Książka ebook Wyspa bez dostepu do morza Lubelska, Krystyna Nowy Świat

Wyspa bez dostepu do morza (ebook)

Autor:

Lubelska, Krystyna

Cena: 14,94 zł
+14 pkt (kup za 7,47 zł)
Dodaj do koszyka Wydawnictwo: Nowy Świat Rok wydania: 2010 Kategoria: Powieść Język: polski Format: EPUB (DRM) (do pobrania na e-czytnik, smartfon, tablet lub komputer)

W świecie wysoko rozwiniętej cywilizacji wiedzie niezmącony żywot doskonała rodzina Santorów. Senior klanu, najlepiej prezentujący się laureat w dziejach Nagrody Nobla stoi na straży doskonałości kodu genetycznego i sprawnie działającego rodzinnego mechanizmu. Uważnie kreuje nie tylko literackie światy, ale także ten domowy, modelując najbliższe otoczenie zgodnie ze swymi zamierzeniami. W świecie, w którym nobliści sprzedają się lepiej niż gwiazdy telewizyjne Santorowie nie mogą narzekać na brak prosperity. Tymczasem okazuje się, że za idyllę płaci się wysoką cenę i nawet spec od kreowania wydarzeń staje bezradny wobec mechanizmów medialnej potęgi. W niepokojąco realistycznej antyutopii Krystyna Lubelska przedstawia groteskową satyrę na świat owładnięty dążeniem do perfekcji, wpisując się w nurt krytyki cywilizacji medialnej.

Uwaga: poniższy fragment to uproszczony podgląd tekstowy tego ebooka; aby zobaczyć jego skład, pobierz darmowy fragment w formacie EPUB.

Spis treści

Strona tytułowa


ROZDZIAŁ I
ROZDZIAŁ II

Krystyna Lubelska

Wyspa bez dostępu do morza


„Bez waszej siły i wsparcia nie zaszłabym dalej niż na drugą stronę ulicy”.
(Aleksander Santor „Jeszcze jedno życie”)



ROZDZIAŁ I

Dzień urodzin Klary nadszedł przez nikogo niezauważony. Nikt nie wręczył jej prezentu ani nie życzył szczęśliwej przyszłości. W rodzinie Santorów nie wypadało się starzeć, więc celebrowanie daty urodzin było traktowane jako uleganie mieszczańskim konwenansom, tępe i małoduszne poddawanie się rytmowi kalendarza. Czas mijał, ale to była wyłącznie jego sprawa, nie było żadnego powodu, aby się w nią angażować.

Klara jednak wyłamywała się z obowiązującej w rodzinie konwencji. Od dziecka czuła się najdojrzalsza spośród wszystkich jej członków, a w niektórych sprawach nawet znacznie starsza od dziadka, do którego nigdy nie zwróciłaby się zresztą „dziadku”, ani wówczas kiedy była małą dziewczynką, ani teraz, kiedy właśnie skończyła dwadzieścia pięć lat, a senior dwa lata temu przekroczył sześćdziesiątkę.

Al – tak nazywano Aleksandra Santora, z upływem lat nie pochylił się ani o centymetr, nie brakowało mu ani jednego zęba, a bujna czupryna nadal podkreślała regularny, niezwiotczały owal twarzy. Drobne bruzdy wokół nosa i ust, które innym dodawały lat, jego rysom przydawały tylko szlachetności.

Wszyscy zdumiewali się młodzieńczym wyglądem Ala, nawet i on sam odczuwał niekiedy zdziwienie, gdy w jakimś przypadkowym lustrze dostrzegał własne odbicie. Nie przekroczył jeszcze progu starości, ale zdawał sobie sprawę, że już niedługo, wedle wszelkich praw biologii, powinien znaleźć się w jej sflaczałych objęciach.

Każdego ranka przy porannej toalecie uważnie wpatrywał się w powiększające lustro, poszukując u siebie oznak upływu czasu, ale ich nie znajdował. Na razie nie, jeszcze nie, mruczał wówczas pyszałkowato z siebie zadowolony. Czasem jednak ogarniała go panika na myśl o tym, że zakamuflowane w głębi komórek skóry zmarszczki i starcze plamy nagle wyjdą na wierzch i pewnego poranka ujawnią przed światem prawdziwą twarz wielkiego pisarza.

Na razie jednak prezentował się lepiej od swojego zadbanego i doskonale zakonserwowanego pięćdziesięcioletniego zięcia, Erwina, ojca Klary. Jego żona, czterdziestotrzyletnia Anais, miała skórę gładką jak alabaster. Odziedziczyła ją po Alu; ona także nie zwracała się inaczej do swojego ojca, jak tylko po imieniu. Często wybuchała perlistym śmiechem, z którego tryskało udawane samozadowolenie. Od momentu bowiem, kiedy skończyła dwadzieścia lat, Anais coraz bardziej desperacko wątpiła w swoją urodę. Kiedy już nic się nie da zrobić, a policzki obwisną mi jak spanielce, obiecywała sobie Anais, wtedy po prostu odejdę, popełnię samobójstwo.

Już teraz nie znajdowała żadnej części ciała, którą mogłaby pozostawić własnemu losowi. Ostatnio odkryła, że jej małżowiny uszne zaczęły zwisać niczym przywiędłe płatki różowej magnolii. W ten sposób małżowiny uszne stały się dwudziestą piątą częścią ciała Anais, która została wpisana na listę organów podlegających obowiązkowej, codziennej pielęgnacji.

Jej córka, Klara, nie poddawała się władzy kosmetycznych rytuałów. Nawet w czasach, gdy jako nastolatka cierpiała na trądzik młodzieńczy, stanowczo odmawiała poddawania się wszelkim upiększającym zabiegom. Kryła się wówczas po kątach, zamykała się w łazience, gdzie wyciskała z nudów pryszcze, popłakując z powodu ich upartego trwania na twarzy. Albo pogrążywszy się w lekturze, godzinami tkwiła w swoim pokoju, gdyż za wszelką cenę pragnęła uciec od prześladującego ją obrazu własnego odbicia w lustrze. Unikała także wspólnych posiłków, bo dręczyło ją potępienie malujące się w oczach członków rodziny, z których nikt nigdy nie miał żadnych problemów z cerą.

Nawet teraz, gdy od dawna przestała być nastolatką, a pryszcze już znikły z jej twarzy, Klara rzadko pojawiała się w jadalni. Wybierała raczej samotność, po to, aby w spokoju pochłaniać zbyt duże porcje niezdrowego, zbyt obfitego i słodkiego jedzenia. W nielicznych zaś momentach, gdy zasiadała z rodziną w jadalni, zazwyczaj jakimś niezgrabnym ruchem trącała szklankę z wodą lub kieliszek z winem. Zupa tryskała z jej łyżki niczym maleńka Niagara, a gdy kroiła mięso na talerzu, spod noża wydobywał się metaliczny dźwięk. Niechętne spojrzenia współbiesiadników zawisały na niej wówczas niczym nietoperze u powały. Jedynie Al nie unosił głowy znad talerza, ograniczając się wyłącznie do wydania ostrzegawczego syku, który Klarę paraliżował, jakby natknęła się na żmiję.

W takich chwilach jasno uświadamiała sobie, jak bardzo jej obecność psuje doskonałość rodzinnego obrazu, który niczym mistrzowskimi pociągnięciami pędzla tworzył Aleksander Santor. Piękno było w jego domu obowiązkowe. Senior uznawał się za wysublimowanego estetę, choć w niektórych, zwłaszcza jego późnych książkach roiło się od brzydoty, rozbebeszonych ciał, rozkładających się zwłok, mięsaków Kaposiego wywołanych AIDS, zaropiałych oczu, zarzyganych i zasranych postaci, bohaterów dotkniętych różnymi schorzeniami od czarnej ospy, egzem, nowotworów, alergii, wykrzywiających skolioz, do ptasiej grypy włącznie. W rzeczywistości jednak ani on, ani inni Santorowie nie stykali się z obrzydliwymi aspektami egzystencji. Płynęli dotąd przez życie bez przeszkód, niby przez spokojną rzekę, szczęśliwie omijając muliste dna i bagniste brzegi. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że czas spokoju dla klanu Santorów niebawem się skończy, a ich los całkiem się odmieni.

*

Uroda Santorów stanowiła doskonały chwyt promocyjny, który pomnażał sprzedaż książek wielkiego pisarza. Santorowie pojawiali się na fotografiach w tysiącach konfiguracji, ujęć i póz, ale nigdy bez Ala; bez niego zdjęcie nie miałoby żadnego sensu; pozbawione centralnej postaci, w nikim nie wzbudziłoby żadnego zainteresowania.

Od piwnic po strych walały się w domu wielkiego Santora sterty ilustrowanych magazynów z różnych lat, z czarno-białymi, a później kolorowymi zdjęciami na błyszczących okładach: Al na plaży z pierwszą żoną, Sandrą i malutką Anais w ramionach. Al z nowo poślubioną drugą żoną podczas spotkania ze świeżo wybranym prezydentem. I z trzecią połowicą, aktorką, a także czwartą, byłą Miss World, której odebrano tytuł za romans z Santorem, a on, aby jej to zrekompensować, natychmiast się dziewczynie oświadczył.

I upamiętnione na kliszy niedawne, bo zaledwie sprzed kilku miesięcy spotkanie po latach z Helen Horn, dawną kochanką, która cieszyła się obecnie zasłużoną karierą słynnej wróżbitki. Zdjęcie ukazywało niestarą jeszcze kobietę o pięknych, bujnych i starannie uczesanych, ale dziwnie nie pasujących do jej podniszczonego już oblicza włosach, siedzącą przy niewielkim stoliku. Naprzeciw niej skupiony, ze wzrokiem wlepionym w karty tarota, tkwił Al o twarzy dojrzałego młodzieńca.

Żaden fotograf nie uwiecznił jednak grymasu, jaki w parę chwil później pojawił się na obliczu Santora, gdy w oczach wróżki wyczytał nagłe przerażenie.

– Co tam widzisz? – zapytał wówczas zaniepokojony, a zarazem wściekły na siebie, bo poddał się idiotycznemu obrzędowi, podczas którego Helena na krótką chwilę zyskała nad nim absolutną władzę.

Czekał z niepokojem na jej słowa, tak jak ona niegdyś na jego wykręty, gdy noc spędził poza domem. Opuścił Helenę z dnia na dzień, niczego nie wyjaśniając, bo jej ślepe przywiązanie przestało być podniecające, a zwyczajnie zaczęło go nużyć. W porzuconej eks-kochance nie było jednak chęci odwetu, tylko lęk przed tym, co wyczytała z układu kart. Jednym ruchem ręki zgarnęła wówczas talię ze stołu.

– Idź już – wyszeptała – mam następnych klientów.

Mimo nalegań i próśb Ala, nie chciała powiedzieć ani słowa więcej, więc w końcu wyniósł się z jej niewielkiego, dusznego gabinetu, zawiedziony i rozzłoszczony.

Teraz jednak, ilekroć wspomniał ostatnią wizytę u Heleny, zawsze odczuwał dreszcz, jakby wprost z przytulnego pokoju znalazł się w zimnej, zatęchłej piwnicy.

Albo inna fotografia: Santor z synem Aramem, pochodzącym z jego trzeciego małżeństwa, z utalentowaną aktorką i znaną pięknością Izabelą Kowalski, która grała wówczas dziewczynę asa wywiadu w jednym z najbardziej kasowych filmów stulecia. Zdjęć ojca z Aramem, gdy ten był małym chłopcem, są setki.

Z tego okresu można odnaleźć zaledwie dwie, może trzy fotki słynnego pisarza z Klarą, przeważnie wstydliwie kryjącą się za dorosłymi. Wnuczka, tylko pół roku młodsza od syna, niezgrabnie stojąca na cienkich nóżkach, z brzuszkiem wypychającym jej sukienkę i rzadkimi blond włosami związanymi przesadnie wielką kokardą, nie spełniała wysokich kryteriów urody, jakie Al stawiał każdemu członkowi klanu, który pojawiał się wraz z nim na wspólnym zdjęciu.

Aram, w przeciwieństwie do Klary, był piękny. Skóra, jak powiadali ludzie, zdjęta z Aleksandra Santora. Im jednak chłopiec był starszy, tym częściej ojciec, przebywając w jego towarzystwie, unikał obiektywów. Młodość i niezwykła, z każdym rokiem rozkwitająca uroda syna stanowiły wyzwanie, z którym coraz częściej obawiał się zmierzyć.

– Cóż z tego – żartował Al w gronie najbliższych przyjaciół – że wyglądam jak jego starszy brat, skoro mam zamiar pozostać młodszym.

Syn z właściwą sobie bystrością zauważał fakt, że choć senior się nie starzał, on sam zbyt szybko dorastał, wobec tego z rozmysłem krył się w cieniu ojca. Podczas pozowania dla mediów do rodzinnych zdjęć, nakładał ciemne okulary i ustawiał się w drugim rzędzie, jak najdalej od obiektywu.

Od kiedy dorósł, Aram rzadko opuszczał swój pokój, obstawiony niczym dziecinnymi zabawkami, najnowszymi urządzeniami elektronicznymi. Doskonale znał się na komputerach. Zdobył tytuł World Master Mind in Computer Science, co oznaczało mniej więcej tyle, ile dyplom doktora honoris causa, zdobyty na uniwersytecie. Zdarzało się, że pracował także dla ojca, na jego wyraźne żądanie. Wymyślał coraz to nowej generacji programy ułatwiające nie tyle pisanie, pod tym względem Al był samowystarczalnym geniuszem, ile usprawniające sprzedaż dzieł wielkiego pisarza. Przede wszystkim jednak poświęcał się swojej pasji, czyli wymyślaniu idealnie odzwierciedlających realne życie, komputerowych gier.

Godzinami tkwił w swoim pokoju, prawie nie miał przyjaciół, ani mimo swoich dwudziestu pięciu lat, stałej dziewczyny. Bliższe kontakty utrzymywał tylko z Klarą, stanowili parę zżytą jak rodzeństwo. Łączyło ich rozczarowanie, jakie oboje sprawili seniorowi. Al podobnie jak nie lubił wyjątkowej urody syna, nie pochwalał też jej braku u Klary.

Dziewczyna, gdy tylko minęły kłopoty z cerą, nadmiernie się zaokrągliła. Była pierwszą osobą z nadwagą w rodzinie, w której nikt nie miał kłopotów z regularnym wypróżnieniem, a procesy przemiany materii u jej członków odbywały się wedle podręcznikowych zaleceń. Senior wiele razy rozmawiał z Klarą na temat jej oburzającej sylwetki, nieprzystającej do obowiązujących w rodzinie standardów.

Podsuwał Klarze książki dotyczące racjonalnego żywienia, wielokrotnie podkreślając fakt, że ludzie grubi (tego przymiotnika nie wypowiadał, tylko wypluwał jak pestkę, która utkwiła między zębami) zanadto sobie folgują. Słabość ducha, udowadniał, objawia się w niemożności odmówienia sobie deseru albo dodatkowej porcji chleba czy zupy. Otyłość, kontynuował, pukając palcem w pulchne i całkiem apetyczne ramię Klary, wpływa na szybkość operacji myślowych, bo krew u człowieka wiecznie sytego wolniej dopływa do mózgu. Podczas gdy ty, powtarzał, doznajesz rozkoszy trawienia, neurony w twoim mózgu padają z głodu. W tym momencie przed oczami Klary jawił się obraz jej własnego mózgu, w którym wskutek awarii, niczym we wnętrzu niesprawnego komputera, jedno łącze po drugim przestaje działać. Kiedy jej intelekt wskutek przejedzenia żałośnie przygasał, umysł seniora rozbłyskał niczym świąteczna choinka. Jego tyrady na temat skutków obżarstwa były godne natychmiastowego zapisania, skrzyły się dowcipem i pełnymi finezji frazami.

Wysłuchując ich, Klara miała ochotę natychmiast zapaść się pod ziemię, a później przeżywała trudne do zwalczenia ataki depresji, wywołane marnym obrazem własnej osoby, jaki nosiła w duszy. Al jej jednak nie oszczędzał, za każdym razem wyrzucając, że beztroskim postępowaniem psuje doskonałość kodu genetycznego, w jaki również dzięki jego seksualnym wysiłkom została wyposażona.

W gabinecie pisarza wisiał oprawiony w pozłacaną, antyczną ramę, genotyp Aleksandra Santora, sporządzony, jak podkreślał, przez sławę w dziedzinie genetyki, a namalowany u progu starości przez jednego z najwybitniejszych malarzy minionego stulecia.

– Czy widzieliście kiedyś podobne arcydzieło? – pytał pisarz każdego, kto dostąpił zaszczytu przekroczenia progu jego sanktuarium.

Goście, patrząc na obraz, kiwali z podziwem głowami i kontemplowali, jak sam go nazywał, boski łańcuch, który uczynił z Santora najlepszego pisarza epoki.

– Gdybym przesunął ten gen bardziej w dół – pokazywał miejsce, w które akurat trafił jego palec – byłbym szympansem, a bardziej w prawo – świnią.

Żartami na własny temat wprawiał gości w zakłopotanie, a sam świetnie bawił się ich zażenowaniem. Lubił obezwładniać innych dystansem do własnej doskonałości.

Aleksander Santor był bowiem nie tylko wybitnym pisarzem, który zadebiutował w wieku dwudziestu lat, od razu wydając młodzieńcze arcydzieło, a potem z sukcesem zarabiał na coraz bardziej poczytnych i szeroko tłumaczonych na świecie powieściach, esejach, dramatach, a nawet scenariuszach filmowych, ale także, a może przede wszystkim, cieszył się od dziesięciu lat tytułem noblisty.

Nagrodę otrzymał w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, jako jeden z najmłodszych, a z pewnością najlepiej się prezentujących, laureatów w dziedzinie literatury. Dostał też, choć starał się w wywiadach bagatelizować ten fakt, czek na dwadzieścia pięć milionów dolarów.

Gdy tylko pieniądze z wielkiej nagrody znalazły się na jego koncie, Al na terenie oddalonym kilkadziesiąt kilometrów od miasta kupił zabytkową, walącą się rezydencję, która należała w dawnych czasach do jednego z fabrykantów, służąc mu za letni pałacyk. Polecił odrestaurować fasadę oraz wnętrza budynku wedle konwencji obowiązującej w początkach XX wieku, w jakiej obiekt został zbudowany. Jednocześnie nakazał budynek wyposażyć w nowoczesne rozwiązania. Al bowiem z uwagą obserwował postęp w każdej dziedzinie życia i za wszelką cenę starał się, aby nigdy nie wzbudził w nim najmniejszego choćby odruchu niechęci, odrazy, potępienia. Dbał o to, aby nie ulegać żadnym postarzającym uprzedzeniom.

*

Gdy tylko dom został ukończony, na wyraźne życzenie seniora zamieszkał w nim cały rodzinny klan, w sumie jedenaście osób. Ich liczba, choć minęło dziesięć długich lat od zasiedlenia rezydencji, szczęśliwie się nie zmieniła. Przez ten czas wymieniały się tylko kobiety u boku Ala, aż wreszcie trzy lata temu piątą panią Santorową została trzydzieści pięć lat młodsza od męża Cynthia. Zajmował wraz z nią frontową część domu, urządzoną za sprawą dziewczyny nowoczesnymi meblami z ekologicznych materiałów (półki ze specjalnie spreparowanej słomy, krzesła z drewnianej kory, kamienny stół, zasłony z falowanej tektury). Cynthia była bowiem w czasach studenckich oddaną działaczką organizacji Green Bees. Niedawno jednak zrezygnowała z członkostwa, ponieważ statut organizacji zabraniał noszenia futer, w których prezentowała się wyjątkowo szykownie.

W odnowionej rezydencji każdy z lokatorów otrzymał przestronny apartament. Anais z mężem zamieszkali w lewym skrzydle na piętrze, a po przeciwnej stronie korytarza swój pokój miał ich siedemnastoletni obecnie syn Hubert, zwany Hubem. Jego siostra Klara zajmowała duży pokój z balkonem oraz łazienką, od północnej strony, więc słońce prawie tam nie zaglądało. Nawet w bardzo ciepłe dni panował w nim lekki chłód.

Aram okupował poddasze, gdzie tkwił przy komputerze, oddalony od świata, za stale zamkniętymi drzwiami. Osobisty sekretarz pisarza, Kajetan Och wraz ze swoim partnerem Jackiem mieli do dyspozycji kilkadziesiąt metrów wydzielonej powierzchni, która stanowiła odrębne mieszkanie: dwa duże pokoje z kuchnią i łazienką. Wejście do tego lokum znajdowało się również na zewnątrz domu, gdzie na drzwiach wisiała tabliczka z ich nazwiskami.

Najbardziej oddaloną od głównego skrzydła część rezydencji zajmowały dwie kobiety. Nie miały wielkich wymagań co do urządzania wnętrz, zdecydowały się, jak żartobliwie mówił Aram, na przymusowy eklektyzm.

Do ich pokojów wstawiono całkiem jeszcze porządne, ale już niechciane przez innych domowników meble. Zresztą nie mogło być ich za wiele, konieczna była wolna przestrzeń. Sandra, pierwsza żona Ala, a zarazem matka Anais, jeszcze w trakcie rozwodu z pisarzem zachorowała na łagodną odmianę stwardnienia rozsianego, a obecnie w stanach pogorszenia się choroby poruszała się na wózku inwalidzkim. Sandra była w domu Santora wieloletnią już rezydentką, pełniła także rolę doradczyni pisarza.

Opiekowała się nią, jednocześnie wykonując funkcję prowadzącej dom, czterdziestoletnia Marija, którą Al dwadzieścia lat wcześniej przywiózł z swojej pierwszej podróży do słonecznej Italii. Podczas wizyty w tamtym kraju, zachwycił się egzotyczną urodą tamtejszych kobiet oraz walorami śródziemnomorskiej kuchni. Marija zaś łączyła poniekąd jedno i drugie, gdyż była także znakomitą kucharką. Obie jej zalety podnosił jeszcze fakt, że kobieta była niema. Doskonale słyszała, ale wskutek uszkodzenia nerwu głosowego podczas operacji tarczycy, nie mogła wypowiedzieć ani słowa. Kontaktowała się z domownikami językiem migowym. Z Sandrą łączyła ją subtelna przyjaźń oraz niewygasła ze strony obu kobiet miłość do Ala oraz wdzięczność, że pozwalał im ciągle pozostawać w kręgu swojej osoby.

Niezwykły rodzinny dom Aleksandra Santora był pokazywany w tysiącach filmów, reportaży, migawek. Pisarz umiał dawkować swoje występy, nie zawsze od razu godził się na spotkania z dziennikarzami, pozwalał się prosić, a jego osobisty sekretarz wielokrotnie w imieniu swojego szefa odmawiał, zanim w końcu wyraził zgodę na nagranie lub rozmowę. Zyskiwał w ten sposób wdzięczność wyróżnionego żurnalisty, który znajdując się w końcu przed obliczem pisarza, prowadził z nim wywiad niemal na kolanach. Jednak wielki pisarz po paru minutach rozmowy ocieplał atmosferę paroma miłymi słowami, anegdotą, żartem, bo nie chciał być odbierany jako nadęty bufon, wolał pracować na opinię „równego”, mimo swojej niepodważalnej wielkości, gościa. Taki wizerunek pisarza podobał się jego przyjacielowi i wydawcy, Karolowi Agatowi, który często powtarzał, że w dzisiejszych czasach tłum pragnie idola-kumpla, a nie wywyższającego się guru. Musisz, podpowiadał, pokazywać się jak najczęściej, a sprzedawać atrakcyjnie i nie za drogo.

Klara od najmłodszych lat bezgranicznie podziwiała Aleksandra. Zwykle dla dziewczynek wzorem mężczyzny staje się ojciec, ale własny rodzic, który przyjął nazwisko żony i dzięki temu zabiegowi stał się przed laty kolejnym pełnoprawnym członkiem klanu, wydawał się Klarze znacznie mniej godny uwielbienia od seniora.

Erwin Marat-Santor kręcił mało kasowe filmy, w których ani akcja ani fabuła nie odgrywały istotnej roli. Liczyła się jedynie artystyczna strona przedsięwzięcia, zazwyczaj niedoceniana przez widzów i niezmiennie chwalona przez krytyków. Dzięki pieniądzom seniora, Erwin mógł lekceważyć fakt, że choć na premierach filmów (zawsze swoją obecnością uświetniał je Al) zbierała się cała śmietanka towarzyska, kiedy dzieła znalazły się już w kinach, publiczność nie dopisywała. Nie peszyło to Erwina, który miał się za wybitnego, tyle że zapoznanego reżysera.

W opinii Erwina, klan Santorów działał jak dobrze naoliwiona machina tylko dzięki staremu, który nie lubił wprawdzie sprzeciwu, do zbyt wielu spraw się wtrącał, ale starał się spełniać ambicje i zachcianki członków klanu, w zamian wymagając jedynie posłuszeństwa. Santorowie żyli więc, podsumowywał Erwin w swoich oracjach poświęconych pisarzowi, pod rządami oświeconego władcy, którego pragnienia i postępki były dla poddanych jasne i przewidywalne. Al niezmiernie rzadko zaskakiwał nieoczekiwanymi decyzjami. Z ostatnim takim przypadkiem rodzina spotkała się dokładnie dziesięć lat wcześniej, w dniu piętnastych, także przez nikogo nie obchodzonych, urodzin Klary.

*

Wtedy, ku zdumieniu wszystkich, a najbardziej samej dziewczyny pisarz wybrał właśnie ją, aby towarzyszyła mu w ceremonii odebrania nagrody Nobla z rąk szwedzkiej pary królewskiej. To był jej dobry okres, pryszcze znajdowały się w fazie schodzącej, a jeszcze nie zdążyła przytyć, nadal miała dziewczęcą, smukłą sylwetkę. Nie była specjalnie ładna, ale nastolatki rzadko bywają naprawdę urodziwe.

Nikomu z członków klanu nie przyszło nawet do głowy, że Al w ten sposób wyróżni właśnie Klarę, choć było oczywiste, że ktoś z rodziny będzie musiał z nim pojechać. Czwarta sprawa rozwodowa seniora była w toku, a on sam znajdował się w fazie nieustannej zmiany kochanek; żadnej z nich nie wypadało zabrać do Sztokholmu.

Anais buszowała już po sklepach w poszukiwaniu odpowiednich kreacji, gdy senior oznajmił, że do Szwecji pojedzie z nim Klara. Obie się rozszlochały, dziewczyna i jej matka, ale żadna z nich, ani też nikt inny, nie mieli odwagi zapytać: dlaczego akurat Klara, na którą nigdy nie zwracał większej uwagi, ma towarzyszyć laureatowi. Pytanie o Arama jako ewentualnego kandydata do wyjazdu także wisiało w powietrzu, ale nikt nie ośmielił się go zadać.

Syna ani przez chwilę pisarz nie brał w swoich wyjazdowych planach pod uwagę. Chłopak miał niepokojący wdzięk, którym, jeśli chciał, potrafił zauroczyć każdego. Był też bardzo inteligentny, a nauczyciele mówili o nim, że jest wręcz utalentowany.

Opublikował cichcem tomik wierszy. Nie były zbyt wiele warte, jak to poezje nastolatka, ale na krótką chwilę zaniepokoiły Ala, bo miały w sobie trudną do zdefiniowania magię. Nie pragnął mieć rywala we własnym domu, wobec tego bezlitośnie i w obecności wszystkich członków klanu wykpił tomik, pastwiąc się nad nieudolnym doborem słów i kiepskimi rymami. Aram zniósł prześmiewki ojca ze spokojem, który go jeszcze bardziej zaniepokoił, bo dobrze wiedział, że tylko prawdziwy i przekonany o własnym talencie artysta w ten sposób znosi krytykę.

W głębi duszy wątpił czy taki szczeniak potrafi ocenić skalę własnych zdolności. Wścibscy dziennikarze mogliby jednak całkiem niepotrzebnie wyciągnąć poezje syna na światło dzienne. Zaczęliby wówczas wypisywać swoim zwyczajem brednie o Aramie jako godnym następcy ojca. Mogliby uznać, że on otrzymując Nobla, wieńczy karierę, którą może w tym samym miejscu rozpocząć jego potomek. Na wielkim Santorze postawiliby krzyżyk, zaczęliby go traktować jak starca, a on zaledwie przekroczył pięćdziesiątkę, prezentował się jak czterdziestolatek i nie byłby zdolny z godnością przyjąć detronizacji. Cała sprawa zresztą okazała się burzą w szklance wody. Od tamtego czasu, mimo że upłynęła cała dekada, Aram nie opublikował już niczego więcej, ani nawet, senior był o tym absolutnie przekonany, w ogóle nie pisał.

*

Do Sztokholmu, po odbiór nagrody, senior wraz z Klarą udali się na tydzień, wrócili zaś po trzech miesiącach. Obywatele kraju, z którego pochodził nowo pasowany noblista pragnęli go uczcić, a pisarz, choć dni od uroczystości wręczenia nagrody nieubłaganie mijały, nie pojawiał się z powrotem w ojczyźnie. Nikt nie potrafił nawet powiedzieć, gdzie aktualnie się znajduje.

„Aleksander Santor po latach wyczerpującej pracy – brzmiał oficjalny komunikat nadany w końcu przez Kajetana Ocha, który sam nie wiedział co ma myśleć o eskapadzie szefa – a także wielkiego, choć pozytywnego stresu, jakim było uczynienie go laureatem najważniejszej na świecie nagrody literackiej, udał się na zasłużony urlop. W podróży towarzyszy mu wnuczka Klara Santor”.

Pewnego zimowego poranka oboje, Klara i Al, powrócili bez żadnych wcześniejszych zapowiedzi. Cicho otworzyli drzwi dawnego domu pisarza, znajdującego się wówczas przy przytulnej uliczce Miasta, wstawili bagaże do długiego przedpokoju, a potem przeszli do salonu, gdzie usiedli przy herbacianym stoliku, prosząc o śniadanie.

Mimo niecierpliwych nalegań rodziny, która niemal natychmiast pojawiła się na miejscu, Senior nie miał zamiaru odpowiadać na żadne irytujące pytania. Przejrzał pocztę, odbył kilka telefonów, poprosił o recenzje swojej ostatnio wydanej książki oraz wycinki artykułów, które ukazały się przed, w trakcie i po ceremonii wręczenia Nobla, zabrał też DVD z nagraniem uroczystości i udał się do gabinetu, aby przejrzeć cały materiał, a następnie omówić z sekretarzem wszystkie niezręczności i potknięcia. Pragnął też zastanowić się wraz z nim nad tym, w jaki sposób naprawić nadszarpnięty nieodpowiedzialną podróżą wizerunek pisarza oddanego ojczyźnie i rodakom.

Zanim jednak pisarz opuścił pokój, stojąc już w progu odwrócił się, mrugnął do Klary porozumiewawczo i położył palec na ustach. Poczuła się wtedy najważniejszym członkiem klanu. Połączyła ją z seniorem wspólna tajemnica – takiego wyróżnienia nie dzielił z nią żaden z domowników.

Kiedy laureat zamknął za sobą drzwi gabinetu, obecni rzucili się do Klary z pytaniami, ale ona w milczeniu znosiła wszelkie indagacje. – Podróżowaliśmy – odpowiedziała w końcu, gdy zirytowani rodzice zarzucili jej szczeniacką arogancję.

Po paru dniach domownicy znudzili się pytaniami, na które nie otrzymywali odpowiedzi. Życie powoli wróciło do normy, i w końcu wszyscy zapomnieli o tej dziwacznej podróży. Wszyscy oprócz Klary, bo ona mimo mijających od tamtego wydarzenia lat, wciąż powracała myślami do niezwykłej wyprawy, która niekiedy zdawała się Klarze nierzeczywista, jakby przeczytała o niej w którejś z książek seniora, zaś ludzie, których wówczas spotkała, wydawali się bohaterami najbardziej fantastycznych opowieści jego autorstwa.

*

Nigdy dotąd z nikim nie rozmawiała na temat tamtej podróży, jednak w dniu swoich dwudziestych piątych urodzin uznała, że wreszcie nadszedł czas, aby skończyć z dyskrecją, zwolnić się z sekretu, do którego Al przed laty zobowiązał ją jednym gestem. Po dziesięciu latach następuje, rozgrzeszała się w myślach, przedawnienie nawet zbrodni, więc dziwaczne tajemnice podlegają mu tym bardziej. Nie miała odwagi, żeby na ten temat porozmawiać z seniorem, który zresztą sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie pamiętał, że kiedykolwiek we dwoje wyprawili się na kraniec świata. Nigdy nawet drobną aluzją nie nawiązał do wspólnej podróży. A ją ta sprawa dręczyła od lat.

Cicho zapukała do drzwi pokoju Arama. Przed sobą niosła na talerzyku wielki kawał urodzinowego tortu, który w sekrecie przed resztą rodziny kupiła w najlepszej cukierni w mieście i co gorsza ponad połowę zjadła w zupełnej samotności. Było jej niedobrze, w ustach czuła nadmierną słodycz połączoną z palącą zgagą; miała wrażenie, jakby od rana przybyło jej kilka kilogramów.

Na malutkim ekranie wmontowanym w blat biurka Aram sprawdził, kto próbuje się do niego dostać. Nie znosił niepożądanych gości, a seniora całkowicie udało mu się zniechęcić do odwiedzin. Przed Aleksandrem Santorem wszystkie drzwi stały otworem, tylko własny syn kazał mu czekać w progu. Początkowo pisarz się złościł, aż w końcu przywykł do omijania wielkim łukiem pokoju syna, na którym niby memento wyświetlał się napis: „Gościu, apage”.

Ujrzawszy na ekranie Klarę, Aram nacisnął mały przycisk pod biurkiem i drzwi otworzyły się automatycznie. Klara weszła, postawiła talerzyk z tortem na biurku, a sama usiadła na fotelu. Jak zwykle pochylony nad klawiaturą komputera Aram dał znak, że jej słucha.

Nawet nie zapytał, pomyślała Klara rozżalona, z jakiego powodu przyniosłam ten tort.

Westchnęła i przez długą chwilę nie wypowiedziała ani słowa. Fascynował ją widok palców Arama wystukujących, niczym dłonie telegrafisty, kolejne wyrazy, które trafiały w internetową przestrzeń jak ryby do sieci na egzotycznych łowiskach. Potem zapatrzyła się na urodziwy, ale przezroczyście blady i mizerny profil chłopaka.

Kładł się spać po północy, a od wczesnego ranka znów zasiadał w tym samym miejscu, przed komputerem. Prawie nie wychodził z domu. Rzadko też miał sprawy do pozostałych domowników, ale jeśli to się zdarzało, wysyłał do nich elektroniczne komunikaty. Al się wściekł, kiedy ostatnio dostał od syna gratulacje z powodu jakiejś nagrody, przesłane pocztą e-mailową. Dołączona była do nich animowana kartka, na której bohaterka zekranizowanej najsłynniejszej książki Santora, nieszczęśliwa Eris z bukietem kwiatów w dłoniach, dygając mówi: „Wszystkiego najlepszego, Mistrzu. Dzięki ci za to, że mnie stworzyłeś”.

Al zwrotną pocztą przesłał błyskawiczną ripostę:

„Żałuję, że stworzyłem takiego cyfrowego dupka jak ty, mój synu, mimo to dziękuję ci za życzenia. PS. Otwarcie kartki zajęło osiem sekund mojego bezcennego czasu. Następnym razem oszczędź mi tego rodzaju dowodów pamięci”.

Klara liczyła na rozmowę z Aramem. Uważała, że będzie mógł jej pomóc w zinterpretowaniu znaczenia tamtej podróży, która nie dawała jej spokoju. Wiedziała, że on patrzy na świat trzeźwo, ale zarazem potrafi być marzycielem i fantastą. Lubił obserwować gwiazdy. Nie fatygował się jednak wychodzeniem z domu i spoglądaniem w niebo. Klikając w klawiaturę otwierał na ekranie mapę niebieskich przestworzy i patrzył, jak zmieniają się one zgodnie z rytmem dnia i pór roku. Niekiedy koncentrował się na śledzeniu pędzącej na oślep komety, albo przyglądał się księżycom Saturna lub czerwieni Marsa. Kiedy indziej obserwował Ziemię, która niczym tęczowa mydlana bańka zawisła we wszechświecie, może tylko po to, aby pewnego dnia się rozprysnąć na tysiące drobnych cząsteczek.

– Jak chcesz, to opowiem ci, jak było wtedy w Sztokholmie, kiedy odbieraliśmy Nobla i co działo się potem, kiedy pojechaliśmy z Alem dalej i nie było nas przez kilka miesięcy – jednym tchem wyrecytowała Klara, jakby powtarzała frazę z białego wiersza.

– To było tak dawno temu. Sądzisz, że taki news mnie zainteresuje? – zapytał Aram ze zdziwieniem, unosząc głowę znad klawiatury komputera. Odwrócił się i spojrzał na nią.

Przez sekundę miała wrażenie, że niebieskość jego spojrzenia nadała kolor całemu pomieszczeniu. – Kolejna miłosna eskapada seniora – dodał Aram ironicznie.

– To nie było tylko to. Może nawet wcale nie to.

– Zdziwiłbym się, gdyby było to cokolwiek innego – odparł z pełnymi ustami, bo odgryzł wielki kawał tortu. Lepkie palce wytarł w dżinsy i niecierpliwie odkręcił się na fotelu w stronę komputera.

Znów poczuła, że ogarnia ją osamotnienie. Członkowie jej rodziny mieszkali w rezydencji niby na wspólnej wyspie, ale każdy z nich odpowiadał wyłącznie za własne terytorium, interesował się jedynie swoimi sprawami. Tacy jak ona, intruzi, tylko zakłócali im spokój.

– Jak ty to robisz, że tyle jesz, a mimo to jesteś chudy ? – zapytała wreszcie stojąc już od dłuższej chwili w progu, bo nie chciała wyjść bez słowa. Mógłby pomyśleć, że jest na niego obrażona.

– To kwestia genetyki – rzucił przez ramię, dalej pochylony nad klawiaturą.

Słowa Arama wywołały w dziewczynie jeszcze większe rozgoryczenie. Ją zawiodły nawet własne geny!

W dniu, kiedy kończyła dwadzieścia pięć lat, nieodwołalnie przekraczając próg dorosłości, zostawili ją samą. Nikogo nie obchodziła. Przez ćwierć wieku, myślała rozżalona, powinnam była już do tego przywyknąć. Żyła z nimi pod jednym dachem, a nawet nie wiedzieli o niej najważniejszego. Chowała przed nimi swoje sekrety. Niech tak zostanie.

No więc, nie opowiedziała Aramowi historii podróży. Wróciła do siebie i usiadła na wielkiej, antycznej sofie w stylu art deco. Lubiła ten mebel, gdyż jej zwalista postać wobec ogromu mebla wydawała się krucha. Teraz jednak ani jednej myśli nie poświęciła własnemu, tak bardzo gnębiącemu ją wyglądowi. Raz jeszcze tylko spróbowała odtworzyć ciąg wydarzeń z tamtej dziwnej wyprawy, sprzed długich dziesięciu lat.

*

Obraz Meks mocno utkwił jej w pamięci. Wiele razy próbowała ją namalować, ale spod pędzla umykała fascynująca siła, jaką ta kobieta była obdarzona. Meks miała kruczoczarne włosy do ramion, tylko nad czołem widać było szerokie pasmo siwizny. Na twarzy ciemnej, niby spalonej wieloletnią opalenizną, zaznaczały się wzdłuż nosa dwie głębokie, ciemniejsze od koloru skóry bruzdy, które przecinały oba policzki. Była niewysoka, dość krępa; opalone, niezbyt szczupłe nogi miała krzywe. Poruszała się na nich szybko i energicznie, chwiejąc się jak przywiędły kwiat gnący się zgodnie z podmuchami wiatru.

W tej pięćdziesięcioczteroletniej, na pierwszy rzut oka nieinteresującej kobiecie, tkwiło dziwne piękno, które Klara zapamiętała, ale nie umiała go odtworzyć na papierze. Może gnieździło się w czarnych, niby wyłożonych aksamitem źrenicach, albo w gestach, kiedy jej ciało, niby w rytm muzyki, poruszało się w takt wypowiadanych przez nią słów. Meks sprawiała wrażenie, jakby przez cały czas była w ruchu; nawet kiedy siedziała, wykonywała mnóstwo pięknych i niepotrzebnych gestów.

Jest niespokojna, pomyślała Klara, gdy zobaczyli ją po raz pierwszy. „Wygląda jak tancerka katahalli”, szepnął wówczas Al.

Nie była jednak Hinduską, ani Kreolką, może Meksykanką. Na to ostatnie pochodzenie wskazywał fakt, że kazała się nazywać Meks, a naprawdę miała na imię Klementyna. Niewiele mówiła o sobie, nie zwierzała się, nie powracała, jak inni ludzie, do wspomnień.

Przyjechała do Sztokoholmu, aby wspólnie, wraz siedemdziesięciopięcioletnim mężem, odebrać nagrodę Nobla w dziedzinie genetyki. Była studentką, asystentką, najbliższą współpracownicą męża. Dawno już otrzymała tytuł profesorski, a wielu kolegów po fachu uważało ją za zdolniejszą, a z pewnością bardziej ambitną od męża. Na oko, mimo różnicy wieku, oboje stanowili całkiem zgraną parę.

Mąż Meks okazał się pogodnym starszym panem, który podczas licznych bankietów, wydawanych ku czci noblistów, chętnie wypijał sporo drinków, a następnie zasypiał w krześle. Wyglądał wówczas jak chuda mumia z dorysowanym sztucznym uśmiechem na ustach. Na trzeźwo był łagodny i skory do śmiechu. Lubił żartować na temat dziedziny nauki, którą się zajmował. Sam układał dowcipy w rodzaju: „Gen z genem spotykają się na bankiecie. Do kogo jesteś podobny? – pyta jeden drugiego”. Potem laureat mrużył oko i trząsł się od hamowanego chichotu, bo pragnął przede wszystkim usłyszeć, jak z jego żartu śmieją się inni.

Klara darzyła profesora, w przeciwieństwie do jego żony, wielką sympatią.

Drażniło ją, że Meks rzuciła się na Ala, jak pirania na swoją zdobycz, już podczas pierwszego cocktailu, wydanego na cześć noblistów przed ceremonią wręczenia nagród. Irytowały ją kokieteryjne miny, które kobieta przybierała na widok pisarza, zdaniem Klary w ogóle nie przystające do jej zaawansowanego wieku. Sam pisarz też nie był zachwycony uwodzicielskim zachowaniem Meks.

– Dla mnie jest za stara – mówił, wzruszając ramionami.

– Jest prawie w twoim wieku. Tylko dwa lata starsza. Przypadkiem zauważyłam datę jej urodzenia, kiedy podpisywała jakiś papier. Przyznasz, że nie jest to duża różnica. Jesteście niemal rówieśnikami – przypominała Klara, choć w duchu nie mogła odmówić Alowi racji. Przy Meks prezentował się jak młodzian.

– Tym bardziej do mnie nie pasuje – odpowiadał, wykrzywiając się z niesmakiem.

Jednak zainteresowanie pisarza tą egzotyczną kobietą rosło w miarę, jak ją bliżej poznawał, a ona ciągle znajdowała pretekst, aby pojawiać się w pobliżu. Krążyła wokół Santora niczym satelita, nieustannie znajdując się w jego orbicie. Odkryła wyśmienity sposób, aby przyciągnąć uwagę pisarza, znała przecież niemal wszystkie jego książki. Z zapałem o nich rozprawiała, wydobywając na światło dzienne nowe, zaskakujące nawet dla niego treści i znaczenia. Schlebiała mu, podziwiała jego styl, język, celne dowcipy i pointy, a przy okazji także niezwykłą urodę, młodzieńczą sylwetkę i osobisty czar autora.

Ta egzotyczna kobieta w pochlebstwach przekraczała wszelką miarę, ale senior zdawał się tego nie zauważać. A nawet przeciwnie, jak spragniony derwisz na kroplę wody, tak on rzucał się na każdy komplement, przełykał go i czekał aż skapnie następny i jeszcze jeden, i znów. Wydawało się, że nigdy się nie napije, nigdy nie zaspokoi dręczącego go pragnienia. Nic dziwnego, że nie tylko coraz chętniej przebywał w towarzystwie Meks, ale nawet zaczął go poszukiwać.

Tym bardziej, że wiek noblistów oraz ich żon oscylował, jak powiadał pisarz do Klary, wyraźnie zdegustowany tym faktem, znacznie powyżej dopuszczalnej życiowej średniej. On i Meks traktowani byli przez sędziwe grono jak dwoje smarkaczy, którym trzeba pozwolić na wspólną zabawę, aby nie zanudzili się na śmierć. Nieustannie więc przebywali razem, prowadząc długie i skomplikowane rozmowy, których Klara wcale nie miała ochoty podsłuchiwać, choć niestety często im towarzyszyła, bo absolutnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić.

Objadała się słodyczami, skrycie popijała szampana i tak lekko nieprzytomna z przejedzenia i przepicia snuła się za Alem i Meks po różnych bankietowych salach. Pławiła się w ponurej nudzie celebry, pomiędzy najsławniejszymi nazwiskami świata, z przerażeniem obserwując starcze oblicza ich właścicieli: załzawione oczy, mlaskające języki, śliniące się usta, łysiny, zmarszczki.

Po diabła, myślała, te nagrody, skoro są starzy, niedługo umrą, a zachowują się tak, jakby wcale o tym nie wiedzieli. Ich oczekiwanie na zaszczyty wydawało się Klarze wyjątkowo nie na miejscu. Przed sobą mieli tylko starość, kilka, może kilkanaście lat do przeżycia, podczas gdy przed nią dopiero otwierało się życie. Młodość to był atut, którym mogła grać, pewna, że nigdy nie przegra nawet z największym umysłem świata.

Z satysfakcją patrzyła, jak utytułowani starcy pochylali się nad nią, gdy tylko wyraziła jakąś nieważną myśl, obserwowała namaszczenie z jakim słuchali jej głupich uwag, połechtani, że okazuje im zainteresowanie. Czuła się niezmiernie atrakcyjna, rozdzielała łaski, ale gdzieś w głębi duszy prześladowało ją uczucie, że została obrana królową na balu truposzy.

Odczuwała więc głęboki smutek na przemian z euforycznymi stanami radości i pewności siebie. Rozchwiana psychika nastolatki domagała się odpowiedzi na wiele pytań, bo niby kiepski pływak rzucony na szeroką wodą rozpaczliwie poszukiwała jakiejś gałęzi, której można by się uchwycić, aby w ogóle nie pogrążyć się w otchłani. Ale oni byli zbyt mądrzy, zbyt sławni, zbyt wyjątkowi, myślała, aby chcieli poważnie zastanawiać się nad odpowiedziami na dziecinne pytania, które zaprzątały jej głowę. Nie podejrzewała, że i oni mogliby się okazać bezradni wobec najprostszych egzystencjalnych problemów, które ją nurtowały.

Pewnego popołudnia Klara siedziała na wysokim stołku przy barze, czując na sobie uważne spojrzenie kelnera. Zastanawiała się, jak dyskretnie podwędzić następny kieliszek szampana. Senior oddalił się na chwilę, więc została sama z Meks, która natychmiast wykorzystując nadarzający się moment, zapytała:

– Masz kochanka?

– Dopiero niedawno skończyłam piętnaście lat – wyjąkała Klara, czując, że jej twarz oblewa purpurowy rumieniec.

– I co z tego? – czarne źrenice kobiety rozszerzyły się. – Już mogłabyś urodzić pierwsze dziecko. Od jak dawna miesiączkujesz?

– A ty masz dzieci? – Klara nie miała zamiaru odpowiadać na ostatnie pytanie Meks, wolała udać, że go nie dosłyszała.

– Nie mam, dopiero nad tym pracuję.

– Jak to? – policzki Klary znów się zarumieniły. Doskonale wiedziała, że Meks jest już za stara na posiadanie potomstwa.

– Zdarzają się na tym świecie rzeczy o których się filozofom nie śniło – nachyliła się kobieta do dziewczynki, uszczypnęła ją w policzek, azjej źrenic pociekła smoła. – Nigdy nie myśl schematami. Bierz przykład z Aleksandra, on jest w stanie uwierzyć, że wszystko jest możliwe. Na tym polega geniusz, na wątpieniu, ale i na wierze. Ja jestem taka sama jak Aleksander, tyle, że pracuję w innej dziedzinie. Rozumiesz, mała?

– Uważasz się za geniusza? – zapytała Klara, z trudem zdobywając się na ironię.

– Bez wątpienia – odparła Meks, wydymając usta.

Podczas głównej ceremonii rozdania nagród Nobla, Klara niebotycznie dumna z seniora, rozszlochała się ze wzruszenia. Potem nastąpiło kilka bankietów, gdzie wypiła mnóstwo szampana. Gdy już spakowani, mieli zgodnie z planem wracać do kraju, senior nieoczekiwanie dał się namówić Meks, aby wraz z nią i jej mężem wybrać się w daleką i wyjątkową podróż. Al zawsze lubił ruch, nowe miejsca, niecodzienne sytuacje, więc był zachwycony perspektywą bliskiej przygody. Klara także odniosła się do tej propozycji z entuzjazmem, bo oznaczała ona dodatkowe wakacje, a Klara nie znosiła swojej szkoły. W ten sposób, kalkulowała, uda jej się co najmniej opuścić semestralny sprawdzian z matematyki.

Meks, spodziewając się widać oporu z jej strony, była tak zachwycona szybką zgodą dziewczyny na wspólną wyprawę, że aż ją pocałowała. Jednocześnie powiedziała, jak to ona potrafiła, coś niesamowitego:

– Bez ciebie cała ta podróż nie miałaby sensu – tak brzmiały jej słowa. – Tak czy inaczej musiałabyś nam towarzyszyć, ale skoro mogę się obejść się bez stosowania środków przymusu, to tym lepiej.

Gdy wypowiadała to zdanie, jej dłonie przed oczami Klary wykonywały dziwaczne gesty, jakby chciała ją zaczarować.

Podróż do miejsca przeznaczenia trwała siedemdziesiąt osiem godzin. Przesiadali się z samolotu na samolot, niczym złoczyńcy uciekający przed próbującymi ich pochwycić stróżami prawa. Jedną noc w oczekiwaniu na czarterowy samolot, lądujący tu tylko raz w tygodniu, spędzili na wyspie, według Klary wyglądającej jak maleńka, obca planeta, która przypadkiem spadła na Ziemię.

Ze skalistego podłoża wyrastały drobne szarozielone rośliny, o dziwacznych, niby secesyjnych kształtach. Wielkie kielichy czerwonych kwiatów, których mnóstwo rosło na wyspie, wewnątrz były płomiennożółte. W słońcu, podkreślającym jeszcze ich barwę, wyspa stawała się niemal słoneczną kopią. Zaledwie blask dnia zaczynał przygasać, kwiatowe kielichy błyskawiczne się zamykały, wzbijając w zachodzących promieniach prawdziwą łunę – wtedy wyspa płonęła niczym wielkie ognisko.

Nie było na niej żadnych zwierząt, owadów, ani ptaków. Panował wyjątkowo przyjazny mikroklimat: powietrze było krystalicznie, temperatura idealna, a cisza stanowiła subtelne tło dla szumu morza.

Noc spędzili wówczas na plaży, w towarzystwie wysokich, kamiennych postaci, które rozbudziły żywą wyobraźnię dziewczyny. Miała wrażenie, że szare figury, zwrócone twarzami w stronę morza, wypatrują jakiegoś posłańca, który przywróci im życie. Leżąc w śpiworze przyglądała się im, snując fantazje o tym, skąd się te posągi wzięły, ale wkrótce, bardzo zmęczona, zasnęła.

Gdy obudziła się na chwilę, nad plażą trwał niebieskawy przedświt. Rozświetlała go wisząca nisko nad horyzontem olbrzymia gwiazda. Jej białe światło było niewiarygodnie intensywne, wydawało się, że zieje zimnym, pulsującym ogniem. Najdziwniejsze jednak było to, że kamienne figury stojące na plaży odbijały różnymi kolorami tęczy ten przecież bezbarwny blask. Między nimi a niby-gwiazdą odbywał się fascynujący, ale kompletnie niezrozumiały dla obserwatorów świetlny spektakl.

Na chwilę oderwała wzrok od kolorowego widowiska, bo Klara instynktownie wyczuła, że nie jest z tym widokiem sam na sam. Towarzyszył jej stary profesor, który nieruchomo stojąc nieopodal śpiwora, wyglądał niemal jak jedna z postaci wykutych w kamieniu. Po jego twarzy płynęły łzy.

Gdy zauważył, że Klara na niego patrzy, nie próbował ukryć, że płacze. Podniósł tylko rękę i potoczył nią dookoła, jakby podkreślając niepojęty widok, jaki roztaczał się przed ich oczami. Wtedy Klara też się rozpłakała. Nastolatkę i noblistę połączyło niewyobrażalne poczucie ignorancji i zagubienia.

Gdy Klara otarła zapłakane oczy i jeszcze zapragnęła przyjrzeć się widokowi, okazało się, że nad plażą już całkiem się rozwidniło. Słońce, wychylające się zza horyzontu, opromieniało sylwetki figur żółtawoczerwonawym blaskiem, ale w tym widoku nie było już niczego niezwykłego ani tajemniczego, powtarzał się pewnie na wyspie o wschodzie każdego dnia.

Po dziesięciu latach, jakie upłynęły od tamtych krótkich chwil, które tak silnie zapisały się w jej pamięci, nadal szukała w sobie potwierdzenia, że one naprawdę się zdarzyły, że była ich naocznym świadkiem. A może, tego nie mogła wykluczyć, śniło się jej to wszystko, kiedy świt, wstając nad wyspą, rozświetlił plażę jasną poświatą, a blask wkradł się pod wpółprzymknięte powieki, gdy spała lekko niby na jawie, kołysana bryzą wiejącą wprost od morza.


ROZDZIAŁ II

W trzy miesiące po dwudziestych piątych, przez nikogo nie celebrowanych urodzinach Klary, w rezydencji Santorów zaplanowano wyjątkowo uroczyste wydarzenie – ślub Kajetana Ocha i jego partnera, Jacka.

Jedwabna sukienka, specjalnie na tę okazję kupiona przez Klarę w eleganckim butiku, układała się na figurze dziewczyny lepiej, niż mogła sobie to wyobrazić. Nie obciskała sylwetki niby przylegająca folia, tylko miękko okrywała ciało, maskowała niedoskonałości, nie wydobywając ich na światło dzienne, tak jak się to zdarzało do tej pory, gdy tylko próbowała nałożyć bardziej elegancką sukienkę. Dziewczyna z powodzeniem wykonała swój sześciotygodniowy plan, schudła cztery i pół kilograma, więc spotkała ją zasłużona nagroda.

Profesjonalny makijaż, jaki Klara po raz pierwszy w życiu pozwoliła sobie zrobić, uwypuklił ładny kształt ust, powiększył zbyt małe oczy, jednocześnie podkreślając ich migdałowy kształt, rozświetlił skórę na czole i policzkach. Nadal nie była piękna, ale już bliższa powszechnie obowiązującemu ideałowi urody. Gdyby była wyższa, miała dłuższe nogi, całkiem równe zęby i mniej wyrazisty podbródek, mogłaby aspirować do tytułu Miss Świata. Obecny wygląd, myślała samokrytycznie, dawał jej w najlepszym razie szansę na wygraną w konkursie pań z grupy C (otyłość, nadciśnienie, cellulitis), kobiet z którymi uczęszczała zazwyczaj na basen.

Trener pływania proponował wprawdzie Klarze, aby zmieniła grupę na młodszą, ale odmawiała. Czuła się świetnie wśród kobiet po czterdziestce, dla których wiek stanowił problem, który za cenę morderczych ćwiczeń próbowały zwalczyć.

A ona była wśród nich najmłodsza. Poprawiało jej to samopoczucie na tyle, że nie stała przez pół godziny w szatni, aby pokonać lęk przed publicznym pokazaniem się w kostiumie kąpielowym. Jej ciało, inaczej niż u innych kobiet z grupy C, ciągle jeszcze było jędrne i gładkie.

Dziś także, co przez chwilę sprawiło jej pewną satysfakcję, nie miała konkurencji. Na tym ślubie była jedyną druhną. Zamiast podtrzymywać welon, co zazwyczaj było obowiązkiem druhen, miała nieść tradycyjną ślubną wiązankę za nietradycyjną parą młodych. Przyszli nowożeńcy zgodnie bowiem odmówili trzymania jej w dłoniach podczas ceremonii.

– Ludzie nie znający się na rzeczy – wyjaśnił Kajetan Och – mogliby dojść do wniosku, że jeden z nas, ten z wiązanką, jest panną młodą, ergo w naszym związku pełni rolę kobiety. Nie mamy zamiaru utrzymywać opinii publicznej w błędnym, a zarazem kretyńskim poglądzie, że będąc gejami, przestajemy być mężczyznami z krwi i kości.

Podczas ceremonii zaślubin Kajetana z Jackiem, choć ją samą to zaskoczyło, nie opuszczało jej poczucie absurdu. Wiązanka, którą ściskała w dłoniach, stojąc za młodą parą, niemal parzyła ją w palce. Białe storczyki, z których bukiet był ułożony, wydawały się jej tak pretensjonalne, że ilekroć na nie spojrzała, łzawiły jej oczy. Tylko sama przed sobą mogła się przyznać, jak bardzo krępowała ją sytuacja, w której się znalazła, a jednak zachowywała stoicki spokój. To nic wielkiego, powtarzała w myślach, to zupełnie naturalne.

Tkwiła ze ślubną wiązanką w dłoniach niby panna młoda solo, w obecności której dwaj faceci żenią się ze sobą, czy wychodzą za mąż. Żenią się, czy wychodzą za mąż, zastanawiała się obsesyjnie? Powtarzając te pytania niby mantrę, jednocześnie pogardzała sobą za tępą małostkowość, oportunizm i wewnętrzny deficyt politycznej poprawności. Kochała Ochów, traktowała jak starszych braci, przywykła do związku obu mężczyzn, którzy z Santorami stanowili niemal rodzinę, od lat mieszkając pod wspólnym dachem. Mimo to ten ślub wydawał się jej błazenadą. Czuła się jak marna aktorka, która obsadzona w poważnej sztuce, odgrywa rolę w sposób komediowy. Boże, jęczała nad swoją marną duszą, przekonana, że brak tolerancji skaże ją na piekielne męki.

Nie odziedziczyła ani grama klasy Ala, który w całej tej kłopotliwej dla niej sytuacji poruszał się ze swobodą mistrza ceremonii. Weselna uroczystość była zresztą jego pomysłem. Nie tylko zezwolił na ślub swojego sekretarza z jego partnerem Jackiem, ale postanowił urządzić im huczne wesele w ogrodzie.

Gdy tylko zapadł wczesny jeszcze, wiosenny wieczór, goście zaczęli napływać niekończącym się strumieniem. Lampiony, zawieszone na kwitnących drzewach, podświetlały białe płatki – wyglądały jak przybrane koronkowym welonem. W wielkich kamiennych wazonach, ustawionych na trawnikach, stały wyłącznie wysokie, białe róże. Na białych obrusach, które okrywały długie stoły, stała biała porcelana, a między półmiskami kryły się wazoniki z bukiecikami małych, białych różyczek. Białe świece płonęły w srebrnych lichtarzach. Biel, jako barwę dominującą, wybrał podczas przygotowań do wesela sam Al, uznając, że inne kolory mogłyby okazać się zbyt ostentacyjne.

Ten argument wcale jednak Klarze nie trafił do przekonania.

Kiedy podzieliła się swoimi wątpliwościami z Aramem, ten obrzucił ją lekko kpiącym spojrzeniem i powiedział:

– Ojciec lubi się popisywać cudzym kosztem.

– No wiesz – oburzyła się – cały ten ślub, to tylko dowód na to, jak bardzo Al jest tolerancyjny i nowoczesny.

– Za mało teraz o nim mówią. Nobla publika przetrawiła już ze sto razy, rzyga tym tematem. Młoda, piękna żona też przestała rajcować media, nadszedł najwyższy czas, aby coś szczególnego podrzucić im na ruszt. No i mamy specjalność domu!

– Uważam – powiedziała z przekonaniem – że jesteś w stosunku do Ala bardzo niesprawiedliwy.

– Skoro tak uważasz – wzruszył ramionami i popatrzył jej prosto w oczy, jakby doszukując się w tym, co powiedziała jakiegoś ukrytego znaczenia.

Klara zaś dostrzegła w jego spojrzeniu skrawek nieba.

– Zastawa na twoim weselu – powiedziała serdecznie i z głębokim przekonaniem – powinna być błękitna, dokładnie w kolorze twoich oczu.

– Nie bądź beznadziejnie pretensjonalna, Klarissimo. – Tak ją nazywał, gdy był z niej niezadowolony. – Wystarczy, że capo di tutti capi – tym tytułem często obdarzał ojca – jest dotknięty tą nieuleczalną wadą. A poza tym – dodał z nieoczekiwaną zadumą – ja nigdy się nie ożenię.

Też nie wyjdę za mąż, pomyślała Klara, i ujrzała oczami duszy ich dwoje, siedzących niby rodzeństwo samotnie na schodach odrapanej i zrujnowanej z upływem lat rezydencji, postarzałych, smutnych, beznadziejnie czekających nie wiadomo na co. Narysowałaby taki obrazek, ale nie umiała sobie wyobrazić, jak Aram będzie wyglądał na starość. I pod tym względem będzie pewnie niesłychanie podobny do własnego, wiecznie młodego ojca. Tylko ona, co do tego nie miała wątpliwości, pomarszczy się jak suszona śliwka.

*

Ponad setkę weselnych gości stanowiła elita kraju. Niemal każdy bardziej liczący się obywatel marzył, aby znaleźć się w tym ekskluzywnym gronie, bo zaproszenie na wesele Kajetana z Jackiem natychmiast podnosiło osobisty prestiż gościa. Reporterzy i paparazzi stali za wysokim parkanem, fotografując kogo się dało, zaczepiali wchodzących lub próbowali uzyskać informacje przez szpary w ogrodzeniu, dopytując się o szczegóły i plotki z przyjęcia.

Kiedy nowożeńcy, obaj w białych smokingach stanęli, trzymając się za ręce, na specjalnie przygotowanym wielkim podium, wybuchł gromki entuzjazm. Rozległy się brawa, okrzyki, niektórzy próbowali śpiewać „Sto lat”, inni gwizdali.

Za młodą parą ustawili się na wysokim podium pozostali członkowie klanu Santorów. Wszyscy prezentowali się świetnie, nawet Sandra, pierwsza żona Ala, mimo swojej choroby, stojąc wsparta o lasce, wyglądała nadal na piękność, choć już daleko za sobą pozostawiła lata młodości. Klara kochała babkę, ale nie mogła zrozumieć jej absolutnej akceptacji dla wszelkich zachowań byłego męża.

– Zawsze go usprawiedliwiasz – wyrzucała jej czasem z pretensją w głosie – a on cię porzucił, sama mówiłaś, że w trakcie małżeństwa miał kochanki.

Sandra wówczas uśmiechała się wyrozumiale mówiąc:

– On już taki jest, to nie ma znaczenia.

– To może nie mieć znaczenia dla mnie, albo dla mojej matki, ale z tobą powinno być inaczej – drążyła Klara.

– Czasem kilka lat miłości musi wystarczyć na całe życie. Inni nawet tego nie mają.

– Do diabła z taką miłością – odpowiadała dziewczyna i oburzona opuszczała terytorium babki, słysząc za sobą jej cichy chichot.

Szczerze mówiąc, dopiero od niedawna stosunki panujące między Sandrą a Alem zaczęły ją drażnić, a zarazem fascynować. Kiedyś uważała je za całkiem naturalne. Teraz ogarnęła ją ochota, aby zgłębić istotę ich wzajemnego związku. Odczuwała głęboką pogardę dla kobiety, nie potrafiącej walczyć o własne prawa, podporządkowanej mężczyźnie, który ją zostawił, a ona mimo to godziła się, aby przebywać z nim pod jednym dachem. Z drugiej jednak strony zazdrościła tej schorowanej kobiecie, że przeżyła uczucie, które nie podlegało żadnym zmianom, niby zapis wykonany sympatycznym atramentem, stale dyskretnie zachowujący tę samą treść, bez względu na upływ czasu.

Od kilku miesięcy czatowała więc na momenty, kiedy mogła przyłapać Ala wkraczającego do apartamentu babki. Wstydziła się swojego zachowania, ale podglądała tę parę, wspinając się na palce, przez okno od strony tarasu, jakby to byli młodzi kochankowie, których niczym stara guwernantka pragnęła przyłapać na gorącym uczynku. Obserwowała kobietę i mężczyznę zatopionych w rozmowie, patrzących na siebie z zainteresowaniem, jakby dopiero co się spotkali. Ona urodziwa, ale schorowana, postarzała kobieta i on, przystojny, w sile wieku – wyglądali jakby różniły ich lata, ale Sandra była rówieśnicą byłego męża.

W trakcie rozmowy Al często kładł dłoń na jej dłoni, pochylał się nad nią czule, niekiedy całował w policzek, a ona gładziła go po twarzy. Śmiali się dużo i serdecznie, aby po chwili, poważniejąc, znów rozprawiać na sobie tylko znane tematy. Na zakończenie wizyty całował byłą żonę w rękę i w usta, a gdy opuszczając pokój szedł, odwrócony w stronę drzwi, Sandra zawsze robiła za nim dziwny znak, rozstawiając palce w literę V, jakby w ten sposób chciała odegnać od niego wszelkie złe moce.

Zaraz potem wchodziła Klara i bezceremonialnie pytała:

– O czym tak długo rozmawialiście?

Jednak babka nigdy nie odpowiadała, tylko znów się śmiała, co Klarę irytowało jeszcze bardziej, więc rozzłoszczona opuszczała pokój. Taki już między nimi ustalił się rytuał.

Teraz też nie spuszczała oka z Sandry, niedaleko której stała piąta żona Ala: szczuplutka, wysoka i ślicznie uśmiechnięta Cynthia. A Sandra, patrząc na nią, też miała uśmiech na twarzy, jakby wcale jej nie przeszkadzało, jakby do niej w ogóle nie docierało, że fotografia, na której wspólnie znajdą się pierwsza i piąta żona Ala, to będzie kolejny dowód jego niezwykłości, jego zwycięstwa nad kobiecą naturą.

Klara gdzieś w głębi ducha marzyła, aby doświadczyć tak bezwarunkowej miłości, której rozum nie potrafi podważyć, a racjonalne argumenty zaprzeczyć, chciała poczuć ją na własnej skórze wszystkimi zmysłami, a potem pogodzić się z jej utratą i nadal kochać mężczyznę, który odszedł. Wydawało się to straszne, a zarazem pociągające, zupełnie tak jakby miała rzucić się w przepaść z otwartymi oczami. Inna miłość, myślała, choć mniej dręcząca nie ma sensu, tylko taka, która pozwala zaprzeć się siebie, odrzucić własną dumę oraz konwenanse. Ale z drugiej strony, nie umiałaby się zgodzić się na takie upokorzenie. Nie, raczej wolałaby się w ogóle nie zakochać, mimo że nigdy jeszcze nie oddała duszy mężczyźnie, nie zatraciła się w związku, nie pogrążyła w namiętności.

Owszem, sypiała już z mężczyzną, ale choć z licznych lektur wynikało, że dla młodej dziewczyny powinno to być przeżycie wyjątkowe, wspominając je odczuwała co najwyżej pewien rodzaj niezbyt wysublimowanej przyjemności.

Miała romans z doktorantem literatury. Nie bardzo jej się podobał, w gruncie rzeczy wcale za nim nie przepadała, ale uwiódł ją miłosnymi deklaracjami, zaczerpniętymi z różnych znanych dzieł literackich. Zwłaszcza w chwilach, gdy recytował fragmenty z „Pieśni nad Pieśniami” czuła, że jest w nim do nieprzytomności zakochana. A poza tym nie miała zamiaru pozostać wieczną dziewicą, więc zdecydowała się na Leona, który był miłym, delikatnym, choć niezbyt wyrafinowanym kochankiem. Odwiedzał ją w domu, z którego, gdy już przyszedł z wizytą, nigdzie nie chciał się ruszyć.

Przez kilkanaście miesięcy trwania ich niezbyt namiętnego związku tylko raz byli w kinie (na filmie wyprodukowanym według książki Ala) i dwa razy na bankietach, wydanych ku czci pisarza. Poza tymi wyjątkowymi przypadkami, cały czas spędzali w rezydencji, bo Leon pragnął oddychać zapachem literatury, którym jak powiadał przesiąkły wszystkie kąty.

Długo trwało, zanim jako ostatnia z domowników, zorientowała się, że przyjeżdżając do niej w odwiedziny, bez przerwy czyha, aby natknąć się na Ala. Zasypywał go wówczas mnóstwem pytań, a potem pędził do pokoju Klary, aby zapisać odpowiedzi mistrza przy jej biurku. W końcu zniechęcona i niepewna własnych uczuć zaproponowała, żeby się rozstali. Wtedy, co wspominała dość boleśnie, Leon nie tylko specjalnie się nie zmartwił, ale triumfalnie pokazując jej wielki plik notatek, powiedział:

– Oto niezniszczalny plon naszego związku. Sto pięćdziesiąt osiem stron rozmów z noblistą. Wystarczy tego materiału nie tylko na doktorat, ale i na profesurę.

Zachciało się jej śmiać z własnej naiwności. Przez tyle lat powinna już była przywyknąć, że jest mało atrakcyjna dla innych. To do Ala ludzie lgnęli, z nim pragnęli rozmawiać, grzać się w blasku wielkości, a potem cytować jego słowa w towarzystwie, dodając skromnie: „Sam mi to powiedział”. Dopiero potem dorzucali, bo to przecież było zupełnie bez znaczenia: „Znam jego wnuczkę”.

Gdy Leon znikł z jej życia, przez kilka tygodni odczuwała dotkliwą pustkę. Potem narysowała jego portret, na którym niby wielki mól, wgryzał się w rząd liter. Była zadowolona z rysunku; spoczął wraz z innym dziełami na dnie przepastnej szuflady, którą jak zwykle, chroniąc przed rodziną swoją tajemną malarską pasję, zamknęła na klucz. Od tego dnia przestała o nim myśleć jako o utraconym kochanku. Przeobraził się w monstrualnego owada i już tylko tak umiała pamiętać o Leonie.

*

Do mikrofonu podszedł Aleksander Santor, więc zapadła natychmiastowa cisza, która wyrwała Klarę z rozmyślań. Prezentował się świetnie w ciemnym, doskonale uszytym specjalnie na ślub Ochów, garniturze, którego delikatny materiał został utkany z bród kilkuset wysokogórskich lam. Zdobycie takiego surowca na wełnę to była operacja ciągnąca się miesiącami. Bo nie jest łatwo, jak barwnie opowiadał szwajcarski krawiec, który przyjechał specjalnie, aby zdjąć miarę z wielkiego pisarza, złapać, a następnie obciąć brodę tępemu zwierzęciu, które nie pojmuje o co chodzi, tylko rozpaczliwe się wyrywa.

– Taka broda – ciągnął beztrosko krawiec podczas domowej kolacji, na którą został zaproszony – nigdy już nie odrasta, a lamy, które jej nie mają, traktowane są jak czarne owce, albo kruki albinosy. Już nigdy nie mogą zbliżyć się do stada.

Klara, wyjątkowo tamtego wieczora obecna przy stole, gdy usłyszała tę opowieść, natychmiast znienawidziła krawca, Szwajcarię oraz garnitur do kompletu.

Stojąc teraz na podeście za Alem doznawała wrażenia, choć skropiony był doskonałą wodą toaletową, że czuje unoszący się z jego ubrania duszący zapach ciał przerażonych zwierząt, którym na siłę obcinano brody. Zrobiło się jej niedobrze, bała się, że zemdleje, więc za wszelką cenę próbowała się skupić na słowach przemawiającego Santora.

– Dwóch moich przyjaciół połączyła wielka i głęboka miłość. – Głos Ala brzmiał mocno i stanowczo. Zdawał sobie sprawę, że podczas tej uroczystości nie może sobie pozwolić na żadną zniewieściałość. – Tak się składa, że obaj są mężczyznami, żyją ze sobą od jedenastu lat; osobiście nigdy tak długo nie byłem z żadną kobietą (śmiech, brawa). Obaj złożyli sobie wzajemnie przysięgę małżeńską. Oddanie, czułość i lojalność (tu Al zniżył głos, aby zabrzmiał serdeczniej), które sobie ofiarowali, czynią z nich jedną z najpiękniejszych par, jakie znam. Tam gdzie jest miłość, nie ma powodu pytać ani o jej przyczyny, ani tym bardziej o płeć. Niech przyniesie im radość.

Rozległ się szaleńczy aplauz, również za parkanem, bo Al nakazał wystawić na zewnątrz głośniki, aby wszyscy zebrani mogli usłyszeć każde jego słowo. Fotoreporterzy wspinali się niczym zręczne małpy po murze ogrodzenia. Błyskające flesze skierowane na Aleksandra Santora niemal go oślepiły. Nieskazitelna biel koszuli podkreślała smagłą jędrność policzków, a krój garnituru nienaganną linię sylwetki. Przez długie obiektywy było widać, że młoda para patrzy z zachwytem nie na siebie nawzajem, ale na swego patrona. Podobnie też i zgromadzeni goście gapili się nie nowożeńców, tylko na gospodarza. Również i Klara nie spuszczała z niego wzroku, dumna z seniora. Nawet na cudzym weselu, Aleksander Santor stał się jego bohaterem.

Kłaniał się swobodnie, jednocześnie bezgłośnie wypowiadając słowa „seks, seks, seks”, aby wargi układały się w ładny, niezbyt szeroki uśmiech (bo zbyt szeroki niepotrzebnie zaznaczyłby drobne bruzdy na jego twarzy).

Rozpromienione oblicze Ala kryło jednak pod maską radości niepokój i rozczarowanie, do których nie miałby ochoty nikomu się przyznać. Na uroczystości nie pojawił się bowiem najpierw telefonicznie, a potem listownie przez niego zaproszony jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie, może nawet, znał przecież jego nieposkromione ambicje, przyszły prezydent Międzynarodowej Unii Świata Realnego i Wirtualnego, Karol Agat.

Od trzydziestu pięciu lat łączyła ich ze sobą zażyła więź. Agat był na rynku mediów jednym z najbardziej liczących się wydawców. Należało do niego kilkanaście kolorowych pism, w tym co najmniej kilka bulwarówek, które podbiły rynek, a także wyjątkowo popularne kanały telewizyjne. Był także właścicielem internetowych portali i platform cyfrowych. Jako szef Organizacji ds. Wirusów w Sieci kontrolował jej zawartość, zręcznie usuwając lub wprowadzając do niej treści, na których mu zależało. Agat dysponował więc potężną bronią, której dla osiągnięcia własnych celów nigdy nie wahał się używać.

– Znam wszystkich mających cokolwiek do powiedzenia na całej kuli ziemskiej. Znam też tajemnice i skandale, które pragnęliby ukryć. Ode mnie zależy, czy i kiedy zostaną one ujawnione – pysznił się, podkreślając własną potęgę. A ci, do których niby przypadkiem kierował te słowa, natychmiast zaczynali robić rachunek sumienia.

Miał dwuznaczną opinię. Powiadano, że pomógł wielu ludziom, ale zniszczył ich jeszcze więcej. Jego metody wywyższania jednych ipogrążania innych wydawały się przypadkowe, najpewniej jednak był w nich jakiś ukryty plan. Z każdym rokiem bowiem zdobywał coraz więcej pieniędzy, a jego władza olbrzymiała jak nadmuchiwany balon.

Santor był świadkiem skromnych początków kariery słynnego obecnie wydawcy. Karol Agat, pierwsze pismo, z obfitego obecnie pakietu tytułów, przygotowywał będąc zarazem jego głównym autorem i redaktorem, w pokoju nie większym od garderoby.

*

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com


Książki podobne do: Wyspa bez dostepu do morza

Ostatnio oglądane książki

Biznes i media
Warunki sprzedaży
Społeczność