pewnie. Pochodziła z bogatej, cieszącej się poważaniem rodziny i nie przywykła do tego, by się przed kimkolwiek płaszczyć.
Niemiec zauważył mydło przy zlewie. Paulina podała mu je. W tym czasie za oknem słychać było pełne przerażenia krzyki. Jednak nad płaczem i zawodzeniem górował głos wydającego rozkazy Grzimka. Krystyna wyjrzała przez okno. Na ziemi siedziały w rzędach czekające kobiety. Kiedy przyjeżdżały ciężarówki, żołnierze ładowali na nie kobiety i wywozili. Paulina kazała córce wrócić do kąta. Niemiec zjadł jajecznicę i powiedział, że kończy już służbę. Paulina zastanawiała się, na ile zdołała go przekupić.
– Zanim pan pójdzie, na dole jest moja kuzynka. Ma kłopoty... – Niemiec patrzył na jej złoty zegarek. – Chce pan zegarek? Proszę. Na dole jest moja kuzynka. Jej rodzice pracują na dzienną zmianę. I ona też na nią przeszła. Może mógłby pan to wyjaśnić?
Podała mu nazwisko kuzynki, a on wyszedł z jej zegarkiem. Paulina obserwowała go z góry, kiedy rozmawiał z jednym z kolegów. Ten z kolei zawołał kogoś z żydowskiej policji i wydał mu rozkaz. Po chwili policjant wyszedł z budynku z kuzynką Pauliny i poprowadził ją do ciężarówki.
Dzień już się kończył, ale Niemcy nie ustawali. Do zachodu udało im się przetransportować od tysiąca do dwóch tysięcy żywych lub martwych osób. W końcu zawodzenia ustały i wokół zapanowała posępna cisza i bezruch, jakby wszyscy utracili resztki energii. Ludzie siedzieli w milczeniu, starając się ogarnąć bezmiar tej tragedii, wolno poddając się smutkowi i przerażeniu. Krystyna usłyszała nagle czyjś zduszony okrzyk, a potem głuche uderzenie o chodnik. Dziewczynka skoczyła na równe nogi. Paulina wyjrzała za okno i na szczęście zdołała powstrzymać córkę.
– Nie patrz, Krysiu. Nie podchodź do okna.
Na dachu ich budynku zebrała się grupka kobiet. Zabrano im dzieci. W rozpaczy szukały towarzystwa podobnych kobiet, a następnie skakały z dachu jedna po drugiej.