Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.
Część I
Europa
Serbia — między Moskwą a Brukselą
czerwiec 2006
Wczesnym popołudniem start z Brukseli do Monachium, bo tam mam przesiąść się na lot do Belgradu.
Jestem bardzo ciekawy stolicy dawnej Jugosławii. Nigdy tu, o paradoksie, nie byłem. Przyjeżdżam do nieistniejącego państwa: Serbia i Czarnogóra. Od paru tygodni Czarnogóra jest „na własnym", jej obywatele w referendum wybrali niepodległość. Obok poczucia odrębności narodowej i historycznej, dziś manifestowanego znacznie bardziej niż na przykład 10 lat temu, dochodzi jeszcze i to, że Czarnogórcy wiedzą, iż ich samodzielna droga do UE jest znacznie krótsza niż razem z Serbią. Jestem jedynym Polakiem w jedenastoosobowej delegacji Parlamentu Europejskiego, która spędzi w Belgradzie dobę i spotka się z prezydentem Serbii — Borisem Tadiciem, premierem Vojislavem Koštunicą oraz ministrem spraw zagranicznych, znanym opozycjonistą wobec Miloševicia — Vukiem Draškoviciem. W europarlamentarnej delegacji dominują Niemcy, tradycyjnie zainteresowani tym regionem: jest ich czterech, plus dwóch Holendrów i po jednym przedstawicielu Polski, Wielkiej Brytanii, Austrii, Włoch oraz Węgier. Szefem delegacji jest niemiecka chadeczka, jej zastępcą austriacki socjalista. Prawie połowa składu jest niemieckojęzyczna, nie mówiąc już o tym, że i Holendrzy, i Węgier oraz — od biedy — ja też jakoś komunikujemy się w tym języku.
Belgrad przywitał mnie napisem „Aerodrom Boegrad" i upałem, mimo że było już dobrze po 17. Zaskakująco szybka jazda z lotniska do hotelu, bez korków, bez większego ruchu, raptem 10 minut. Mieszkamy w jednym z lepszych, choć nie najnowszych hoteli — Intercontinentalu. Belgrad dzieli się na „nowy" i „stary", obie części oddziela rzeka, ale i w starym, i w nowym Belgradzie łatwo dostrzec można coś, co je łączy: cygańskie slumsy. Wystarczy przejechać się parę minut z mojego hotelu i już widzę lepianki, jakby zupełnie nie z bajki o XXI-wiecznej europejskiej stolicy. Podobne koczowisko jest w starym Belgradzie, w pobliżu dworca kolejowego.
Inaczej niż w stolicy Bośni i Hercegowiny — Sarajewie — tutaj nie widać specjalnie śladów wojny. Jedynie zniszczony i wciąż nieodbudowany budynek resortu obrony narodowej każe pamiętać o NATO-wskich nalotach sprzed paru lat. Podobnie, choć w mniejszym stopniu, częściowo zniszczony pozostaje budynek MSW. Władze Serbii nie odbudowują ich chyba specjalnie, aby przypominać wojenne straty i wokół nich wzniecać narodową solidarność. Tu wszyscy wiedzą, kto to zrobił: Amerykanie i generalnie Zachód.
Ostatnio premier Republiki Serbskiej, Boris Tadić, zarzucił Unii niesprawiedliwe traktowanie jego kraju i wydłużanie drogi do członkostwa. Dość bezceremonialnie odpowiedziała mu unijna urzędniczka średniego szczebla, rzeczniczka komisarza ds. rozszerzenia — Kristina Nogy. Poprawił jeszcze komisarz Olli Rehn, złośliwie dziękując Koštunicy, że nie obarczył Unii winą za druzgocącą porażkę Serbii w meczu z Argentyną (0 : 6).
Od dawna iskrzy na łączach Bruksela — Belgrad. Jednym z przedmiotów sporu jest kwestia rozliczenia za zbrodnie ludobójstwa z okresu dzielenia się Jugosławii. Belgrad, według UE, nie kwapi się z wydawaniem swoich zamieszanych w to generałów i oficerów. Serbowie nie wierzą, że Trybunał w Hadze osądzi ich spra wiedliwie, i procesy te uważają za „polityczne". Zresztą trochę nie bez kozery. Bruksela przyjęła taktykę dzielenia serbskich polityków na „dobrych" i „złych": prezydent jest „cacy", a szef rządu „be". Takie rozgrywanie wewnątrz serbskiej sceny politycznej nie może się podobać opinii publicznej w tym kraju.
Ostatnio przedmiotem konfliktu między prezydentem Tadiciem a premierem Republiki „Srpskiej" Koštunicą jest nowa konstytucja. Wszyscy zgadzają się, że trzeba przekreślić tę z czasów Miloševicia, o ile jednak prezydent uważa, że przyjęcie nowej nie zmienia nic w jego urzędowaniu i że nie są potrzebne w związku z tym nowe wybory, to jego główny oponent — szef rządu jest zdania (skądinąd słusznie), że nowa konstytucja to opcja zerowa i trzeba na nowo wybrać i parlament, i rząd, i głowę państwa.
Prezydent Tadić to, powiedzmy, proeuropejski liberał, a premier Koštunica to — nazwijmy go — umiarkowany nacjonalista. Oczywiście Bruksela pierwszego faworyzuje (publicznie i spektakularnie), a drugiego nie lubi, publicznie krytykuje, spiera się z nim i rzuca mu kłody pod nogi. Prezydent ma 48 lat, urodził się w Sarajewie (serbskie losy!), jest absolwentem psychologii uniwersytetu w Belgradzie, ma żonę i czwórkę dzieci. Wcześniej był ministrem telekomunikacji (8 miesięcy) i obrony (13 miesięcy). Zwolennik wysłania serbskich żołnierzy do Afganistanu i bliskich związków z NATO. Mówi po francusku i angielsku. Premier jest od niego znacznie starszy, ma 62 lata. Urodzony w Belgradzie, jest z zawodu wykładowcą akademickim (filozofia i nauki społeczne). W przeciwieństwie do większości serbskich polityków nigdy nie był w partii komunistycznej. Przez 7 lat w latach 90. zasiadał w serbskim parlamencie. Przez dwa i pół roku (między wrześniem 2000 a lutym 2003) był prezydentem Jugosławii, detronizując na tym stanowisku „Slobo" Miloševicia. Premierem jest od 2 lat i 3 miesięcy. Przeciwnik oderwania Czarnogóry. Spokojnie mówiący profesor jest grzeczny w formie i znacznie bardziej radykalny w treści. Nie znosi — z wzajemnością — prezydenta Tadicia.
Serbowie, w tym serbscy politycy, czują już, że Kosowo wymusi niepodległość — i to przy milczącym poparciu UE i NATO. Ale żaden Serb, a już zwłaszcza serbski polityk, nigdy, nigdzie, za nic w świecie, za żadną cenę i pod żadnym pozorem nie powie głośno: „Kosowo stracone"… Chyba że — jak mówi znajomy dyplomata — po trzech koniakach. Nie wcześniej.
Podsumowuję mój drugi dzień w Belgradzie. Pierwszy wątek: młodzież. Serbska młodzież powinna się kształcić tutaj. Załatwianie im stypendiów za granicą doprowadzi do tego, co stało się z Polakami z dawnych Kresów Wschodnich, z dzisiejszej Ukrainy i Białorusi: Polacy stamtąd studiujący w Polsce w swej olbrzymiej większości zostali u nas (a więc i u siebie), nie wrócili, nie zasilili polskiej inteligencji na Wschodzie. Mieli do tego zresztą pełne prawo. Trzeba o tym polskim, choć specyficznym, przykładzie mówić naszym serbskim przyjaciołom. Wizja Serbii bez serbskiej młodzieży jest całkiem realna.
Na spotkaniu z ambasadorami kilku krajów UE w Belgradzie mówiono, że to wizy hamują wyjazdy na przykład studentów na wymianę lub nawet prywatnie. Nie, to nie wizy, lecz… pieniądze, a raczej ich brak. Polscy studenci przyjeżdżają tutaj, ale tutejszych na rewizyty po prostu nie stać. Zresztą nie jest to problem tylko młodzieży akademickiej. Skoro naczelnik w serbskim MSZ zarabia 250 euro miesięcznie…
UE ostatnio zawiesiła negocjacje nad układem stowarzyszeniowym z Serbią. Reakcja opinii publicznej? Żadna. Całkowita obojętność. Są rokowania — dobrze. Nie ma — drugie dobrze. Gdyby tak wydarzyło się w Polsce w okresie przedakcesyjnym — to dopiero byłaby awantura! Szukanie winnych, wzajemne oskarżenia, zarzuty wobec Brukseli. A tu — spokój, cisza w mediach, „nawet nikt łzy nie uronił" — mówi mi cierpko polski ambasador.
Gdyby nagle Unia, chcąc zdopingować Serbów do intensywniejszych reform: administracji, sądownictwa, ekonomicznych czy wydawania zbrodniarzy wojennych Hadze, zaproponowałaby Serbii tzw. szybką ścieżkę członkostwa — to i tak nikt by tego tutaj nie docenił. Eksperci twierdzą, że nawet taka marchewka by nie podziałała: to do niczego by ich nie zmobilizowało, bo uważają, że i tak im się należy. Belgijska ambasador w tym kraju, która Serbów zna dobrze, bo jej były mąż to Serb (z drugiej strony: czy była żona może być obiektywna, mówiąc czy cytując byłego męża?), twierdzi, że oni i tak uważają siebie za centrum świata, a jako dowód przytacza wypowiedź swojego eksmałżonka: „My jesteśmy bogami". Jeżeli w tym wysokim noszeniu głowy przez ów skądinąd miły słowiański naród jest coś na rzeczy, to prawdopodobnie mamy do czynienia ze spuścizną (choć pewnie nie tylko) po epoce Josipa Broz-Tita oraz jego doktryny Jugosławii jako regionalnego „mocarstwa" i lidera bloku państw „niezaangażowanych", bloku, w którym uczestniczyły kraje z kilku kontynentów, m.in. Indie. Ale pewnie nie tylko to: korzeni tej hardości, dumy (megalomanii, powiedzieliby krytycy) upatrywać należałoby w całej długiej historii tego bitnego narodu, który musiał sobie przez stulecia radzić z Imperium Otomańskim, aż w końcu nie poradził sobie zupełnie ze swoimi sąsiadami pobratymcami.
Niech każdy, kto opowiada głupoty o brutalizacji życia publicznego w Polsce, przyjedzie do Serbii czy — szerzej — na Bałkany. Tu dopiero odbywa się ostra jazda. Gdy ostatnio powoływano na stanowisko wicepremiera kobietę — ministra rolnictwa Ivanę Dulić-Marković, która jest (a raczej ma nieszczęście być) pół-Chorwatką, przez media przetoczyła się nie tyle debata, ile szowinistyczny rynsztok z używaniem „argumentów" o prowadzeniu się matki pani minister!!!
Mówią, że w Serbii liczą się tylko ci, którzy mają pieniądze albo mają władzę… Niby wszędzie tak jest, ale ponoć tu znacznie bardziej niż „wszędzie". I chyba stąd wynika ten bardzo podejrzliwy stosunek do NGO-sów — organizacji pozarządowych. „Kto za nimi stoi?" i „skąd mają pieniądze?" — to standardowe pytania władzy. Współczuję. Tyle że na Białorusi w ogóle takich pytań nie ma, bo nie ma i NGO-sów.
Serbii „grożą" wcześniejsze wybory. Nowa wicepremier już zapowiedziała we wczorajszym wywiadzie dla belgijskiej gazety „Blick", że mogłoby do nich dojść w marcu przyszłego roku. Mówi się również o tegorocznym listopadzie lub grudniu. Kiedykolwiek by one jednak były, wszyscy i tak są przekonani, że wygrają je radykałowie Šešelja. Wybory mogą więc tylko przyspieszyć ich rządy. Już teraz współpracownicy urzędującego premiera Koštunicy przekonują zagranicznych dyplomatów, że ta Serbska Partia Radykalna nie jest znowu taka całkiem antyeuropejska, wręcz przeciwnie. Po prostu umiarkowany nacjonalista Koštunica chce rozegrać polityczną partię z nacjonalistycznymi radykałami, a może i uratować ich głosami fotel premiera.
W tle widać debatę na temat nowej konstytucji, której wprowadzenie będzie dla premiera dobrym pretekstem do eleganckiej egzekucji prezydenta — Tadić oczywiście wierzga, dowodząc, że jego kadencja musi być kontynuowana mimo wejścia nowej ustawy zasadniczej. Ale obóz szefa rządu mówi twardo: nowa konstytucja, nowe wybory, nowe kadencje parlamentu, rządu, głowy państwa. Pozornie chodzi o kwestie formalnoprawne, de facto zaś o polityczne, a po Serbii kłusują stada tamtejszych „falandyszy"…
Pogratulowałem charyzmatycznemu liderowi demokratycznej opozycji, a obecnie ministrowi spraw zagranicznych Vukowi Draškoviciowi jego nowej powieści. Rosyjski konsul to rzecz, krótko ujmując i trochę trywializując — o pewnym Serbie z Kosowa, który na skutek różnych okoliczności… zwariował. Promocja książki z udziałem autora odbędzie się także w Polsce, i to już 28 czerwca. Polskie tłumaczenie uczci prywatnym (!) przyjazdem do naszego kraju pan minister, który przy tej okazji nieoficjalnie spotka się z minister Fotygą. Poza tymi duserami zapytałem Draškovicia o obecne relacje Serbia — USA. Odpowiedział, że głównym tematem w tych rozmowach jest Kosowo. No, Ameryki to on tym stwierdzeniem nie odkrył. Szef serbskiego MSZ miał pretensje do nas (czyli do Unii), że nie wywieramy dostatecznego nacisku na Albańczyków w Kosowie na przestrzeganie praw człowieka wobec Serbów w tym regionie (a niedługo niepodległym kraju — czego oczywiście Vuk nie dopowiedział, bo nie mógł, a ja mogę — więc mówię). Niestety, miał sporo racji: w tym zakresie wcześniej, ale i dziś, UE zachowuje się jak Poncjusz Piłat.
Napisałem, że NATO zbombardowało budynki MON i MSW w Belgradzie. To prawda. Były to dwa budynki Sztabu Generalne go i wieżowiec Kwatery Głównej serbskiej policji. Serbowie nie odbudowują ich, jakby chcieli powiedzieć: „zniszczyliście — to teraz budujcie"… Skądinąd miejscowi żyją w przeświadczeniu, że przerwanie nalotów NATO było zwycięstwem armii serbskiej! Może to wynikać także z faktu, że armia dawnej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii była pod względem liczebności czwartą armią na świecie! Liczyła 2 mln żołnierzy na 20 mln ludności… Gdy zaczęły się tendencje niepodległościowe w Słowenii, na przełomie lat
80. i 90., ówczesny jugosłowiański attaché wojskowy w Warszawie mówił, że „jakby co, Słowenię zetrzemy w pył…". Nie starli ani Słowenii, ani Chorwacji, ani Macedonii, ani Bośni i Hercegowiny, nie zetrą teraz Czarnogóry, ani nawet Kosowa, choć wszędzie tam — wszędzie (!) — zostawili liczną serbską mniejszość. Ten dla nich tak okrojony kształt państwa jest niewątpliwie dramatem. Ale muszą z nim żyć. Tak jak Węgry czy Włochy po I wojnie światowej, tak jak po części Polska po wojnie drugiej.
Wszędzie eskortowani jesteśmy przez policję na sygnale. To nie tylko dla nas — to także dla nich ważna wizyta. Mijamy główny dworzec kolejowy, wybudowany w 1884 roku. I już jesteśmy w siedzibie największego autorytetu współczesnej Serbii, przywódcy duchowego, prawosławnego metropolity Pawle. Dziewięćdziesięcioletni, zasuszony starzec, niziutki (najwyżej 150 cm wzrostu), w czarnym habicie i białym nakryciu głowy, z wielką, nieproporcjonalną do wzrostu siwą brodą. Łagodny, ale budzący respekt. Nawet szefowa delegacji, Niemka Doris Pack, pozwalająca sobie na cierpkie uwagi wobec prezydenta kraju, nawet ona jest przejęta. Człowiek, który do nas mówi, urodził się w roku rozpoczęcia I wojny światowej. A wie, o czym mówi, bo parędziesiąt lat był głową Kościoła prawosławnego w Kosowie. W sali audiencjonalnej wiszą portrety pięciu jego poprzedników i cztery ikony, ale muszę przyznać, że portrety są lepiej eksponowane. Bardzo sympatyczny, mimo łagodnego uśmiechu i mikrej postury potrafi być jednak twardy i stanowczy. To właśnie ten niepozorny mężczyzna potrafił zorganizować w Belgradzie stutysięczną demonstrację przeciwko rządom „Slobo" Miloševicia.
Patriarcha reprezentuje prawosławną Serbię — tę Serbię, która w Unii dalej będzie prawosławna. I która, zachowując elementy solidarności „słowiańsko-prawosławnej" z Rosją, będzie coraz bliżej Zachodu.
Albania — reaktywacja
listopad 2005
W Albanii zaskakująco zimno, w nocy niewiele poniżej zera. Estończyk Ilves pociesza nas, że w jego kraju jest –6 stopni Celsjusza i duża warstwa śniegu.
Na lotnisku, czekając na samochód, który miał być, lecz go nie ma, rozmawiam z ochroniarzem. Młody, uprzejmy człowiek mówiący świetnym angielskim z amerykańskim akcentem nazywa się Fatmir Vashi i siedem lat spędził w USA. Ma wyższe wykształcenie, amerykańską żonę, ale mówi, że na dzieci za wcześnie, bo albańska ekonomia nie sprzyja ich rodzeniu i wychowywaniu ich. „Dwadzieścia lat się uczyłem i co z tego?" — pyta siebie i mnie. Uśmiecha się z goryczą. Absolwent leśnictwa, władający językami, jest ochroniarzem na jedynym lotnisku w Tiranie. Pewnie i tak nie ma poczucia przegranej… Do hotelu Rogner Europapark (tego samego, w którym mieszkałem na przełomie czerwca i lipca) wiezie mnie jego znajomy. Dwa lata mieszkał w Belgii, cztery w Grecji, tu jest szczęśliwy, że ma — zresztą nieoznakowaną — taksówkę. Albania wychodzi z izolacji, a kto może, wyjeżdża choć na parę miesięcy, parę lat „na Zachód".
Droga z lotniska — jak przed pół rokiem — pełna wielkich dziur, kierowca z gracją robi slalom, co chwila zwalniając, w trosce o samochód. Ale w centrum miasta jest to samo, nawet na największym placu stolicy, delegacja PE wpada raz po raz w dziury niewiele mniej głębokie niż dystans między Albanią a Unią. Budynek MSZ mieści się w ambasadzie chińskiej, zbudowanej w 1986 roku i nigdy nie „zasiedlonej". Wielkie gmaszysko ma od niedawna nowego gospodarza: 47-letni Besnik Bajram Mustafaj skończył wydział filologiczno-historyczny na tirańskim uniwersytecie i choć przez rok studiował marksizm-leninizm, od początku należał do Partii Demokratycznej. W latach 90. przez pięć lat był ambasadorem w Paryżu, potem cztery lata posłem, dziś szefuje MSZ i opowiada się za umiarkowaną linią w sprawie Kosowa, w przeciwieństwie do swojego szefa, premiera Berishy. Pierwszy mówi o „ograniczonej niepodległości" Kosowa, drugi — w trosce o nacjonalistycznych wyborców — o „pełnej niepodległości". Pierwszy jest realistą wobec Unii, drugi — realistą wobec Albańczyków.
W czasie wizyty niespodziewany wątek polski: na kolacji w wąskim gronie (trzech polityków albańskich plus czterech z pięciu od nas) u przewodniczącej parlamentu Josefiny Topali. Siedzę koło Ilira Mety, byłego premiera, obecnie szefa parlamentarnej Komisji Europejskiej i przywódcy Socjalistycznego Ruchu na rzecz Integracji. Popularny premier w rządzie lewicy został wyrzucony przez lidera socjalistów Nano, bo był… zbyt popularny i w partii, i w społeczeństwie. Gdy jeszcze był szefem rządu, oficjalnie doradzał mu Marek Belka, polecony przez Bank Światowy. Meta pyta mnie, czy jestem w jednej partii z Belką; żałuje, że nie, bo bardzo miło go wspomina, mówi, że mądry i merytoryczny. Nie wie, że kandyduje na genseka OECD* (akurat tego dnia rozstrzygały się jego losy). Ciekawe, co o Balcerowiczu mówią w Gruzji, gdzie spełniał identyczną rolę jak Belka tutaj.
Josefina Topali ma aparycję gwiazdy Hollywoodu i powłóczyste spojrzenie, jakie potrafią mieć ponoć tylko kobiety z Bałkanów. Na pierwszy rzut oka nikt by jej nie posądził o 17-letniego syna (ma jeszcze 10-latka). Poprzednio była wiceszefem parlamentu (w Albanii mają parlament jednoizbowy), w tym rządzie ta lokomotywa opozycyjnej Partii Demokratycznej miała być wicepre mie rem i ministrem spraw zagranicznych. Były prezydent, obecny pre mier, Berisha, nie chciał mieć dwóch gwiazd w rządzie: wystarczała mu jedna — on sam… Dał więc pięknej Josefinie politycznego kopa w górę i teraz w rządzie nie ma dla siebie kompletnie żadnej konkurencji.
Całkowicie różna rola mediów w Polsce i Albanii. Szefowa tamtejszego parlamentu mocno ograniczyła przywileje ekonomiczne posłów, zabierając im na przykład możliwość wielodniowego wypożyczania służbowych aut wraz z kierowcami (Topali powiedziała nam wczoraj, iż do niedawna 52 proc. budżetu parlamentu szło na pensje dla kierowców!). W Polsce media taką decyzję alboby już dawno wymusiły, albo gorąco wsparły. Tutaj tymczasem większość z nich zaatakowała decyzję przewodniczącej Kuvendi i Republikës, czyli ichniego sejmu. Nawet oczywiste związki z opozycją i powiązania gospodarcze mediów nie tłumaczą tej postawy, która ewidentnie sprzyja utrwaleniu chorych, skorumpowanych układów z politycznymi „świętymi krowami" w roli głównej.
Gdy odprawiam się na lotnisku w Tiranie na lot do Wiednia, dwa razy gaśnie światło, nie działa też komputer, nie mogę więc na przykład zrobić boardingu na następny lot z Wiednia do Frankfurtu. To jeszcze pół biedy, gorzej od gości mają mieszkańcy stolicy, czyli 47 proc. populacji kraju; notabene liczba mieszkańców Tirany od 1991 r., gdy miasto liczyło raptem ćwierć miliona mieszkańców, gwałtownie wzrosła — pół prowincji ucieka od biedy do centrum. Otóż codziennie (!) przez 14 godzin nie ma prądu w mieszkaniach. Nie dotyczy to budynków rządowych i hoteli. „Ciemności kryją (albańską) ziemię" — trawestując Koestlera. W tych ciemnościach żona polskiego ambasadora Artura Tomaszewskiego złamała obie nogi, bo ktoś ukradł kratkę od otworu kanalizacyjnego. Złamania były skomplikowane i do tego otwarte, na domiar złego w czasie operacji dwukrotnie gasło światło i chirurg zastygał z narzędziami w ręku. Zresztą narzędzia przyniósł ze sobą i wyjął zwyczajnie z kieszeni, opakowane w foliową torebkę! Osłupiałemu ambasadorowi tłumaczył, że gdyby je na noc zostawił w szpitalu, to by je zaraz ukradli… Ambasadora Tomaszewskiego rzadko coś jest w stanie zaskoczyć, spędził tu już bowiem 6 lat, ten jednak przypadek zrobił na nim mocne wrażenie.
Z mojego pobytu w Albanii zapamiętam jeszcze szklaneczki do soków w resorcie spraw wewnętrznych. Miały one napis „Jameson — Irish Whiskey". Byłem w życiu w różnych ministerstwach w różnych krajach, ale czegoś takiego, jako żywo, nie widziałem. Reklama w instytucji państwowej? Nie ma sprawy!
Na spotkaniach z nami ministrowie i posłowie klepali, jak mantrę, że robią wszystko, aby walczyć z korupcją. Kłopot w tym, że poprzednicy mówili dokładnie to samo, ale też nic z tego nie wynikało…
W tym kraju ważność polityka mierzy się liczbą kamer obecnych na jego spotkaniach. Zrobiłem statystykę: na naszym spotkaniu z wicepremierem była raptem jedna kamera, na ministra spraw zagranicznych przybyły cztery, sześć na ostatnie spotkanie — z parlamentarzystami, dziesięć na wiceministra sprawiedliwości (pewnie dlatego, iż głównym tematem miała być korupcja w wymiarze sprawiedliwości) oraz czternaście (!) na ministrze edukacji o aparycji playboya… Pollo (kiedyś ulubieniec Berishy, odszedł od niego, gdy w 1997 demokraci przegrali wybory, i założył partię Nowa Demokracja, która obecnie tworzy koalicję — tak samo jak szefowa parlamentu chciał być wicepremierem i kierować MSZ i tak samo obszedł się smakiem). Jak widać, formalne stanowisko nie zawsze decyduje o medialnych wpływach i sympatiach.
Albańczycy, naród Południa, powinien celebrować posiłki. Tymczasem nasza pożegnalna kolacja, składająca się z pięciu dań, trwała godzinę i 15 minut, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla układu trawiennego. Nie jestem entuzjastą kawy, na koniec więc — jako jedyny zresztą — poprosiłem o herbatę. Dostałem… rumianek. W zasadzie nawet pasował.
Albania jednym zdaniem? Bardzo biedny kraj bogatych (nieraz) ludzi. Gdy jedzie się na lotnisko, po drodze widać gdzieniegdzie gruzy i kupy śmieci. Ale mówią, że pięć lat temu to był powszechny widok w całym mieście. Teraz się tylko „zdarza". Gdy wyjeżdżam, w uszach dźwięczą mi słowa ministra spraw zagranicznych Besnika Mustafaja: głównym priorytetem kraju jest rozwój gospodarczy i kulturalny, uczestnictwo w organizacjach międzynarodowych i poprawa image'u Albanii. Jeszcze bardziej zapamiętam tłumione emocje człowieka, któremu w sfingowanym wypadku samochodowym zabito syna. Widziałem go, gdy o tym mówił, patrzyłem uważnie… Zapamiętam jego twarz.
Jak w Albanii zostałem Kaczyńskim…
październik 2007
7.10.2007
Dziś przez Wiedeń wyruszam w moją trzecią podróż do Albanii. Jestem jedynym Polakiem w składzie delegacji Parlamentu Europejskiego.
8.10.2007
Albania — dzień drugi. Nocleg w hotelu Sheraton, którego nowoczesność kontrastuje z architektonicznym otoczeniem stolicy i największego miasta kraju — Tirany. W wymiarze demograficznym Albania to głównie Tirana, tak jak Węgry to głównie Budapeszt. Stolica liczy ponad pół miliona mieszkańców, cztery pozostałe największe miasta mają siedemdziesiąt — osiemdziesiąt parę tysięcy mieszkańców.
Hotel imponuje tylko na zewnątrz, bo z trzech aparatów telefonicznych w moim pokoju tylko jeden jest czynny, a zegar pokazuje czas, który był dokładnie 11 minut wcześniej. Ciekawa gwarancja spóźniania się na każde spotkanie.
Jestem w Albanii trzeci raz w ciągu dwóch lat i pięciu miesięcy. To konsekwencja członkostwa delegacji UE—Europa Południowo-Wschodnia. Tym razem jestem członkiem dziewięcioosobowej delegacji, w skład której wchodzą przedstawiciele ośmiu narodowości (RFN — dwie osoby, w tym przewodnicząca ekipy, chadeczka Doris Pack, oraz po jednym przedstawicielu z Polski, Austrii, Cypru, Czech, Holandii, Rumunii i Słowenii). W sensie politycznym reprezentowanych jest pięć największych grup, z czego chadecy i socjaliści po trzy osoby, a my oraz liberałowie i zieloni po jednej.
Program bardzo intensywny i na wysokim szczeblu. Już pierwszego dnia mieliśmy spotkania z prezydentem, premierem, przewodniczącą jednoizbowego parlamentu, ministrem spraw zewnętrznych, merem Tirany (jednocześnie szefem głównej partii opozycyjnej) oraz rzecznikiem praw obywatelskich.
Po kolei. Szybko spisuję wrażenia na oficjalnym programie wizyty i materiałach przygotowanych przez administrację PE. Albania to prawdopodobnie jeden z trzech najbiedniejszych krajów Europy (obok Mołdawii i Serbii). Stąd niespecjalnie szokuje przykry widok grupki żebraków w centrum miasta, gdy z hotelu jedziemy na pierwsze spotkanie z ombudsmanem. Widzimy też targ, a na nim handel uwiązanymi za nogi żywymi kurami. Uwagę zwraca niezbyt duży gmach Biblioteki Narodowej z trzema flagami przed wejściem: Albanii, UE (oczywiście, Albania stara się o członkostwo) oraz USA! Kręcimy bardzo wąskimi uliczkami, aby trafić do skromnej siedziby Avocati Popullit, czyli Rzecznika Praw Obywatelskich. Klinujemy się w jednej z uliczek zastawionych przez auta. Mieszkańcy Tirany okazują wielką życzliwość: zbierają się, doradzają, jak przejechać, w końcu paru mężczyzn podnosi zawadzające nam auto i przenosi je trochę na bok. Wreszcie wyjeżdżamy bez strat w taborze własnym i cudzym. Trochę szokuje widok żołnierza z kałasznikowem na dachu domu, tuż obok budynku, w którym mieści się biuro RPO. Rzecznik, Emir Dobjani, jest starszy, drobny i brzuchaty, mówi tylko po albańsku i trochę ginie pod dużym portretem prezydenta swego kraju.
Po spotkaniu z nim jedziemy do szefa albańskiego rządu. Mijamy sporo starszych mężczyzn w garniturach i krawatach, pamiętających jeszcze czasy Envera Hodży — I sekretarza KC Albańskiej Partii Komunistycznej. Nas, ludzi Zachodu, trochę zaskakuje widok wielu kawiarenek pełnych mężczyzn w sile wieku, którzy od rana debatują przy kawie, choć są oczywiście godziny pracy. Nasz kierowca jedzie jak wariat, drżę o los innych aut i przechodniów, ale w tym szaleństwie jest metoda — dojeżdżamy bezpiecznie.
Premier Sali Berisha to najwybitniejszy polityk prawicowy tego kraju ostatnich dwudziestu lat. W 1992 obalono ekipę postkomunistów, którzy rok wcześniej wygrali pierwsze wolne wybory po upadku komunizmu (kłania się, niemal po sąsiedzku, Rumunia). Po 5 latach rządzenia Partii Demokratycznej premiera Berishy jego rząd upadł na skutek ekonomicznego załamania. Wówczas, równo
10 lat temu, państwo albańskie było w zaniku: władza leżała na ulicy, grasowały uzbrojone bandy, policja chowała się po kątach, w wyniku zamieszek zginęło ponad 1000 osób. Ale Berisha okazał się twardym zawodnikiem — po 8 latach wrócił do władzy, wygrywając wybory, które miały miejsce 1 maja (!) 2005 roku. Dobrze je pamiętam. Byłem wówczas jednym z dwóch polskich euro deputowanych (obok Wiesława Kuca) — oficjalnych obserwatorów. Premier, prawicowy antykomunista, jest bardzo bezpośredni, nie trzyma dystansu, dobrze mówi po angielsku. I gada, gada, gada… Około 30 minut — jak na protokół dyplomatyczny to bardzo dużo! Poza chwaleniem się sukcesami własnego rządu, w wielkim stopniu słusznie, powiedział też o konkretach, podając istotne daty w kalendarzu negocjacyjnym akcesu Albanii do UE: 16 października 2007 roku i 8 lipca 2008 roku — jako terminy przedstawienia kolejnych stanowisk jego kraju (moim zdaniem wejście Albanii do UE nastąpi nie wcześniej niż za paręnaście lat). Podkreślił też, że wybór nowego prezydenta Albanii to efekt ponadpartyjnego konsensusu, a sam prezydent organizuje „okrągłe stoły" z udziałem opozycji. Zaznaczył też, że jednym z głównych celów jego ekipy jest walka z korupcją. Wspomniał o aresztowaniu ponad 80 mafiosów i o powiązaniach albańskiego świata przestępczego z diasporą w USA, we Włoszech, w Grecji i Szwecji. Zapytany przez nas o Kosowo sformułował trzy zasady, którymi kieruje się w tym względzie Tirana: 1. poszanowanie niezależności „rządu większości" w tym regionie, czyli faktycznej dominacji miejscowych Albańczyków,
2. zachowanie praw mniejszości (w domyśle serbskiej), 3. krytyczna ocena funkcjonowania międzynarodowych obserwatorów. Berisha nie byłby sobą, gdyby na koniec nie skrytykował ostro socjalistycznego mera Tirany, lidera Partii Socjalistycznej.
Kolumną na sygnałach (dwa auta plus dwóch policjantów na motorach), paraliżując na chwilę ruch w centrum Tirany, pędzimy na kolejne spotkanie. Tym razem z krytykowanym przez premiera merem stolicy, Edim Ramą. Młody, przekonujący, biegle mówiący po angielsku — nowe pokolenie postkomunistów. Mer ostro atakuje rząd. Stawia zarzut upolitycznienia policji i wszystkich dziedzin życia. Mówi „pod nas", że rząd wyrzucił setki wyższych oficerów policji, wcześniej przeszkolonych przez UE. Bardzo krytycznie wypowiada się o prezydencie Albanii, podkreślając, że przy jego wyborze rząd wręcz korumpował posłów jego partii, proponując kwoty wielu tysięcy euro. W pewnym momencie mer Rama porównuje prawicowy rząd do tego z okresu stalinizmu (skąd my to znamy?). Na moje pytanie o przestępczość w jego mieście odpowiada, że to kwestia „permanentnej pracy" nowoczesnego państwa (a policja miejska to pies?). Socjalistyczny burmistrz krytykuje też wyborcze obietnice rządzącej partii (skąd my to znamy?) sprzed… 2 lat! Berisha obiecywał m.in. w 2005 roku załatwienie w ciągu 30 dni spraw dotyczących własności oraz nowe dowody osobiste dla wszystkich w ciągu 3 miesięcy. Po spotkaniu z nami na mera czekają trzy telewizje, podczas gdy po spotkaniu z premierem nie było żadnej (skąd my to znamy?)…
Spotkanie z ministrem spraw wewnętrznych Bujarem Nishani przekonuje mnie, że szefowie MSW są chyba podobni do siebie, niezależnie od szerokości geograficznej. Na ścianie sali konferencyjnej napis: „Ministria e Brendshme", po lewej flaga Albanii, po prawej — UE. Na stołach zatrzęsienie nektaru brzoskwiniowego produkcji włoskiej i wody mineralnej produkcji włoskiej, tak jakby w tym kraju nie można było wyprodukować tych prostych napojów. Minister Nishani chwali się sukcesami w walce z przestępczością, jak każdy szef MSW, i promienieje, gdy słyszy pytanie o spełnienie wyborczej obietnicy — dowodu osobistego dla każdego obywatela: dowody i paszporty mają być szybko; dowody w cenie nie więcej niż równowartość 10 euro, paszporty zaś 40-45 euro.
Szef albańskiego MSW mówi po angielsku, nosi dobry garnitur, miło się uśmiecha i przyjmuje nas w eleganckiej sali. Luksusy kończą się po wejściu do resortowej toalety. W ubikacjach nie ma muszli klozetowych, są tylko specjalne miejsca na stopy. Niczym w dawnym ZSRR lub dziś w krajach muzułmańskich. Przez okno wyglądam na wewnętrzne podwórze. Widzę walające się śmieci, puste butelki… Albańska wieś potiomkinowska?
Ostatnie spotkanie przed przerwą obiadową to 50-minutowa rozmowa z prezydentem Albanii — Bamirem Topi. Czeka na nas rekordowa liczba ok. 20 dziennikarzy, fotoreporterów i kamerzystów. W błyskach fleszy, ale i bez nich, prezydent sprawia wrażenie raczej introwertyka. Siedzi w garniturze zapiętym na guzik (!) i mówi wyłącznie po albańsku, tak jak ombudsman, a inaczej niż premier, szef MSW i lider opozycji. Jak wszędzie, podają nam kawę i wodę (oczywiście włoską). Na ścianie tylko flaga Albanii. Mam poczucie, że gdy chodzi o strukturę władzy, to w Albanii jest taka, jak pewnie będzie w Rosji za parę miesięcy, za premiera… Putina: malowany prezydent, karty rozdaje szef rządu.
Przed Pałacem Prezydenckim jest jak u Stendhala: żołnierze w czerwono-czarnych uniformach (czerwona góra, czarne spodnie). Salutują nam majestatycznie, tak jak wcześniej policjant z MSW i później cywilny (!) ochroniarz w parlamencie.
Obiadu nie jem — piszę bloga. A przy okazji ćwiczę dietę, co znakomicie poprawia mi samopoczucie.
Po godzinnej przerwie — spotkanie z moim ulubionym albańskim politykiem, z opisywaną już przeze mnie w blogu dobrze ponad rok temu przewodniczącą jednoizbowego parlamentu (Kuvendi Popullor) Josefiną Topali. Cóż, piękna kobieta… Zresztą, w albańskiej polityce sporo ważnych funkcji zajmują kobiety i ja koś żadna z nich nie jest brzydulą. Majlinda Bregu jest ministrem integracji europejskiej, a Arenca Trashani, była minister integracji europejskiej, jest przewodniczącą albańskiej delegacji ds. kontaktów z Parlamentem Europejskim. Mimowolnie zauważam, że polscy politycy kobiety noszą wyraźnie dłuższe spódnice niż albańscy politycy kobiety…
Szefowa parlamentu dziękuje nam za stanowisko mojej Komisji Spraw Zagranicznych PE w sprawie Albanii. Znowu jest bardzo dużo mediów, prawie jak u prezydenta. Widać pani Josefina dba o PR. I u niej jest, jak wszędzie, włoska woda mineralna.
Posiedzenie wspólnego zgromadzenia PE-parlament Albanii. Trzech mówców na dzień dobry . Włoski ambasador Saba D'Elia, reprezentujący Radę UE, albańska „Miss Europe" Majlinda Bregu (ta sama od dwóch lat) i… polski akcent — Jan Truszczyński, niegdyś polski minister i nasz główny negocjator w rokowaniach akcesyjnych z UE, potem ambasador RP przy Unii, a teraz zastępca dyrektora generalnego w Dyrekcji Generalnej ds. Rozsze rzenia w Komisji Europejskiej. Dyskusja trwa trzy godziny i, pomija jąc nasze pytania, przerodzi się w albańskiego politycznego ping- -ponga. Tak jak przed rokiem w Strasburgu, tak jak przed dwoma laty w Tiranie: rząd oskarża opozycję, opozycja rząd, a postępy na drodze integracji Albanii z UE są raczej mierne. Gdy słyszę, jak obie strony się zacietrzewiają, dyskutując o wymiarze sprawiedliwości, to myślę — bez owijania w bawełnę — że opozycja boi się, iż rząd będzie używał sądów do walki z nią, a rządząca Partia Demokratyczna ma w tyle głowy, iż jak się władza — nie daj Boże! — zmieni, to Partia Socjalistyczna będzie zamykać obecną ekipę.
Głos zabierają kolejni albańscy posłowie, m.in. były premier Ilir Meta, Arian Madhi, Rexhep Uka, Taulant Balla czy Skender Gjnushi. Ten przedostatni wyjmuje laptopa i bardzo dobrym angielskim odczytuje listę wyrzuconych z roboty wysokich oficerów policji. Ripostuje Gjnushi i tak w koło Macieju… A wszystko to pod godłem Albanii i dwiema flagami: albańską i unijną. O dziwo — po ośmiu godzinach spotkań wreszcie spotykamy albańską wodę mine ralną — o nazwie „Lajthiza".
Jako Polakowi jest mi przyjemnie, że mój kraj jest jednym z dziesięciu członków UE, który już ratyfikował „porozumienie o stabilizacji i stowarzyszeniu między UE a Albanią" (charakterystyczne, że z tej dziesiątki aż szóstka to państwa „nowej" UE: obok Polski jeszcze Węgry, Słowacja, Słowenia, Litwa i Łotwa, a tylko czwórka „starej" — Hiszpania, Irlandia, Szwecja i Luksemburg).
* * *
Najbardziej zabawnym momentem dzisiejszego długiego dnia (15 godzin z uroczystą kolacją!) była sytuacja, w której przewodnicząca naszej delegacji, Niemka Doris Pack, przedstawiając mnie (kolejny zresztą raz) szefowej albańskiego parlamentu, nagle, mimo że tego dnia już z dziesięć razy wymieniała moje nazwisko, pomyliła się i powiedziała: „Z Polski pan Kaczyński"… Gruchnął śmiech, a ja stwierdziłem, że to był komplement. A potem pomyślałem, że niejaki Freud ciekawe rzeczy pisał w swoim czasie o podświadomości. No i jaka jest ta podświadomość niemieckich polityków? Wszyscy z Polski to Kaczyńscy?
9.10.2007
Albania — dzień trzeci, ostatni. I znowu wizyta w parlamencie. Ichni sejm ma dwie nazwy: jedna to Zgromadzenie Ludowe — Kuvendi Popullor, druga, bardziej oficjalna, częściej spotykana w dokumentach to: Zgromadzenie Republiki Albańskiej, czyli Kuvendi i Republikës së Shqipërisë. Uff … Tutejszy parlament odziedziczył gmach po Komitecie Centralnym Albańskiej Partii Komunistycznej. Ma to ten plus, że budynek jest w bardzo dobrym stanie i ma znacznie lepsze wyposażenie (także sanitarne — w miarę normalne toalety!) niż choćby ten, w którym mieści się MSW. Enver Hodża, przez 40 lat (!) I sekretarz KC i albański dyktator, miał tu swoje przestronne, eleganckie biuro. Byliśmy w nim wczoraj (to w zasadzie dwa pomieszczenia na pierwszym piętrze) — piękna, gustowna sala recepcyjna służąca teraz przewodniczącemu, a właściwie przewodniczącej parlamentu. Wolę Josefinę Topali od towarzysza Envera Hodży — i ze względów merytorycznych, i estetycznych. Te drugie też są w życiu ważne.
Reasumując: ubikacja Hodży zdecydowanie wygrywa z przaśną toaletą jego „towarzyszy od bezpieczeństwa"…
* * *
Jeżdżąc po mieście, zwracam uwagę na często spotykane, czarodziejskie słowo: „kombetar". „Kombetar" jest stadion, „kombetar" jest biblioteka… Proste: „kombetar" to „narodowy". I właśnie na tym stadionie słabiutka piłkarska reprezentacja Albanii, sportowy Dawid, w historycznym 2004 roku wygrała jedną bramką z futbolowym Goliatem — ówczesnym mistrzem Europy Grecją. Było to w czasie eliminacji mistrzostw świata, skądinąd przegranych i przez Ateny, i przez Tiranę. Ale ta sensacyjna wiktoria sprzed 3 lat żyje dziś własną legendą, niczym epicka epopeja o herosach, którzy obronili wolność i honor narodu. No i ma swój polityczny podtekst, ze względu na skomplikowane historycznie stosunki albańsko-greckie.
Pora wracać. Z sympatycznym eurodeputowanym z Cypru, Panayiotisem Demetriou (centroprawica), panią z protokołu dyplomatycznego i kierowcą przebijamy się na Lotnisko im. Matki Teresy (!) przez tirańskie korki, tym razem bez policyjnej obstawy. To nie są godziny szczytu, ale na ulicach spory ruch — trochę wbrew statystykom, które mówią, że na tysiąc Albańczyków przypada zaledwie ok. 60 aut. Policjanci dość sprawnie kierują rzekami samochodów; świateł na skrzyżowaniach nie widziałem, choć pewnie gdzieś tam są.
Jedziemy na północ, w kierunku na Szkodrę, jedno z większych miast Albanii (ponad 80 tys. mieszkańców). Po półgodzinie skręcamy w prawo na lotnisko, które, podobnie jak w Warszawie, jest stosunkowo blisko centrum.
Pamiętam tę drogę. Już raz nią jechałem. To było 2,5 roku temu — długa jazda po zniszczonej, wyboistej drodze. Autostradą byłoby mniej niż godzinę, a my — z brytyjskim socjalistą, trzeci już raz z kolei wybranym na posła do PE, Robertem Evansem — jechaliśmy i jechali. „Pilnowałem" wówczas wyborów w Szkodrze — bastionie antykomunizmu, gdzie opozycyjna Partia Demokratyczna wygrała, jak chciała. Pamiętam miejscową halę sportową, gdzie co weekend są mecze koszykówki, w której odbywało się nocne, żmudne, kiepsko zorganizowane liczenie głosów. Właśnie tam, a nie w lokalach wyborczych. Nikt nie miał tu zaufania do nikogo. Widziałem entuzjazm, zapał, wiarę „w nowe" — i zasypiałem ze zmęczenia. Może wtedy spotkałem pierwszy raz Arencę? Arenca mruży oczy i mówi, że chyba tak. Nie będę kłamał, że ją pamiętam. Nie pamiętam tej brunetki, swobodnie przechodzącej z angielskiego na włoski, potem na niemiecki, o jej albańskim nie wspomnę. Wszystkimi tymi językami mówi bez żadnego akcentu. Może i nic w tym dziwnego, bo studiowała i w Anglii, i w Italii, i w RFN. Siedzimy obok siebie na kolacji i Arenca w trakcie kolejnych przystawek i drugich dań mówi o strachu. Strachu ludzi w Szkodrze, którzy jeszcze w latach 90. bali się — już przecież ładnych parę lat po upadku (?) komunizmu w jej kraju — że komuna wróci i zaczną się represje, jak kilkadziesiąt lat wcześniej. O dziadku, który… Zresztą czy człowiek „z Zachodu", z bogatej Unii, może zrozumieć ludzi z najbiedniejszego kąta Europy, zapomnianego przez Boga i UE? Może, Arenca, może. Bo my z Europy Środkowo-Wschodniej, bardzo szeroko rozumianej, mamy podobne — choć nie takie same — doświadczenia. Mówił o tym dziś w albańskim parlamencie Słoweniec — Jelko Kacin. Tak więc Albańczyków rozumiemy — może nie w 100 procentach — ale znacznie lepiej niż nasi koledzy znad Tamizy czy Sekwany. Zresztą Arenca to rozumie. Arenca Trashani, w 2005 roku wybrana na posła do Kuvendi, właśnie wtedy, gdy „pilnowałem" wyborów parlamentarnych (w Szkodrze było spokojnie, gorzej w Tiranie, gdzie zabito członka komisji wyborczej). Arenca — zupełnie jak ja — była ministrem integracji europejskiej, a teraz jest współprzewodniczącą albańskiej delegacji ds. kontaktów z europarlamentem. Chciałbym jej życzyć, aby ludzie ze Szkodry nie bali się już więcej.
* * *
W sali VIP-ów na lotnisku w Tiranie jest i światowo, i narodowo. Światowo, bo na ścianie wisi osiem zegarów, z których każdy pokazuje czas w innym mieście. Czytam podpisy: Los Angeles, Waszyngton, Londyn, Tirana oczywiście, Ateny, Ankara, Hongkong, Tokio. Tak właśnie Albańczycy leczą kompleksy. Ich stolica, obok dwóch sławnych miast USA, stolic Wielkiej Brytanii i Japonii, ale i trudnych sąsiadów: Turcji i Grecji. Narodowo, bo na ścianach wiszą ryciny z albańskimi krajobrazami (autor ma greckie nazwisko: Anastas Konstandini), do których dołączono fragmenty wierszy albańskiego wieszcza Lasgusha Poradeciego. Narodowo, bo na sąsiedniej ścianie widzę wielki olejny obraz (socrealizm? nacjonalrealizm?) z młodzieńcem owiniętym czerwoną flagą Albanii, z charakterystycznym czarnym dwugłowym orłem pośrodku.
W VIP-owskim saloniku proszę o herbatę, wywołując zdziwienie, bo przecież Albania, jak całe Bałkany, to region kawy (tureckiej!). W końcu przynoszą… Już pierwszy rzut oka wystarczy, aby zorientować się, że wpadłem. Dostałem… rumianek, niczym chore na brzuszek dziecko. A rumiankiem trudno wznieść albański tradycyjny toast „gezuar", czyli „na zdrowie".
* * *
Gdyby KE teraz, po naszej wizycie, przygotowywała doroczną ocenę przygotowań Albanii do członkostwa, pewnie wypadłaby ona bardziej pesymistycznie. Na szczęście dla naszych gospodarzy KE zrobiła ją już wcześniej, obserwacje więc towarzyszącego nam „numeru 2" w Dyrekcji Generalnej ds. Rozszerzenia KE, Polaka Jana Truszczyńskiego — obserwacje raczej pesymistyczne — na to stanowisko Komisji wpływu mieć nie będą. Choć na ogólną atmosferę na pewno tak. A tę można by zawrzeć w jednym zdaniu: postęp jest, ale zbyt wolny. Trochę właśnie w tym duchu rozmawiam na lotnisku z moim kolegą z Cypru. Problem Albanii bowiem wydaje się realizacją starego polskiego powiedzenia: „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma". Władza i opozycja wzajemnie się szachują, tyle że z tego nie ma szacha-mata, jedynie nieustający pat. I tak w kółko. Tak było przed trzema laty, gdy rządzili postkomuniści (oficjalnie: socjaliści), tak jest teraz, gdy u władzy są demokraci. Choć jednak trzeba być sprawiedliwym: postęp, zwłaszcza w gospodarce, wyglądzie miasta, jest niewątpliwy, w polityce też, tyle że tu oczekiwania są może najbardziej rozdęte, powiększone dodatkowo wyborczymi obietnicami.
* * *
Tym razem nie spotykam w Tiranie naszego ambasadora, Artura Tomaszewskiego, którego poznałem przed dwoma laty. Wyjechał do Warszawy, gdzie toczy ciężki bój o zdrowie. Niech wraca z wygraną!*
* * *
Ta wizyta była też dla mnie ciekawą lekcją tego, jak eurodeputowani mogą lobbować. Jeden z naszych kolegów z „nowej" Unii (kraj słowiański), obojętnie, czy zadawał pytanie prezydentowi, premierowi, szefowej parlamentu, ombudsmanowi, szefowi MSW czy posłom, miał tylko jeden lejtmotyw: prawa własności, gwarancje dla zagranicznych inwestorów… Cóż, facetowi chodziło o inwestycje turystyczne i dobrze po prostu „dbał" o interesy tego — silnego w jego kraju — sektora gospodarki. Przesłanie z tych wszystkich spotkań strona albańska mogła mieć tylko jedno: eurodeputowanym zależy na… no, wiadomo, na czym, skoro bez przerwy o tym mówią.
* * *
Cóż, przyjdzie mi bronić Gronkiewicz-Waltz przed atakami PiS. Byłem w Tiranie i widziałem (i poczułem): tamtejsze ulice i drogi są jeszcze gorsze niż w Warszawie. A więc niech PiS nie przesadza: nasza stolica jest jednak nieco lepsza od stolicy Albanii. Sukces jest? Jest. I cicho, nie narzekać.
10.10.2007
Podsumowuję podróż do Albanii, segreguję notatki, dokumenty, doniesienia albańskiej prasy anglojęzycznej. Spisuję fakty i wrażenia, zwłaszcza takie, w których dostrzegam echa tego, co dzieje się w Polsce.
W Albanii pod rządami prawicy — niczym w Polsce — postępuje dekomunizacja. Także w ważnej (!) sferze symboli. Z inicjatywy rządzącej Partii Demokratycznej i jej klubu poselskiego powstała rezolucja albańskiego parlamentu potępiająca dyktatorskie rządy i negatywną rolę w historii tego kraju lidera komunistów Envera Hodży (Hoxhy), władającego Albanią 43 lata! W tym ważnym czasie lewicowa opozycja uczciła jego pamięć. Skąd my to znamy? Czyż nie jest to przykład albańskiej polityki historycznej?
Rząd albański zdecydował pogodzić się z ekonomicznymi faktami i zaakceptować powszechną samowolę budowlaną. Chodzi o olbrzymią ilość ok. 100 tysięcy (!) nielegalnie zbudowanych domów w całej Albanii, z czego ponad połowa powstała w Tiranie. W stolicy kraju dotyczy to 36 skupisk i 57 tys. hektarów. Władza nadrabia kilkunastoletnie zaległości i próbuje jakoś opanować bałagan powstały za rządów i lewicy (dłuższych), i prawicy (krótszych).
Albania to kraj tolerancyjny religijnie, jednak do pewnych granic. Siedmiu na dziesięciu Albańczyków to muzułmanie, pozostali to chrześcijanie (ale prawosławnych jest dwa razy więcej niż katolików), choć z kolei w albańskim Kosowie jedna z największych partii to chrześcijańska demokracja albańskojęzycznych Kosowarów. Wszystkie te wspólnoty religijne żyją zgodnie, lecz ostatnio muzułmanie ostro zaprotestowali przeciwko pomysłowi, aby katolicka błogosławiona, Matka Teresa z Kalkuty, została umieszczona — jako symbol Albanii — na nowych dowodach osobistych, które mają być wyemitowane w przyszłym roku. Wspólnota islamska poszła dalej, powołując się na konstytucję, która gwarantuje laicki charakter państwa, i zaprotestowała przeciwko temu, aby Matka Teresa była patronką wszystkich publicznych instytucji — choć jej imieniem nazwane jest lotnisko w Tiranie. Chociaż takich problemów nie mamy w Polsce…
Bośnia, Hercegowina, zapach wojny
kwiecień 2005
Moja pierwsza wizyta w Bośni i Hercegowinie. Dzień pierwszy. Wojna skończyła się tu 10 lat temu, ale jej ślady widać wszędzie. Część budynków to wypalone skorupy, niektóre z nich mają kilkanaście pięter i wyglądają jak domy widma. Bardzo wiele nosi ślady po kulach. To nie Afryka czy Azja. To Europa, początek XXI wieku…
* * *
Drugi dzień wizyty w Bośni i Hercegowinie. Na dzień dobry informacja, że 70 proc. młodych Bośniaków chce wyjechać stąd na stałe. Czy dla tego kraju może być jakakolwiek przyszłość?
Spotkanie z nowym dowódcą sił zbrojnych UE, czyli EUFOR, brytyjskim generałem Davidem Leakeyem, który zastąpił Niemca, generała Reinera Feista. Niewysoki, drobnej budowy, siwy, nie wygląda na zawodowego żołnierza. A jego pasją wcale nie jest armia. Jego pasja to gadać, gadać, gadać… W wojsku muszą go słuchać, gdzie indziej pewnie nie byłoby to możliwe; generał zaszczycił nas siedemdziesięciominutowym (to niewiarygodne, ale to prawda!) wystąpieniem, po czym oświadczył, że jest umówiony z bośniackim ministrem bezpieczeństwa za pół godziny, a ponieważ do centrum z bazy Butmir jedzie się — według generała — 21 minut (!), w związku z tym sugeruje, żeby pytania i odpowiedzi trwały najwyżej dziewięć minut. Oczywiście sam nie dotrzymał słowa. Wyczerpująco odpowiadał na każde pytanie, co zajęło mu 21 minut, w związku z czym na jazdę do centrum zostało mu 9 minut.
W zalążku unijnej armii są przedstawiciele 22 z 25 krajów UE, w tym garstka Polaków (my wolimy bardziej niebezpieczny i egzotyczny Irak), oraz 13 krajów spoza Unii z 4 kontynentów. Dominują Niemcy, Włosi, Hiszpanie i Francuzi, choć specjalnym przedstawicielem EUFOR w Bośni jest Brytyjczyk (Brytyjczyk zresztą jest również ambasadorem UE w tym kraju).
Bośnia i Hercegowina — kraj bajecznie piękny, z cudownymi górami, lasami i wzgórzami pokrytymi gęsto domkami z czerwonymi dachówkami. Zupełnie jak w prospekcie turystycznym. Ale jednocześnie żyje się tu wspomnieniami wojny i — jak powiedział nam ambasador Holandii w Bośni, Bocher — „podziały etniczne są tu cały czas głębokie". To widać na każdym kroku. Nawet po tureckiej fladze dumnie wywieszonej na jednym z domów w górskim Mostarze czy postrzelanej kulami tablicy informującej o „Domu Tureckim" w tymże mieście.
Wspaniałe, wielkie, ciągnące się kilometrami jezioro Jablanica, o niesamowitej zielonej tafli wody, w której odbijają się zaśnieżone szczyty gór. W tej bajce nie ma jednak krasnoludków, za to jest nienawiść. Niegdyś większa i jawna, dziś może mniejsza i utajniona.
Gdy wjeżdżamy do Mostaru — prawdziwej perełki w górach — po obu stronach drogi witają nas kilometrowe sterty śmieci, symetrycznie wyrzucanych po obu stronach drogi. Widząc je, mój sąsiad, brytyjski konserwatysta Van Orden, mówi, że przecież wystarczy do ich usuwania zagonić więźniów. Może. Wystarczy zresztą nie śmiecić. Ale jedno i drugie jest dla miejscowych zbyt trudne.
W Mostarze znajduje się kilkanaście minaretów, których smukłe wieże górują nad miastem. Ale nad miastem jest jeszcze wzgórze, a na nim kilkudziesięciometrowy krzyż otula miasto z jego minaretami, kościołami katolickimi i prawosławnymi, problemami, niesnaskami, uprzedzeniami... Trudno o lepszą metaforę. Jest w tym coś optymistycznego, lecz chyba nie dla wszystkich. Widząc go, portugalska socjalistka, Ana Gomes, cytuje Karola Marksa: „religia to opium dla ludu". Każdy ma takiego klasyka, na jakiego zasługuje.
Udzielam dzisiaj wypowiedzi dla lokalnej gazety o Ojcu Świętym, o moich z Nim spotkaniach, także tym ostatnim, z 30 grudnia zeszłego roku, i znowu się wzruszam. Po raz kolejny stwierdzam, że nie potrafię przyjąć do wiadomości faktu Jego śmierci. Może mało to chrześcijańskie, ale tak mam.
Dzień trzeci. W gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Bośni i Hercegowiny w Sarajewie mieliśmy dzisiaj konferencję prasową wspólnie z szefem resortu, bośniackim Chorwatem — Colakiem. Była to pierwsza w moim życiu konferencja prasowa, na której żaden dziennikarz nie zadał pytania. Nikt nawet nie pisnął! W tym kraju media są zależne w 100 proc. od władzy. Dla nas, ludzi Zachodu, był to szok, choć w krajach postsowieckich widziałem już niejedno. Nie widziałem też jeszcze nigdy żadnej stolicy tak naznaczonej cmentarzami jak Sarajewo. Jeden cmentarz na dole, długi chyba na kilometr, drugi na wzgórzu, z tysiącami białych krzyży, które pną się niczym w innych miastach winnice. A ludzie żyją w cieniu cmentarzy.
Jedziemy przyglądać się pracom saperów unieszkodliwiających kolejne tysiące min, zostawionych w ziemi przez Serbów i Bośniaków. Akurat na tym kawałku ziemi, na którym jesteśmy, dwóch mieszkańców straciło życie, a osiemdziesięcioro odniosło rany, właśnie za sprawą tej zmagazynowanej pod ziemią śmierci. Idziemy w głąb obszaru, wzdłuż żółtej taśmy, która teoretycznie wyznacza granicę między strefą bezpieczeństwa a strefą ryzyka. Ale wcześniej każdy z nas musi na specjalnej liście podpisać zgodę i podać grupę krwi. Nie bardzo pamiętam swoją, na szczęście jednak transfuzja nikomu z naszej grupy nie będzie potrzebna.
Unia Europejska na ten rok dała prawie 11 milionów euro na rozminowanie samej tylko Bośni i Hercegowiny — i to tylko na konto jednej z organizacji pozarządowych, która wyspecjalizowała się w tych działaniach. Założyli ją Słoweńcy w 1998 roku, a głównymi jej sponsorami, poza UE, są USA i Norwegia. To dzięki m.in. tym ludziom Kosowo i Macedonia zostały całkowicie rozminowane. International Trust Fund działa poza Bałkanami, także na przykład w Azerbejdżanie, Armenii i Gruzji.
Bośnia i Hercegowina. Wojnę wciąż czuje się tu w powietrzu.
Kosowo w bałkańskim kotle
listopad 2007
Kosowo, dzień pierwszy
Wyruszam z Warszawy o 11.00 samolotem Austrian Airlines do Wiednia. Tam przesiadka na spóźniony — śnieżne zawieje w stolicy dawnego c.k. Austrii — samolot do Prisztiny. To miasto jest dziś stolicą autonomicznego regionu w ramach Serbii, ale za kilkanaście, kilkadziesiąt dni, po jutrzejszych wyborach, będzie stolicą kolejnego niepodległego europejskiego kraju.
Dziś jest kiepski dzień na podróże. Wiedeń żegna śniegiem, Kosowo wita zaskakująco zimną aurą. Ale tak jest w całej tzw. wschodniej Europie — dziś na przykład musiano odwołać samolot z Budapesztu do Prisztiny.
Lotnisko w stolicy jest bardzo małe i do złudzenia przypomina to w stolicy Albanii, Tiranie — tyle że tam zawsze kłębi się tłum.
„Kości zostały rzucone!" — czas rozpocząć europarlamentarną delegację, która ma monitorować tutejsze wybory…
Kosowo pokochało niepodległość
Kosowo, dzień drugi. Pobudka przed 6 rano, aby pół godziny później wyruszyć z hotelu na monitoring pierwszego lokalu wybor czego — w Prisztinie. Hotel nazywa się Victory, co poniekąd jest swoistą metaforą dla spragnionych zwycięskiej wolności Kosowarów. Zaczynamy więc w Prisztinie, aby wrócić do niej po blisko 12 godzinach na końcówkę głosowania i samo liczenie głosów. Stolica Kosowa robi lepsze wrażenie o poranku niż wieczorem: gdy nadchodzi zmierzch — a ten jest szybko o tej porze roku, nawet już po
16.30 — miasto tonie w ciemnościach; mało jest latarni, sytuację próbują ratować sklepowe neony… „Ciemności kryją ziemię" — ta literacka metafora dobrze oddaje sytuację stolicy bałkańskiego kraju w listopadowy wieczór XXI wieku. A właściwie oficjalnie „stolicy" państwa dopiero za kilkadziesiąt dni: teraz jest to stolica ledwie autonomicznego regionu w ramach Republiki Serbii… Formalnie, bo Albańczycy z Kosowa już od dawna nie przyjmują tego do wiadomości.
W każdym lokalu wyborczym dwa znaki zakazu. Nie wolno palić i… wnosić broni! Identyczne oznaczenia widziałem 2,5 roku temu w czasie wyborów w sąsiedniej Albanii. Do parlamentu kandydują 33 ugrupowania: 23 albańskie, 9 serbskich, 1 bośniackie.
Nasz pierwszy lokal wyborczy to budynek Akademii Medycznej. Ale „akademia" to brzmi nazbyt dumnie: widząc na ścianach anatomiczne plansze, myślałem początkowo, że jestem w zwykłym liceum pielęgniarskim. Gospodarze szybko rozwiali moje złudzenia.
Instrukcje dla wyborców w każdej z sześciu tutejszych komisji wyborczych są wyłącznie po albańsku, choć przecież to niby część Serbii. Nazwy miejscowości natomiast są zawsze dwujęzyczne, ale — co charakterystyczne — na pierwszym miejscu jest nazwa albańska.
Na ścianach napisy: „Zgjedhjet per kurendin e Kosoves 2007" — „Izbori za skupstinu Kosova 2007", czyli po prostu — wybory do parlamentu Kosowa. Ale także „Listat e kandidatere te subjektere politike" — „Liste kandidata politickih subjekata" — nie trzeba być lingwistą, aby zrozumieć, że chodzi o „listę kandydatów partii politycznych". Trochę trudniej jest z innym napisem: „Komisioni Quendror i Zgjedhjet" — „Centralna Izborna Komisija", no i dzię ki serbskiemu wszystko jasne: „Centralna Komisja Wyborcza". Szereg kabin (duże słowo) ma po prostu angielski skrót CEC, który znaczy tyle samo.
Z przyczyn prozaicznych zainteresowałem się innym napisem: „WC Mushkuj", czyli toaleta dla panów. W środku, jak to w wielu krajach muzułmańskich, nie ma sedesów, są tylko miejsca na stopy. Jak ktoś musi, to się pogimnastykuje. Nie wiem, jak to wygląda w „WC Femra", czyli toalecie dla pań, bo tam — mimo ciekawości poznawczej — nie wchodziłem.
Mężowie zaufania — od dwóch do (sporadycznie) sześciu w komisji — to prawie bez wyjątku ludzie młodzi lub bardzo młodzi. W lokalu, który wybraliśmy (nr 3 — Brytyjka, Sarah Whittall, z którą jestem w tandemie obserwatorów, twierdzi, że to jej szczęśliwy numer), jest czterdziestominutowe opóźnienie. Nie dowieziono im materiałów wyborczych. O tyle to dziwne, że w pozostałych pięciu komisjach zlokalizowanych w tym budynku takich problemów nie ma.
Na ulicach festiwal billboardów, plakatów, transparentów. Spisuję nazwiska. Ciekawe, że są to wyłącznie nazwiska albańskie, żadnego serbskiego! Informacje o faktycznym bojkocie wyborów ze strony wspólnoty serbskiej w ten sposób zostają potwierdzone, nieostatni raz tego dnia… Odnotowuję: Sabri Hamiti, Me Ramushin, Nexhat Daci (podkreśla, że jest „akademikiem"), Fatmir Limaj, Xarit Haliti, Isa Mustafa, dr Bedri Selmani, Rexhep Hoti, Rustem Mustafa oraz — już w Gjilan — Quemail Mustafa i jedyna kobieta w tym gronie — Lirije Kajtazi. Szkoda, że tylko ona się tak lansuje, bo Kosowo to kraj naprawdę pięknych kobiet… Z moich statystycznych obliczeń wynika, że co najmniej jedna piękność przypada na jedną komisję wyborczą. Z naciskiem na słowo „co najmniej"…
Drugi wyborczy budynek — bardzo dawno nieremontowana szkoła podstawowa. Lokal w klasie. Na ścianie tablica z ręcznie wymalowanymi angielskimi czasownikami. O 8.15, a więc pięć kwadransów po terminie rozpoczęcia głosowania, lokal nr 2 nie rozpoczął jeszcze pracy, bo… nie dostarczono wyborczych dokumentów. Ciekawostka: w każdym lokalu na stołach… rolki papieru toaletowego. Służy do wycierania płynu w sprayu, którym znakuje się wyborców, aby nikt nie zagłosował dwa razy. Taką „technikę" widziałem i w Albanii, i w Mauretanii. Pokazuje kompletny brak zaufania do człowieka, ale jest skuteczna: każdemu specjalnym „rentgenem" prześwietla się palce prawej dłoni i już wiadomo, czy spełnił obywatelski obowiązek, czy nie.
Po 3,5 godzinie monitoringu dajemy zagłosować naszemu kierowcy — na co dzień taksówkarzowi w Prisztinie — i czekając, aż wróci, wyskakujemy do kawiarni. Zadymiona, niemal sami mężczyźni — po prostu bałkańskie klimaty. Za dwie herbaty z cytryną i kawę cappuccino płacę grosze — 2,5 euro. Podobnie było wczoraj wieczorem: kolacja na trzy osoby w popularnej restauracji Piata, po jednym głównym daniu, butelka czerwonego wina i po kieliszku kosowskiej śliwowicy (słabsza niż ta polska!) w sumie za raptem 41 euro. W porównaniu z Polską, nie mówiąc o „starej Unii", tu jest naprawdę tanio.
Wyruszamy do Gjilan (nazwa serbska — Gnjilane). To nasz głów ny rejon monitoringu. Jedziemy przez Hajvali (serb. Alvalija) ze starą prawosławną cerkwią i cmentarzem ogrodzonym murem, na którym widać zwój drutu kolczastego. W tej serbskiej miejscowości napisy są tylko po serbsku. Po lewej mijamy drogę na Kishnice. Przejeżdżamy wioskę Slivove (serb. Slivovo). Mocno sypie śnieg, jest mokro i zimno, jedziemy jakby wąwozem w górach. Po lewej droga na Novoberde (serb. Novo Brdo). Przecinamy miejscowość Llabjan i dalej górki, lasy, lasy, miejscowość Parallove (serb. Paralovo), po lewej zostawiamy Bresalc (serb. Brasaljce), po prawej zaś Zhegoc (serb. Zegovac). Niby to tylko 46 kilometrów, ale jedziemy długo, w kiepskich warunkach, i wydaje się nam, że ten dystans jest 2-3 razy dłuższy. I znowu: po lewej droga na Glloma, po prawej na Ponesh (serb. Pones), wreszcie miejscowość Livoc Eperm (serb. Gorni Livoc, po polsku — Górny Livoc po prostu). Mijamy skrzyżowanie dróg na Bujanoc (po prawej) i Ferizaj (po lewej), wioseczkę Urosevac i „już" jesteśmy w Gjilan (przyjmijmy nazwę albańską). Tu dopiero zrozumiem, co znaczy bojkot wyborów przez serbską mniejszość…
Kosowskie domino?
Kosowo wybierało. I wybrało. Niepodległość. Serbia, dawniej trzęsąca Socjalistyczną Federacyjną Republiką Jugosławii, od lat patrzy, jak na jej oczach serbskie terytorium zmniejsza się i zmniejsza. Jeżeli Kosowo ogłosi w grudniu niepodległość — a tak się zapewne stanie — Republika Serbii utraci 15 proc. powierzchni.
Wczoraj mieszkańcy Kosowa do tego właśnie się przyczynili. Także w Gjilan. Ten rolniczy rejon zamieszkany jest i przez Albańczyków, i przez Serbów. Ba, jest nawet jedna wioska… turecka, pozostałość po Imperium Otomańskim. Nazywa sie ona Miresh Dobrcane.
W samym mieście — w samym centrum — mieszkają Cyganie. Region liczy ok. 130 tys. mieszkańców i szczyci się zasobami żelaza. Najważniejsze miasta to — poza Gjilan — Ferizaj, Kamenica, Kacanik, Novoberde, Viti i Shtrepce. Niedaleko jest granica i z Serbią, i z Macedonią. Do niedawna jeszcze w mieście były dwa kompleksy koszar. Przejeżdżamy właśnie koło jednego z nich: koszary amerykańskie, dopiero co zamknięte. Trochę smutny to widok. Puste baraki, jakby czuć tu jeszcze jankesów.
Dojeżdżamy do UNMIK — czyli Misji ONZ w Kosowie (skrót od angielskiego United Nations Mission in Kosovo). Jest tu wielka stacja benzynowa, wyłącznie dla pojazdów ONZ czy UE. W ogóle struktury międzynarodowe w tym regionie (kraju), ale przecież nie tylko tu, są swoistym „państwem w państwie".
Nasza robota na dziś w Gjilan i okolicach to pięć lokali wyborczych, z czego tylko dwa w samym mieście. Pozostałe to miejscowości: Stanishor (serb. Stanisor), Partesh (serb. Partes) oraz Malisheve (serb. Malisevo). W sumie punktów wyborczych jest 42, zlokalizowanych w 39 szkołach (podstawowych, średnich, technicznych), jednym pomieszczeniu kościelnym (!), jednym domu prywatnym (!) oraz w domu kultury.
* * *
Wszędzie w lokalach wyborczych plakaty — instrukcje: „si te votani — kako glasati", czyli jak głosować. W umieszczonych w szko łach komisjach w Gjilan i okolicach wyraźnie brudniej i ciemniej niż w podobnych w stolicy kraju. Widok krzeseł pod brudną ścianą w pobliżu urny to ilustracja warunków, w jakich głosowano w tym regionie. I nikt jakoś nie narzekał.
W kolejnym lokalu, w szkole, na ścianach portrety narodowych bohaterów — historycznego Skanderbega oraz współczesnego — Adema Jashariego, zabitego przez Serbów w ostatnich latach, będącego symbolem walki o niepodległość. A obok bohaterów kolorowe zdjęcie całej szkolnej rady pedagogicznej i… model kościotrupa na zajęcia z anatomii. Drugi model pokazuje ludzkie organy „do pasa" od góry, inny zaś specyfikę kobiecego ciała. Głosowanie trwa w najlepsze. Już pojutrze klasa 9. wróci tu do zajęć szkolnych. Obserwuję — przed trzecim punktem wyborczym — najdłuższą dotąd kolejkę. Stoją w niej 22 osoby — nic to w porównaniu z tym, co widziałem choćby na Timorze Wschodnim czy w Mauretanii. Ochrona kieruje ruchem, wpuszczając do klasy najwyżej trzy osoby, a w klasie nad stołem przewodniczącego komisji, przy tablicy, nagryzmolone wprost na ścianie (!)… ściągi z chemii — wzory związków chemicznych oraz z angielskiego — tłumaczenia czasowników.
W kolejnym, czwartym, lokalu mam bezpłatną lekcję albańskiego — czytam: Janar, Shkurt, Mars, Prill, Maj, Ouershkor… I już wiem, jak jest „styczeń" (podobnie jak w angielskim, niemieckim czy francuskim), „luty" (zupełnie niepodobnie), „marzec" (pisownia identyczna jak we francuskim), „kwiecień" (od biedy można się, po główkowaniu, domyślić), „maj" (tu z kolei pisownia identyczna jak w polskim), „czerwiec" (no, to już kompletna abrakadabra). A potem „Korrik" (!), czyli lipiec, „Gusht" — sierpień i „Shtator" — wrzesień — nie da się ich z niczym porównać, trudna rada: trzeba wkuwać, podobnie jak „Tetor", „Nentor" i „Dhjetor", odpowiednio — październik, listopad i grudzień…
Wyborcy, głosując w tej klasie, mogą sobie przypomnieć również znaki drogowe, a także „Alfabeti shqip", czyli alfabet, ot, taki prosto wyjęty z „alfabetara", czyli elementarza. Na ścianach szkolnego korytarza i w klasach prace uczennic; wynotowuję nazwiska: same albańskie — Eldonita Mehmeti, Elda Haziri, Arieta Alshami… Żywioł serbski w defensywie.
W następnym lokalu tłum kłębi się pod drzwiami. Ale frekwencja „ruszyła" dopiero teraz: do 9.30 głosowało 70 wyborców, do
10.00 — ok. 100, do 11.30 — ok. 150, do 12.30 — ok. 200 na 833 ogółem. Patrząc na umieszczone w kolejnej klasie-lokalu wyborczym tableau ze zdjęciami uczniów, myślę sobie, że kończyć będą swoją albańską szkołę w niepodległym już Kosowie.
Przerwa na obiad. Gjilan (Gnjilane), restauracja Bujana na wzgórzu, z którego widać całe miasto. Bujana jest wielka, dwupiętrowa, a z jej okien, jeśli nie ma mgły — jak dziś — widać podobno Serbię. Jako przystawkę zamawiam „mezo Kosovare" — dwa gatunki sera, mocno wędzoną i słoną szynkę, kiełbasę i rodzaj pikantnego twarożku. Potem zupa grzybowa, kompletnie inna niż te nasze, polskie, całkiem biała, bardziej przypominająca krem grzybowy. Wreszcie danie główne: „pleskavice e mbushur". Jadalna, ale niestety ustępująca tym „pleskawicom" znanym mi z bułgarskich czy serbskich knajp. Każdy z naszej trójki bierze po dwa- trzy dania (ja — trzy…), sporo napojów, a mimo to rachunek wynosi za całość niespełna 30 euro…
Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com