Klinika śmierci - Harlan Coben - ebook

Klinika śmierci - ebook

Harlan Coben

5 (1)
lub

Czytaj od 6,99 zł miesięcznie

Uzyskaj stały dostęp do ponad 4000 ebooków

Jak często czytasz? Mamy propozycję specjalnie dla Ciebie:

Książka zabezpieczona watermarkiem. Przeczytasz ją na:

komputerze EPUB
Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Sara Lowell i Michael Silverman są ulubieńcami mediów. Błyskotliwa, seksowna dziennikarka telewizyjna, prezenterka popularnego talk show NewsFlash , wprost uwielbiana przez widzów, i jej mąż, znany koszykarz New York Nicks, gwiazda ligi NBA. Sara spodziewa się dziecka; wydaje się, że nic nie może zakłócić jej szczęścia. Niespodziewanie Michael trafia do szpitala z objawami silnego bólu brzucha. Dokładna diagnoza nie pozostawia wątpliwości – to AIDS. Ich przyjaciel, doktor Harvey Riker, dzieli się z Sarą poufną informacją – jego nowojorski ośrodek medyczny jest o krok od opracowania skutecznej procedury leczenia tej strasznej choroby. Klinika pilnie potrzebuje środków na prowadzenie badań – niestety ktoś brutalnie próbuje storpedować jej działalność. Wspólnik Rikera został zamordowany, a jego śmierć upozorowano na samobójstwo. Pacjenci kliniki, jeden po drugim giną w makabrycznych okolicznościach z ręki seryjnego zabójcy. Nikt nie jest bezpieczny – ani Michael, ani Sara, ani lekarze, ani nawet prowadzący dochodzenie młody policjant Max Bernstein...










HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnieSe­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

www.har­lan­co­ben.com


Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI


Ty­tuł ory­gi­na­łu:

MI­RAC­LE CURE

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 1991, 1992

In­tro­duc­tion co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2011

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ro­bert Su­dół 2011

Re­dak­cja: Jo­an­na Mo­raw­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: wa­ve­bre­ak­me­dia/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-086-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Dla Cor­ky,
naj­lep­szej mamy na świe­cie


Wstęp

No do­brze, je­śli to moja pierw­sza po­wieść, po któ­rą się­gnę­li­ście, nie czy­taj­cie jej. Zwróć­cie ją. Weź­cie inną. Nie ma pro­ble­mu, za­cze­kam.

Je­że­li jed­nak da­lej czy­ta­cie, to mu­si­cie wie­dzieć, że nie zaj­rza­łem do Kli­ni­ki śmier­ci od dwu­dzie­stu lat. Nie chcia­łem po­pra­wiać tej książ­ki, żeby wy­dać ją jako nową po­wieść. Nie cier­pię, gdy pi­sa­rze tak ro­bią. A więc – źle czy do­brze – jest to do­kład­nie ta książ­ka, któ­rą na­pi­sa­łem, gdy mia­łem dwa­dzie­ścia kil­ka lat. Gdy by­łem na­iw­nym chło­pa­kiem pra­cu­ją­cym w bran­ży tu­ry­stycz­nej, któ­ry się za­sta­na­wiał, czy po­wi­nien iść w śla­dy ojca i bra­ta, a więc (ciar­ki na ple­cach) stu­dio­wać pra­wo.

Su­ro­wo oce­niam tę książ­kę, ale czy nie jest tak, że wszy­scy su­ro­wo oce­nia­my swo­je wcze­sne do­ko­na­nia? Przy­po­mi­na­cie so­bie tę roz­praw­kę, któ­rą na­pi­sa­li­ście w szko­le – tę, za któ­rą do­sta­li­ście piąt­kę z plu­sem i któ­rą na­uczy­ciel­ka oce­ni­ła „ce­lu­ją­co”? Pew­ne­go dnia prze­trzą­sa­cie szu­fla­dę i znaj­du­je­cie ten tekst, czy­ta­cie go, ser­ce wam za­mie­ra i my­śli­cie: „Rany, ale mia­łem wte­dy sia­no w gło­wie”. Tak wła­śnie bywa z wcze­sny­mi po­wie­ścia­mi.

Z pew­nych frag­men­tów tej książ­ki prze­bi­ja ka­zno­dziej­ski ton i co nie­co wy­da­je się dziś prze­sta­rza­łe (choć, praw­dę mó­wiąc, chciał­bym, żeby po­ru­sza­ne w niej pro­ble­my me­dycz­ne bez­pow­rot­nie ode­szły w prze­szłość, ale to inna spra­wa). Być może po­my­śli­cie, że część fa­bu­ły osnu­ta jest na kan­wie au­ten­tycz­nych wy­da­rzeń. Nie jest. Książ­ka po­wsta­ła wcze­śniej. Nie do­dam nic wię­cej, bo ze­psuł­bym wam za­ba­wę.

Na koń­cu chcia­łem wy­znać, że ko­cham tę po­wieść po­mi­mo jej wad. W Kli­ni­ce śmier­ci jest ener­gia i go­to­wość do po­dej­mo­wa­nia ry­zy­ka – ce­chy, któ­re być może za­tra­ci­łem. Nie je­stem już tym sa­mym fa­ce­tem, ale to ża­den grzech. Za­wsze się zmie­nia­my w na­szych pa­sjach i pra­cy. I do­brze.

Mi­łej lek­tu­ry.

Har­lan Co­ben


Prolog

PIĄ­TEK, 30 SIERP­NIA

Dok­tor Bru­ce Grey pró­bo­wał zwol­nić kro­ku. Naj­chęt­niej po­pę­dził­by ile sił w no­gach po brud­nej po­sadz­ce hali przy­lo­tów mię­dzy­na­ro­do­we­go lot­ni­ska imie­nia Ken­ne­dy’ego i mi­ja­jąc od­pra­wę cel­ną, wy­biegł z ter­mi­na­lu w par­ną noc. Zwal­czył jed­nak tę po­ku­sę. Szedł rów­nym kro­kiem, spo­glą­da­jąc ner­wo­wo na boki. Przy­sta­wał co chwi­la i krę­cąc gło­wą – jak­by miał ze­sztyw­nia­łą szy­ję – zer­kał ukrad­kiem przez ra­mię, by się upew­nić, że nie jest śle­dzo­ny.

Prze­stań! – upo­mniał sie­bie w du­chu. Prze­stań się za­cho­wy­wać jak nie­wy­da­rzo­ny Ja­mes Bond. W do­dat­ku trzę­siesz się jak ga­la­re­ta. Na mi­łość bo­ską, zwra­casz na sie­bie uwa­gę. Masz wszyst­ko wy­pi­sa­ne na twa­rzy.

Prze­cho­dząc obok ta­śmo­cią­gu z ba­ga­ża­mi, ski­nął uprzej­mie gło­wą w kie­run­ku nie­wy­so­kiej star­szej ko­bie­ty, któ­ra sie­dzia­ła wcze­śniej obok nie­go w sa­mo­lo­cie. Przez całą po­dróż ga­da­ła jak na­ję­ta o swo­jej ro­dzi­nie, za­mi­ło­wa­niu do la­ta­nia i ostat­niej wy­ciecz­ce za oce­an. Była miła, ot, po pro­stu zwy­kła sta­rusz­ka, ale Bru­ce za­mknął oczy, uda­jąc, że śpi, bo pra­gnął spo­ko­ju i wy­po­czyn­ku. Sen jed­nak nie nad­szedł.

A może to nie jest żad­na bab­cia, Bru­siu? Może ona cię śle­dzi…?

Po­trzą­snął gło­wą, żeby od­pę­dzić tę myśl. Miał już kręć­ka od tego wszyst­kie­go. Naj­pierw był prze­ko­na­ny, że śle­dzi go ten bro­dacz sie­dzą­cy w sa­mo­lo­cie. Po­tem sto­ją­cy w bud­ce te­le­fo­nicz­nej dry­blas z za­cze­sa­ny­mi do tyłu wło­sa­mi, w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go. No i ta ład­na blon­dyn­ka przy wyj­ściu z ter­mi­na­lu. Ona też go śle­dzi­ła.

A te­raz sta­ra bab­cia.

Weź się w garść – po­wta­rzał so­bie w du­chu. Pa­ra­no­ja nic tu nie po­mo­że, ko­le­go. Naj­waż­niej­sze to mieć ja­sny umysł.

Pod­szedł do od­pra­wy cel­nej.

– Kon­tro­la pasz­por­to­wa.

Wy­jął pasz­port.

– Nie ma pan ba­ga­żu?

Po­krę­cił gło­wą.

– Nie. Tyl­ko pod­ręcz­ny.

Cel­nik spoj­rzał na zdję­cie w pasz­por­cie.

– Nie­zbyt pan po­dob­ny – stwier­dził.

Bru­ce pró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale usta ani drgnę­ły. Było strasz­nie par­no. Ko­szu­la le­pi­ła mu się do ple­ców, po­luź­nio­ny kra­wat pra­wie się roz­wią­zał, a na czo­ło wy­stą­pi­ły kro­ple potu.

– No bo… No bo… Tro­chę się zmie­ni­łem.

– Tro­chę?! Na tym zdję­ciu jest pan bru­ne­tem i ma pan bro­dę.

– Wiem, ale…

– A przede mną stoi gład­ko ogo­lo­ny blon­dyn.

– No wła­śnie mó­wię, że się tro­chę zmie­ni­łem…

Na szczę­ście na fo­to­gra­fii nie wi­dać ko­lo­ru oczu, bo spy­tał­byś, dla­cze­go z piw­nych zro­bi­ły się nie­bie­skie, po­my­ślał.

Cel­nik pa­trzył na Bru­ce’a po­dejrz­li­wie.

– Po­dró­żo­wał pan służ­bo­wo czy w ce­lach tu­ry­stycz­nych?

– W ce­lach tu­ry­stycz­nych.

– I za­wsze wy­jeż­dża pan bez ba­ga­żu?

Bru­ce prze­łknął śli­nę i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie zno­szę cze­kać na od­biór wa­li­zek – od­parł.

Cel­nik po­pa­trzył zno­wu na zdję­cie, a po­tem na Greya.

– Pro­szę otwo­rzyć ba­gaż.

Trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi Bru­ce za­czął wpro­wa­dzać szyfr w zam­ku. Uda­ło mu się do­pie­ro za trze­cim ra­zem i wresz­cie od­blo­ko­wał za­trzask.

– Pro­szę.

Cel­nik zmru­żył oczy i za­czął szpe­rać w tor­bie.

– Co to? – spy­tał.

Bru­ce wstrzy­mał od­dech.

– Do­ku­men­ty – wy­du­kał drżą­cym gło­sem.

– Wi­dzę. Ja­kie do­ku­men­ty?

– Je­stem le­ka­rzem. W wol­nych chwi­lach prze­glą­da­łem do­ku­men­ta­cję me­dycz­ną kil­ku pa­cjen­tów.

– Za­wsze pan tak robi, gdy je­dzie pan na urlop?

– Nie za­wsze.

– Jaką pan ma spe­cja­li­za­cję?

– In­ter­na w szpi­ta­lu uni­wer­sy­tec­kim, w Co­lum­bia Pres­by­te­rian – od­parł Bru­ce, za­ta­ja­jąc, że jest tak­że epi­de­mio­lo­giem.

– Ro­zu­miem. Chciał­bym, żeby mój le­karz tak się przej­mo­wał swo­imi pa­cjen­ta­mi.

Znów pró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale i tym ra­zem mu się nie uda­ło.

– A ta za­kle­jo­na ko­per­ta?

Stę­żał.

– Słu­cham?

– Py­tam o tę dużą sza­rą ko­per­tę.

Zro­bił nie­win­ną minę.

– Ach, to. W środ­ku są in­for­ma­cje me­dycz­ne, któ­re mu­szę prze­słać ko­le­dze.

Cel­nik wbił spoj­rze­nie w prze­krwio­ne oczy Bru­ce’a.

– No tak – od­parł po chwi­li i wło­żył ko­per­tę z po­wro­tem do tor­by. Po­szpe­rał jesz­cze chwi­lę w za­war­to­ści, a po­tem pod­pi­sał de­kla­ra­cję cel­ną. – Pro­szę, oto pań­ski pasz­port i de­kla­ra­cja. Trze­ba ją od­dać urzęd­nicz­ce przy wyj­ściu.

Bru­ce wziął tor­bę.

– Dzię­ku­ję.

– Jesz­cze jed­no, pa­nie dok­to­rze.

– Tak?

– Może po­wi­nien się pan zo­ba­czyć z ja­kimś ko­le­gą po fa­chu. Pro­szę wy­ba­czyć, bo nie je­stem le­ka­rzem, ale we­dług mnie wy­glą­da pan okrop­nie.

– Tak zro­bię.

Bru­ce ru­szył przed sie­bie. Po paru se­kun­dach zer­k­nął do tyłu. Star­sza ko­bie­ta wciąż cze­ka­ła na ba­gaż. Bro­dacz i ład­na blon­dyn­ka znik­nę­li. Dry­blas w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go cią­gle roz­ma­wiał przez te­le­fon.

Szedł do wyj­ścia. W pra­wej ręce trzy­mał tor­bę, lewą otarł twarz. Od­dał de­kla­ra­cję i wy­szedł przez roz­su­wa­ją­ce się szkla­ne drzwi. Przed sobą zo­ba­czył sku­pi­sko uważ­nych twa­rzy. Lu­dzie sta­wa­li na pal­cach i wy­cią­ga­li szy­je, a gdy w dwu­skrzy­dło­wych drzwiach uka­zy­wa­ła się nie­zna­jo­ma po­stać, roz­cza­ro­wa­ni opusz­cza­li gło­wy.

Wy­mi­nął lu­dzi cze­ka­ją­cych na przy­ja­ciół i krew­nych oraz grup­kę znu­dzo­nych szo­fe­rów trzy­ma­ją­cych kart­ki z na­zwi­ska­mi przy­la­tu­ją­cych go­ści. Pod­szedł do sta­no­wi­ska Ja­pan Air­li­nes po pra­wej stro­nie.

– Czy jest gdzieś tu­taj skrzyn­ka na li­sty? – spy­tał.

– Tam da­lej – od­par­ła ko­bie­ta. – Przy Air Fran­ce.

– Dzię­ku­ję.

Mi­ja­jąc po­jem­nik na śmie­ci, swo­bod­nym ru­chem wrzu­cił do nie­go po­dar­tą kar­tę po­kła­do­wą. Wy­da­wa­ło mu się, że jest bar­dzo spryt­ny, bo za­re­zer­wo­wał lot na fał­szy­we na­zwi­sko – zmie­nił jed­nak zda­nie o so­bie, gdy przy­je­chał na lot­ni­sko i prze­ko­nał się, że w pasz­por­cie i na bi­le­cie mu­szą fi­gu­ro­wać te same dane oso­bo­we.

Co za sku­cha!

Na szczę­ście wciąż były wol­ne miej­sca, więc ku­pił dru­gi bi­let. Do­szedł do wnio­sku, że re­zer­wa­cja na fał­szy­we na­zwi­sko nie była aż tak głu­pim po­su­nię­ciem, jak mo­gło­by się wy­da­wać. Po­nie­waż dru­gi bi­let ku­pił tuż przed od­lo­tem, nikt się nie zo­rien­to­wał, do­kąd się wy­bie­ra, bo jego na­zwi­sko zo­sta­ło wcią­gnię­te na li­stę pa­sa­że­rów do­słow­nie w ostat­niej chwi­li.

Owszem, Bru­siu. Praw­dzi­wy z cie­bie ge­niusz, pod­su­mo­wał w du­chu z prze­ką­sem.

Aku­rat!

Zo­ba­czył skrzyn­kę na li­sty przy sta­no­wi­sku li­nii Air Fran­ce. Kil­ku pa­sa­że­rów roz­ma­wia­ło z ko­bie­tą za kon­tu­arem, nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Ro­zej­rzał się szyb­ko do­ko­ła. Star­sza ko­bie­ta, ład­na blon­dyn­ka i bro­dacz albo już wy­szli, albo wciąż cze­ka­li na od­biór ba­ga­żu. Je­dy­nym „szpie­giem”, któ­re­go zo­ba­czył, był dry­blas w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go – wła­śnie wy­ło­nił się zza roz­su­wa­nych drzwi i szyb­kim kro­kiem skie­ro­wał do wyj­ścia z ter­mi­na­lu.

Bru­ce ode­tchnął z ulgą. Zer­k­nął zno­wu na skrzyn­kę na li­sty. Się­gnął do tor­by, wy­jął sza­rą ko­per­tę i bły­ska­wicz­nym ru­chem wsu­nął ją w otwór.

Uff, te­raz ma po­li­sę ubez­pie­cze­nio­wą.

I co da­lej?

Po­wrót do domu był wy­klu­czo­ny. Je­śli ktoś go szu­kał naj­pierw spraw­dzi wła­śnie miesz­ka­nie na Up­per West Side. Kli­ni­ka? Zbyt póź­na pora. Mo­gli­by go tam do­paść bez świad­ków.

Rany, nie znam się na tym. Je­stem zwy­kłym le­ka­rzem. Stu­dio­wa­łem me­dy­cy­nę, po­tem się oże­ni­łem, wy­cho­wa­łem dziec­ko, zro­bi­łem spe­cja­li­za­cję, roz­wio­dłem się, stra­ci­łem pra­wa ro­dzi­ciel­skie, a te­raz ty­ram jak wół. Nie znam się na za­ba­wie w agen­tów, uspra­wie­dli­wiał się w my­ślach.

Ale jaka była al­ter­na­ty­wa? Mógł pójść na po­li­cję, lecz czy kto­kol­wiek mu uwie­rzy? Na ra­zie nie miał żad­nych do­wo­dów. W za­sa­dzie to sam nie wie­dział do koń­ca, co tak na­praw­dę się dzie­je.

Spró­bu­ję in­a­czej. Za­cznę krzy­czeć: „Ra­tun­ku, po­mo­cy! Za­mor­do­wa­no już dwie oso­by i być może zgi­nie jesz­cze wie­lu in­nych lu­dzi, w tym ja!”, roz­my­ślał go­rącz­ko­wo.

Może to praw­da. A może nie. Py­ta­nie: co tak na­praw­dę wie? Od­po­wiedź: pra­wie nic. Zda­wał so­bie spra­wę, że gdy­by po­szedł na po­li­cję, po­grze­bał­by kli­ni­kę i cen­ny do­ro­bek kil­ku le­ka­rzy. Po­świę­cił trzy lata na te ba­da­nia. Nie za­mie­rzał te­raz dać tym cho­ler­nym bi­go­tom bro­ni do ręki, żeby udu­pi­li całe przed­się­wzię­cie.

Musi to za­ła­twić in­a­czej.

Ale jak?

Zno­wu zer­k­nął przez ra­mię, by się upew­nić, że nie jest śle­dzo­ny. Wszy­scy „szpie­dzy” znik­nę­li. Do­brze, co za ulga. Za­trzy­mał tak­sów­kę i wsko­czył na tyl­ne sie­dze­nie.

– Do­kąd? – spy­tał kie­row­ca.

Chwi­la za­sta­no­wie­nia. Bru­ce pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć wszyst­kie prze­czy­ta­ne po­wie­ści szpie­gow­skie. Do­kąd po­je­chał­by Geo­r­ge Smi­ley? Albo jesz­cze le­piej Tra­vis McGee lub Spen­ser?

– Do ho­te­lu Pla­za po­pro­szę.

Tak­sów­ka ru­szy­ła w kie­run­ku Man­hat­ta­nu. Pa­trzył przez tyl­ną szy­bę, żeby się upew­nić, czy nie je­dzie za nimi ja­kiś sa­mo­chód. Chy­ba nie. Po chwi­li roz­parł się wy­god­nie. Od­dy­chał głę­bo­ko, pró­bu­jąc się roz­luź­nić, ale wciąż czuł obez­wład­nia­ją­cy strach.

Myśl, cho­le­ra ja­sna. To nie pora na drzem­kę, upo­mniał się w du­chu.

Po pierw­sze, po­trze­bo­wał no­wej toż­sa­mo­ści. Spoj­rzał w pra­wo, w lewo, wresz­cie sku­pił wzrok na li­cen­cji tak­sów­ka­rza za­wie­szo­nej na ta­bli­cy roz­dziel­czej: John Ben­son. Do­bra, do ju­tra bę­dzie się na­zy­wał John Ben­son. Sęk w tym, żeby prze­żyć do ju­tra…

Wszy­scy w kli­ni­ce my­śle­li, że nadal prze­by­wa na wa­ka­cjach w mek­sy­kań­skim Can­ciin. Nikt nie miał po­ję­cia, że te wa­ka­cje były tyl­ko przy­kryw­ką. Ode­grał rolę szczę­śli­we­go urlo­po­wi­cza. Ku­pił so­bie sprzęt pla­żo­wy i po­le­ciał w ze­szły pią­tek do Mek­sy­ku. Za­mel­do­wał się w ho­te­lu Oasis i za­pła­cił za ty­dzień po­by­tu, ale po­wie­dział re­cep­cjo­ni­ście, że wy­bie­ra się w rejs ło­dzią, więc bę­dzie nie­do­stęp­ny. Po­tem zgo­lił bro­dę, ob­ciął i ufar­bo­wał so­bie wło­sy i wło­żył nie­bie­skie szkła kon­tak­to­we. Sam z tru­dem roz­po­zna­wał sie­bie w lu­strze. Wró­cił na lot­ni­sko i pod na­zwi­skiem Rex Ve­ne­to po­le­ciał we wła­ści­we miej­sce, żeby się prze­ko­nać, czy w strasz­li­wych po­dej­rze­niach jest choć­by ziarn­ko praw­dy.

Praw­da oka­za­ła się bar­dziej wstrzą­sa­ją­ca, niż to so­bie wy­obra­żał.

Tak­sów­ka za­ha­mo­wa­ła przed ho­te­lem Pla­za przy Pią­tej Alei. Po dru­giej stro­nie bły­ska­ły świa­tła Cen­tral Par­ku. Bru­ce za­pła­cił kie­row­cy, da­jąc mu od­po­wied­ni na­pi­wek – nie za duży, nie za mały – i wszedł do ele­ganc­kiej re­cep­cji. Choć miał na so­bie szy­kow­ny gar­ni­tur, czuł się jak nie­chluj. Ma­ry­nar­ka była po­mię­ta, spodnie wy­gnie­cio­ne – wy­glą­da­ły, jak­by wy­cią­gnął je psu z gar­dła.

Ru­szył w kie­run­ku re­cep­cji, gdy na­gle sta­nął jak wry­ty, bo ką­tem oka do­strzegł zna­jo­mą po­stać.

Mam uro­je­nia. To nie on. Nie­moż­li­we, po­wta­rzał bez­gło­śnie.

Po­czuł przy­śpie­szo­ne bi­cie ser­ca. Od­wró­cił się bły­ska­wicz­nie, ale dry­blas w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go znik­nął. A może w ogó­le go tu nie było?

Na pew­no mi się przy­wi­dzia­ło, po­my­ślał Bru­ce. Jed­nak le­piej nie ry­zy­ko­wać.

Wy­szedł z ho­te­lu tyl­nym wyj­ściem i ru­szył do me­tra. Ku­pił bi­let i po­je­chał na Czter­na­stą Uli­cę, tam zaś prze­siadł się do po­cią­gu ja­dą­ce­go na Czter­dzie­stą Dru­gą i do­tarł na sta­cję przy Trze­ciej Alei. Wy­sko­czył na pe­ron, gdy drzwi już się za­my­ka­ły. Przez ko­lej­ne pół go­dzi­ny jeź­dził po mie­ście, zmie­nia­jąc po­cią­gi, za każ­dym ra­zem wy­sia­da­jąc w ostat­niej chwi­li. Wresz­cie do­tarł na róg Pięć­dzie­sią­tej Szó­stej Uli­cy i Ósmej Alei. Po po­ko­na­niu kil­ku prze­cznic „John Ben­son” wszedł do ho­te­lu Days Inn, gdzie nig­dy nie po­sta­ła noga dok­to­ra Bru­ce’a Greya.

Za­mel­do­wał się i wje­chał win­dą na je­de­na­ste pię­tro. Wszedł do środ­ka, za­mknął drzwi na za­mek i za­ło­żył łań­cuch. I co te­raz?

Roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na mo­gła się oka­zać fa­tal­nym błę­dem, ale po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać. Po­ga­da szyb­ko z Ha­rvey­em. Tyl­ko kil­ka mi­nut.

Wy­krę­cił nu­mer. Ko­le­ga od­po­wie­dział po dru­gim sy­gna­le.

– Słu­cham.

– To ja.

– Bru­ce? Jak tam w Can­cun?

– Mu­si­my po­mó­wić.

– Ej, co jest? Dziw­nie się za­cho­wu­jesz. Sta­ło się coś? Za­mknął oczy.

– Mu­si­my po­ga­dać – po­wtó­rzył. – Ale nie przez te­le­fon.

– O co cho­dzi? Je­steś cią­gle…

– Nie przez te­le­fon! Po­roz­ma­wia­my ju­tro.

– Ju­tro? Ale co się dzie­je?

– Nie py­taj te­raz. Spo­tka­my się ju­tro o wpół do siód­mej rano.

– Gdzie?

– W kli­ni­ce.

– Chry­ste, Bru­ce! Czy coś ci gro­zi? Czy cho­dzi o te za­bój­stwa?

– Nie mogę te­raz gad…

Z ko­ry­ta­rza do­biegł ci­chy trzask.

– Ej! – krzyk­nął Ha­rvey do słu­chaw­ki. – Co się dzie­je?! Bru­ce wpa­try­wał się w drzwi. Ser­ce biło mu jak osza­la­łe.

– Ju­tro – szep­nął. – Ju­tro wszyst­ko ci wy­ja­śnię.

– Ale…

Odło­żył de­li­kat­nie słu­chaw­kę, prze­ry­wa­jąc roz­mo­wę.

Nie na­da­ję się do tego. Boże, spraw, żeby mi się prze­sły­sza­ło. Nie na­da­ję się do tego. Nie na­da­ję. Je­stem le­ka­rzem, pa­ni­ko­wał.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła ci­sza, więc do­szedł do wnio­sku, że ma star­ga­ne ner­wy i wy­obraź­nia pła­ta mu fi­gle. Za­pew­ne nic się nie dzia­ło, a je­śli na­wet, to co w tym dziw­ne­go? Sie­dzi prze­cież w śród­miej­skim ho­te­lu, a nie w dźwię­kosz­czel­nym po­miesz­cze­niu. Może to po­ko­jów­ka albo boy.

A może to ten dry­blas z przy­li­za­ny­mi wło­sa­mi, w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go?

Za­czął się skra­dać do drzwi, uważ­nie sta­wia­jąc sto­py. Nig­dy nie był nad­zwy­czaj spraw­ny fi­zycz­nie i nie miał do­brej ko­or­dy­na­cji ru­cho­wej, więc wy­glą­dał jak epi­lep­tyk tań­czą­cy foks­tro­ta.

Zno­wu trzask.

Ser­ce sko­czy­ło mu do gar­dła i po­czuł, że ko­la­na się pod nim ugi­na­ją. Nie było wąt­pli­wo­ści – po dru­giej stro­nie coś się dzia­ło.

Sta­nął jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Usły­szał wła­sny od­dech – tak gło­śny, że sły­chać go było chy­ba we wszyst­kich po­ko­jach na tym pię­trze.

Klik. Klik.

Krót­kie, ci­che trza­ski.

Ucie­kaj, Bru­ce. Ukryj się, roz­ka­zał so­bie w my­ślach.

Ale gdzie? Był za­mknię­ty w ma­łym ho­te­lo­wym po­ko­ju. W do­dat­ku na je­de­na­stym pię­trze. Gdzie mógł­by się scho­wać, do cho­le­ry? Zbli­żył się o ko­lej­ny krok.

Może otwo­rzyć gwał­tow­nie drzwi, wy­sko­czyć na ko­ry­tarz i na­ro­bić ha­ła­su? – za­sta­na­wiał się go­rącz­ko­wo. Może…

Pu­ka­nie roz­le­gło się tak na­gle, że o mało nie krzyk­nął ze stra­chu.

– Kto to?!

– Roz­no­szę ręcz­ni­ki – do­biegł mę­ski głos.

Ręcz­ni­ki? Ta­kie­go wała!

– Dzię­ku­ję bar­dzo, ale nie po­trze­bu­ję – od­po­wie­dział. Chwi­la ci­szy.

– Do­brze, w ta­kim ra­zie ży­czę panu do­brej nocy. Usły­szał od­da­la­ją­ce się kro­ki. Przy­warł­szy ple­ca­mi do ścia­ny, przy­su­nął się do sa­mych drzwi. Dy­go­tał. Choć w po­ko­ju dzia­ła­ła kli­ma­ty­za­cja, ko­szu­lę miał mo­krą od potu, a wło­sy przy­kle­jo­ne do wil­got­ne­go czo­ła.

I co te­raz?

Wyj­rzyj przez ju­da­sza, pie­przo­ny Bon­dzie. Od cze­go jest ju­dasz? – po­na­glił się w du­chu.

Usłu­chał gło­su we­wnętrz­ne­go. Po­wo­li przy­sta­wił gło­wę do drzwi. Nic. Nada, jak mó­wią Mek­sy­ka­nie. Ży­we­go du­cha. Spró­bo­wał zer­k­nąć w pra­wo, po­tem w lewo…

W na­stęp­nej se­kun­dzie drzwi omal nie wy­le­cia­ły z za­wia­sów.

Łań­cuch pękł jak cien­ka nić, a me­ta­lo­wa klam­ka wbi­ła się Bru­ce’owi w bio­dro. W ca­łym cie­le po­czuł po­ra­ża­ją­cy ból. In­stynk­tow­nie chwy­cił się za bio­dro, lecz oka­za­ło się, że po­peł­nił błąd, bo zza drzwi wy­strze­li­ła ogrom­na ręka. Pró­bo­wał zro­bić unik, ale miał spóź­nio­ny re­fleks. Pięść ze strasz­li­wą siłą tra­fi­ła go w nos, ła­miąc kość i chrząst­kę. Z noz­drzy try­snę­ła krew.

Słod­ki Boże…

Za­chwiał się do tyłu, chwy­ta­jąc za twarz. Do po­ko­ju wszedł dry­blas w gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go. Za­mknął za sobą drzwi. Jak na czło­wie­ka tak wiel­kiej po­stu­ry po­ru­szał się z za­dzi­wia­ją­cą zwin­no­ścią.

– Bła­gam… – wy­beł­ko­tał Bru­ce, ale w tej sa­mej chwi­li dłoń wiel­ko­ści bok­ser­skiej rę­ka­wi­cy za­tka­ła mu usta, bru­tal­nie miaż­dżąc strza­ska­ny nos, co spo­wo­do­wa­ło do­dat­ko­wą eks­plo­zję nie­opi­sa­ne­go bólu.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się i ski­nął uprzej­mie gło­wą, jak­by wła­śnie za­war­li zna­jo­mość na ele­ganc­kim przy­ję­ciu. A po­tem pod­niósł nogę i z nie­sa­mo­wi­tą pre­cy­zją wy­mie­rzył Bru­ce’owi kop­nia­ka w ko­la­no, gru­cho­cząc rzep­kę. Bru­ce usły­szał trzask pę­ka­ją­cej ko­ści. Dłoń przy­ci­śnię­ta do ust stłu­mi­ła roz­dzie­ra­ją­cy krzyk. A po­tem cof­nę­ła się na mo­ment i za­da­ła cios w żu­chwę, ła­miąc ko­lej­ną kość i wy­bi­ja­jąc kil­ka zę­bów. Męż­czy­zna chwy­cił Greya za prze­trą­co­ną szczę­kę, wło­żył mu pal­ce do ust i szarp­nął sil­nie do dołu. Bru­ce po­czuł nie­opi­sa­ny ból roz­ry­wa­nych ścię­gien.

O Boże, bła­gam…

Zwa­lił się na pod­ło­gę jak wo­rek ziem­nia­ków. W gło­wie mu hu­cza­ło. Pa­trzył za­mglo­ny­mi ocza­mi, jak męż­czy­zna przy­glą­da się pla­mie krwi na swo­jej ma­ry­nar­ce. Wy­da­wał się po­iry­to­wa­ny. Może się mar­twił, że pla­ma się nie spie­rze? Po­krę­cił z nie­za­do­wo­le­niem gło­wą, a po­tem pod­szedł do okna i roz­su­nął za­sło­ny.

– Miło, że wy­bra­łeś wy­so­kie pię­tro – po­wie­dział swo­bod­nie. – To uła­twia spra­wę.

Od­wró­cił się od okna. Pod­szedł z po­wro­tem do sku­lo­ne­go na pod­ło­dze Bru­ce’a. Po­chy­lił się, chwy­cił go moc­no za sto­pę i de­li­kat­nie pod­niósł nogę ze strza­ska­nym ko­la­nem. Bru­ce’em tar­gnął prze­szy­wa­ją­cy ból.

Bła­gam, Boże! Spraw, bym stra­cił przy­tom­ność, mo­dlił się w my­ślach.

Na­gle zro­zu­miał, co męż­czy­zna za­mie­rza zro­bić. Chciał coś po­wie­dzieć, spy­tać, czy mo­gli­by się do­ga­dać, chciał mu za­ofe­ro­wać wszyst­ko, co ma, bła­gać o li­tość, ale ze zma­sa­kro­wa­nych ust do­bie­gał tyl­ko char­kot. Bez­rad­ny i prze­ra­żo­ny pa­trzył bła­gal­nie na opraw­cę. Krew spły­wa­ła mu po twa­rzy na szy­ję i pierś.

Pół­przy­tom­ny z bólu spoj­rzał męż­czyź­nie w oczy. Nie zo­ba­czył w nich sza­leń­stwa, nie­na­wi­ści ani żą­dzy mor­du. Tam­ten wy­da­wał się cał­ko­wi­cie spo­koj­ny, wca­le nie przy­po­mi­nał psy­cho­tycz­ne­go za­bój­cy. Za­cho­wy­wał się tak, jak­by wy­ko­ny­wał zwy­kłą pra­cę. Był zdy­stan­so­wa­ny, wy­zby­ty emo­cji.

To dla nie­go jak splu­nię­cie. Jak ko­lej­ny dzień w biu­rze, przy­szło mu na­gle do gło­wy.

Męż­czy­zna się­gnął do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Wy­jął dłu­go­pis i kart­kę i rzu­cił je na pod­ło­gę. A po­tem chwy­cił zno­wu Greya za sto­pę, jed­ną ręką za pię­tę, dru­gą za pal­ce. Le­karz za­czął się mio­tać w nie­wy­obra­żal­nej ago­nii.

– Wy­krę­cę ci nogę do koń­ca – po­wie­dział męż­czy­zna, na­pi­na­jąc mię­śnie. – Aż pal­ce będą z tyłu, a zła­ma­na kość wyj­dzie przez skó­rę. – Za­milkł i uśmiech­nął się re­flek­syj­nie. Za­ci­snął moc­niej dło­nie. – A pusz­czę do­pie­ro, gdy skoń­czysz pi­sać list po­że­gnal­ny. Bo za­mie­rzasz po­peł­nić sa­mo­bój­stwo, ro­zu­mie­my się?

Bru­ce po­śpiesz­nie chwy­cił dłu­go­pis.


1

SO­BO­TA, 14 WRZE­ŚNIA

Sara Lo­well zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. Za dwa­dzie­ścia mi­nut mia­ła za­de­biu­to­wać w ogól­no­kra­jo­wej te­le­wi­zji, w pro­gra­mie oglą­da­nym przez trzy­dzie­ści mi­lio­nów lu­dzi. Za go­dzi­nę za­de­cy­du­je się jej przy­szłość.

Dwa­dzie­ścia mi­nut.

Prze­łknę­ła śli­nę, przy­sta­nę­ła i po­pra­wi­ła or­te­zę na no­dze. Jej pierś fa­lo­wa­ła wy­raź­nie. Musi coś zro­bić, bo in­a­czej zwa­riu­je. Me­ta­lo­wa or­te­za ocie­ra­ła skó­rę. Po tych wszyst­kich la­tach Sara wciąż nie mo­gła przy­wyk­nąć do no­sze­nia tego nie­wy­god­ne­go przed­mio­tu. Owszem, uty­ka­ła. Uty­ka­ła, od­kąd się­ga­ła pa­mię­cią, a więc wy­da­wa­ło się to pra­wie na­tu­ral­ne. Jed­nak nie­po­ręcz­ną or­te­zę naj­chęt­niej wy­rzu­ci­ła­by do rze­ki.

Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, pró­bu­jąc się roz­luź­nić. Spoj­rza­ła w lu­stro, żeby spraw­dzić ma­ki­jaż. Była nie­co bla­da, ale to nic no­we­go. Przy­zwy­cza­iła się do tego tak samo jak do uty­ka­nia. Za­cze­sa­ne do tyłu wło­sy ko­lo­ru mio­du od­sła­nia­ły twarz o pięk­nych de­li­kat­nych ry­sach i du­żych zie­lo­nych oczach jak u lal­ki. Zmy­sło­we usta były tak wy­dat­ne, że wy­glą­da­ły pra­wie na spuch­nię­te. Zdję­ła oku­la­ry w dru­cia­nej opraw­ce i prze­tar­ła szkła. Pod­szedł je­den z pro­du­cen­tów.

– Je­steś go­to­wa? – spy­tał.

– W każ­dej chwi­li – od­par­ła, uśmie­cha­jąc się sła­bo.

– Do­brze. Wcho­dzisz z Do­nal­dem za kwa­drans.

Spoj­rza­ła na współ­go­spo­da­rza pro­gra­mu. Do­nald Par­ker miał sześć­dzie­siąt lat, a więc był od niej dwa razy star­szy. I ty­siąc­krot­nie bar­dziej do­świad­czo­ny. Wy­stę­po­wał w News­Flash od sa­me­go po­cząt­ku, za­nim pro­gram stał się naj­bar­dziej po­pu­lar­nym talk-show na ryn­ku te­le­wi­zyj­nym. Par­ker był le­gen­dą w świe­cie dzien­ni­kar­stwa.

Co ja tu ro­bię, do cho­le­ry? W ogó­le się do tego nie na­da­ję.

Zer­k­nę­ła ner­wo­wo na ma­te­ria­ły – chy­ba już po raz mi­lio­no­wy. Sło­wa na kart­ce się za­ma­zy­wa­ły. Zno­wu za­czę­ła się za­sta­na­wiać, jak to moż­li­we, że w tak szyb­kim tem­pie za­brnę­ła aż tak da­le­ko. Przy­po­mnia­ła so­bie stu­denc­kie lata, fe­lie­to­ny w „New York He­ral­dzie”, pra­cę w te­le­wi­zji ka­blo­wej, de­ba­ty w te­le­wi­zji pu­blicz­nej. Na każ­dym ko­lej­nym szcze­blu ka­rie­ry wy­da­wa­ło się jej, że nie po­tra­fi już zro­bić na­stęp­ne­go kro­ku. Do pa­sji do­pro­wa­dza­ły ją za­wist­ne szep­ty ko­le­gów z pra­cy: „Też bym chciał mieć sław­ne­go tatę”. Albo: „Cie­ka­we, z kim się prze­spa­ła”. „Ku­le­je, więc wszy­scy się nad nią li­tu­ją”.

A jed­nak praw­da była znacz­nie prost­sza: wi­dzo­wie ją uwiel­bia­li. Je­śli na­wet cza­sem trak­to­wa­ła swo­ich go­ści ob­ce­so­wo lub iro­nicz­nie, pu­blicz­ność i tak pa­trzy­ła na nią jak za­uro­czo­na. Owszem, jej oj­ciec był kie­dyś na­czel­nym le­ka­rzem kra­ju, a mąż jest gwiaz­do­rem ko­szy­ków­ki. Być może trud­ne dzie­ciń­stwo i uro­da rów­nież po­mo­gły jej w ka­rie­rze. Ale Sara pa­mię­ta­ła, co po­wie­dział jej pierw­szy szef:

– Nikt nie prze­trwa w tej bran­ży tyl­ko dzię­ki ład­nej buzi. Prze­ciw­nie: ład­na twarz bywa prze­szko­dą. Bo lu­dzie z góry uzna­ją, że ład­na blon­dyn­ka musi być mało by­stra. Wiem, że to nie­spra­wie­dli­we, ale tak wła­śnie jest. Sta­raj się więc być lep­sza od in­nych. W prze­ciw­nym ra­zie przy­le­pią ci ety­kiet­kę kre­tyn­ki. Je­śli nie bę­dziesz naj­lep­sza, ze­pchną cię ze sce­ny.

Sara po­wta­rza­ła so­bie czę­sto te sło­wa w my­śli ni­czym okrzyk wo­jen­ny. A jed­nak w tej chwi­li czu­ła wiel­ką tre­mę. Mia­ła dziś za­de­biu­to­wać w roz­mo­wie na te­mat szwin­dli fi­nan­so­wych wie­leb­ne­go Er­ne­sta San­der­sa, ka­zno­dziei te­le­wi­zyj­ne­go, któ­ry za­ło­żył Świę­tą Kru­cja­tę. San­ders był ośli­zgłą fi­szą. Zgo­dził się na wy­wiad, chcąc od­po­wie­dzieć na sta­wia­ne mu za­rzu­ty – pod wa­run­kiem że News­Flash wy­świe­tli u dołu ekra­nu nu­mer te­le­fo­nu, pod któ­rym jego or­ga­ni­za­cja zbie­ra­ła fun­du­sze. Sara usi­ło­wa­ła za­cho­wać jak naj­więk­szy obiek­ty­wizm w ca­łej spra­wie. Po­sta­no­wi­ła po pro­stu prze­ka­zać fak­ty, po­wstrzy­mu­jąc się od ko­men­ta­rzy i in­ter­pre­ta­cji. W głę­bi du­cha zna­ła jed­nak praw­dę.

Wie­leb­ny San­ders był zwy­kłym oszu­stem.

W stu­diu pa­no­wa­ło za­mie­sza­nie. Tech­ni­cy przy­go­to­wy­wa­li sprzęt i usta­wia­li świa­tło. Prze­su­wa­no ka­me­ry i te­sto­wa­no te­le­promp­ter, na któ­rym każ­da li­nij­ka tek­stu skła­da­ła się tyl­ko z trzech słów, aby pro­wa­dzą­cy nie mu­sie­li wy­raź­nie po­ru­szać ocza­mi pod­czas czy­ta­nia. Re­ży­se­rzy, pro­du­cen­ci i asy­sten­ci uwi­ja­li się na pla­nie przy­po­mi­na­ją­cym duży dzien­ny po­kój – bez su­fi­tu i tyl­ko z jed­ną ścia­ną, jak­by resz­tę usu­nął wiel­ki po­twór, któ­ry chciał zaj­rzeć do środ­ka. Do Sary pod­biegł nie­zna­jo­my męż­czy­zna.

– Pro­szę – po­wie­dział, po­da­jąc kil­ka kar­tek.

– Co to? – spy­ta­ła.

– Pa­pie­ry.

– To wi­dzę, ale po co?

– Do wer­to­wa­nia – od­parł, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

– Do wer­to­wa­nia?

– Tak. No wie pani, bę­dzie prze­rwa na re­kla­mę. Ka­me­ra zro­bi od­jazd, a pani wte­dy prze­wer­tu­je.

– Że co?

– Tak bę­dzie po­waż­niej wy­glą­da­ło – wy­ja­śnił i po­biegł da­lej.

Sara po­krę­ci­ła gło­wą.

Wciąż mu­szę się dużo uczyć.

Po chwi­li za­czę­ła nie­świa­do­mie śpie­wać. Naj­czę­ściej śpie­wa­ła pod prysz­ni­cem albo w sa­mo­cho­dzie, naj­le­piej do akom­pa­nia­men­tu gło­śno na­sta­wio­ne­go ra­dia, ale cza­sem, zwłasz­cza gdy była po­de­ner­wo­wa­na, śpie­wa­ła też w obec­no­ści in­nych lu­dzi. I to gło­śno.

Kie­dy do­tar­ła do re­fre­nu Wy­ta­tu­owa­ne­go wam­pi­ra („…wam­pir z ob­raz­ka wgry­za się w skó­rę…”), za­czę­ła grać na wy­ima­gi­no­wa­nej gi­ta­rze, cał­ko­wi­cie tra­cąc po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści.

Chwi­lę póź­niej uświa­do­mi­ła so­bie, że lu­dzie się jej przy­glą­da­ją.

Opu­ści­ła ręce, a ide­al­nie do­stro­jo­na gi­ta­ra po­pa­dła w za­po­mnie­nie. Sło­wa pio­sen­ki za­mar­ły na ustach. Sara uśmiech­nę­ła się, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

– Eee… Prze­pra­szam.

Człon­ko­wie eki­py na­tych­miast wró­ci­li do pra­cy.

Pró­bo­wa­ła po­my­śleć o czymś, co do­da­ło­by jej otu­chy.

Mi­cha­el! Za­sta­na­wia­ła się, co on te­raz robi. Pew­nie wra­ca bie­giem do domu po tre­nin­gu. Wy­obra­zi­ła so­bie jego pra­wie dwu­me­tro­wą po­stać – z bia­łym ręcz­ni­kiem za­rzu­co­nym na szy­ję i w prze­po­co­nej sza­rej ko­szul­ce otwie­ra klu­czem drzwi. Za­wsze no­sił zwa­rio­wa­ne spoden­ki – się­ga­ją­ce do ko­lan szor­ty ha­waj­skie we wście­kle po­ma­rań­czo­wym, żół­tym lub ró­żo­wym ko­lo­rze. Nie zwal­nia­jąc kro­ku, prze­bie­ga obok for­te­pia­nu. W po­ko­ju włą­cza Ba­cha, skrę­ca do kuch­ni i na­le­wa so­bie świe­żo wy­ci­śnię­te­go soku po­ma­rań­czo­we­go. Wy­pi­ja po­ło­wę jed­nym hau­stem. A po­tem osu­wa się na fo­tel i w sku­pie­niu słu­cha mu­zy­ki ka­me­ral­nej.

Mi­cha­el.

Puk­nię­cie w ra­mię.

– Te­le­fon do pani – po­wie­dział ten sam męż­czy­zna, któ­ry przed chwi­lą po­dał jej kart­ki.

Wzię­ła apa­rat.

– Słu­cham.

– Za­czę­łaś już śpie­wać?

Sara roz­cią­gnę­ła usta w uśmie­chu.

– Mi­cha­el!

– No to co, byli już Blue Oy­ster Cult?

– Tak.

– Niech zgad­nę. Nie bój się ko­stu­chy?

– Nie. Wy­ta­tu­owa­ny wam­pir.

– Boże, to okrop­ne. No więc co się dzie­je?

Sara za­mknę­ła oczy. Po­czu­ła, że na­pię­cie mija.

– Nic szcze­gól­ne­go. Wa­łę­sam się obok pla­nu. Cze­kam.

– Grasz na nie­wi­dzial­nej gi­ta­rze?

– Skąd! Prze­stań, je­stem za­wo­do­wą dzien­ni­kar­ką.

– Do­bra, do­bra. Bar­dzo się de­ner­wu­jesz?

– Nie. Peł­ny spo­kój.

– Kłam­czu­cha – po­wie­dział Mi­cha­el.

– No do­brze, niech ci bę­dzie. Je­stem pół­przy­tom­na ze stra­chu. Za­do­wo­lo­ny?

– Jesz­cze jak! Nie po­sia­dam się ze szczę­ścia. Ale pa­mię­taj o jed­nym.

– O czym?

– Za­wsze masz tre­mę przed pro­gra­mem. A im więk­szą masz tre­mę, tym moc­niej da­jesz im po­pa­lić.

– Tak my­ślisz?

– Nie my­ślę, tyl­ko wiem. Bie­dak nie ma po­ję­cia, co go cze­ka.

– Na­praw­dę tak uwa­żasz? – od­par­ła Sara z roz­pro­mie­nio­ną twa­rzą.

– Na­praw­dę. Chciał­bym przy oka­zji za­dać ci szyb­kie py­ta­nie. Czy mu­si­my dziś iść na tę galę two­je­go ojca?

– Szyb­ka od­po­wiedź brzmi: tak.

– I co, mam wło­żyć czar­ny kra­wat?

– Owszem.

– Te pom­pa­tycz­ne im­pre­zy są okrop­nie nud­ne.

– Mnie nie mu­sisz tego mó­wić.

Za­milkł na mo­ment.

– A czy przy­najm­niej będę mógł być tam z tobą przez cały czas? – spy­tał.

– Kto wie? – od­par­ła Sara. – Może ci się po­szczę­ści. – Przy­ci­snę­ła te­le­fon po­licz­kiem do ra­mie­nia. – Czy Ha­rvey też się wy­bie­ra?

– Tak, zgar­nę go po dro­dze.

– To do­brze. Wiem, że nie prze­pa­da za moim oj­cem…

– To ra­czej twój oj­ciec nie prze­pa­da za nim – po­pra­wił Mi­cha­el.

– Wszyst­ko jed­no. Po­roz­ma­wiasz z nim dzi­siaj?

– O czym?

– Prze­stań się zgry­wać. Mar­twię się o two­je zdro­wie.

– Ha­rvey ma w tej chwi­li dość in­nych kło­po­tów. Wiesz, śmierć Bru­ce’a i te pro­ble­my w kli­ni­ce. Nie chcę mu za­wra­cać gło­wy.

– A roz­ma­wia­li­ście o sa­mo­bój­stwie Bru­ce’a?

– Nie – od­parł Mi­cha­el. – Szcze­rze mó­wiąc, tro­chę się o nie­go mar­twię. Przez cały czas sie­dzi w la­bo­ra­to­rium. Pra­cu­je dnia­mi i no­ca­mi.

– Za­wsze taki był.

– Niby tak, ale tym ra­zem jest in­a­czej.

– Daj mu tro­chę cza­su. Mi­nę­ły do­pie­ro dwa ty­go­dnie od śmier­ci Bru­ce’a.

– Nie cho­dzi tyl­ko o to.

– A o co?

– Nie wiem. To chy­ba się wią­że z kli­ni­ką.

– Pro­szę cię, skar­bie, po­roz­ma­wiaj z nim o tych bó­lach brzu­cha.

– Saro, prze­cież…

– Pro­szę cię. Zrób to dla mnie.

– No do­brze – zgo­dził się Mi­cha­el nie­chęt­nie.

– Obie­cu­jesz?

– Obie­cu­ję. Aha, jesz­cze jed­no.

– Tak?

– Skop ty­łek temu ka­zno­dziei z Po­łu­dnia.

– Ko­cham cię.

– Ja cie­bie też ko­cham.

Po­czu­ła do­tknię­cie w ra­mię.

– Dzie­sięć mi­nut, pro­szę pani.

– Mi­cha­el, mu­szę biec.

– To do wie­czo­ra – po­wie­dział. – Ma­rzę o chwi­li, gdy znaj­dę się sam na sam z pew­ną gwiaz­dą te­le­wi­zyj­ną w jej daw­nej sy­pial­ni.

– Po­ma­rzyć do­bra rzecz.

¦ ¦ ¦

Od­kła­da­jąc słu­chaw­kę, Mi­cha­el po­czuł na­gły ból w żo­łąd­ku. Skrzy­wio­ny zgiął się wpół i chwy­cił za brzuch. Żo­łą­dek do­ku­czał mu już od kil­ku ty­go­dni. Naj­pierw po­my­ślał, że może to ob­ja­wy gry­py, ale nie był tego pe­wien. Bo­le­ści się na­si­la­ły, sta­wa­ły nie do znie­sie­nia. Za­czy­nał się wzdra­gać na myśl o je­dze­niu.

Siód­ma sym­fo­nia Beetho­ve­na wy­peł­ni­ła po­kój ni­czym miły po­wiew wia­tru. Za­mknął oczy – mu­zy­ka za­czę­ła na nie­go od­dzia­ły­wać jak de­li­kat­ny ma­saż na zmę­czo­ne mię­śnie. Ko­le­dzy z dru­ży­ny bez­li­to­śnie drwi­li z jego gu­stów mu­zycz­nych. Na­past­nik Re­ece Por­ter, czar­ny ka­pi­tan New York Knick­sów, bez prze­rwy się z nim dro­czył.

– Jak ty mo­żesz słu­chać tego gów­na, Mi­key? – py­tał. – W tym nie ma ryt­mu.

– Zda­ję so­bie spra­wę, że jako mu­zyk Cho­pin nie do­rów­nu­je MC Ham­me­ro­wi. Ale po­sta­raj się mieć otwar­ty umysł. Zwy­czaj­nie po­słu­chaj, Re­ece. Po­zwól, żeby te tony w cie­bie we­szły.

Ko­le­ga słu­chał przez chwi­lę w mil­cze­niu.

– Mam wra­że­nie, jak­by mnie za­mknę­li u den­ty­sty – skwi­to­wał. – Że też ty pusz­czasz to przed me­czem. Przy tym nie moż­na tań­czyć ani nic.

– Bo tego się słu­cha.

– Cze­go? Prze­cież nie ma słów.

– Aw tym wy­ciu, któ­re lu­bisz, są sło­wa? Ro­zu­miesz co­kol­wiek w tym ha­ła­sie?

Re­ece par­sk­nął śmie­chem.

– Mi­key, je­steś ty­po­wym bia­łym sno­bem – od­parł.

– Wolę, jak mnie na­zy­wasz na­dę­tym bia­łym dup­kiem.

Sta­ry do­bry Re­ece. Mi­cha­el pod­niósł do ust szklan­kę z so­kiem, ale na myśl o wy­pi­ciu po­czuł mdło­ści. W ze­szłym roku ko­la­no, a te­raz żo­łą­dek. A może wą­tro­ba? To bez sen­su. Za­wsze był naj­zdrow­szym gra­czem w ca­łej li­dze. W pierw­szych dzie­się­ciu se­zo­nach NBA nie za­li­czył na­wet za­dra­pa­nia. Ale po­nad rok temu miał po­waż­ną kon­tu­zję ko­la­na. Nie był już mło­dzie­niasz­kiem, więc po­wrót do for­my po ope­ra­cji i re­kon­struk­cji rzep­ki oka­zał się nie­ła­twy. A te­raz te ta­jem­ni­cze bo­le­ści…

Od­sta­wił szklan­kę i pod­szedł do ma­gne­to­wi­du. Na­sta­wił na­gry­wa­nie. Po­tem wy­łą­czył od­twa­rzacz ste­reo­fo­nicz­ny te­le­wi­zor. Sara za­de­biu­tu­je za dzie­sięć mi­nut. Wier­cił się nie­spo­koj­nie w fo­te­lu. Ob­ra­cał ob­rącz­kę na pal­cu i ocie­rał twarz. Pró­bo­wał się roz­luź­nić, ale nie mógł – po­dob­nie jak jego żona. Wszyst­ko, co po­wie­dział jej przez te­le­fon, było praw­dą. Jest nie­sa­mo­wi­tą dzien­ni­kar­ką. Jest naj­lep­sza. By­stra i in­te­li­gent­na. Za­wsze świet­nie przy­go­to­wa­na, ale za­ra­zem spon­ta­nicz­na. Może cza­sem odro­bi­nę prze­mą­drza­ła. W na­pię­tych sy­tu­acjach za­cho­wy­wa­ła po­czu­cie hu­mo­ru. I nie­mal za­wsze ostro ką­sa­ła.

Mi­cha­el wie­dział z do­świad­cze­nia, jak trud­ną roz­mów­czy­nią bywa Sara. Po­zna­li się przed sze­ścio­ma laty, kie­dy chcia­ła prze­pro­wa­dzić z nim wy­wiad dla „New York He­ral­da” – dwa dni przed roz­po­czę­ciem fi­na­łów NBA. Mia­ła to być roz­mo­wa o ży­ciu pry­wat­nym, poza par­kie­tem.

Mi­cha­elo­wi się to nie spodo­ba­ło. Nie chciał, żeby lu­dzie czy­ta­li na pierw­szych stro­nach ga­zet o jego spra­wach oso­bi­stych, zwłasz­cza o prze­szło­ści. Co ich to ob­cho­dzi? Po­wie­dział to Sa­rze przez te­le­fon i odło­żył słu­chaw­kę. Ale się nie znie­chę­ci­ła. Bo Sara Lo­well nie umia­ła re­zy­gno­wać. Chcia­ła mieć ten wy­wiad. I go do­sta­ła.

Prze­szy­wa­ją­cy ból prze­pło­szył wspo­mnie­nia. Mi­cha­el na­piął mię­śnie brzu­cha i zgiął się wpół. Cze­kał. Ból mi­jał bar­dzo po­wo­li.

Co się ze mną dzie­je, cho­le­ra?! – za­sta­na­wiał się za­nie­po­ko­jo­ny.

Wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na fo­to­gra­fię sto­ją­cą na pół­ce za te­le­wi­zo­rem: na zdję­ciu obej­mo­wał w pa­sie swo­ją szczu­płą żonę. Wy­glą­da­ła tak kru­cho, tak bo­le­śnie pięk­nie. Czę­sto się za­sta­na­wiał, dla­cze­go Sara spra­wia wra­że­nie oso­by de­li­kat­nej i nie­win­nej. Z całą pew­no­ścią nie cho­dzi­ło o jej fi­gu­rę. Po­mi­mo ka­lec­twa trzy razy w ty­go­dniu ćwi­czy­ła na si­łow­ni. Mia­ła jędr­ne, wy­spor­to­wa­ne cia­ło – dia­bel­nie sek­sow­ne. Mi­cha­el znów przyj­rzał się uważ­nie fo­to­gra­fii, pró­bu­jąc obiek­tyw­nie po­pa­trzeć na swo­ją żonę. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że to bla­da por­ce­la­no­wa cera na­da­je jej de­li­kat­ność, ale cho­dzi­ło o coś in­ne­go. O oczy, po­my­ślał Mi­cha­el. O te duże zie­lo­ne oczy, z któ­rych wy­zie­ra kru­chość i ła­god­ność. Jed­no­cze­śnie są in­te­li­gent­ne i prze­ni­kli­we. Sara mia­ła ufne wej­rze­nie, a za­ra­zem bu­dzi­ła za­ufa­nie u in­nych lu­dzi. Męż­czy­zna mógł w tych oczach uto­nąć, prze­paść na za­wsze, za­tra­cić się bez resz­ty.

Po­nad­to oczy Sary były dia­bel­nie sek­sow­ne.

Roz­my­śla­nia prze­rwał dźwięk te­le­fo­nu. Mi­cha­el się­gnął do tyłu po słu­chaw­kę.

– Słu­cham.

– Cześć.

– O, Ha­rvey. Jak leci?

– Nie­źle. Ja tyl­ko na chwi­lę. Wiem, że za­raz jest pro­gram.

– Jesz­cze parę mi­nut. – W tle roz­legł się trzask. – Ej, co tam się dzie­je? Je­steś cią­gle w szpi­ta­lu?

– Tak.

– A kie­dy ostat­ni raz po­rząd­nie się wy­spa­łeś?

– Prze­stań mi mat­ko­wać.

– Tyl­ko py­tam – od­parł Mi­cha­el. – My­śla­łem, że zgar­nę cię z domu.

– Nie mo­głem się wy­rwać. Po­pro­si­łem jed­ną z pie­lę­gnia­rek, żeby wy­po­ży­czy­ła dla mnie smo­king. Strasz­nie dużo tu mamy ro­bo­ty. Ja i Eric je­ste­śmy nią za­wa­le­ni. Bru­ce’a nie ma.

Za­pa­dła chwi­la mil­cze­nia.

– Cią­gle tego nie ro­zu­miem – po­wie­dział Mi­cha­el, ma­jąc na­dzie­ję, że przy­ja­ciel jest już go­to­wy do roz­mo­wy o sa­mo­bój­stwie Greya.

– Ja też nie – od­parł Ha­rvey bez­na­mięt­nym to­nem. – Po­słu­chaj, chciał­bym cię o coś spy­tać…

– Wal.

– Czy Sara bę­dzie dzi­siaj na tej im­pre­zie?

– Tak, tyl­ko tro­chę się spóź­ni.

– Ale bę­dzie, tak?

Mi­cha­el usły­szał na­tar­czy­we tony w gło­sie przy­ja­cie­la. Po­znał go przed pra­wie dwu­dzie­stu pię­ciu laty – wte­dy to świe­żo upie­czo­ny le­karz Ha­rvey Ri­ker za­jął się ośmio­let­nim Mi­cha­elem Si­lver­ma­nem, któ­ry wy­lą­do­wał w szpi­ta­lu ze wstrzą­śnie­niem mó­zgu i zła­ma­ną ręką.

– Bę­dzie.

– To do­brze. A więc wi­dzi­my się póź­niej.

Mi­cha­el spoj­rzał za­in­try­go­wa­ny na słu­chaw­kę.

– Harv, wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak…

– To dla­cze­go za­cho­wu­jesz się tak kon­spi­ra­cyj­nie?

– No bo… Nie, nic. Póź­niej ci wy­ja­śnię. O któ­rej po mnie przy­je­dziesz?

– Kwa­drans po dzie­wią­tej. Eric też się wy­bie­ra?

– Nie. Je­den z nas zo­sta­je w la­bo­ra­to­rium. Mu­szę pę­dzić. Do zo­ba­cze­nia pięt­na­ście po dzie­wią­tej.

Mi­cha­el usły­szał trzask prze­rwa­ne­go po­łą­cze­nia.

¦ ¦ ¦

Ha­rvey odło­żył słu­chaw­kę. Wes­tchnął cięż­ko i prze­cią­gnął dło­nią po dłu­gich, nie­sfor­nych szpa­ko­wa­tych wło­sach przy­po­mi­na­ją­cych po­łą­cze­nie czu­pry­ny Al­ber­ta Ein­ste­ina i Arta Gar­fun­ke­la. Trud­no było za­prze­czyć, że wy­glą­da na swo­je pięć­dzie­siąt lat. Z bra­ku ćwi­czeń fi­zycz­nych jego mię­śnie sfla­cza­ły. Twarz miał dość po­spo­li­tą, po­zba­wio­ną cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. Nig­dy nie był przy­stoj­nia­kiem, ale z wie­kiem stra­cił jesz­cze na atrak­cyj­no­ści jak kiep­skie wino.

Otwo­rzył szu­fla­dę biur­ka, na­lał so­bie szkla­necz­kę whi­sky i wy­pił jed­nym hau­stem. Ręce mu się trzę­sły. Bał się.

Mogę zro­bić tyl­ko jed­no. Mu­szę po­roz­ma­wiać z Sarą. To je­dy­ny spo­sób. A po­tem…

Le­piej o tym nie my­śleć.

Od­wró­cił się w fo­te­lu i spoj­rzał na trzy zdję­cia usta­wio­ne rzę­dem na szaf­ce. Wziął do ręki to z pra­wej stro­ny. Wid­nie­li na nim we dwóch: on oraz jego przy­ja­ciel i wspól­nik w jed­nej oso­bie. Bru­ce Grey.

Bied­ny Bru­ce.

Dwaj ofi­ce­ro­wie po­li­cji wy­słu­cha­li cier­pli­wie jego po­dej­rzeń, po­ki­wa­li gło­wa­mi i spo­rzą­dzi­li no­tat­ki. Kie­dy Ha­rvey pró­bo­wał wy­ja­śnić, że Bru­ce nig­dy nie po­peł­nił­by sa­mo­bój­stwa, wy­słu­cha­li go cier­pli­wie, po­ki­wa­li gło­wa­mi i spo­rzą­dzi­li no­tat­ki. Gdy po­wie­dział, że Bru­ce za­te­le­fo­no­wał do nie­go tego sa­me­go wie­czo­ru, kie­dy wy­sko­czył z okna ho­te­lu, wy­słu­cha­li go cier­pli­wie, po­ki­wa­li gło­wa­mi i spo­rzą­dzi­li no­tat­ki. Po czym… Do­szli do wnio­sku, że dok­tor Grey po­peł­nił sa­mo­bój­stwo.

Przy­po­mnie­li Ha­rvey­owi, że w po­ko­ju zna­le­zio­no list po­że­gnal­ny. Gra­fo­log po­twier­dził, że to Grey go na­pi­sał. Spra­wę za­mknię­to.

Za­mknię­to.

Na dru­giej fo­to­gra­fii wid­nia­ła Jen­ni­fer, była żona, z któ­rą prze­żył dwa­dzie­ścia sześć lat. Pew­ne­go dnia po­rzu­ci­ła go na za­wsze. Trze­cie zdję­cie przed­sta­wia­ło jego młod­sze­go bra­ta. Śmierć Sid­neya wsku­tek za­ra­że­nia się wi­ru­sem HIV na za­wsze od­mie­ni­ła ży­cie Ha­rveya. Na zdję­ciu Sid­ney wy­glą­dał zdro­wo – był opa­lo­ny i gru­ba­wy. Kie­dy umarł dwa lata póź­niej, miał zie­mi­stą skó­rę upstrzo­ną fio­le­to­wy­mi od­bar­wie­nia­mi i wa­żył nie­speł­na czter­dzie­ści ki­lo­gra­mów.

Ha­rvey po­krę­cił gło­wą. Stra­cił wszyst­kich.

Po­chy­lił się i wziął zdję­cie by­łej żony. Zda­wał so­bie spra­wę, że we dwo­je po­no­szą od­po­wie­dzial­ność za roz­pad mał­żeń­stwa. Dwa­dzie­ścia sześć lat po­ży­cia. Dwa­dzie­ścia sześć lat zni­we­czo­nych wspól­nych ma­rzeń. I dla­cze­go? Co się sta­ło? Dla­cze­go pry­wat­ne ży­cie Ha­rveya le­gło w gru­zach? Prze­su­nął de­li­kat­nie pal­ca­mi po zdję­ciu. Czy może wi­nić Jen­ni­fer, że mia­ła dość kli­ni­ki, że nie chcia­ła zło­żyć swo­je­go ży­cia na oł­ta­rzu szla­chet­nej spra­wy?

A jed­nak w głę­bi du­cha ją wi­nił.

– Ha­rvey, to nie­nor­mal­ne tak pra­co­wać bez prze­rwy.

– Nie ro­zu­miesz, skar­bie, co pró­bu­ję osią­gnąć?

– Ro­zu­miem, ale to już za­kra­wa na ob­se­sję. Mu­sisz zro­bić so­bie prze­rwę.

Nie po­tra­fił prze­rwać. Wie­dział, że za bar­dzo się za­an­ga­żo­wał, a jed­nak ży­cie oso­bi­ste wy­da­wa­ło się bła­he w po­rów­na­niu z ce­lem, jaki so­bie wy­zna­czył. No więc Jen­ni­fer ode­szła. Spa­ko­wa­ła się i wy­je­cha­ła do Los An­ge­les, by za­miesz­kać u swo­jej sio­stry, Su­san. By­łej żony Bru­ce’a Greya. Tak, Ha­rvey i Bru­ce byli szwa­gra­mi, nie tyl­ko przy­ja­ciół­mi i współ­pra­cow­ni­ka­mi. Omal się nie uśmiech­nął na myśl o dwóch sio­strach miesz­ka­ją­cych ra­zem w Ka­li­for­nii. Wy­obra­ził so­bie, jak się sprze­cza­ją o to, któ­ra mia­ła gor­sze­go męża. Bru­ce praw­do­po­dob­nie wy­grał­by w tej ry­wa­li­za­cji, ale te­raz nie żył, więc być może na­gle na­brał cech świę­tosz­ka.

Ha­rvey nie wi­dział świa­ta poza swo­ją kli­ni­ką. Kli­ni­ką ba­dań nad AIDS. Nad dżu­mą XX wie­ku. Wi­dząc, jak cho­ro­ba wy­nisz­cza bra­ta, po­sta­no­wił po­świę­cić całe swo­je ży­cie na to, by po­ko­nać śmier­tel­ny wi­rus, by ze­trzeć go z po­wierzch­ni zie­mi. Jak po­wie­dzia­ła­by Jen­ni­fer (gdy­by kto­kol­wiek chciał jej po­słu­chać): ży­cio­wy cel Ha­rveya stał się nie­po­ha­mo­wa­ną ob­se­sją, któ­ra nie­kie­dy na­wet jego sa­me­go wpra­wia­ła w prze­ra­że­nie. Jed­nak za­brnął już bar­dzo da­le­ko. Ra­zem z Bru­ce’em do­ko­nał wresz­cie wy­raź­nych po­stę­pów, do­ko­nał prze­ło­mu. Ale…

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

Od­wró­cił się w fo­te­lu.

– Wejdź, Eri­cu – po­wie­dział.

Dok­tor Eric Bla­ke zaj­rzał do środ­ka.

– Skąd wie­dzia­łeś, że to ja?

– Bo tyl­ko ty pu­kasz. Właź. Wła­śnie roz­ma­wia­łem z two­im ko­le­gą ze stu­diów.

– Z Mi­cha­elem?

Ha­rvey ski­nął gło­wą. Eric Bla­ke stał się człon­kiem ze­spo­łu na­uko­we­go kil­ka lat wcze­śniej, kie­dy dwaj wspól­ni­cy uświa­do­mi­li so­bie, że sami nie zdo­ła­ją za­jąć się wszyst­ki­mi pa­cjen­ta­mi. Ha­rvey uwa­żał, że Eric to miły chło­pak, cho­ciaż zbyt se­rio trak­to­wał ży­cie. W za­sa­dzie w trak­to­wa­niu ży­cia se­rio nie ma nic złe­go – zwłasz­cza gdy przez cały dzień czło­wiek prze­by­wa po­śród pa­cjen­tów cho­rych na AIDS, ale trze­ba się tro­chę roz­luź­nić, trze­ba mieć lek­kie­go szmer­gla, by prze­trwać dnie wy­peł­nio­ne śmier­cią i cier­pie­niem.

W do­dat­ku Eric – z krót­ko przy­strzy­żo­ny­mi ru­dy­mi wło­sa­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi dru­ciak do my­cia garn­ków – był uoso­bie­niem schlud­no­ści. Wy­glan­so­wa­ne buty i gu­stow­nie do­bra­ne ubra­nie. Wy­pra­so­wa­ny, sta­ran­nie za­wią­za­ny kra­wat. I gład­ko ogo­lo­na twarz – mimo że pra­co­wał od czter­dzie­stu ośmiu go­dzin.

Z ko­lei Ha­rvey miał kra­wat tak po­luź­nio­ny, że się­gał mu pra­wie do ko­lan. Go­lił się do­pie­ro wte­dy, gdy za­rost za­czy­nał go swę­dzieć. A wło­sy zdo­łał­by ucze­sać chy­ba tyl­ko za po­mo­cą gra­bi.

Eric wy­cho­wał się w New Jer­sey, przy tej sa­mej uli­cy co Mi­cha­el. Kie­dy Mi­cha­el zna­lazł się w szpi­ta­lu pod opie­ką Ha­rveya, Eric od­wie­dzał ko­le­gę co­dzien­nie, zo­sta­jąc aż do póź­na. W tam­tych cza­sach Ha­rvey był za­pra­co­wa­nym in­ter­ni­stą, ale każ­dą wol­ną chwi­lę tak­że spę­dzał z Mi­cha­elem.

Na­wet Jen­ni­fer – pra­cu­ją­ca wte­dy w szpi­ta­lu jako wo­lon­ta­riusz­ka – czu­ła po­ciąg do ma­łe­go pa­cjen­ta. Obo­je bar­dzo szyb­ko na­wią­za­li głę­bo­ką więź z uro­czym chłop­cem, któ­ry był ofia­rą prze­mo­cy do­mo­wej.

Z bie­giem lat pa­trzy­li, jak Mi­cha­el wy­ra­sta na mło­dzień­ca i męż­czy­znę. By­wa­li na jego me­czach ko­szy­ków­ki, re­ci­ta­lach i ban­kie­tach, okla­sku­jąc jego do­ko­na­nia ni­czym dum­ni ro­dzi­ce. Po­cie­sza­li go, gdy był bity, gdy jego mat­ka po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo i po­rzu­cił go oj­czym. Pa­trząc z per­spek­ty­wy cza­su, Ha­rvey za­sta­na­wiał się, czy bli­ska więź z Mi­cha­elem nie po­głę­bi­ła ich mał­żeń­skich pro­ble­mów. Nie mie­li prze­cież dzie­ci.

Kto wie? Pró­bo­wa­li, ale Jen­ni­fer nig­dy nie uda­ło się do­no­sić cią­ży. Gdy­by uro­dzi­ła, być może spra­wy po­to­czy­ły­by się in­a­czej.

Wąt­pli­we. Bar­dzo wąt­pli­we.

Za­sta­na­wiał się, czy Jen­ni­fer wciąż utrzy­mu­je kon­takt z Mi­cha­elem. Po­dej­rze­wał, że tak.

– Czy po­wie­dzia­łeś Mi­cha­elo­wi… – za­czął Eric.

Ha­rvey na­tych­miast po­krę­cił gło­wą.

– Nie – od­parł. – Naj­pierw chcia­łem się upew­nić, czy Sara bę­dzie na tej gali.

– I?

– Bę­dzie.

– Co jej po­wiesz?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jesz­cze nie wiem – od­po­wie­dział.

– To bez sen­su. Aku­rat te­raz, gdy je­ste­śmy tak bli­sko…

– Aż tak bli­sko nie je­ste­śmy.

– Nie? Ha­rvey, ro­zej­rzyj się do­ko­ła. Lu­dzie żyją tyl­ko dzię­ki to­bie.

– Dzię­ki kli­ni­ce.

– Wszyst­ko jed­no. Gdy opu­bli­ku­je­my wy­ni­ki, za­pi­sze­my się na za­wsze w hi­sto­rii me­dy­cy­ny.

– Mnie bar­dziej in­te­re­su­je te­raź­niej­szość.

– Ale po­trze­bu­je­my po­pu­lar­no­ści, bo wte­dy bę­dzie­my mieć dość pie­nię­dzy, żeby kon­ty­nu­ować…

– Do­syć – prze­rwał Ha­rvey, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. – Przej­rzyj­my szyb­ko kar­ty pa­cjen­tów i chodź­my do świe­tli­cy. Chciał­bym zer­k­nąć, jak Sara roz­kła­da na ło­pat­ki wie­leb­ne­go San­der­sa.

– Ja też. On zde­cy­do­wa­nie nie stoi po na­szej stro­nie.

– Masz ra­cję.

Eric wziął zdję­cie z szaf­ki.

– Bied­ny Bru­ce – mruk­nął.

Ha­rvey kiw­nął gło­wą w mil­cze­niu.

– Mam na­dzie­ję, że jego śmierć nie pój­dzie na mar­ne – do­dał Eric.

Ha­rvey ru­szył do drzwi z po­chy­lo­ną gło­wą.

– Ja też – od­parł.

¦ ¦ ¦

Geo­r­ge Cam­ron zdjął sza­ry prąż­ko­wa­ny gar­ni­tur od Ar­ma­nie­go, sta­ran­nie zło­żył spodnie w kant i po­wie­sił je na drew­nia­nym wie­sza­ku. Dwa ty­go­dnie temu mu­siał spa­lić inny ele­ganc­ki gar­ni­tur, co wpra­wi­ło go w nie­ma­łą iry­ta­cję. Cóż za mar­no­traw­stwo. Musi bar­dziej uwa­żać na swo­ją gar­de­ro­bę. Po­krwa­wio­ne gar­ni­tu­ry z je­dwa­biu nie­bo­tycz­nie zwięk­sza­ją kosz­ty pra­cy.

Geo­r­ge lu­bił wy­ra­fi­no­wa­ne ży­cie. Ubie­rał się wy­łącz­nie u naj­lep­szych kraw­ców. Za­trzy­my­wał się tyl­ko w luk­su­so­wych ho­te­lach. Ja­dał w naj­wy­twor­niej­szych re­stau­ra­cjach. Jego za­cze­sa­ne do tyłu wło­sy ukła­da­li (nie strzy­gli!) naj­droż­si sty­li­ści (nie fry­zje­rzy!). Do tego miał sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wa­ne pa­znok­cie u rąk i nóg.

Pod­szedł do te­le­fo­nu, wziął słu­chaw­kę i wci­snął kla­wisz z nu­me­rem sie­dem.

– Ob­słu­ga – ode­zwał się głos. – Czym mo­że­my słu­żyć, pa­nie Thomp­son?

W Rit­zu za­wsze zwra­ca­no się do go­ści bez­po­śred­nio po na­zwi­sku. Ot, cha­rak­te­ry­stycz­ny styl ele­ganc­kie­go ho­te­lu. Geo­r­ge’owi się to po­do­ba­ło. W tej chwi­li na­zy­wał się wła­śnie Thomp­son.

– Po­pro­szę ka­wior – po­wie­dział. – Ale irań­ski, nie ro­syj­ski.

– Oczy­wi­ście.

– I bu­tel­kę bol­lin­ge­ra, rocz­nik ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąt dzie­więć. Do­brze schło­dzo­ną.

Odło­żył słu­chaw­kę i wy­cią­gnął się swo­bod­nie na ogrom­nym łóż­ku. Prze­szedł dłu­gą dro­gę od swych skrom­nych po­cząt­ków w Wy­oming. Od służ­by woj­sko­wej w Wiet­na­mie. Da­le­ko od Taj­lan­dii, któ­rą obec­nie uwa­żał za swo­ją oj­czy­znę. Te­raz mógł miesz­kać wy­łącz­nie w ele­ganc­kich miej­scach: apar­ta­men­cie So­mer­se­ta Mau­gha­ma w ho­te­lu Orien­tal w Bang­ko­ku. W pen­tho­usie nad za­to­ką w Hong­kon­gu. W na­roż­nym apar­ta­men­cie w ho­te­lu Cril­lion w Pa­ry­żu. W apar­ta­men­cie pre­zy­denc­kim w ho­te­lu Has­sler w Rzy­mie.

Zer­k­nął na ze­ga­rek i pi­lo­tem włą­czył te­le­wi­zor. Wy­brał dru­gi ka­nał. Za chwi­lę mia­ła się roz­po­cząć emi­sja pro­gra­mu News­Flash z Do­nal­dem Par­ke­rem i Sarą Lo­well. Bar­dzo chciał obej­rzeć ten talk-show.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Geo­r­ge ode­brał.

– Słu­cham.

– Mówi…

– Wiem, kto mówi – prze­rwał.

– Do­sta­łeś ostat­nie ho­no­ra­rium?

– Tak.

– To do­brze.

Głos brzmiał ner­wo­wo, a to się Geo­r­ge’owi nie spodo­ba­ło. Zde­ner­wo­wa­ni lu­dzie mają skłon­ność do po­peł­nia­nia błę­dów.

– Coś jesz­cze? – spy­tał.

– W za­sa­dzie…

Ko­lej­na ro­bo­ta. Wspa­nia­le. Nie miał po­ję­cia, kim jest jego zle­ce­nio­daw­ca, ale mało go to ob­cho­dzi­ło. Nie wie­dział na­wet, czy wła­ści­ciel gło­su kie­ru­je tym wszyst­kim, czy tyl­ko od­gry­wa rolę po­śred­ni­ka. Ale to bez zna­cze­nia. W tej ro­bo­cie nie na­le­ży za­da­wać py­tań. Geo­r­ge wy­ko­ny­wał zle­ce­nia, od­bie­rał na­leż­no­ści i ru­szał da­lej. Py­ta­nia były zbęd­ne.

– Słu­cham – po­wie­dział.

– Ta ostat­nia spra­wa… Czy wszyst­ko po­szło gład­ko? Nie było żad­nych pro­ble­mów?

– Chy­ba czy­ta­łeś ga­ze­ty, co? Więc jak ci się wy­da­je?

– Tak, czy­ta­łem. Ale chcę się upew­nić. Masz do­ku­men­ty Greya?

– Tak, są tu­taj. Kie­dy chcesz je ode­brać?

– Nie­dłu­go. Wło­ży­łeś rę­ka­wicz­ki i ma­skę, tak jak ci po­le­ci­łem?

– Tak.

– I nic się nie wy­da­rzy­ło?

Geo­r­ge za­sta­no­wił się przez chwi­lę, czy po­wi­nien po­wie­dzieć zle­ce­nio­daw­cy o prze­sył­ce, któ­rą Bru­ce Grey nadał na lot­ni­sku. Ale to prze­cież nie jego spra­wa. Wy­na­ję­to go, żeby za­bił tego czło­wie­ka i za­aran­żo­wał wszyst­ko tak, aby wy­glą­da­ło na sa­mo­bój­stwo. Po­nad­to miał za­brać jego do­ku­men­ty i wy­rwać stro­nę z pasz­por­tu. Resz­tę – pie­nią­dze, rze­czy oso­bi­ste i inne do­ku­men­ty toż­sa­mo­ści – zo­sta­wił nie­tknię­te. Ko­niec, krop­ka. Nie było mowy o żad­nych prze­sył­kach.

Tyle że to jest jego spra­wa. Nie na­le­ża­ło po­zwo­lić Grey­owi na wy­sła­nie prze­sył­ki. Błąd. Geo­r­ge o tym wie­dział, ale nie zdo­łał go po­wstrzy­mać. Po­krę­cił gło­wą. Może trze­ba było prze­pro­wa­dzić po­rząd­ny wy­wiad, za­nim przy­jął tę ro­bo­tę. Bo może w tym wszyst­kim coś nie kla­pu­je.

– Nic – od­parł.

– Na pew­no?

Od­chrząk­nął. Zli­kwi­do­wa­nie Bru­ce’a Greya oka­za­ło się bo­le­śnie ła­twe. Dok­tor za­mel­do­wał się na je­de­na­stym pię­trze ho­te­lu, co było do­bro­dziej­stwem. Dzię­ki temu Geo­r­ge mógł użyć wszel­kich me­tod, by zmu­sić le­ka­rza do na­pi­sa­nia po­że­gnal­ne­go li­stu. Ob­ra­że­nia w wy­ni­ku upad­ku z du­żej wy­so­ko­ści za­ma­sko­wa­ły wcze­śniej­sze rany.

– Na pew­no. A na przy­szłość nie chciał­bym się po­wta­rzać. To stra­ta cza­su.

– Prze­pra­szam.

– Zda­je się, że szy­ku­je się coś no­we­go?

– Tak – od­parł głos. – Chciał­bym, że­byś zli­kwi­do­wał ko­lej­ną oso­bę.

– Słu­cham.

– Je­steś sam?

– Tak.

– Sły­szę gło­sy.

– To te­le­wi­zor – wy­ja­śnił Geo­r­ge. – Za­raz za­czy­na się News­Flash. De­biu­tu­je Sara Lo­well.

– Dla­cze­go… Dla­cze­go to po­wie­dzia­łeś?!

Dziw­na re­ak­cja, po­my­ślał Cam­ron.

– Bo mnie spy­ta­łeś, czy je­stem sam.

– Aha, no tak. – Głos pró­bo­wał opa­no­wać za­sko­cze­nie. – No więc chcę, byś zli­kwi­do­wał jesz­cze jed­ną oso­bę.

– Kie­dy?

– Dziś wie­czo­rem.

– To bar­dzo krót­ki ter­min. Bę­dzie cię to do­dat­ko­wo kosz­to­wać.

– Nie martw się o to.

– Świet­nie – od­parł Geo­r­ge. – Gdzie?

– W domu dok­to­ra Joh­na Lo­wel­la. Or­ga­ni­zu­je dziś wiel­kie przy­ję­cie cha­ry­ta­tyw­ne.

Omal nie par­sk­nął śmie­chem. Spoj­rzał na te­le­wi­zor. Dok­tor Lo­well, były na­czel­ny le­karz kra­ju. Oj­ciec Sary Lo­well. To tłu­ma­czy dziw­ną re­ak­cję czło­wie­ka na dru­gim koń­cu li­nii te­le­fo­nicz­nej. Cie­ka­we, czy Sara bę­dzie na przy­ję­ciu?

– Me­to­da ma być ta sama co wcze­śniej? – spy­tał.

– Tak.

Geo­r­ge wy­jął z kie­sze­ni nóż sprę­ży­no­wy i na­ci­snął przy­cisk. Przyj­rzał się dłu­gie­mu cien­kie­mu ostrzu. Bę­dzie spo­ro krwi, to ja­sne. Za­sta­no­wił się, co po­wi­nien wło­żyć. W koń­cu jego wy­bór padł na zie­lo­ne polo od Ral­pha Lau­re­na, któ­re ku­pił w Chi­ca­go. I tak było tro­chę za cia­sne w ra­mio­nach.


2

Tyl­ko się nie de­ner­wuj. Nie de­ner­wuj. Nie de­ner­wuj, po­wta­rza­ła w my­ślach.

– Pięć se­kund.

Na ten głos Sara po­czu­ła ucisk w żo­łąd­ku. Omal nie za­czę­ła zno­wu śpie­wać. Za­ci­snę­ła jed­nak usta, po­pra­wi­ła oku­la­ry i cze­ka­ła.

Po­ra­dzę so­bie, sko­pię mu ty­łek, dam…

– Czte­ry, trzy, dwie…

Ręka wska­za­ła parę sie­dzą­cą za biur­kiem.

– Do­bry wie­czór, na­zy­wam się Do­nald Par­ker.

Tyl­ko nie śpie­waj!

– A ja Sara Lo­well. Wi­ta­my w pro­gra­mie News­Flash.

¦ ¦ ¦

Po­sia­dłość dok­to­ra Lo­wel­la w Hamp­tons była im­po­nu­ją­ca. Na wznie­sie­niu po­środ­ku po­nad­czte­ro­hek­ta­ro­we­go wy­pie­lę­gno­wa­ne­go te­re­nu sta­ła re­zy­den­cja w sty­lu Tu­do­rów. Znaj­do­wał się tam kort te­ni­so­wy, dwa ba­se­ny – je­den na dwo­rze, dru­gi pod da­chem – trzy ja­cuz­zi, dwie sau­ny, prze­stron­na ka­bi­na pla­żo­wa, lą­do­wi­sko dla śmi­głow­ców, a w sa­mym domu wię­cej po­koi, niż go­spo­darz mógł zli­czyć. Lo­well odzie­dzi­czył tę po­sia­dłość po swo­im dziad­ku, chci­wym – zda­niem le­wi­cow­ców – ka­pi­ta­li­ście, któ­ry wy­eks­plo­ato­wał, a wła­ści­wie ogra­bił oko­licz­ną zie­mię i jej miesz­kań­ców. Syn po­sta­no­wił ze­rwać z ro­dzin­ną tra­dy­cją i zo­stać le­ka­rzem. John po­szedł w jego śla­dy. Żył we względ­nym luk­su­sie, cho­ciaż prak­ty­ka le­kar­ska nie przy­no­si­ła tak kro­cio­wych zy­sków jak gra­bież.

Za kil­ka go­dzin wschod­nie skrzy­dło re­zy­den­cji mie­li wy­peł­nić naj­bo­gat­si lu­dzie świa­ta, któ­rzy za pra­wo wstę­pu na galę wspo­mo­gli fi­nan­so­wo Cen­trum No­wo­two­rów imie­nia Erin Lo­well. John bę­dzie się mu­siał uśmie­chać i oka­zy­wać wszyst­kim za­in­te­re­so­wa­nie. Nie zno­sił tego. Pod­czas swo­jej kon­tro­wer­syj­nej ka­den­cji na sta­no­wi­sku na­czel­ne­go le­ka­rza kra­ju na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych czę­sto oka­zy­wał brak zdol­no­ści dy­plo­ma­tycz­nych i ogła­dy po­li­tycz­nej. Pro­wa­dził nie­prze­jed­na­ną kru­cja­tę prze­ciw ra­ko­wi, zwal­cza­jąc wszyst­ko i wszyst­kich, któ­rzy sta­li mu na dro­dze. Ogło­sił woj­nę prze­ciw pa­la­czom, stwier­dza­jąc do­bit­nie pod­czas wy­wia­du w ogól­no­kra­jo­wej te­le­wi­zji: „Pa­pie­ro­sy są za­bój­cze, to pro­ste jak drut. Nie mam li­to­ści dla pa­la­czy, któ­rzy sami ska­zu­ją się na raka płuc. Nie ob­cho­dzi ich, że na­ra­ża­ją in­nych, zmu­sza­jąc ich do bier­ne­go pa­le­nia, że ska­zu­ją wła­sne dzie­ci na tę śmier­tel­ną cho­ro­bę. To nie­po­ję­te, jak to­le­ran­cyj­ni je­ste­śmy wo­bec tych sa­mo­lu­bów sie­ją­cych znisz­cze­nie”.

Sło­wa te wstrzą­snę­ły ca­łym kra­jem. Prze­mysł ty­to­nio­wy na­wo­ły­wał do usu­nię­cia Lo­wel­la ze sta­no­wi­ska. Nie od­nio­sło to skut­ku, cho­ciaż pró­bo­wa­no ze wszyst­kich sił. Tam­te­go dnia za­ry­so­wał się po­dział na dwa wro­gie obo­zy i choć John nie był już na­czel­nym le­ka­rzem kra­ju, wciąż uczest­ni­czył w tej kon­fron­ta­cji.

– Cześć, tato.

Od­wró­cił się bły­ska­wicz­nie i zo­ba­czył swo­ją star­szą cór­kę Cas­san­drę. Mia­ła na so­bie szla­frok i była w san­da­łach.

– A ty do­kąd? – spy­tał.

– Idę po­pły­wać w ba­se­nie – od­par­ła.

– Za kil­ka mi­nut Sara bę­dzie w te­le­wi­zji. Wszy­scy nasi go­ście chcą to obej­rzeć.

Cas­san­dra spo­chmur­nia­ła, ale oj­ciec tego nie za­uwa­żył.

– Za­raz wra­cam – po­wie­dzia­ła.

– Po­win­naś pójść ze wszyst­ki­mi.

Zno­wu nie zwró­cił uwa­gi na jej wy­zy­wa­ją­ce spoj­rze­nie.

– Bę­dziesz to na­gry­wał, praw­da? – spy­ta­ła.

– Tak.

– No więc po­tem po­oglą­dam so­bie moją sio­strzycz­kę ze sto razy. Szczę­ścia­ra ze mnie.

– Cas­san­dro…

Zi­gno­ro­wa­ła ojca i ru­szy­ła przed sie­bie. Sara. Przez całe ży­cie tyl­ko Sara, Sara, Sara. Cas­san­dra sły­sza­ła to imię bez prze­rwy jak upo­rczy­wy świer­got pta­ków. „Sara jest cho­ra”. „Trze­ba za­brać Sarę do szpi­ta­la”. „Cas­san­dro, bądź do­bra dla Sary”.

Oj­ciec za­wsze uwa­żał, że z jego dwóch có­rek to Sara jest ład­niej­sza, mil­sza, pra­co­wit­sza, bar­dziej am­bit­na i in­te­li­gent­na.

Mat­ka pa­trzy­ła na to in­a­czej. Erin Lo­well ko­cha­ła Cas­san­drę tak samo jak ład­niej­szą, mil­szą, pra­co­wit­szą, bar­dziej am­bit­ną i in­te­li­gent­ną Sarę. Cas­san­dra wciąż bar­dzo za nią tę­sk­ni­ła. Od jej śmier­ci mi­nę­ło po­nad dzie­sięć lat, ale po­czu­cie stra­ty nie mi­ja­ło. Było świe­że, trwa­łe, a cza­sem wszech­ogar­nia­ją­ce.

Tego dnia pa­no­wał nie­zno­śny upał, więc wie­lu go­ści ra­to­wa­ło się przed skwa­rem ką­pie­lą w ba­se­nie. Te­raz więk­szość z nich szła już w kie­run­ku domu, żeby obej­rzeć de­biut cu­dow­nej Sary w pro­gra­mie News­Flash. Jed­nak kil­ku męż­czyzn przy­sta­nę­ło na wi­dok nad­cho­dzą­cej Cas­san­dry.

Była wy­so­ka, mia­ła duże oczy, czar­ne fa­li­ste wło­sy i oliw­ko­wą skó­rę. Wy­glą­dem róż­ni­ła się od Sary tak bar­dzo, że nikt by się nie do­my­ślił, iż są sio­stra­mi. Mó­wiąc bez ogró­dek, Cas­san­dra była bar­dzo zmy­sło­wa. Nie­bez­piecz­nie, za­bój­czo zmy­sło­wa. Oczy Sary moż­na było opi­sać jako ła­god­ne je­zio­ra, oczy Cas­san­dry zaś pło­nę­ły ni­czym roz­ża­rzo­ne wę­gle.

Do­szła do ba­se­nu i zrzu­ci­ła san­da­ły. Z lek­kim uśmie­chem zsu­nę­ła szla­frok z ra­mion. Opadł na ka­fel­ki, od­sła­nia­jąc do­pa­so­wa­ny jed­no­czę­ścio­wy ko­stium, któ­ry z tru­dem opi­nał po­nęt­ne cia­ło. We­szła na tram­po­li­nę, czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie kil­ku par oczu. Sta­nę­ła na sa­mym koń­cu. Wy­cią­gnę­ła ręce nad gło­wę i sko­czy­ła. Chłod­na woda pie­ści­ła skó­rę. Cas­san­dra za­czę­ła pły­nąć przed sie­bie, wy­ko­nu­jąc mia­ro­we wy­ma­chy rąk i z wy­czu­ciem ru­sza­jąc kształt­ny­mi no­ga­mi. Szczu­płe cia­ło bez wy­sił­ku cię­ło wodę, po­zo­sta­wia­jąc za sobą cien­ki war­kocz pia­ny.

– Zbli­ża się ósma! – za­wo­łał głos od stro­ny domu. – Za chwi­lę News­Flash!

Ko­bie­ty szły w kie­run­ku re­zy­den­cji, ale za­uro­cze­ni męż­czyź­ni się ocią­ga­li, z naj­więk­szym tru­dem od­ry­wa­jąc wzrok od pły­wacz­ki. Pró­bo­wa­li się za­cho­wy­wać swo­bod­nie, jed­nak wcią­ga­li ob­wi­słe brzu­chy i wkła­da­li po­śpiesz­nie ko­szul­ki. W koń­cu ru­szy­li po­wo­li w stro­nę domu, ukrad­kiem zer­ka­jąc ostat­ni raz na Cas­san­drę.

Po chwi­li wy­szła z ba­se­nu i le­ni­wym kro­kiem zbli­ży­ła się do le­ża­ka. Nie wy­tar­ła się. Się­gnę­ła do kie­sze­ni szla­fro­ka i wy­ję­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Wło­ży­ła je i wy­cią­gnę­ła się na le­ża­ku, krzy­żu­jąc nogi. Wy­da­wa­ło się, że od­po­czy­wa, lecz tak na­praw­dę pod ciem­ny­mi szkła­mi po­ru­sza­ły się czuj­ne oczy.

Na­tych­miast do­strze­gła gru­ba­we­go Ste­phe­na Jen­kin­sa, sześć­dzie­się­cio­dwu­let­nie­go se­na­to­ra z Ar­kan­sas. Ste­phen – albo wu­jek Ste­vie, jak na­zy­wa­ły go Cas­san­dra i Sara – był od daw­na przy­ja­cie­lem ro­dzi­ny. Stu­dio­wał z Joh­nem Lo­wel­lem, ich żony wspól­nie urzą­dza­ły przy­ję­cia, ich dzie­ci ra­zem jeź­dzi­ły na obo­zy let­nie. Wszyst­ko ład­nie i miło. Sęk w tym, że seks z li­de­rem kon­ser­wa­tyw­nej mniej­szo­ści w Se­na­cie oka­zał się wy­zwa­niem dla trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niej Cas­san­dry. Wy­zwa­niem trud­nym, bo po­zba­wio­nym ero­tycz­nych do­znań.

– Cześć, Cas­san­dro! – za­wo­łał Jen­kins.

– Cześć, wu­jasz­ku.

Za­sta­na­wia­ła się tak­że nad uwie­dze­niem przy­stoj­ne­go syna se­na­to­ra, ale Bra­dley był nie­zno­śny. A co gor­sza, był przy­ja­cie­lem Sary. Za każ­dym ra­zem, gdy się spo­ty­ka­li, ga­da­li go­dzi­na­mi, zu­peł­nie nie zwra­ca­jąc uwa­gi na Cas­san­drę. Gdy­by Sara i Bra­dley byli ko­chan­ka­mi, Cas­san­dra być może wkro­czy­ła­by do ak­cji. Ale nie byli. Al­bo­wiem od pierw­sze­go dnia swo­je­go mał­żeń­stwa za­war­te­go przed dwo­ma laty Sara po­zo­sta­wa­ła wier­na Mi­cha­elo­wi. Była mu tak wier­na i tak od­da­na, że trą­ci­ło to śmier­tel­ną nudą.

Cas­san­dra na­la­ła na stu­lo­ną dłoń tro­chę oliw­ki i za­czę­ła ją roz­sma­ro­wy­wać po no­gach. Po dru­giej stro­nie ba­se­nu pa­trzył na nią za­chłan­nie se­na­tor Jen­kins.

– Ste­phen! – roz­legł się głos se­na­to­ro­wej. – Bra­dley!

Se­na­tor nie­chęt­nie od­wró­cił gło­wę.

– Jed­ną chwi­lecz­kę, ko­cha­nie.

– Chodź­cie wszy­scy! Sara już jest w te­le­wi­zji!

Tłu­mek ru­szył szyb­ko do domu. Po kil­ku mi­nu­tach byli już w środ­ku. Za­czął się pro­gram. Cas­san­dra wy­cią­gnę­ła się wy­god­nie i za­mknę­ła oczy. Sara w te­le­wi­zji. Kogo to, kur­wa, ob­cho­dzi?

¦ ¦ ¦

Sara czu­ła, jak­by w żo­łąd­ku mia­ła su­peł. Wie­dzia­ła, że wie­leb­ny San­ders sie­dzi w są­sied­nim po­ko­ju, cze­ka­jąc na wy­wiad. Był do­świad­czo­nym roz­mów­cą, śli­skim jak pi­skorz. Je­śli nie spodo­ba­ło mu się ja­kieś py­ta­nie, sto­so­wał sta­rą, spraw­dzo­ną me­to­dę: igno­ro­wał je, ro­bił unik. Po­tra­fił so­bie po­ra­dzić z naj­lep­szy­mi dzien­ni­ka­rza­mi.

Fe­lie­ton na te­mat San­der­sa i Świę­tej Kru­cja­ty był na­gra­ny, więc Sara zdję­ła oku­la­ry i wzię­ła głę­bo­ki od­dech, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Czy­ta­ła ra­port tyle razy, że każ­de sło­wo wry­ło się jej głę­bo­ko w pa­mięć. Te­raz nu­ci­ła ci­cho pod no­sem, słu­cha­jąc frag­men­tów fe­lie­to­nu.

„Za­czy­na­jąc dwa­na­ście lat temu przy wspar­ciu za­le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu osób, wie­leb­ny Er­nest San­ders, były czło­nek sto­wa­rzy­szeń gło­szą­cych su­pre­ma­cję bia­łej rasy, roz­wi­nął Świę­tą Kru­cja­tę w pręż­ny ruch spo­łecz­ny ma­ją­cy ty­sią­ce zwo­len­ni­ków w ca­łym kra­ju. Łą­cząc tak zwa­ne głę­bo­kie war­to­ści re­li­gij­ne z tak zwa­ny­mi tra­dy­cyj­ny­mi pra­wa­mi Ame­ry­ka­nów, Świę­ta Kru­cja­ta od sa­me­go po­cząt­ku bu­dzi­ła mnó­stwo kon­tro­wer­sji…”.

„…urząd skar­bo­wy po­twier­dził, że ani wie­leb­ny Er­nest San­ders, ani jego żona Di­xie od dwu­na­stu lat nie wy­ka­zu­ją żad­nych do­cho­dów w ze­zna­niach po­dat­ko­wych (…). A jed­nak wie­leb­ny San­ders wy­da­wał aż dzie­sięć ty­się­cy do­la­rów dzien­nie na sie­bie i kil­ka mło­dych ko­biet, z któ­ry­mi wy­brał się w »po­dróż mi­syj­ną« na Ka­ra­iby, gdzie nie było ani jed­ne­go człon­ka Świę­tej Kru­cja­ty (…). Prze­pa­dły mi­lio­ny do­la­rów prze­ka­za­ne jako da­ro­wi­zny na rzecz Świę­tej Kru­cja­ty (…). FBI pro­wa­dzi śledz­two do­ty­czą­ce po­dej­rzeń o ko­rup­cję we wła­dzach tej or­ga­ni­za­cji…”.

Kie­dy na­gra­ny fe­lie­ton do­biegł koń­ca, ka­me­ra uka­za­ła do­brze zna­ną spo­koj­ną twarz Do­nal­da Par­ke­ra. Sara prze­sta­ła nu­cić.

– Go­ści­my dzi­siaj pa­sto­ra San­der­sa w na­szym stu­diu – oznaj­mił Par­ker. – Wi­ta­my.

San­ders uka­zał się na ekra­nie. Po­dob­nie jak w pro­gra­mie Ni­gh­tli­ne Teda Kop­pe­la, za­pro­sze­ni go­ście rzad­ko sia­da­li w tym sa­mym po­miesz­cze­niu co dzien­ni­ka­rze. Chwi­lę póź­niej pod twa­rzą pa­sto­ra po­ja­wił się dar­mo­wy nu­mer te­le­fo­nu.

– Do­bry wie­czór, Do­nal­dzie – od­parł swo­bod­nym to­nem. Był roz­luź­nio­ny.

Sara po­czu­ła, że su­peł w jej żo­łąd­ku się za­ci­ska. Pa­stor miał na so­bie lek­ki trzy­czę­ścio­wy gar­ni­tur w nie­bie­skim ko­lo­rze, na gło­wie rzu­ca­ją­cy się w oczy tu­pe­cik i zło­tą ob­rącz­kę na pal­cu. Ani śla­du ze­gar­ka czy in­nej mę­skiej bi­żu­te­rii. Ni­cze­go osten­ta­cyj­ne­go. Do tego ła­god­ne, ufne ob­li­cze – twarz do­bro­dusz­ne­go wuj­ka albo przy­ja­zne­go są­sia­da. I usta roz­cią­gnię­te w dy­żur­nym uśmie­chu, któ­ry był jed­nym z jego naj­więk­szych atu­tów.

– Dzię­ku­je­my za wi­zy­tę u nas.

– To ja dzię­ku­ję za za­pro­sze­nie.

– Wi­dział pa­stor przed chwi­lą nasz fe­lie­ton. Po­pro­si­my więc o ko­men­tarz.

San­ders za­cho­wy­wał tak nie­zmą­co­ny spo­kój, że Sa­rze chcia­ło się krzy­czeć.

– Je­stem słu­gą Bo­żym – od­parł swo­bod­nie, z po­łu­dnio­wym ak­cen­tem. – Ro­zu­miem ludz­kie pra­gnie­nia.

– Ludz­kie pra­gnie­nia? Jak to?

– Dla mnie i wszyst­kich bo­go­boj­nych lu­dzi w ca­łym kra­ju jest ab­so­lut­nie oczy­wi­ste, co się tu­taj dzie­je. Nie są­dzę, że­bym mu­siał zni­żać się do po­zio­mu pani Lo­well i od­po­wia­dać na te za­rzu­ty.

– Nie po­sta­wi­li­śmy żad­nych za­rzu­tów – wtrą­ci­ła się Sara, wkła­da­jąc oku­la­ry. – Po­da­li­śmy czy­ste fak­ty. Czy pa­stor je kwe­stio­nu­je?

– Niech pani nie sta­ra się być za spryt­na. Wiem, o co pani cho­dzi.

– O co?

– O roz­głos. O szyb­ką sła­wę. A czy jest lep­szy spo­sób zdo­by­cia sła­wy niż zhań­bie­nie do­bre­go imie­nia ka­zno­dziei? Czło­wie­ka, któ­ry gło­si chwa­łę Boga i któ­ry po­ma­ga lu­dziom bar­dziej do­świad­czo­nym przez los.

– Pa­sto­rze San­ders – prze­rwa­ła Sara – pań­ski oso­bi­sty do­chód za ze­szły rok sza­cu­je się na po­nad trzy­na­ście mi­lio­nów do­la­rów, a jed­nak nie za­pła­cił pa­stor ani cen­ta po­dat­ku. Jak to moż­li­we?

W ogó­le się nie spe­szył.

– O ile się orien­tu­ję, pani ro­dzi­na też nie żyje w skraj­nej bie­dzie. Zda­je się, że pani oj­ciec ma wspa­nia­łą re­zy­den­cję. Czy spraw­dzi­my dzi­siaj tak­że jego fi­nan­se?

– Mój oj­ciec co roku skła­da ze­zna­nie po­dat­ko­we i pła­ci po­dat­ki. Po­tra­fi się roz­li­czyć z każ­de­go cen­ta. Czy pa­stor może po­wie­dzieć o so­bie to samo?

– Oczy­wi­ście – od­parł San­ders do­bit­nie. – Pani kłam­stwa i in­sy­nu­acje nie zwio­dą wier­nych wy­znaw­ców Boga. Wie­lu pró­bo­wa­ło spro­wa­dzić tych lu­dzi z wła­ści­wej dro­gi, ale Świę­ta Kru­cja­ta twar­do dąży do celu. Nie po­zwo­li­my, żeby sza­tan za­trium­fo­wał.

– Czy może pa­stor wska­zać moje kłam­stwa? – spy­ta­ła Sara. – Po­pro­szę o kon­kre­ty.

Po­krę­cił gło­wą.

– Sza­tan chy­trze wy­ko­rzy­stu­je sło­wa, bo chce, żeby cno­ta i do­bro ja­wi­ły się jako zło – od­parł jak na­uczy­ciel stro­fu­ją­cy nie­grzecz­ną uczen­ni­cę. – Ale my nie damy się ogłu­pić. Ży­je­my w spo­łe­czeń­stwie po­zba­wio­nym mo­ral­no­ści, lecz nie damy się zła­mać. Co się sta­ło z war­to­ścia­mi ro­dzin­ny­mi i etycz­ny­mi w tym kra­ju? Bo­go­boj­ni lu­dzie, tacy jak moja żona Di­xie i ja, nie mogą już nor­mal­nie wy­cho­wy­wać swo­ich dzie­ci. Bo dzie­ci mu­szą cho­dzić do szkół pu­blicz­nych, z któ­rych usu­nię­to Boga i w któ­rych z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi wi­ta­ni są ho­mo­sek­su­ali­ści. A czy Pan nie mówi nam, że…

– Prze­pra­szam, ale za­pro­si­li­śmy pa­sto­ra tu­taj, żeby od­po­wie­dział na kwe­stie po­ru­szo­ne w fe­lie­to­nie.

– Ja­kie kwe­stie? Ten fil­mik w ogó­le nie po­ru­sza kwe­stii klu­czo­wych dla Ame­ry­ki. Ja mó­wię o Ar­ma­ge­do­nie, pro­szę pani. Człon­ko­wie Świę­tej Kru­cja­ty ro­zu­mie­ją, co się na­praw­dę dzie­je. Ro­zu­mie­ją, że ży­je­my w cza­sach So­do­my i Go­mo­ry. Że he­re­ty­cy i nie­wier­ni zwal­cza­ją Boga. Di­xie i ja wy­ko­nu­je­my dzie­ło Boże, a Bóg nam w tym po­ma­ga. Daje nam zna­ki, któ­rych pani woli nie do­strze­gać.

– W fe­lie­to­nie była mowa o fi­nan­so­wych…

– Weź­my na przy­kład to, co na­zy­wa się po­pu­lar­nie wi­ru­sem HIV – cią­gnął San­ders pod­nie­sio­nym gło­sem.

– Lu­dzie na­zy­wa­ją ten wi­rus nową epi­de­mią, a to po pro­stu ostat­ni roz­dział za­gła­dy So­do­my i Go­mo­ry. To oczy­wi­ste, że Bóg ude­rzył w nik­czem­nych, nie­mo­ral­nych ho­mo­sek­su­ali­stów i zbo­czeń­ców. Ze­słał na nich pla­gę.

– Pa­sto­rze San­ders.

– Czy na­praw­dę tak trud­no w to uwie­rzyć? – spy­tał ła­god­nym to­nem, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie i pa­trząc błysz­czą­cy­mi ocza­mi. – Więk­szość Ame­ry­ka­nów wie­rzy w to, co zro­bił Bóg w Bi­blii. Dla­cze­go więc tak trud­no uwie­rzyć, że Bóg dzia­ła rów­nież w na­szych cza­sach? Bez tru­du wie­rzy­my w pla­gi ze­sła­ne na sta­ro­żyt­ny Egipt. Dla­cze­go więc tak trud­no uwie­rzyć w pla­gę ze­sła­ną na współ­cze­sną Ame­ry­kę? Bia­da tym, któ­rzy nie uwie­rzą! Bo grzesz­ni­cy, pro­szę pani, już nig­dzie się nie ukry­ją. Je­śli nie wi­dzi pani, że AIDS jest zna­kiem tego, co na­dej­dzie, je­śli nie przyj­mie pani Boga jako je­dy­ne­go zba­wi­cie­la i nie oka­że skru­chy, to już nig­dy nie uj­rzy pani świa­tła. Jest pani prze­klę­ta.

Sara za­mknę­ła oczy, pró­bu­jąc opa­no­wać iry­ta­cję. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że po­win­na trzy­mać się ob­ra­ne­go kur­su, że zmia­na te­ma­tu bę­dzie błę­dem. Ale jej tem­pe­ra­ment wziął górę.

– A co z in­ny­mi ofia­ra­mi, pa­sto­rze? – spy­ta­ła, opa­no­wu­jąc drże­nie gło­su.

– Ja­ki­mi in­ny­mi ofia­ra­mi?

– Z nie­win­ny­mi ofia­ra­mi. Na przy­kład z ma­ły­mi dzieć­mi, któ­re ro­dzą się za­ra­żo­ne tym śmier­tel­nym wi­ru­sem. Albo z tymi, któ­rzy za­ra­zi­li się przy­pad­kiem wsku­tek trans­fu­zji krwi. Jak pa­stor wy­ja­śni, że AIDS jest te­raz głów­ną przy­czy­ną śmier­ci wśród osób cho­rych na he­mo­fi­lię?

Na twa­rzy San­der­sa znów po­ja­wił się uśmie­szek.

– Ja ni­cze­go nie wy­ja­śniam, dro­ga pani – od­parł. – Robi to za mnie Bi­blia. Pro­szę prze­czy­tać sło­wa Boga, a sama pani zro­zu­mie. Bi­blia mówi nam prze­cież, że w cza­sach po­to­pu nie wszy­scy lu­dzie byli okrut­ni­ka­mi i nik­czem­ni­ka­mi, a jed­nak Bóg po­sta­no­wił ura­to­wać tyl­ko te stwo­rze­nia, któ­re znaj­do­wa­ły się na arce No­ego. Weź­my hi­sto­rię o Moj­że­szu. Dla­cze­go nie­win­ni mu­sie­li cier­pieć pla­gi ze­sła­ne na Egipt? Bi­blia udzie­la bar­dzo pro­stej od­po­wie­dzi. Bóg po­stę­pu­je w spo­sób nie­wy­ja­śnio­ny. Kim je­ste­śmy, żeby kwe­stio­no­wać Boże za­my­sły? Wiem, wiem, po­wie pani, że to wy­bieg, a jed­nak to praw­da. Poza tym nie może pani za­prze­czyć, że prze­wa­ża­ją­ca więk­szość tych, któ­rzy zo­sta­li do­tknię­ci karą Bożą, pro­wa­dzi nie­mo­ral­ne ży­cie i jest zbo­czo­na. Jed­nak owszem, nie­win­ni mu­szą cza­sem pła­cić za grze­chy swych bra­ci. Dla­te­go wła­śnie wzy­wam was wszyst­kich w tej chwi­li, by­ście po­wró­ci­li do Boga, by­ście oka­za­li skru­chę, za­nim bę­dzie za póź­no. Bóg do­pie­ro wte­dy po­zwo­li, by­śmy zna­leź­li lek na AIDS, kie­dy oczy­ści­my świat z nie­mo­ral­nych…

Świet­ne po­su­nię­cie, Saro, po­gra­tu­lo­wa­ła so­bie w my­ślach.

Dała się spro­wo­ko­wać, dzię­ki cze­mu ten głąb mógł da­lej opo­wia­dać dyr­dy­ma­ły. Na­de­szła naj­wyż­sza pora, by wy­sa­dzić go z sio­dła.

– Pa­sto­rze San­ders, dla­cze­go od dwu­na­stu lat nie wy­ka­zu­je pan żad­nych do­cho­dów? – spy­ta­ła. – Dla­cze­go przez cały ten czas jako mał­żeń­stwo nie za­pła­ci­li­ście ani cen­ta po­dat­ku?

Do­nald Par­ker sie­dział roz­par­ty w fo­te­lu i pa­trzył, nie chcąc prze­ry­wać tej wy­mia­ny cio­sów. Po­krę­cił gło­wą, gdy re­ży­ser za­su­ge­ro­wał prze­rwę na re­kla­mę.

– Pro­szę pani, zna pani pra­wo tak samo jak ja – od­parł ka­zno­dzie­ja. – Nasz wspa­nia­ły kraj chro­ni wol­ność re­li­gij­ną, choć ko­mu­ni­ści i ate­iści sta­ra­ją się, by było in­a­czej. Być może od­nie­śli­ście chwi­lo­we zwy­cię­stwo. Uda­ło się wam usu­nąć Boga ze szkół, mor­du­je­cie nie­na­ro­dzo­ne dzie­ci, ale idą zmia­ny i…

– To świet­nie, mie­li­śmy jed­nak roz­ma­wiać o po­dat­kach. Pro­szę od­po­wie­dzieć na py­ta­nie.

– Wła­śnie to ro­bię. Ja i Di­xie sza­nu­je­my pra­wo. Pła­ci­my uczci­wie na­sze na­leż­no­ści.

– To w ta­kim ra­zie jak duży po­da­tek do­cho­do­wy za­pła­cił pa­stor w ze­szłym roku?

– Ko­ścio­ły nie mu­szą pła­cić po­dat­ków. Na tym po­le­ga roz­dział Ko­ścio­ła od pań­stwa. Może pani o tym prze­czy­tać w kon­sty­tu­cji.

Sara po­pra­wi­ła oku­la­ry.

– Czy­ta­łam kon­sty­tu­cję – od­po­wie­dzia­ła. – Z ca­łym sza­cun­kiem jed­nak stwier­dzam, że pa­stor nie jest Ko­ścio­łem. Czy mamy ro­zu­mieć, że oso­by du­chow­ne po­win­ny uni­kać pła­ce­nia po­dat­ków, przez co na bar­ki cięż­ko pra­cu­ją­cych Ame­ry­ka­nów spa­da do­dat­ko­we brze­mię?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.